Polityczne przywództwo nie kończy się w chwili utraty władzy. Kończy się dopiero wtedy, gdy lider przestaje budować przyszłość własnej formacji. Partie mogą przetrwać porażki, skandale, zmiany pokoleniowe i kryzysy programowe, nie przetrwają jedynie sytuacji, w której ich lider nie potrafi lub nie chce przygotować następcy.
To właśnie pytanie zaczyna dziś dominować wokół PiS.
Jeszcze niedawno scenariusz wydawał się stosunkowo klarowny. Po długiej epoce dominacji Jarosława Kaczyńskiego partia potrzebowała kontrolowanej sukcesji: nowego prezesa o niskich negatywach, który zamknąłby epokę konfliktu personalnego i otworzyłby etap odbudowy wiarygodności. W tej roli naturalnie pojawiał się Zbigniew Bogucki, polityk młodszy, administracyjnie kompetentny, pozbawiony wieloletniego bagażu sporów i frakcyjnych antagonizmów. Tymczasem zamiast przygotowania sukcesji obserwujemy coś odwrotnego: ruchy, które bardziej przypominają neutralizowanie potencjalnych następców niż budowanie nowego przywództwa.
Premiera technicznego już przerabialiśmy.
Punktem zwrotnym okazała się medialna informacja przekazana przez Roberta Mazurka, że prezes PiS rozważał wskazanie Boguckiego jako kandydata na premiera. Propozycja miała jednak zostać odrzucona. Jeżeli tak było, trudno uznać tę decyzję za błąd ze strony Boguckiego. Polska polityka ma bowiem długą historię tzw. premierów technicznych, figur politycznych, które miały być kompromisem, a kończyły jako polityczne epizody.
Premier techniczny w polskim systemie rzadko staje się liderem. Najczęściej pełni rolę przejściową, pozbawioną realnego zaplecza partyjnego, a jego polityczna autonomia kończy się tam, gdzie zaczynają się interesy frakcji. W efekcie zamiast budować przywództwo, taka funkcja potrafi je definitywnie zablokować. Gdyby Bogucki przyjął tę propozycję, ryzykowałby dokładnie taki scenariusz: szybkie wypalenie, ograniczoną sprawczość i wizerunek polityka „zastępczego”. Odmowa nie wygląda więc jak brak ambicji. Bardziej jak polityczny instynkt samozachowawczy.
Problem nie polega na Boguckim.
Sedno sprawy nie dotyczy jednego nazwiska. Chodzi o mechanizm. Partia, która nie przeprowadza sukcesji, automatycznie wchodzi w fazę walki o schedę. A w tej fazie pojawia się naturalna pokusa lidera, utrzymywać równowagę poprzez blokowanie potencjalnych następców. Krótkoterminowo to stabilizuje władzę. Długoterminowo destabilizuje partię.
W tym sensie działania Kaczyńskiego można interpretować jako klasyczną strategię lidera założyciela: zachowanie centralnej roli poprzez niedopuszczenie do wyłonienia się silnej alternatywy. Problem polega na tym, że taka strategia działa tylko do momentu, gdy partia wygrywa. W opozycji zaczyna prowadzić do stagnacji.
Polityczna psychologia sukcesji.
Każda partia wodzowska przechodzi moment, w którym musi odpowiedzieć na pytanie: czy jest projektem lidera, czy instytucją zdolną do życia po nim. Jeśli pozostaje projektem lidera - przegrywa razem z nim. Jeśli staje się instytucją - może zmieniać przywódców i zachować wpływ.
PiS znajduje się dokładnie w tym punkcie.
Paradoks polega na tym, że kontrolowana sukcesja mogłaby być największym sukcesem politycznym Kaczyńskiego. Utrwaliłaby jego rolę założyciela i gwaranta ciągłości. Brak sukcesji może natomiast doprowadzić do sytuacji odwrotnej, w której epoka kończy się chaotycznie, a partia traci zdolność do odzyskania władzy.
Eliminacja potencjalnych liderów.
Jeśli spojrzeć szerzej, historia ostatnich lat pokazuje powtarzalny schemat: politycy, którzy mogli budować samodzielną pozycję przywódczą, byli stopniowo marginalizowani lub wciągani w konflikty osłabiające ich potencjał. Nie musi to być świadoma strategia „niszczenia następców”. Wystarczy naturalna logika systemu, w którym cała władza koncentruje się wokół jednego ośrodka. Ale efekt pozostaje ten sam: brak wyraźnej drugiej linii. I właśnie dlatego propozycja premiera technicznego dla Boguckiego wyglądała mniej jak oferta awansu, a bardziej jak ruch neutralizujący.
Polityka nie znosi próżni.
Najgroźniejszą konsekwencją takiego stanu nie jest nawet porażka wyborcza. Partie przegrywają i wracają. Najgroźniejsze jest coś innego: utrata roli głównej siły politycznej po swojej stronie sceny. Jeżeli PiS nie wyłoni nowego lidera, zrobi to rzeczywistość polityczna, poprzez powstawanie alternatyw, fragmentację elektoratu i powolne przesuwanie ciężaru sceny politycznej gdzie indziej. Historia, nie tylko polskiej ale i europejskiej prawicy zna wiele takich przypadków.
Spór o Boguckiego jest w istocie sporem o model przyszłości PiS. Czy partia ma być projektem trwającym tak długo, jak trwa przywództwo jednego człowieka, czy instytucją zdolną do pokoleniowej zmiany? Odmowa roli premiera technicznego nie zamyka kariery Boguckiego. Otwiera raczej pytanie, czy ktokolwiek w PiS będzie miał szansę stać się naturalnym następcą. Bo sukcesja nie polega na wskazaniu funkcji. Polega na przekazaniu przywództwa.
Największym paradoksem polityki bywa to, że lider może przegrać nie dlatego, że ma słabych przeciwników, lecz dlatego, że nie dopuszcza silnych następców. Jeżeli PiS nie przeprowadzi sukcesji, nie przegra jednych wyborów. Przegra przyszłość. A partia, która nie potrafi wyobrazić sobie siebie po własnym liderze, wcześniej czy później przestaje być projektem politycznym, staje się wspomnieniem epoki.