|
|
mjk1 To prawda, że system kas chorych wprowadzono za rządów Jerzego Buzka, a po 2001 r. zlikwidowano, przy szerokim ponadpartyjnym poparciu. Ale warto dopowiedzieć na kilka istotnych elementów, bo bez nich łatwo wyciągnąć fałszywe wnioski.Kasy były likwidowane nie dlatego, że „społeczeństwo było zbyt mało zamożne”, lecz dlatego, że zostały źle zaprojektowane. Przyczyną likwidacji kas był brak realnej konkurencji (kasy nie rywalizowały o pacjentów, tylko o pieniądze z budżetu). Brak możliwości różnicowania składek. Centralne limity i regulacje, które de facto czyniły z kas wydziały urzędów. Gigantyczne różnice w zamożności regionów (Bogaty Śląsk vs. biedniejsze województwa) i brak mechanizmów upadłości i realnej odpowiedzialności finansowej. Kasy chorych były hybrydą urzędu i ubezpieczyciela, czyli konstrukcją, która ani nie odpowiadała logice rynkowej, ani nie zapewniała spójności jak system centralny. To nie był system szwajcarski czy niemiecki - to był półśrodek.„Większość kas była na minusie”, bo nie miała prawa być na plusie. Składka była jednakowa dla wszystkich, a potrzeby zdrowotne regionów skrajnie różne. Kasa chorych nie miała swobody kształtowania planu finansowego. Nie mogła konkurować ani ofertą, ani ceną. Nie mogła odmówić przyjęcia pacjentów. Nie mogła podnieść składki. To tak, jakby powiedzieć, że „szkoły są na minusie” - oczywiście, bo to nie był sektor rynkowy!!To prawda, że prywatyzacja postępuje, ale to efekt słabości państwa, nie dowód na wyższość rynku. Jeśli publiczna służba zdrowia działa niewydolnie, to prywatny sektor naturalnie rośnie. Ale to różnica między uzupełnieniem systemu a jego zastąpieniem. W Polsce mamy dziś system: hybrydowy, bez wyraźnego podziału ról i niedoszacowanym finansowaniem. Z kadrami pracującymi na trzy etaty i brakiem koordynacji i planowania. To nie jest ani model rynkowy, ani model państwowy, tylko znów półśrodek.Przykład z operacją kręgosłupa jest ważny, ale nie może być podstawą polityki. Pacjenci idą prywatnie, bo kolejki są dramatyczne. NFZ nie nadąża za potrzebami starzejącego się społeczeństwa a dostępność świadczeń jest zbyt mała. Ale prywatna operacja nie istnieje w próżni. Operacje prywatne wykonują te same kadry, które pracują w publicznym systemie. Gdyby publiczny system funkcjonował jak należy, prywatny miałby duży popyt tylko w usługach premium, a nie w zabiegach ratujących zdrowie.Kluczowe pańskie pytanie jest trafne, ale wymaga dokończenia. Państwo rzeczywiście musi odpowiedzieć, co refunduje, a czego nie. Jednak musi również odpowiedzieć na dwa inne pytania: Jak zapewnić dostęp dla wszystkich, niezależnie od dochodów? Jak zorganizować system, który będzie efektywny, a nie tylko tani? Bez odpowiedzi na te pytania każdy model, czy centralny, czy kasowy, czy prywatny, utknie w tych samych kolejkach.Ma Pan rację w jednym: trzeba ustalić, co ma być koszykiem świadczeń gwarantowanych. Ale pozostałe tezy są zbyt uproszczone. System kas upadł nie przez „zbyt małą zamożność Polaków”, tylko przez błędną konstrukcję i brak mechanizmów rynkowych. Dzisiejsza prywatyzacja nie wynika z przewagi rynku, tylko z niewydolności państwa. A zdrowa reforma nie polega na powrocie do przeszłości, lecz na zaprojektowaniu logiki systemu od początku. |
|
|
Piotr Pietrasz System kas chorych byl pomysłem Unii Wolności wcielonym w życie przez rząd premiera Jerzego Buzka. Po wyborach 2001 r. Ten system zlikwidowano bo wszystkie partie chciały tej likwidacji. Podstawowym argumentem za likwidacją była zbyt mała zamożność polskiego społeczeństwa. Większość regionalnych kas była na minusie.Rywalizacja w służbie zdrowia występuje. Stąd postępująca niezależnie od opcji politycznej formalna i nieformalna prywatyzacja. Przykład z mojej rodziny. Żona na zabieg reoperacji kręgosłupa przewidziany w NFZ musiałaby czekać 7 lat na sterydach. Oczywiście w przypadku operacji prywatnie to byla kwestia paru miesięcy.NFZ nie zastąpi prywatnej służby zdrowia. Pytanie podstawowe to jaki zakres i jakiego rodzaju działania medyczne państwo ma refundować. |
|
|
Zbyszek Przyczyny patologii są ludzkie. Większość, szczególnie ta wyżej, to ludzie, którzy:dostali się tam nie ze względów merytorycznych, ale wskutek innych przyczynprezentują niski poziommodus operandi ponad wszystko inne to grabienie do siebieDlatego w Polsce każda jednostka, przedsięwzięcie czy instytucja wyrastające ponad przeciętność będą niszczone, bo zagrażają owej "przeciętności" scharakteryzowanej w punktach powyżej. To niechciana prawda, ale w sensie większości - tacy jesteśmy i tacy przetrwają. Kluska, Śląska Kasa Chorych i wszystko co może być czymś więcej, będzie zaorane przez tych, którzy nie mogę tego znieść. Zaorane dla ich własnego dobra. |
|
|
mada Kto wymyślił ten system z limitami?Kasy Chorych mogą bankrytować. Czy inne Kasy będą mogły przejąć pacjentów bez zapaści?, bo przecież wezmą pacjentów bez pieniedzy zmarnowanych przez bankruta? |
|
|
mjk1 Niekoniecznie Droga Mado. W systemie kas chorych limity wyglądałyby zupełnie inaczej a w wielu przypadkach nie byłoby ich w ogóle. Dlaczego?Kasa chorych kupuje świadczenia „za pacjentem”, a nie „na miesiąc”. To największa różnica.Kasa finansuje leczenie każdego pacjenta, który jest do niej zapisany, ponieważ jej pieniądze „idą za pacjentem”, a nie są sztywnie podzielone na 12 miesięcy i „wyzerowane” po przekroczeniu limitu. Czyli, jeśli w marcu zachoruje więcej osób, kasa musi to pokryć, bo inaczej straci pacjentów i reputację. Tego mechanizmu NFZ nie ma, bo jest monopolistą i nie musi konkurować.Limity nie są potrzebne, gdy płatnicy konkurują. W kasach chorych płatnicy (czyli kasy) konkurują o pacjenta.A więc, kasa, która odrzuca pacjentów z powodu limitów, traci pacjentów, traci składki i traci kontrakty ze szpitalami. W monopolu NFZ takie konsekwencje nie istnieją. W systemie pluralistycznym, jak w Niemczech, kasy muszą kupować tyle świadczeń, ile wynika z potrzeb ubezpieczonych.Lekarz i szpital pracują tyle, ile jest pacjentów a nie tyle, ile NFZ pozwoli. W kasach chorych szpitale i poradnie są wynagradzane za wykonaną pracę. Dlatego, jeśli jest więcej pacjentów, to więcej pieniędzy płynie do szpitala, lekarze pracują normalnie, kolejki maleją, kasy negocjują ceny i jakość. System jest elastyczny. Nie ma „odcięcia” przy końcu miesiąca.Kasy nie mogą ograniczać przyjęć, bo pacjent może zmienić płatnika. To jest najważniejsze. Monopol NFZ może nakładać limity, bo pacjent nie ma alternatywy. W systemie kas chorych, jeśli kasa hamuje dostęp, albo źle zarządza kontraktami, to pacjent przenosi składkę do innej kasy. To dyscyplinuje płatnika, a nie lekarza.Czy kasy chorych uzdrowiłyby sytuację? Tak, i mamy na to praktyczne dowody. Śląska Kasa Chorych była jedyną, która testowała mechanizmy rynkowe. Efekty były udokumentowane: skrócone kolejki, realna kontrola jakości usług, inwestycje w sieć świadczeń, efektywne negocjacje cen, brak sztucznego długu szpitali. Finansowanie szło za pacjentem, nie za „limitem”. Niemcy, Holandia, Szwajcaria i Japonia działają dokładnie na takich zasadach i są to jedne z najlepszych systemów zdrowia na świecie.Limity istnieją tylko dlatego, że mamy monopol NFZ. W systemie kas chorych płatnik musi finansować leczenie każdego pacjenta, bo inaczej straci go na rzecz konkurencji. Dlatego kasy chorych nie tylko ograniczyłyby limity, ale po prostu sprawiłyby, że przestałyby mieć sens, tak jak przestały mieć sens w Śląskiej Kasie Chorych, Niemczech czy Holandii. To nie lekarzy trzeba zmieniać, tylko system finansowania.Na miłość boską, to już wszystko u nas działało. Dlaczego nie możemy do tego wrócić, tylko tkwić przy NFZ albo proponować jakieś bony zdrowotne, których nigdzie nawet nie wypróbowano? |
|
|
mjk1 Nie wiem dlaczego nie możemy wprowadzić systemu, który działa w kilku państwach i działał też w Polsce, zanim go zlikwidowano? Dlaczego mamy wprowadzać coś eksperymentalnego, gdzie nigdy i nigdzie tego nie wypróbowano nawet pilotażowo?I ostatnia i najważniejsza sprawa. W systemie pieniądza dłużnego, Kasy Chorych nie spowodują zatrzymania dalszego zadłużania państwa, tylko, co najwyżej, go spowolnią. Trwanie przy NFZ doprowadzi jednak, tylko i wyłącznie do jeszcze szybszego zadłużenia.Aby zatrzymać degradację państwa, trzeba zmienić system o czym pisałem wielokrotnie. Pisałem też, jak to zrobić. |
|
|
Marek Michalski "Pacjent zwykle nie ma kompetencji ani informacji"Jasne, że lepiej wiedzą urzędnicy i eksperci. Pacjent wystarczy jak odda pieniądze i zagłosuje raz na czas.Nie przekonam Pana, a Pan mnie, ale nie mam nic przeciwko temu, aby Pan się leczył w ten sposób. Wolna wola.Nawet, z racji wieku, nie zależy mi na zmianach zwłaszcza, że i tak się nie spodziewam po nich niczego dobrego. USA jest przykładem na złą, bo przeregulowaną służbę zdrowia, w której płaci się na nią podatki, aby na koniec leczyć się prywatnie. W dodatku system prawno-ubezpieczeniowy generuje koszty, które pacjent ponosi. Pamiętam sprzed 35 lat pytanie do profesora medycyny ile zarabia. Powiedział, ze nie powie ile zarabia, ale ile płaci za ubezpieczenie lekarskie: stokilkadziesiąt tysięcy USD (rocznie?). To oczywiście idzie w koszty leczenia wprost, ale dalej jako koszt procedur - dupochronów, aby w papierach się zgadzało.W systemie amerykańskim działa tez FDA, która doprowadza do nieopłacalności badań nad lekami i wdrażaniu ich na rynek - podobno 1-2mld USD przy 1% szansie sukcesu (wg dyskusji w radio Wnet). Powiela Pan stereotypy, które oparte są na wielokrotnym ich powtarzaniu i polemizuje z nimi:"Pieniądze publiczne dominują w systemach zdrowotnych nie dlatego, że „ktoś nas do tego pcha”. Tylko dlatego, że zdrowie to ogromne koszty skupione w niewielkiej grupie ciężko chorych. Rynek prywatny nie jest w stanie sfinansować tak dużego ryzyka."Nikt nie twierdzi, że system skomunizowany od lat, nagle można zmienić nie licząc się z rzeczywistością. Jednocześnie nikt nie ustalił koszyka świadczeń, ani współfinansowania przez pacjentów z pieniędzy prywatnych i bonów zdrowotnych, aby roszczeniowi pacjenci nie zabierali dostępu do leczenia chorym. Zamiast tego "eksperci" szukają na co by tu nie wydać pieniędzy, aby "interesy na służbie zdrowia były robione" i nie na poziomie mikro uwiedzionej posłanki, tylko na poziomie makro przez wzrost wydatków budżetowych (poszczący rezydenci), do którego pcha nie ktoś, tylko system kreacji pieniądza dłużnego, w którym - jak sam Pan zauważył na blogu Pana Kuźmiuka - deficyt budżetowy jest naturalnym rezultatem. I rezultaty są: zamykamy porodówki, a eksperci gardłują za leczeniem chorób rzadkich (prof.Czauderna).Jest znany i ten rezultat: "Jeśli zatem uszeregujemy mieszkańców Polski pod względem kosztu leczenia od „najdroższych” do „najtańszych”, to koszt leczenia 1% „najdroższych pacjentów” wynosi 31,5 mld zł z analizowanych 110 mld zł." nfz.gov.plJest to wynik braku sprzężenia zwrotnego i szantażu moralnego, który uprzywilejowuje mniejszość, a reszta niech sobie radzi łokciami jak umie.To właśnie jest ideologia dzielenia pacjentów na lepszych i gorszych. Rampa w Auschwitz nasuwa się na myśl. To nie rola ani dla lekarzy, ani działaczy. |
|
|
mada Czyli trzeba zlikwidować limity i płacić za pracę. A płaca wg. umowy? |
|
|
mjk1 Limity nie wynikają z „lenistwa lekarzy”, tylko z konstrukcji systemu finansowania. NFZ nie płaci za to, ile lekarz realnie pracuje, tylko za określoną liczbę świadczeń, którą sam wcześniej ustala. To jest mechanizm budżetowy, nie medyczny.Po co są limity? Bo państwo (NFZ) z góry ustala, ile procedur może sfinansować, żeby nie przekroczyć budżetu.To limit finansowy, nie organizacyjny ani kadrowy. Czyli NFZ mówi lekarzowi lub szpitalowi - udzielisz tylu i tylu porad w miesiącu, za więcej nie zapłacimy.Co robi lekarz po wykonaniu limitów? Najczęściej… dalej pracuje, ale, albo wykonuje pracę niefinansowaną przez NFZ (czyli za darmo dla szpitala), albo przełącza się na inne obowiązki, procedury lub dyżury, albo po prostu nie może już przyjmować nowych pacjentów w ramach NFZ, bo placówka nie dostanie za to pieniędzy. Lekarz nie ma wpływu na to, ile NFZ kupi jego pracy.Czy lekarz dostaje wynagrodzenie za „puste godziny”?Tak, bo lekarz pracuje na etacie, kontrakcie albo dyżurze czasowym, nie „od porady”. Lekarz nie jest rozliczany jak kasjerka w sklepie - nie dostaje pieniędzy od liczby klientów. NFZ płaci szpitalowi, a szpital płaci lekarzowi za czas pracy. Problem nie jest po stronie lekarzy, tylko po stronie kontraktowania usług przez NFZ.Dlaczego nie pracują „bez limitu”? Bo szpital nie może wykonywać procedur, za które nie dostanie pieniędzy.To tak, jakby firma budowlana miała budować domy bez zapłaty, bo „ma przecież sprzęt i pracowników”.Limity powodują absurd: lekarze są, sprzęt jest, potrzeby pacjentów są, ale pacjent nie zostanie przyjęty, bo… NFZ w tym miesiącu już nie zapłaci. Tak właśnie powstają kolejki, nie dlatego, że lekarze nie chcą pracować, tylko dlatego, że system zabrania placówkom przyjmować pacjentów ponad limit finansowy. Limity są sposobem kontrolowania wydatków NFZ, a nie pracy lekarzy. Gdy płaci się nie za czas pracy, tylko za „liczbę sztuk”, system zaczyna się zachowywać jak fabryka z odgórną normą produkcyjną i pacjent traci najwięcej.Przewróćmy kasy chorych i problem zniknie. Pytanie: dlaczego nikt tego nie chce? |
|
|
mjk1 Służba zdrowia nie jest naturalnym monopolem!!! Naturalnym monopolem są wodociągi czy energetyka, gdzie duplikowanie infrastruktury jest nieopłacalne. W ochronie zdrowia infrastruktura jest rozproszona, świadczeniodawców może być wielu, a konkurencja realnie występuje w wielu krajach: Niemcy, Holandia, Szwajcaria, Austria, Czechy.Monopol jest u nas tylko dlatego, że stworzono go decyzją polityczną!!! likwidując kasy chorych i centralizując system w NFZ. To nie jest konieczność ani „prawa natury”, tylko wybór organizacyjny.Dlatego dyskusja nie powinna dotyczyć „czy monopol”, tylko czy chcemy mieć wybór płatnika i świadczeniodawcy, czy jednego państwowego niewydolnego molocha. Centralizacja nie wynika z medycyny, wynika z polityki. |
|
|
mjk1 Rozumiem argument o „wydawaniu własnych pieniędzy”, ale w ochronie zdrowia ten mechanizm nie działa tak samo jak na typowym rynku i to z powodów czysto biologicznych, nie ideologicznych.„Realna wycena świadczeń” przez pacjenta jest iluzją. Pacjent zwykle nie ma kompetencji ani informacji, by ocenić, jakie procedury są konieczne, jaka jakość jest odpowiednia, jakie są ryzyka alternatywnych terapii i kiedy oszczędność w krótkim terminie pogorszy jego zdrowie. To lekarz decyduje, nie pacjent. A pacjent w sytuacji choroby ciężkiej lub nagłej nie może podejmować „racjonalnych decyzji rynkowych”, bo działa pod presją życia i ograniczonej wiedzy. To dlatego rynki zdrowia zachowują się inaczej niż rynki dóbr konsumpcyjnych. Decyzje o leczeniu zawsze ktoś podejmuje za pacjenta. Może to być, lekarz, płatnik publiczny, płatnik prywatny lub kasa chorych. Przerzucenie płacenia na pacjenta nie zmienia tego, kto realnie decyduje - zmienia tylko to, kogo nie będzie stać na leczenie.System, w którym pacjent płaci sam, jest najbardziej kosztowny i najmniej efektywny. Dowód? USA. Najbardziej „rynkowy” kraj świata ma, najwyższe koszty na świecie, najsłabszą efektywność, największe obciążenie pacjenta i ogromne nierówności w dostępie. I to nie przez socjalizm, tylko dlatego, że rynek nie potrafi właściwie wycenić usług, których pacjent sam ocenić nie może.Konkurencja płatników działa bez obciążania pacjenta. To nie teoria - to praktyka: Niemcy, Holandia, częściowo Francja, Austria, Czechy. Pacjent wybiera płatnika, płatnik wybiera świadczeniodawców. I to płatnik konkuruje o pacjenta, a nie pacjent szuka najtańszego lekarza jak najniższej ceny kawy. To jest realna konkurencja, bez przerzucania ciężaru finansowego na chorych.Pieniądze publiczne dominują w systemach zdrowotnych nie dlatego, że „ktoś nas do tego pcha”. Tylko dlatego, że zdrowie to ogromne koszty skupione w niewielkiej grupie ciężko chorych. Rynek prywatny nie jest w stanie sfinansować tak dużego ryzyka. Systemy oparte na prywatnym finansowaniu są droższe i mniej efektywne. To twarda ekonomia zdrowia, nie polityka.Kluczowy problem nie jest ideologiczny, tylko organizacyjny. Wydatki publiczne będą dominować, ale to nie oznacza centralizacji ani monopolu. Można mieć, publiczne pieniądze, pluralizm płatników, konkurencję między nimi, pełny wybór pacjenta, przejrzyste ceny, rozliczenia za efekty i kontrolę marnotrawstwa. To dokładnie był model kas chorych, szczególnie śląskiej, która wyróżniała się najbardziej.W ochronie zdrowia nie chodzi o to, aby pacjent płacił. Chodzi o to, aby płatnik konkurował o pacjenta, a pacjent nie bankrutował z powodu choroby. Dlatego logicznym kierunkiem reformy nie jest bon, tylko przywrócenie pluralizmu płatników i ich konkurencji o jakość, tak jak w modelach, które na świecie działają najlepiej. |
|
|
mada Za chlerę nie mogę zrozumieć skąd i po co wzięły się limity przyjęć do lekarzy.Co robią lekarze jeżeli wyczerpali limity przyjęć?, W szpitalach są lekarze, są urządzenia a nic się nie robi? Czy lekarze pobierają za ten czas wynagrodzenia? co wtedy robią?Normalnie pracownik podpisuje na pracę 8 godz. w ciągu dnia i pracuje 8 godz. bez żadnych limitów.Niech mi ktoś powie co robią lekarze po wykonaniu limitów i po co są te limity. Pracuje się 8 godz. i koniec, po co komplikować rzeczy proste. |
|
|
Silentium Universi Niestety, służba zdrowia to naturalny monopol. Konkurencję stanowią czarownicy i hochsztaplerzy. Co gorzej, niemal wszyscy monopoliści są zwolennikami jednej partii. No i kto monopoliście podskoczy? |
|
|
Marek Michalski "W modelu kas chorych to nie pacjent wydawał pieniądze, tylko płatnik, którego pacjent wybierał."Chodzi właśnie o to, by wydawał sam, aby powstała realna wycena świadczeń. Realna z punktu widzenia potrzeb pacjenta, a nie ministra finansów, zarządcy, czy kogokolwiek, kto wydaje cudze pieniądze na cudze potrzeby.Biologii nie da się przeskoczyć. "Wydatki publiczne zawsze będą największym źródłem finansowania ochrony zdrowia."Tak będzie, bo ideałem, do którego nas dążą jest, by 100% potrzeb człowieka było realizowane z "wydatków publicznych". "Nic nie będziesz miał i będziesz szczęśliwy". |
|
|
mjk1 Rozumiem Pana punkt widzenia Panie Marku, ale chciałbym zwrócić uwagę na kilka kwestii, które często umykają w takiej dyskusji.Konkurencja w systemie publicznym nie wymaga, żeby pacjent płacił z własnej kieszeni.W modelu kas chorych to nie pacjent wydawał pieniądze, tylko płatnik, którego pacjent wybierał. I to właśnie ten wybór wymuszał konkurencję. To mechanizm znany z wielu państw: w Holandii, w Niemczech, w Szwajcarii, w niektórych landach Austrii. Tam pieniądz publiczny również jest przekazywany przez płatnika, nie przez pacjenta bezpośrednio a mimo to konkurencja działa.Pacjent nie musi sam wydawać pieniędzy, żeby system reagował na jego potrzeby.Potrzeby pacjentów określa się poprzez ich wybory (np. zmiana kasy/płatnika), dane epidemiologiczne, analizę zgłoszeń i kolejek, kontrolę jakości świadczeń i przejrzyste kontraktowanie. To wystarcza, żeby płatnicy konkurowali o jakość i dostępność usług. Nie wymaga to od chorego podejmowania decyzji przy kasie, tylko racjonalnej struktury systemu.„Bon zdrowotny” nie jest jedyną formą przywracania konkurencji.To jest jeden z modeli, ale nie jedyny i nie zawsze najlepszy. Bon zdrowotny przerzuca odpowiedzialność na pacjenta, a to zwiększa nierówności, obciąża ludzi mniej zamożnych, prowadzi do rezygnacji z profilaktyki i ogranicza leczenie przewlekłe u osób, które mają najmniej zasobów. Dużo bezpieczniejszy i bardziej efektywny jest model: publicznego finansowania, pluralizmu płatników i prawa wyboru płatnika przez pacjenta. To działa w Niemczech i działało u nas.Śląska Kasa Chorych była najlepszym dowodem, że konkurencja może powstać bez obciążania pacjenta kosztami.Pacjent nie płacił więcej. Państwo nie płaciło więcej. A system i tak działał lepiej, bo płatnik miał motywację. Mógł upaść albo być przejęty. Miał swobodę zarządzania. Był oceniany przez pacjentów i musiał negocjować, a nie tylko rozdawać pieniądze.Wydatki publiczne zawsze będą największym źródłem finansowania ochrony zdrowia.Nawet w USA ponad połowa wydatków to pieniądze publiczne. Dlatego kluczowe nie jest to, skąd biorą się środki, lecz:KTO i NA JAKICH ZASADACH nimi zarządza.Reasumując. Można więc przywrócić konkurencję w ochronie zdrowia bez obciążania pacjentów dodatkowymi kosztami. I są na to gotowe modele, które działają w wielu krajach. To nie bon zdrowotny jest warunkiem konkurencji, tylko pluralizm płatników i realny wybór pacjenta. Pacjent nie musi „wydawać pieniędzy”, żeby system zaczął reagować na jego potrzeby, wystarczy, że może wybrać płatnika, który robi to w jego imieniu lepiej.Właśnie o tym mówi teraz "młody" Sośnierz u Klarenbacha, zatykając jakiegoś lewicowego Karolka tak, że ten "języka w gębie zapomniał". |
|
|
Marek Michalski Nie będzie konkurencji, póki to pacjent nie będzie wydawał pieniędzy na leczenie (własnych i/lub przydzielonych w postaci bonu, centralnych w pewnej grupie sytuacji). Tylko w ten sposób określone mogą być potrzeby pacjentów a nie uzdrawiaczy świata. |