Po trzech tekstach o pieniądzu fiducjarnym, kredycie i bilionie złotych, których nie ma w żadnym sejfie, niektórzy ciągle tego nie rozumieją i mają wątpliwości. Oto te notki:
- Część 1: https://naszeblogi.pl/75274-pieniadz-z-powietrza-i-handel-czasem
- Część 2: https://naszeblogi.pl/75354-kreacja-waluty-z-powietrza-z-niczego-ex-nihilo
- Część 3: https://naszeblogi.pl/75366-tajemnica-poltora-biliona-zlotych-ktorych-nie-ma-w-zadnym-sejfie
To nie jest zawsze kwestia złej woli czy ignorancji. Tego nawet nie łapią ludzie znający prawo, rachunkowość i realia bankowe. Więc wciąż pojawia się opór: to się nie zgadza, coś tu jest nie tak, przecież bank nie może oddać tego, czego nie dostał. Więc muszę napisać część czwartą. Oto próba wyjaśnienia, dlaczego poprawnie myślący ludzie tak często mylą się w kwestii pieniądza bankowego. Problem nie leży w braku wiedzy, ale w nieodróżnianiu trzech poziomów tego mechanizmu kreacji waluty z powietrza.
Trzy porządki jednej rzeczywistości!
Współczesny pieniądz działa jednocześnie w trzech porządkach: prawnym, bilansowym i operacyjnym. Każdy z nich jest spójny. Każdy z osobna daje się poprawnie opisać. Niemniej na ich styku łatwo wpaść w pułapkę.
Porządek prawny opisuje zobowiązania. Umowy, terminy, roszczenia, sankcje. Mówi, kiedy bank ma obowiązek oddać do dyspozycji środki pieniężne i na jakich warunkach. To jest język Kodeksu Cywilnego i Prawa Bankowego.
Porządek bilansowy opisuje zapisy. Aktywa i pasywa. Neutralność pojedynczej operacji. To, czy bilans się domyka. To jest język rachunkowości.
Porządek operacyjny opisuje działanie systemu: czy klient może zapłacić kartą, czy przelew przechodzi, czy towar został kupiony. To jest język codziennego doświadczenia.
Błąd poznawczy polega na tym, że próbujemy wyjaśnić zjawisko systemowe, trzymając się jednego porządku naraz, a pozostałe uznajemy za nieważne albo pochodne.
Dlaczego prawo nie wystarcza?
Częsty argument brzmi: bank nie może zwrócić czegoś, czego wcześniej nie otrzymał. Skoro więc prawo mówi o zwrocie środków pieniężnych, to musiały one wcześniej wpłynąć do banku.
To rozumowanie jest poprawne tylko wtedy, gdy pieniądz traktujemy jak rzecz. Jak płaszcz w szatni. Tymczasem pieniądz bankowy nie jest rzeczą, tylko zobowiązaniem.
Bank nie musi otrzymać banknotów, aby zaciągnąć zobowiązanie do ich wypłaty. Musi jedynie mieć podstawę prawną do powstania tego zobowiązania. Tą podstawą jest umowa kredytowa, a momentem jej realizacji jest postawienie środków do dyspozycji, czyli zapis bilansowy.
Prawo opisuje, kiedy i na jakich warunkach bank ma to zrobić. Nie opisuje, skąd bierze się pieniądz w obiegu. To nie jest jego rola.
Gotówka jest dla banku tylko paliwem do obsługi roszczeń, a nie surowcem, z którego buduje się pieniądz. Banki mają w gotówce tylko ułamek waluty krążącej w gospodarce – i to wystarcza, bo większość roszczeń rozliczana jest bezgotówkowo. Dużo więcej waluty krąży tylko jako liczby zapisywane na kontach niż jako banknoty.
Gdyby wszyscy ludzie zechcieli wypłacić to, co mają na kontach, to banki by nie miały tyle gotówki w sejfach. W praktyce gotówki jest kilkukrotnie razy mniej niż kwot zapisanych na kontach. Jednak to nie znaczy, że banki są niewypłacalne. Teoretycznie mogłyby wyjść z tej sytuacji, ogłaszając: „spłaćcie natychmiast wszystkie swoje kredyty”. Wtedy wykreowany pieniądz by zniknął, a w systemie pozostałaby tylko gotówka, która wystarczyłaby dla każdego.
Dlaczego rachunkowość mikro też nie wystarcza?
Drugi częsty argument brzmi: pojedyncza operacja kredytowa jest bilansowo neutralna. Aktywa rosną o należność kredytową, pasywa rosną o depozyt. Nic się nie tworzy, bilans się domyka. To prawda – na poziomie jednego banku i jednej operacji. Jednak z tego faktu nie wynika to, że pieniądz nie powstaje w skali całego systemu. Neutralność mikro nie oznacza neutralności makro. Gdyby tak było, suma depozytów na żądanie nie rosłaby wraz z akcją kredytową. A rośnie.
Rachunkowość opisuje zapis. Nie opisuje skutku agregatowego. To tak, jakby twierdzić, że skoro pojedynczy tranzystor nie tworzy Internetu, to Internet nie istnieje.
Punkt krytyczny: moment udzielenia kredytu!
Niezrozumienie koncentruje się wokół jednego momentu: chwili, w której bank realizuje swoje zobowiązanie kredytowe i na rachunku klienta pojawia się saldo, którym może on natychmiast płacić. Nie chodzi o podpisanie umowy. To słusznie oddziela prawo. Chodzi o moment wykonania zobowiązania.
W tej chwili nie następuje fizyczna wpłata gotówki przez innego klienta, transfer cudzych depozytów, przesunięcie banknotów z sejfu do sejfu. Następuje zapis bilansowy, w którym równolegle powstaje należność kredytowa i depozyt na żądanie. Od tego momentu system pozwala na realne transakcje handlowe. Klient kupuje towar. Sprzedawca otrzymuje zapłatę. Gospodarka działa. To jest fakt obserwowalny, empiryczny, w odróżnieniu od wcześniejszego faktu księgowego.
Dlaczego intuicja nas zdradza?
Ludzka intuicja jest zakorzeniona w świecie rzeczy. Coś musi wpłynąć, żeby coś wypłynęło. Coś musi być w sejfie, żeby można było to wydać. System bankowy działa inaczej. Działa w świecie zobowiązań. W świecie, w którym obietnica zapłaty staje się środkiem płatniczym, zanim ktokolwiek zobaczy banknot. To nie jest oszustwo. To nie jest spisek. To jest architektura systemu.
Dlaczego rozsądni ludzie się mylą?
Mylą się nie dlatego, że nie znają przepisów, nie dlatego, że nie rozumieją księgowości. Mylą się dlatego, że próbują opisać zjawisko systemowe językiem czynności jednostkowych. Widzą drzewo, nie widzą lasu.
Prawo ma rację w swoim porządku. Rachunkowość ma rację w swoim. A mimo to pieniądz bankowy powstaje w chwili udzielenia kredytu – jako zapis, który staje się realną siłą nabywczą. Powstaje z niczego, ex nihilo.
Jeżeli ktoś po trzech tekstach wciąż ma wątpliwości, to nie dlatego, że nie doczytał. Tylko dlatego, że nie przestawił się z myślenia o pieniądzu jako o rzeczy na myślenie o pieniądzu jako o zobowiązaniu. I to jest prawdziwa bariera poznawcza współczesnej bankowości.
Walutą może być wszystko, w tym zaufanie.
Nie tylko fizyczne złoto jest walutą. Nie tylko papierowe kwity na to złoto. Także zapisy na kontach bankowych, prawa, zobowiązania czy kryptograficzne tokeny.
Już w dawnych wiekach, gdy pojawiły się banknoty, waluta oderwała się od materii. Właściciel skarbca emitował znacznie więcej kwitów na złoto, niż faktycznie miał tego złota w skarbcu. W istocie mógł sprzedać całe złoto i nie mieć go wcale – a handel wciąż by działał.
Granicą nie była obecność złota, lecz zaufanie. Dopóki emisja była umiarkowana, walutą nie było złoto, lecz wiara w złoto w skarbcu – wartość czysto wirtualna.
Gdy przesadził w liczbie wydanych kwitów, pojawiała się inflacja, gniew, panika i nagłe odkrycie, że w skarbcu nic nie ma — upadła wiara, upadła też waluta. To nie materia decydowała o wartości waluty, lecz skala nadużycia zaufania. I tak jest do dziś.
Grzegorz GPS Świderski
https://t.me/KanalBlogeraGPS
https://Twitter.com/gps65
https://www.youtube.com/@GPSiPrzyjaciele
Tagi: gps65, ekonomia, polityka, waluta fiat, system bankowy, bank centralny, finanse.