Historia jednego podpisu, który rozpętał polityczną burzę.
W polskiej polityce są momenty, w których trudno oddzielić fakty od narracji. Są też takie, w których prawda zostaje przykryta tak grubą warstwą politycznego kurzu, że przeciętny obywatel przestaje w ogóle rozumieć, o co chodzi. Spór o unijny program Security Action for Europe (SAFE) należy właśnie do tej drugiej kategorii.
Wystarczyło kilka wypowiedzi polityków, jeden podpis pod europejskim dokumentem i kilka godzin telewizyjnych debat, aby powstało wrażenie, że Polska stoi na krawędzi wielkiej finansowej decyzji, której nikt tak naprawdę nie rozumie. Jedni mówią, że Polska już się zgodziła. Inni twierdzą, że nic jeszcze nie zostało postanowione. Jeszcze inni przekonują, że wszystko to jest tylko politycznym teatrem. I w tym wszystkim jest coś bardzo charakterystycznego dla współczesnej polityki: każdy mówi kawałek prawdy, ale nikt nie mówi jej w całości.
Podpis, który stał się symbolem.
W centrum całej historii znalazł się podpis Adama Szłapki. W wielu komentarzach zaczęto przedstawiać go niemal jak moment, w którym Polska ostatecznie zgodziła się na unijną pożyczkę z programu SAFE. Brzmi poważnie. Problem w tym, że nie jest to do końca prawda. Podpis Szłapki nie oznaczał zgody Polski na pożyczkę. Był podpisem pod rozporządzeniem, które dopiero tworzy mechanizm, w ramach którego państwa członkowskie mogą o takie pożyczki się ubiegać. To ogromna różnica. To tak, jakby ktoś podpisał regulamin banku, a potem ogłoszono, że wziął kredyt hipoteczny. Ale w polityce szczegóły rzadko wygrywają z emocjami.
Jak naprawdę działa program SAFE.
Wbrew temu, co można usłyszeć w wielu programach publicystycznych, pieniądze z SAFE nie pojawiają się automatycznie na koncie państwa. Procedura jest długa i dość techniczna. Najpierw państwo musi przygotować plan wydatków i złożyć wniosek do Komisji Europejskiej. Potem Komisja ocenia ten plan. Dopiero później może zostać podpisana umowa pożyczkowa między państwem a Komisją. A nawet wtedy pieniądze nie trafiają od razu do budżetu, są wypłacane stopniowo, w transzach.
Najważniejsze jest jednak coś innego. Pożyczka z SAFE oznacza zwiększenie długu publicznego państwa. A to w Polsce nie jest decyzja, którą można podjąć w zaciszu gabinetu premiera. Zgodnie z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej oraz Ustawą o finansach publicznych takie zobowiązania muszą mieć podstawę ustawową. Innymi słowy, powinien się na nie zgodzić parlament. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy spór.
Czy rząd może zrobić to sam?
Część prawników związanych z rządem sugeruje, że w tym przypadku ustawa nie musi być konieczna. Ich argument jest prosty: SAFE to instrument unijny, a Polska jako państwo członkowskie uczestniczy w jego tworzeniu. Z takiej interpretacji wynikałoby, że rząd może podpisać umowę pożyczkową, a później po prostu wpisać ją do systemu finansów publicznych. Problem polega na tym, że wielu konstytucjonalistów uważa taką interpretację za niezgodną z Konstytucją. Ich zdaniem zaciąganie zobowiązań finansowych tej skali bez zgody parlamentu narusza podstawową logikę systemu konstytucyjnego. Dlatego przeciwnicy tego rozwiązania mówią wprost: jeśli rząd spróbuje ominąć ustawę, może narazić się na poważne konsekwencje prawne, włącznie z odpowiedzialnością przed Trybunał Stanu. Czy to realny scenariusz? I tu niestety mamy problem, bo w polskiej historii Trybunał Stanu częściej bywał straszakiem niż realnym narzędziem rozliczeń. Ale sam fakt, że taka możliwość jest w ogóle rozważana, pokazuje skalę napięcia.
W tle tej historii jest coś więcej.
Patrząc z dystansu, łatwo zauważyć, że spór o SAFE nie jest w gruncie rzeczy sporem o pieniądze. Jest sporem o coś znacznie ważniejszego - o to, kto w państwie ma prawo podejmować strategiczne decyzje. Czy robi to rząd, powołując się na prawo europejskie? Czy robi to parlament, powołując się na konstytucję? Czy może prezydent, próbując zablokować jedną drogę i zaproponować inną? To pytania, które dotykają samego rdzenia systemu politycznego.
Dlaczego powstał chaos informacyjny.
Najprostsza odpowiedź jest jednocześnie najbardziej brutalna: bo chaos jest wygodny. W chaosie każdy może wybrać tę wersję wydarzeń, która najbardziej mu odpowiada. Rząd podkreśla, że SAFE już istnieje i że Polska uczestniczy w jego tworzeniu. Opozycja mówi, że bez ustawy nic nie może się wydarzyć. Media pokazują podpis Szłapki jako symbol zgody Polski na program. Każda z tych opowieści zawiera element prawdy. Ale żadna z nich nie jest pełną prawdą. A kiedy prawda zostaje rozbita na kawałki, bardzo łatwo zastąpić ją polityczną narracją.
I tu dochodzimy do sedna.
Spór o SAFE pokazuje coś bardzo niepokojącego: w polskiej polityce coraz rzadziej chodzi o wyjaśnianie rzeczywistości. Coraz częściej chodzi o to, kto pierwszy opowie swoją wersję wydarzeń i zdąży narzucić ją opinii publicznej. W takiej grze fakty przestają być fundamentem debaty. Stają się tylko rekwizytami.
Puentą tej historii jest paradoks.
Wszyscy zarzucają sobie kłamstwo. A prawda jest znacznie bardziej gorzka. Nie polega ona na tym, że jedna strona mówi prawdę, a druga kłamie. Polega na tym, że wszyscy mówią tylko tyle prawdy, ile jest im w danym momencie potrzebne. Reszta zostaje przemilczana. I właśnie dlatego zwykły obywatel, który próbuje zrozumieć, co naprawdę dzieje się wokół SAFE, ma wrażenie, że znalazł się w świecie, w którym nikt już nie mówi wprost. Bo może najuczciwszym opisem tej sytuacji nie jest zdanie „wszyscy kłamią”. Może prawdziwsze byłoby inne: wszyscy mówią półprawdę a półprawda w polityce bywa znacznie groźniejsza od kłamstwa.
Chaos informacyjny nie bierze się tylko z wygody (zasłanianie się UE) ale głównie z niedoskonałości prawa i tupetu rządzących nakazującego prawo omijać bądź bezkarnie łamać.Jeżeli bowiem stawiamy pytanie kto w państwie powinien podejmować strategiczne decyzje-rząd, prezydent , parlament dopiero teraz to oznacza ,że od początku o to nie zadbano.Spór o SAFE pokazał coś więcej-twarz reżimu usiłującego tą ,,pożyczką''zagwarantować sobie wyłączność dla wszelkich decyzji na zasadzie ,,prawo to ja''. Prezydent nie narzucił swojej wersji,po prostu podał wersję alternatywną do wglądu i omówienia-co w tym dziwnego? Rząd bazując na rzekomych uprawnieniach UE histerycznie reaguje urządzając awantury tam gdzie powinno się spokojnie rozpatrywać wady i zalety obu projektów. Szumne zapowiedzi,że w planie B i tak ominie się prezydenta pokazuje właśnie jak mozna ykorzystawać słaboci prawa.
Jeśli chodzi o histeryczne reakcje to nikt nie prześcignie sake i jej partii.