Niedawno napisałem 5 notek blogowych, wyjaśniających jak działa współcześnie dominujący system bankowy oparty na walutach fiducjarnych i kreacji pieniądza z powietrza przez kredyt:
- Część 1: Pieniądz z powietrza i handel czasem
- Część 2: Kreacja waluty z powietrza, z niczego, ex nihilo
- Część 3: Tajemnica półtora biliona złotych, których nie ma w żadnym sejfie
- Część 4: Dlaczego rozsądni ludzie nie rozumieją pieniądza bankowego?
- Część 5: Kreacja waluty fiducjarnej z powietrza przez kredyt!
To było o tym, jak jest, a teraz będzie o tym, dlaczego tak jest, jaki to ma sens, po co to jest i o tym, jak być powinno.
Dwa światy pieniądza. Jedna waluta niezależna kontra świat walut fiducjarnych.
Nie istnieje najlepszy pieniądz w ogóle. Istnieją różne porządki pieniężne, które rozwiązują różne problemy cywilizacyjne. Świat jednej, niezależnej waluty, takiej jak złoto, jaki istniał dawniej oraz współczesny świat walut fiducjarnych nie są wariantami tego samego systemu. To są dwa odmienne sposoby organizacji czasu, ryzyka i odpowiedzialności.
Zrozumienie ich różnic nie polega na wskazaniu zwycięzcy. Polega na uświadomieniu sobie, jakie koszty i jakie korzyści każdy z tych światów nieuchronnie generuje.
Świat jednej waluty niezależnej.
Wyobraźmy sobie świat, w którym istnieje tylko jedna waluta, całkowicie niezależna od władzy, banków i decyzji politycznych. Może to być złoto. Może to być bitcoin. Istotne nie jest tworzywo, lecz fakt, że podaż tej waluty nie podlega czyjejkolwiek woli.
W takim świecie pieniądz jest faktem zewnętrznym wobec społeczeństwa. Nie da się go zadekretować. Nie da się go ratować. Nie da się go rozmnożyć decyzją administracyjną. Jest, jaki jest.
Zaletą tego świata jest czystość informacji cenowej. Ceny odzwierciedlają realną rzadkość zasobów. Kapitał pochodzi z rzeczywistych oszczędności, czyli z przeszłej produkcji. Inwestycje są finansowane tylko wtedy, gdy ktoś wcześniej zrezygnował z konsumpcji.
To jest świat twardej selekcji. Projekty złe odpadają szybko. Projekty dobre przetrwają, ale muszą udowodnić swoją wartość bez protez kredytowych. Nie da się systemowo ukrywać błędów. Nie da się przerzucać ich na przyszłość bezpośrednio, bo przyszłość nie daje się zadłużyć bez zgody posiadaczy kapitału.
Ten świat premiuje stabilność, długoterminowe myślenie i odpowiedzialność. Chroni przed bańkami i przed masowym marnotrawstwem kapitału. Ma jednak swoją cenę.
Cena ta to sztywność czasowa. Rozwój jest wolniejszy. Infrastruktura powstaje dopiero wtedy, gdy istnieje na nią realne finansowanie wzięte z wcześniejszy zysków i oszczędności. Projekty o bardzo długim okresie zwrotu są trudne do uruchomienia. Innowacja istnieje, ale jest kosztowna i ostro selekcjonowana.
To jest świat, który mierzy przeszłość. Nie potrafi łatwo antycypować przyszłości.
Świat walut fiducjarnych.
Drugi świat to świat, który znamy dziś, który wyewoluował z tego poprzedniego, tworząc długi okres pośredni. Pieniądz nie jest tu faktem naturalnym ani algorytmicznym. Jest instytucją prawną. Jego ilość może być dowolnie kreowana. Przyszłość może być finansowana z wyprzedzeniem.
Ten świat opiera się na kredycie. Kredyt jest tu narzędziem wciągania przyszłej produkcji do teraźniejszości. Czas zostaje skapitalizowany. Ryzyko zostaje rozproszone. Skala działania gwałtownie rośnie.
Zaletą tego świata jest akceleracja rozwoju. Infrastruktura może powstawać, zanim pojawi się na nią bieżący popyt. Innowacje mogą być finansowane mimo niepewności. Społeczeństwo może podejmować projekty, które przekraczają możliwości prostego nagromadzenia oszczędności.
To jest świat ekspansji. Świat, który pozwolił na przemysł, elektryfikację, urbanizację, globalne sieci transportu i komunikacji. Jednak i ten świat ma swoją cenę.
Cena ta to zniekształcenie informacji. Kredyt ukryty w pieniądzu zaciera granicę między oszczędnością a długiem. Ceny przestają być czystym sygnałem rzadkości. Błędy mogą być maskowane przez dalszą ekspansję. Ryzyko bywa przesuwane poza tych, którzy je podjęli.
W tym świecie możliwe jest życie ponad stan całych państw. Możliwe jest przerzucanie kosztów na przyszłe pokolenia. Możliwe są cykle boomów i załamań, inflacja aktywów i chroniczne zadłużenie. To jest świat, który prognozuje przyszłość, ale często robi to źle.
Różnica fundamentalna.
Świat jednej waluty niezależnej mierzy przeszłą produkcję. Świat walut fiducjarnych handluje przyszłością. Pierwszy świat chroni prawdę cen. Drugi świat kupuje czas. Pierwszy świat minimalizuje błędy. Drugi świat maksymalizuje tempo.
Nie da się mieć jednocześnie twardego pieniądza, taniego kredytu, braku cykli i szybkiego rozwoju. Każdy system wybiera inny zestaw kompromisów.
Kluczowe pytanie.
Problemem współczesnego świata nie jest to, że wybrał waluty fiducjarne. Problemem jest to, że uczynił ten wybór monopolem. Odebrał możliwość porównania. Odebrał możliwość ucieczki. Odebrał możliwość eksperymentu.
Pytanie nie brzmi więc: który z tych światów jest lepszy? Pytanie brzmi: czy jeden z nich musi być jedynym?
I to pytanie prowadzi do konkurencji walut, rozdzielenia pieniądza od kredytu — i do świata, w którym różne modele czasu mogą współistnieć, zamiast wzajemnie się wykluczać.
Problem monopolu i przymusu.
Współczesna tragedia ekonomiczna nie polega na samym istnieniu pieniądza fiducjarnego. Polega na tym, że państwa uczyniły go monopolem. Poprzez system podatkowy (podatki płatne tylko w walucie krajowej) oraz prawa o prawnym środku płatniczym, odebrano nam możliwość wyboru fundamentu, na którym chcemy budować swoją przyszłość.
Obecnie jesteśmy zmuszeni uczestniczyć w handlu przyszłością, nawet jeśli chcemy tylko zabezpieczyć owoce naszej przeszłej pracy. Nie mamy bezpiecznego portu.
Postulat: konkurencja zamiast monopolu.
Rozwiązaniem nie jest powrót do średniowiecza i zakazanie kredytu, rozwiązaniem nie jest waluta oparta na złocie, rozwiązaniem nie jest reformowanie obecnego systemu bankowego, który może ulec wielkiemu krachowi. Rozwiązaniem jest konkurencja walut. Gdybyśmy pozwolili na współistnienie obu tych światów, zadziałałoby prawo ekonomiczne w swojej najzdrowszej formie: ludzie trzymaliby oszczędności w walucie niezależnej (chroniąc siłę nabywczą i prawdę swojej pracy) oraz braliby kredyty i finansowaliby ryzykowne przedsięwzięcia w walucie fiducjarnej. Dodatkowo moglibyśmy operować wielką różnorodnością kryptowalut, które mają wszystkie zalety złota i walut fiat, a nie mają ich wad.
Taka konkurencja zmusiłaby emitentów walut fiducjarnych do dyscypliny. Gdyby banki centralne wiedziały, że w każdej chwili obywatele mogą uciec do twardego pieniądza — złota lub bitcoina, nie mogłyby bezkarnie niszczyć wartości waluty i grabić ludzi ukrytym podatkiem inflacyjnym. Systemy te, zamiast się wykluczać, pełniłyby funkcję bezpieczników. Z każdego rynek wyciągnąłby to, co najlepsze.
Kryptowaluty.
Dodatkowo mogłoby się okazać, że waluty fiducjarne nie muszą wcale być oparte o prawo i państwo, nie muszą mieć kontrolera, który podlega korupcji i pokusom politycznym.
Bitcoin ma algorytmiczne, matematyczne, kryptograficzne ograniczenie podaży. Więc nie można go kreować przez kredyt tak jak waluty fiducjarne. Jednak można stworzyć taki algorytm, że to będzie możliwe, że podaż tej waluty będzie rosła i malała w zależności od akcji kredytowych, tak by to odpowiadało realnym potrzebom gospodarki, ale taki algorytm, który nie będzie podlegał wpływom politycznym ani żadnym innym — jego zachowanie będzie z góry znane, tak jak jest to z bitcoinem. Na blockchainie można oprzeć wiele różnych koncepcji walutowych.
Grzegorz GPS Świderski
t.me
twitter.com
youtube.com
Tagi: gps65, ekonomia, polityka, waluta fiat, system bankowy, złoto, dług, kredyt, czas, cywilizacja, finanse, kryptowaluty.
I teraz powiedz nam Grzesiu-ekonomisto, kto gdzie i kiedy ma zamiar ten Twój idealny system wprowadzić w życie?
To co powyżej to standardowy bełkot wygenerowany przez AI. Halucynacji nie sposób komentować. Chyba żeby coś przyjarać, ale ja nie jaram.
Wolę odnieść się do twoich oryginalnych treści, które są tak pełne tajemnic, że aż ciarki chodzą po plecach.
Na przykład tajemnica z notki „Tajemnica półtora biliona złotych, których nie ma w żadnym sejfie” i wbrew pozorom nie chodzi o tajemnicę objawioną w tytule tej notki. Chodzi o przerażająco złowrogą tajemnicę wyzierającą z uzasadnienia tajemnicy objawionej w tytule tamtej notki.
Żeby ci to uzmysłowić przytoczę tu definicje tych „agregatów” M0 i M1.
Są to definicje ogłoszone przez NBP w celu objaśnienia do jakich wartości odnoszą się te „agregaty”, których wielkości NBP publikuje co miesiąc. Oto te definicje:
Pieniądz M0 – pieniądz rezerwowy banku centralnego obejmuje pieniądz gotówkowy w obiegu (z kasami monetarnych instytucji finansowych (MIF)) oraz środki na rachunkach bieżących (w tym depozyty na koniec dnia) i rachunkach rezerwy obowiązkowej (banków nieposiadających rachunku bieżącego w NBP) utrzymywane przez krajowe pozostałe MIF w NBP.
Pieniądz M1 – pieniądz gotówkowy w obiegu (poza kasami MIF) oraz depozyty i inne zobowiązania bieżące (złotowe i walutowe) wobec podmiotów krajowych innych niż MIF i instytucje rządowe szczebla centralnego.
Po prostu M0 to pieniądze w poza bankami, w kasach banków i zdeponowane przez banki w NBP,
zaś M1 to pieniądze w poza bankami i pieniądze zdeponowane w bankach i zobowiązania bieżące banków wobec ich klientów.
Gdzie tu tajemnica? No w tych pieniądzach w obiegu (poza bankami). Przecież wyraźnie napisałeś, że pieniądz w obiegu to pieniądze fizyczne, które można wziąć do ręki, no po prostu papier i metal, a reszta to nie papier i nie metal, a siłą nabywcza, cokolwiek by to było.
Tą złowrogą tajemnicą jest to, skąd prof. Glapiński wie ile pieniędzy jest w obiegu? Przecież te pieniądze w obiegu to te, które mam w portfelu, ale też te, które ukryłem w książkach na półkach, gdy nikt nie patrzył. I nie tylko ja, przecież gotówkę trzyma miliony Polaków. Mało tego, przecież przedsiębiorcy zajmujący się handlem detalicznym utrzymują stały zapas gotówki, hipermarkety też. I nikt tej gotówki na koniec miesiąca nie liczy i nie raportuje do NBP. Zatem skąd do k… n… Glapiński wie ile gotówki mam w portfelu, a ile w ogródku i czy zna lokalizację GPS gdzie to zakopałem. Jestem w szoku jak oni nas szpiegują i co jeszcze o nas wiedzą.
Napisz proszę, że tylko żartowałeś, bo od poprzedniej soboty trudno mi zasnąć.
Jeżeli depozyty w obiegu byłyby równowartością gotówki w sejfach banków, to suma depozytów na żądanie misałaby być mniejsza lub równa sumie gotówki w kasach banków. Tymczasem z definicji NBP wynika coś dokładnie odwrotnego: gotówka w kasach banków jest liczona w M0, a depozyty na żądanie klientów są liczone w M1 — i M1 jest wielokrotnie większe od M0.
To oznacza, że depozyty nie są równowartością gotówki w sejfach, tylko zobowiązaniami banków, które krążą w obiegu jako środek płatniczy. Gdyby depozyty były równowartością gotówki, bankowość rezerw cząstkowych nie mogłaby istnieć, a banki nie miałyby problemów płynnościowych przy masowych wypłatach. A mają.
To nie jest kwestia interpretacji ani statystyki. To jest sprzeczność logiczna między intuicją skarbca a definicjami agregatów. Jeżeli M1 jest dużo większy od M0, to reszta nie leży w sejfach — tylko powstaje jako zapis kredytowy.
Przecież mój komentarz nie dotyczył tego o czym mi odpisałeś.
Jeszcze raz.
M0 to suma:
1. pieniądz gotówkowy w obiegu (poza systemem bankowym).
2. pieniądz gotówkowy w kasach banków.
3. pieniądz zdeponowany przez banki w NBP.
Tak bezpośrednio jest napisane w definicji M0.
Przecież to chyba oczywiste, że Glapiński publikując sumę 1 + 2 + 3 musi znać wartość w zł pkt 1 czyli pieniądza gotówkowego poza systemem bankowym, żeby zsumować z 2 i 3 i opublikować.
Ale skąd on to do wie? Przecież ja nikomu nie mówię ile gotówki mam w portfelu i ile zakopałem w ogródku. Ba nawet nikt mnie o to nigdy nie pyta.
To jest przecież bardzo proste! NBP nie musi wiedzieć, ile gotówki masz w portfelu ani w ogródku. NBP wie, ile gotówki wyemitował i ile wróciło do systemu bankowego. Gotówka poza systemem bankowym (pkt 1) nie jest mierzona bezpośrednio, tylko wynika z takiego obliczenia: emisja gotówki przez NBP minus gotówka w kasach banków minus gotówka zdeponowana przez banki w NBP. To wszystko.
NBP emituje banknoty i monety, rejestruje każdą emisję, rejestruje każdą wpłatę gotówki do banków i do NBP, reszta z definicji jest poza bankami. Nie trzeba wiedzieć, kto trzyma gotówkę, gdzie ją trzyma, ani ile ma w portfelu. Dokładnie tak samo, jak producent wie, ile towaru opuściło magazyn, nawet jeśli nie wie, co to z nim w domu robi.
I to w ogóle nie dotyka sedna sporu o M1 vs M0, bo depozyty na żądanie nie są gotówką, tylko zobowiązaniami banków. To są dwa różne byty.
"Gotówka poza systemem bankowym (pkt 1) nie jest mierzona bezpośrednio, tylko wynika z takiego obliczenia: emisja gotówki przez NBP minus gotówka w kasach banków minus gotówka zdeponowana przez banki w NBP. To wszystko."
Zapiszmy twoje wyjaśnienie w postaci równania matematycznego
Y - wyemitowana przez NBP gotówka
A - gotówka w kasach banków,
B - gotówka zdeponowana przez banki w NBP,
C - gotówka poza systemem bankowym (w obiegu) = Y - A - B
M0 = C + A + B //podstawiamy C = Y - (A + B)
wtedy:
M0 = Y - A - B + A + B
Czyli
M0 = Y = 442,4 mld zł (taką wartość podał Glapiński na koniec września 2025 r.)
Zatem twierdzisz, że NBP podając wielkość M0 podaje wielkość w zł gotówki jaką wyemitował do końca września 2025 r.
Trudno pojąć, po co NBP publikuje jakieś definicje M0, skoro to tylko ilość wyemitowanej gotówki. Tak przynajmniej wynika z twojego wyjaśnienia skąd NBP wie ile gotówki mam w portfelu
No ale notkę o tajemnicy 1,5 biliona czytałeś?
A co do bełkotu wygenerowanego przez AI, to proszę jej nie obrażać, bo ona mi służy już od 30 lat i pisze wszystkie moje notki blogowe: naszeblogi.pl
Kurzaż twarz.
30 lat temu to nie bylo jeszcze Windowsa 95 czyli byl Windows for Workgroups 3.11, nakładka na MS-DOS, na pięciu dyskietkach, o ile dobrze pamiętam. Procek 386 co najwyżej, 640kB RAMu. Kto byl najbogatszy to miał DX4-100MHz
Jakaż to byłaż wtedyż sztuczna inteligencja?
Na Riadzie32? W Fortranie z kart perforowanych?
No i tu jest cały numer: ludzie się kłócą, czy pieniądz „ma pokrycie”, a większość nawet nie ogarnia, że w banku depozyt to głównie zapis/obietnica, a gotówka to mniejsza część układanki. I stąd biorą się te wasze M0/M1 i wieczne zdziwienie, że „jak to, przecież tych pieniędzy nie ma w sejfach”. Tylko ja bym nie robił z tego bajki „dobre waluty vs złe waluty”, bo to nie jest komiks. „Dobre” są wtedy, kiedy nie da się ich łatwo rozwodnić i nie da się ludziom po cichu zabrać wartości inflacją. A „złe” są wtedy, kiedy ktoś ma pokusę, żeby dodrukiem i kredytem kupować sobie spokój polityczny, a rachunek przesuwać na zwykłych ludzi. Najuczciwiej to wygląda tak: niech waluty konkurują, wtedy każdy wybierze, co woli — stabilność, wygodę, prywatność, ryzyko. Bo jak jest jedna „jedynie słuszna” waluta i jeden guziczek od dodruku, to prędzej czy później ktoś ten guziczek naciśnie… bo może.
A ten dodruk to co to takiego jest?
„Dodruk” to skrót myślowy na zwiększanie podaży pieniądza, a dziś robi się to głównie cyfrowo, nie w drukarni. Są dwa główne kanały:
Bank centralny
Nie musi drukować banknotów. Wystarczy, że tworzy nowe rezerwy i wpuszcza je do systemu (np. kupując obligacje/aktywa albo robiąc operacje płynnościowe). Banki dostają więcej rezerw, rośnie płynność, łatwiej o kredyt i spada koszt pieniądza. To jest „dodruk” w wersji dla dorosłych: komputer + bilans.
Banki komercyjne (kredyt)
To jest najważniejsze. W bankowości rezerw cząstkowych kredyt nie polega na tym, że bank bierze czyjeś oszczędności z sejfu i je przekazuje. Gdy bank udziela kredytu, to zwykle tworzy równocześnie nowy depozytna koncie klienta (zapis). Czyli: kredyt → nowy pieniądz w obiegu.
Gdy kredyt jest spłacany, ten pieniądz znika (podaż się kurczy). Dlatego raz masz „inflację kredytową”, a raz „zacisk”, mimo że nikt nie drukuje ani jednej złotówki.
Dlaczego ludzie mówią „druk”, skoro to klik?
Bo efekt jest identyczny dla rynku: jest więcej jednostek pieniądza ścigających te same dobra. I zwykle kończy się to wzrostem cen (czasem najpierw aktywów: mieszkania, akcje), a dopiero potem koszyka w sklepie.
Najważniejsza konsekwencja
To nie jest neutralne. Nowy pieniądz nie spada równo na wszystkich: ktoś dostaje go wcześniej (sektor finansowy, państwo, duzi gracze), a ktoś później — i płaci wyższymi cenami. To jest realny transfer, tylko bez ustawy „podatkowej” na papierze.
Masz więc: „dodruk” = rozszerzenie podaży pieniądza (BC + kredyt banków), a nie koniecznie farba i papier. Jak chcesz, weź jeden wskaźnik (M1/M2) i zobacz, co się działo w okresach boomu kredytowego — to jest najlepszy test, czy to „tylko metafora”.
Dokładnie tak! Wszystko to precyzyjnie i prosto wyjaśniłem w serii notek, do których odnośniki dałem w powyższej notce, tak że nawet dziecko to zrozumie.
No i o tym jest właśnie moja notka, że jedynym sensownym rozwiązaniem wszelkich problemów związanych z pieniądzem, finansami i bankowością w skali państwa jest konkurencja walutowa. Piszę o tym od lat. Nie ma dobrej czy złej waluty ogólnie — każda ma wady i zalety. Każda jest lepsza do jednych operacji, a gorsza do innych. Do tej pory mieliśmy w zasadzie tylko dwa typy walut: oparte na kruszcach i fiducjarne. Kryptowaluty powodują, że różnorodność wzrosła wielokrotnie i w ten sposób da się każdą niszę transakcyjną wypełnić optymalnie.
Niezależnie od tego, czy ktokolwiek politycznie zrealizuje postulat konkurencji walutowej, to on wkrótce sam się ziści, bo państwa, które ustanawiają wszelkie monopole, upadną, stracą swój terytorialny monopol na terror, bo terror po prostu przestaje się opłacać.