Otrzymane komantarze

Do wpisu: Dlaczego wojna nie uratuje Polski i czemu huby nie rodzą się z chaosu.
Data Autor
mjk1
Dziękuję za komentarz, bo on w istocie czyści pole z nieporozumień, zamiast je zagęszczać. W wielu punktach mówimy o tym samym, różnimy się głównie akcentami i diagnozą źródła stabilności, a nie jej znaczeniem. Zacznę od zgody, bo ona jest realna, nie kurtuazyjna. Masz rację: wojna nie jest strategią rozwoju, chaos nie rodzi hubów, a myślenie katastroficzne prowadzi co najwyżej do emocjonalnej ulgi, nie do polityki. Zgadzam się też, że kapitał nie ufa wizjom i PDF-om, tylko egzekwowalnym regułom gry, oraz że zmienność polityczna jest jednym z największych wrogów długiego horyzontu inwestycyjnego. To są fundamenty, bez których cała reszta nie ma sensu. Różnica zaczyna się nie na poziomie celów, tylko na poziomie mechanizmu. Nie twierdzę i tu warto to jasno powiedzieć, że państwo może zaprojektować rozwój w sensie wskazania zwycięzców, branż czy trajektorii technologicznych. Historia w pełni potwierdza, że tam, gdzie państwo próbuje zastąpić proces odkrywania rynkowego, kończy się to polityzacją kapitału i marnotrawstwem. W tym sensie Twoja krytyka centralnego planowania jest dla mnie oczywista i zasadna. Moja teza jest węższa i moim zdaniem, mniej kontrowersyjna. Rynek nie wytwarza sam z siebie trwałych ram, jeśli te ramy nie są wcześniej ustanowione i konsekwentnie chronione. Prawa własności, egzekwowalne kontrakty, stabilność waluty, przewidywalność regulacyjna, to wszystko są warunki rynkowe w skutkach, ale instytucjonalne w źródle. One nie biorą się z ograniczenia polityki w sensie czysto negatywnym (państwo nic nie robi), tylko z bardzo trudnej zdolności państwa do samoograniczenia w czasie, niezależnie od zmiany władzy. Tu dotykamy sedna: nie spór państwo kontra rynek, lecz problem trwałości reguł ponad cyklem politycznym. Zgadzam się z Tobą, że im więcej rozwoju zależy od uznaniowych decyzji władzy, tym większa niestabilność. Ale nie zgadzam się, że odpowiedzią jest wyłącznie redukcja ambicji państwa do minimum. W krajach peryferyjnych a Polska nadal jest peryferią globalnego kapitału, brak minimalnej koordynacji infrastrukturalnej i instytucjonalnej prowadzi nie do wolnego rynku, lecz do rynku zależnego, który reprodukuje cudze centra zamiast budować własne. Przykład Chin jest tu pouczający właśnie dlatego, że pokazuje oba bieguny. Zgoda, że wzrost był możliwy dzięki dopuszczeniu mechanizmów rynkowych. Ale równie prawdziwe jest to, że bez państwowego parasola stabilności, inwestycji infrastrukturalnych i kontroli ryzyka systemowego ten rynek nigdy nie osiągnąłby skali, która przyciągnęła globalny kapitał. Dzisiejsze cofanie się Chin nie obala tej lekcji, ono raczej pokazuje, jak cienka jest granica między ramą a dominacją, między ochroną a dławieniem. Podobnie z hubami. One nie rodzą się z wizji, tu masz rację, ale nie rodzą się też w próżni instytucjonalnej. Każdy trwały hub to splot: prywatnego kapitału, zaufania kontraktowego, infrastruktury oraz reguł, które nie znikają wraz z kolejnymi wyborami. Jeśli państwo potrafi zagwarantować tylko to i nic więcej, to już zrobiło bardzo dużo. Jeśli nie potrafi, rynek nie „odkryje” stabilności sam, tylko przeniesie się tam, gdzie ona już istnieje. Dlatego, paradoksalnie, nasze wnioski są bliższe, niż się wydaje. Ty mówisz, że trwałość bierze się z ograniczenia polityki. Ja mówię, że trwałość bierze się z instytucjonalizacji tego ograniczenia. To nie jest wiara w mądrą władzę. To jest sceptycyzm wobec jej zmienności. Jeśli Polska ma zbudować coś, co przetrwa zmianę rządu, to nie przez wielkie strategie rozwoju, ale też nie przez czyste zejście z drogi. Potrzebujemy reguł, które są trudne do zmiany i politycznie niewdzięczne, bo właśnie dlatego są wiarygodne dla kapitału i przedsiębiorców. W tym sensie Twoja diagnoza zagrożeń i moja ostrożność wobec czystego leseferyzmu nie muszą się wykluczać. Obie są próbą odpowiedzi na to samo pytanie: jak sprawić, by przyszłość Polski nie zależała od tego, kto akurat wygra wybory.I to jest, jak sądzę, punkt, dla którego warto dalej prowadzić tę rozmowę.
rolnik z mazur Waldek Bargłowski
@mjk1Polska potrzebuje przede wszystkim rządzących, którzy myślą w interesie Polski a nie partii takiej czy innej. Niech dadzą nam spokój i wolność a my sobie doskonale poradzimy i bez nich.Po co nam ta gromada darmozjadów i hamulcowych? 
Grzegorz GPS Świderski
Taką polemikę wyciągnąłem z mojej lodówki:Zgadzam się z wieloma Twoimi tezami. Wojna nie jest strategią rozwoju, chaos nie rodzi hubów, a myślenie katastroficzne jest intelektualnie jałowe. Zgadzam się też, że Polska nie jest beneficjentem globalnych konfliktów i że stabilność, przewidywalność oraz długi horyzont czasowy są warunkiem przyciągania kapitału. Jednak jak mamy wybierać wojnę, to lepiej, by była na Pacyfiku, a nie u nas. Zgadzam się wreszcie, że spór państwo czy rynek bywa jałowy, jeśli nie dotyka kwestii trwałości instytucji ponad kadencjami. To wszystko są obserwacje trafne i w gruncie rzeczy mało kontrowersyjne.Nie zgadzam się natomiast z wnioskiem, jaki z tych obserwacji wyciągasz. Po pierwsze dlatego, że polemizujesz z tezą, której nikt poważny – oprócz blogowych ignorantów – nie głosi. Nikt rozsądny nie twierdzi, że wojna uratowałaby Polskę ani że cudzy chaos jest sensowną strategią rozwoju. To chochoł, który dobrze wygląda retorycznie, ale nie przybliża nas do sedna sporu. Nam dużego kopa gospodarczego da rozpad Rosji, a to może się stać tak jak z ZSRR. Wtedy handel z terenami Rosji podzielonymi na tysiąc Estonii będzie dla nas cholernie korzystny.Sednem nie jest pytanie, czy potrzebujemy stabilności, tylko skąd ta stabilność ma się wziąć. Ty zakładasz, że stabilność jest czymś, co państwo może zaprojektować, zaplanować i utrzymać, jeśli tylko przyjmie właściwą ramę instytucjonalną. Ja twierdzę coś odwrotnego: stabilność gospodarcza jest efektem ubocznym ograniczenia polityki, a nie jej dojrzałości. Im więcej zależy od długofalowych decyzji państwa, tym większe ryzyko niestabilności, bo państwo z definicji działa w rytmie władzy, a nie w rytmie kapitału.Przykład Chin, który przywołujesz, działa przeciwko Twojej tezie. Chiny rosły nie dlatego, że miały mądre instytucje, tylko dlatego, że przez trzy dekady dopuściły mechanizmy rynkowe, które wygenerowały kapitał, klasę średnią i globalne powiązania. Gdy dziś kontrola polityczna się zaostrza, innowacyjność spada, kapitał zaczyna uciekać, a napięcia rosną. To nie jest dowód na wyższość rozsądnego państwa, tylko empiryczna ilustracja tego, jak wąska jest granica, po której przekroczeniu państwo zaczyna niszczyć to, co wcześniej pozwoliło rynkowi zbudować. Chiny idą drogą Niemiec, które gospodarczo właśnie upadają.Podobnie jest z hubami. Masz rację, że wymagają zaufania i przewidywalności, ale mylisz się, sugerując, że rodzą się one z długich planów państwowych. Kapitał nie ufa wizjom ani strategiom na dekady, bo te zmieniają się wraz z ekipą rządzącą. Kapitał ufa prawom własności, egzekwowalnym kontraktom, niskiej uznaniowości decyzji i możliwości wyjścia. To są warunki rynkowe, nie planistyczne. Państwo może ich pilnować, ale nie jest w stanie ich zastąpić ciągłością polityczną, bo tej po prostu nie ma.Pytasz na końcu, czy potrafimy zbudować coś trwałego, co przetrwa zmianę władzy. To jest dokładnie właściwe pytanie. Tylko że odpowiedź brzmi inaczej, niż sugerujesz. Trwałość nie bierze się z tego, że państwo myśli w kategoriach dekad, lecz z tego, że zmiana władzy ma jak najmniejsze znaczenie dla procesów gospodarczych. Im mniej rozwoju zależy od decyzji politycznych, tym większa ciągłość. Im więcej od rynku i prywatnych kontraktów, tym mniejsza wrażliwość na wstrząsy polityczne.Dlatego zgadzam się, że Polska nie potrzebuje apokalipsy. Ale nie zgadzam się, że potrzebuje rozsądnego państwowego sterowania warunkami. Polska potrzebuje czegoś znacznie trudniejszego: trwałej rezygnacji polityki z ambicji zarządzania rozwojem. Dopiero to tworzy stabilność, o której piszesz – tyle że jej źródło leży nie w mądrej władzy, lecz w jej samoograniczeniu.
mjk1
Masz rację Heniek co do opisu potencjałów USA, tyle że to jest opis stanu posiadania, a nie opis dynamiki. I tu zaczyna się zasadnicza różnica. Większość z wymienionych przewag Stanów Zjednoczonych to aktywa odziedziczone, a nie przewagi systematycznie powiększane. System polityczny jest wciąż formalnie elastyczny, ale coraz mniej zdolny do podejmowania decyzji strategicznych ponad podziałami. Gospodarka jest największa, lecz coraz bardziej uzależniona od finansowania, z realnym przemysłem skoncentrowanym w wąskich segmentach Dolar pozostaje walutą rezerwową, ale po raz pierwszy od dekad jest aktywnie omijany w handlu i rezerwach (nie z powodów ideologicznych, tylko ryzyka sankcyjnego). Sektor technologiczny jest wiodący, lecz coraz bardziej regulacyjnie i politycznie skrępowany, a jego przewaga opiera się na kilku wąskich systemach. Armia jest najpotężniejsza, ale kosztowna, rozciągnięta globalnie i uzależniona od konsensusu politycznego. To nie jest obraz upadku USA, ale to też nie jest obraz hegemonii z przełomu wieków. Kluczowe pytanie brzmi nie, kto ma dziś największe zasoby, tylko, kto potrafi je zamienić w długofalową strategię bez wewnętrznego paraliżu? I tu widać pęknięcie. USA wciąż są najsilniejszym pojedynczym graczem, ale świat przestał być jednobiegunowy. Miękka siła USA nadal działa, lecz nie jest już bezalternatywna. Sojusze trwają, ale są coraz bardziej transakcyjne. Oceaniczne bezpieczeństwo pozostaje atutem, ale globalna projekcja siły kosztuje coraz więcej politycznie i społecznie. Dlatego ten opis brzmi dziś trochę jak: tak było i tak być powinno a nie: tak będzie przez następne 30 lat. I to prowadzi do wniosku kluczowego dla Polski: nie możemy opierać własnej strategii ani na wiecznej dominacji USA, ani na nieuchronnym upadku Zachodu. Jedno i drugie to myślenie życzeniowe. Dla nas liczy się jedno. Czy umiemy zbudować własną odporność gospodarczą, logistyczną i instytucjonalną, tak, by nie być zakładnikiem cudzych cykli hegemonii. Bo historia pokazuje, że imperia nie upadają nagle, one stopniowo tracą zdolność porządkowania świata według własnych reguł. I dokładnie w takich okresach średnie państwa albo awansują, albo znikają z gry. To nie jest więc przebrzmiała historia ani pobożne życzenia. To jest opis świata w przejściu. A w świecie w przejściu najgorszą strategią jest wiara, że ktoś inny zawsze będzie trzymał ster za nas.
NASZ_HENRY
,.,.,. Tutaj całość Strategia Bezpieczeństwa USA - po angielsku, jeszcze nie po chińsku -sorry😉 whitehouse.gov
NASZ_HENRY
,.,..,.,..,. Stany Zjednoczone 😉 a nie Chiny 😡 wciąż zajmują najbardziej godną pozazdroszczenia pozycję na świecie, dysponując wiodącymi globalnie zasobami, środkami i przewagami, w tym: - wciąż sprawnym i elastycznym systemem politycznym, zdolnym do korygowania kursu; - największą i najbardziej innowacyjną gospodarką świata, która zarówno generuje bogactwo możliwe do inwestowania w interesy strategiczne, jak i daje nam dźwignię wpływu na państwa pragnące dostępu do naszych rynków; - wiodącym systemem finansowym i rynkami kapitałowymi na świecie, w tym statusem dolara jako globalnej waluty rezerwowej; - najbardziej zaawansowanym, innowacyjnym i dochodowym sektorem technologicznym na świecie, który stanowi fundament naszej gospodarki, zapewnia jakościową przewagę wojskową i wzmacnia nasz wpływ globalny; - najpotężniejszymi i najbardziej zdolnymi siłami zbrojnymi na świecie; - rozległą siecią sojuszy, obejmującą sojuszników traktatowych i partnerów w najważniejszych strategicznie regionach świata; - godnym pozazdroszczenia położeniem geograficznym, z obfitymi zasobami naturalnymi, brakiem rywalizujących potęg dominujących fizycznie w naszej półkuli, granicami niezagrożonymi inwazją militarną oraz oddzieleniem innych wielkich potęg rozległymi oceanami; - niezrównaną „miękką siłą” i wpływem kulturowym; oraz odwagą, siłą woli własnych obywateli ****_**** 😎
Do wpisu: Dlaczego wolny rynek nie zbuduje Polsce przyszłości i dlaczego bez państwa zawsze zostaniemy peryferią
Data Autor
Grzegorz GPS Świderski
Jeśli uznasz, że to, co poniżej, to jest odpowiedź lodówki, to się totalnie poniżysz, bo to znaczy, że przegrałeś dyskusję na argumenty z lodówką. Swoimi przysrywankami dajesz taki sygnał: z lodówką przegrywam, ale gdybym rozmawiał z człowiekiem, który jest z definicji głupszy i ma słabe argumenty, to bym go pokonał. Więc argumentacja lodówki się nie liczy. No więc ad rem, zobacz, co jako lodówka Ci odpowiadam (tu się przyznaję do tego, że jestem lodówką: naszeblogi.pl):Nie obalasz mojej tezy argumentem empirycznym, tylko zmieniasz definicję problemu. Piszesz: "tam, gdzie nie ma własnego kapitału, wolny rynek prowadzi do przejęcia, a nie do budowy". To nie jest kontrargument wobec rynku, tylko opis stanu początkowego po socjalizmie, w którym nie było rynku kapitałowego, prywatnej własności, klasy przedsiębiorczej ani realnych cen kapitału. To nie była pełna liberalizacja, tylko chaotyczne przejście z gospodarki bez kapitału do gospodarki z otwartym handlem, przy jednoczesnym zachowaniu państwa jako głównego dysponenta aktywów.Twierdzisz, że rynek bez kapitału nie buduje. Jednak kapitał nie jest bytem narodowym ani instytucją państwową. Kapitał to rezultat oszczędzania, kalkulacji i przedsiębiorczości konkretnych ludzi w czasie. Państwo nie uruchamia kapitału — ono może co najwyżej przesunąć cudzy kapitał w wybrane politycznie miejsca, nie mając żadnego mechanizmu odróżnienia inwestycji sensownych od błędnych. To nie jest aksjomat, to jest wprost problem kalkulacji ekonomicznej. To zjawisko empiryczne.Przykład Polski po 1989 r. nie dowodzi porażki rynku, tylko porażki hybrydy:– liberalizacja handlu przy braku liberalizacji własności,– prywatyzacja kontrolowana politycznie,– brak ochrony prawnej drobnej przedsiębiorczości,– banki i kredyt podporządkowane państwu lub zagranicy.To nie był rynek bez kapitału, tylko rynek bez reguł, z państwem rozdającym aktywa według kryteriów politycznych. To było chwilowe uwolnienie gospodarki, by komuchy się uwłaszczyły, a potem zastopowanie rynku, wprowadzenie z powrotem socjalizmu, by nikt komuchów z rynku nie wygryzł. I to się świetnie udało.Piszesz, że Gurgaon i Hongkong nie obalają tezy, bo miały zewnętrzny kapitał i ochronę instytucjonalną. Jednak to właśnie potwierdza argument wolnościowy, a nie go osłabia. Rynek nie potrzebuje narodowego kapitału, tylko stabilnych reguł, ochrony własności i możliwości akumulacji. Kapitał nie pyta o flagę — pyta o stopę zwrotu i bezpieczeństwo. Jeśli państwo musi najpierw zbudować kapitał narodowy, to znaczy, że blokuje proces, który rynek uruchamia naturalnie.Twój argument historyczny — że kraje wychodzące z peryferii zawsze używały państwa — jest klasycznym błędem selekcji (cherry picking). Pamięta się Koreę czy Japonię, zapomina się Amerykę Łacińską, Afrykę, Bliski Wschód i większość Europy Wschodniej, gdzie państwo również uruchamiało kapitał — z dokładnie odwrotnym skutkiem. To nie państwo było zmienną decydującą o sukcesie, tam, gdzie go odniesiono, tylko własność prywatna i swoboda przedsiębiorczości.Ja nie twierdzę, że rynek zawsze buduje. Twierdzę coś węższego — że nie istnieje znany mechanizm, dzięki któremu państwo mogłoby uruchomić kapitał lepiej niż proces rynkowy, nie niszcząc przy tym informacji, bodźców i odpowiedzialności. Każda próba ustanowienia warunku startu kończy się tym, że warunek staje się stały, a państwo nie oddaje steru — bo nie ma kryterium, kiedy skończyć z regulacjami. Tak gospodarczo upadają Niemcy. Ordoliberalizm był warunkiem startowym, który im dał potęgę, a centralne planowanie ich zniszczyło i dziś nie są w stanie dostosować się do nowoczesnych technologii i innowacji. Nie chodzi o wiarę w garbate aniołki. Chodzi o to, że historia nie pokazuje państwa jako narzędzia akumulacji kapitału, tylko jako jego politycznego selekcjonera. Mamy na to tysiące empirycznych przykładów. Weźmy kilka z nich.Klasycznym przykładem są Stany Zjednoczone XIX wieku, czyli Dziki Zachód. Był to kraj peryferyjny wobec Europy, finansowany w dużej mierze kapitałem brytyjskim, bez rozbudowanego państwa rozwojowego i bez centralnej polityki przemysłowej w dzisiejszym sensie. A mimo to prywatny kapitał zbudował system kolejowy, sieć miast, przemysł ciężki i rynek wewnętrzny o skali kontynentalnej. Kapitał nie istniał tam z góry – on powstał w trakcie procesu rynkowego, a państwo ograniczało się głównie do ochrony własności i egzekucji kontraktów.Podobnie wygląda przypadek Szwajcarii. Kraj bez kolonii, bez wielkiego rynku wewnętrznego i bez silnego państwa centralnego, który zbudował globalnie konkurencyjne sektory bankowości, farmacji i precyzyjnego przemysłu. Nie było tam narodowej strategii przemysłowej ani uruchamiania kapitału przez państwo. Była natomiast stabilność instytucjonalna, ochrona własności i długofalowa akumulacja prywatna. To nie była enklawa, tylko spójny, trwały model gospodarczy.Dobrym kontrapunktem do Polski po 1989 roku jest Estonia. Była mniejsza, biedniejsza i startowała bez własnego kapitału. Zamiast jednak budować państwowe inwestycje, postawiła na radykalną deregulację, niskie podatki, twardą ochronę własności i państwo cyfrowe rozumiane jako infrastruktura usługowa, a nie podmiot strategiczny. Efektem była realna akumulacja kapitału prywatnego i powstanie nowoczesnego sektora technologicznego.Jeżeli zaś chodzi o Europę, to północne Włochy – Lombardia, Wenecja Euganejska, Emilia-Romania – są przykładem rozwoju opartego na sieciach małych i średnich przedsiębiorstw, lokalnej przedsiębiorczości i oddolnej akumulacji kapitału. Państwo było tam raczej słabe i często nieefektywne, a mimo to region stał się jednym z najważniejszych centrów przemysłowych kontynentu. To dokładnie ten typ rozwoju, który nie pasuje do tezy, że rynek potrafi tworzyć tylko enklawy.Z drugiej strony historia dostarcza równie wielu empirycznych przykładów, gdzie państwo próbowało uruchamiać kapitał i kończyło się to źle. Ameryka Łacińska przez dekady realizowała model substytucji importu — ochronę rynku, państwowe inwestycje, budowę przemysłu odgórnie. Po czterdziestu latach efektem była stagnacja, brak innowacji, zadłużenie i utrwalenie peryferyjności. Państwo było aktywne, rynek wtórny – rezultat dokładnie odwrotny od zamierzonego. Milei próbuje to odbudować stosując ASE i jak na razie ma świetne wyniki.W Polsce międzywojennej Centralny Okręg Przemysłowy jest często przywoływany jako dowód skuteczności państwa rozwojowego, ale empirycznie był projektem kosztownym, słabo efektywnym i niezdolnym do samofinansowania. Nie stworzył trwałej klasy przedsiębiorczej ani mechanizmu rynkowego, a jego długofalowe efekty przerwała wojna. To nie był warunek startu, lecz ciężar zależny od decyzji politycznych.Najbardziej radykalnym, ale też najbardziej jednoznacznym przykładem jest PRL. Państwo miało pełną kontrolę nad kapitałem, inwestycjami i rozwojem przemysłu. Efektem był brak innowacji, chroniczna niewydolność i strukturalna niezdolność do konkurowania. Jeśli w odpowiedzi słyszę, że to nie było prawdziwe państwo rozwojowe, to znaczy, że argument przestaje być empiryczny, a staje się normatywny.Wreszcie porównanie Korei Północnej i Południowej pokazuje w skrajnej formie, że to nie uruchamianie kapitału przez państwo decyduje o wyjściu z peryferii, lecz sposób alokacji i mechanizmy odpowiedzialności. Ten sam naród, podobny punkt startu, diametralnie różne rezultaty.Kapitał nie powstaje przed rynkiem i nie jest bytem narodowym, który państwo musi najpierw zbudować. Kapitał powstaje w trakcie procesu rynkowego, poprzez oszczędzanie, inwestowanie i selekcję przedsiębiorczą. Gdy państwo próbuje zastąpić ten proces warunkiem startu, wchodzi w rolę politycznego selekcjonera. A historia pokazuje, że państwa potrafią selekcjonować interesy i lojalności, ale nie potrafią selekcjonować efektywności.No i co Twoja lodówka na to?
mjk1
Dalej nic nie rozumiesz. W tym momencie nie posuwamy się już do przodu, bo nie odpowiadasz na mój argument empiryczny, tylko powtarzasz bez uzasadnienia aksjomat: „państwo zawsze niszczy, rynek zawsze buduje”.Ja nie twierdzę, że państwo jest bytem produkcyjnym ani że „widzi przyszłość”. Twierdzę coś prostszego i sprawdzalnego: tam, gdzie nie ma własnego kapitału, wolny rynek prowadzi do przejęcia, a nie do budowy. Polska po 1989 r. jest tego przykładem - pełna liberalizacja bez kapitału skończyła się szczękami, łóżkami polowymi i wyprzedażą przemysłu. Tego nie obala ani Hongkong, ani Gurgaon, bo oba przypadki miały zewnętrzne źródła kapitału i ochronę instytucjonalną, których my nie mieliśmy.Gurgaon nie jest kontrprzykładem, to dowód, że rynek potrafi zbudować enklawy, ale nie system, nie kraj i nie hub transportowy. Hongkong zaś był wyjątkiem kolonialnym, opartym na sile imperium, a nie na „czystym rynku” w kraju średniej wielkości.Na poziomie filozofii możemy się nie zgodzić. Ty wierzysz, że przyszłość zawsze się „odkrywa”, ja patrzę na historię i widzę, że kraje wychodzące z peryferii zawsze używały państwa do uruchomienia kapitału, a dopiero potem pozwalały rynkowi działać szerzej. To nie jest centralne planowanie, tylko warunek startu.Jeśli ktoś chce wierzyć, że tym razem pełne uwolnienie rynku w kraju bez kapitału zadziała inaczej niż w 1989 r. - ma do tego prawo.Ja tę lekcję już przerabiałem i nie wierzę w garbate aniołki.
Grzegorz GPS Świderski
Dla nas to jeszcze lepiej. Ale to bez sensu, bo Chiny przejmą Syberię pokojowo.
u2
Choć wolałbym dać władzę wam, maluczkim. Ale nie dam, boście zbyt maluczcy :)
u2
Wojna światowa ma się zacząć od niespodziewanego ataku Chin na Rosję. Wygląda to na całkiem prawdopodobnu scenariusz. A potem niech się dzieje wola Boska, czyli Moja :)
Grzegorz GPS Świderski
Już w dyskusjach z mjk1 o tym pisałem: Chiny idą drogą Niemiec. To ordoliberalizm na początku pozwolił im wybić się na największą potęgę gospodarczą Europy, po czym keynesizm doprowadził ich do obecnego upadku — i to nie tylko z powodu islamu, ale upadają też gospodarczo, bo centralne planowanie nie jest w stanie przystosować ich do rozwijających się technologii tak jak wolny rynek. Dobrze to opisuje książka "Kaput...". Chiny to powielają.Jeśli będzie wojna, to Chiny vs. USA i raczej zacznie się o Tajwan. Dla nas to dobrze, że to tam się przeniesie. Wreszcie nasza chata będzie skraja...
Grzegorz GPS Świderski
Tymi przysrywanki o lodówce sam się deprecjonujesz — to nie służy dyskusji. Zawsze tym kończysz, gdy ci się kończą argumenty. Tu masz o lodówce: naszeblogi.pl
u2
"Sukces Chin nie polega na sile państwa, lecz na tym, że w pewnym momencie pozwolono ludziom działać poza nim." Teraz znowu zabraniają. Chiny się cofają do epoki kamienia łupanego i walki o ogień. Wyniknie z tego 3 wojna światowa. Uprzedzałem na NB, że Xi Jin Ping przejął na wieczność władzę w ChRL, to wróży kolejną wojnę światową. Nie chodzi o krasnoludków Marii Konopnickiej z Suwałk, tylko o krwawą Rotę. Skończy się to bardzo źle dla ludzkości. Pozdrawiam serdecznie, 60-letni Jerzy Ciruk z Dowspudy.
mjk1
Gdybyś przynajmniej rozumiał, co ta lodówka Ci naskrobała, to skasowałbyś wątek o Gurgaon, o którym napisałem wyczerpująco we wcześniejszym komentarzu. Nie gniewaj się, ale nie mam zamiaru kolejny raz odpowiadać na te same bezsensowne wypociny lodówki, którą się posługujesz. Pozdrawiam i dobrej nocy życzę.
Grzegorz GPS Świderski
Hongkong nie jest wyjątkiem. Mamy jeszcze Gurgaon — podałem link z artykułem, gdzie dokładnie opisuję ten przypadek. Takie przykłady można mnożyć. Wolny rynek faworyzuje wszelkie obszary, nawet jeśli są małe i peryferyjne czyniąc z nich centrum rozwoju.Państwo nie jest bytem produkcyjnym. Państwo niczego nie buduje. Państwo jedynie przesuwa zasoby odebrane jednemu, by przekazać je innemu. Każdy przykład rozwoju dzięki państwu jest w rzeczywistości redystrybucją cudzej pracy, politycznym wyborem zwycięzców, oraz moralnym usprawiedliwieniem przymusu.Sukces Chin nie polega na sile państwa, lecz na tym, że w pewnym momencie pozwolono ludziom działać poza nim. Gdy państwo było najsilniejsze — tam była nędza. Hongkong był dowodem, że cywilizacja powstaje tam, gdzie władza boi się ingerować, a nie tam, gdzie planuje przyszłość. Chiny mają sukces, bo sobie tworzą teraz następne Hongkongi — dobrze się na tym przykładzie nauczyły. A totalny sukces osiągną, gdy rozwiążą partię komunistyczną i podzielą Chiny na tysiące Hongkongów. Jeśli Polska jest relatywnie biedna, to dlatego, że nigdy nie pozwolono nam na pełne uwolnienie rynku, a elity polityczne zastąpiły przedsiębiorców klientelą uzależnioną od państwowa. Państwo nie jest narzędziem rozwoju. Państwo jest kosztem, który rynek musi nieustannie kompensować. Problemem Polski po 1989 roku jest brak rynku kapitałowego, brak realnej i powszechnej prywatnej własności i prawdziwej przedsiębiorczości, zastąpionej państwowym kapitalizmem politycznym.Ty zakładasz, że przyszłość da się zaprojektować, że jest ktoś, kto widzi dalej, że centralna wizja może zastąpić proces odkrywania. To złudzenie, utopia, tego nikt nigdy nie zrobił i nie zrobi. ASE to bardzo dobrze rozpoznała: nikt nie widzi dalej, przyszłość się odkrywa, nie planuje, a każda próba strategicznego budowania kończy się polityzacją kapitału i przegraną wyścigu z kimś bardziej wolnorynkowym.
mjk1
Hongkong pozostaje wyjątkiem, nie regułą i właśnie dlatego nie da się go wyciąć i wkleić w Polsce. My ten eksperyment już przerabialiśmy. W 1989 r. dostaliśmy maksimum wolności gospodarczej bez własnego kapitału, bez banków inwestycyjnych i bez zaplecza finansowego państwa. Efekt każdy mógł zaobserwować. Stać nas było jedynie na szczęki i łóżka polowe do ulicznego handlu, a po kilku latach obcy kapitał przejął handel, przemysł i infrastrukturę, które sami wcześniej sprzedaliśmy. To nie był wolny rynek budujący przyszłość, tylko rynek działający dokładnie tak, jak działa zawsze: kapitał wygrywa z brakiem kapitału. Dlatego opowieść o wolnym mieście, które samo wyciągnie Polskę z peryferii, jest dokładnie tym samym marzeniem, tylko w nowym opakowaniu. Bez własnego kapitału i bez państwa zdolnego go uruchomić skończy się tak samo - ktoś przyjdzie z pieniędzmi i kupi wszystko.Jeśli jednak ktoś chce wierzyć, że tym razem będzie inaczej, że wolny rynek nagle zacznie faworyzować biedniejszych graczy i peryferia, to proszę bardzo. Ja w puklate aniołki nie wierzę, ale też nikomu nie zabraniam.
Grzegorz GPS Świderski
Masz rację, że Hongkong nie wyrósł w próżni politycznej – tylko że jego model jest dokładnie odwrotnością tego, co proponujesz Polsce. Hongkong powstał na świadomej decyzji państwa, żeby zejść z drogi: wolny port, niskie podatki, brak państwowych czempionów, minimum inżynierii społecznej – to opisane w tej notce, do której dałem link na końcu swojego komentarza.​Pytasz, czemu nie przenieśli Hongkongu do metropolii. Odpowiedź jest prosta – politycznie nie byli w stanie rozbroić własnego państwowego socjalizmu, ale ten fakt nie zmienia natury hongkońskiego eksperymentu. To, że ktoś ma w jednym pokoju syf, a w drugim porządek, nie znaczy, że porządek jest iluzją, tylko że nie wszędzie starcza mu odwagi, żeby posprzątać.Dlatego nie kupuję tezy, że wolny rynek nie zbuduje Polsce przyszłości. Hongkong pokazuje coś innego: że to właśnie tam, gdzie państwo świadomie ogranicza własną rolę do prawa, bezpieczeństwa i stabilnej waluty, peryferyjne skały potrafią stać się centrum globalnego obiegu kapitału. Twoja wizja strategicznego państwa–architekta jest po prostu niezgodna z tym konkretnym, dobrze opisanym przypadkiem.​ A takich przykładów jest setki. Wszędzie socjalizm niszczy, a wolny rynek buduje. A to, że chwilowo dominuje keynesistowskie zniszczenie i lewackie centralne planowanie, a wolnorynkowe budowanie w duchu ASE są punktowe albo częściowe, nie zmienia tej ogólnej prawdy. Dobre rozwiązania nie dominują, bo są korzystne dla ogółu obywateli, ale niekorzystne dla rządzących. Socjalizm i centralne planowanie daje dużo więcej korzyści politykom — nie tylko materialnych, ale psychologicznych, związanych z biologiczną rządzą władzy. A wolnorynkowy kapitalizm im tę władzę odbiera. Mają ją nie dzięki temu, że to mądre i sensowne, ale dlatego, że dysponują aparatem przemocy. Koncepcja „Wolnego Miasta Stanisławów” z linków na końcu komentarza jest w duchu ASE. To nie jest kolejny projekt państwowy, tylko wycięty z obecnych systemów kawałek terytorium, na którym moglibyśmy przetestować hongkoński model w wersji XXI-wiecznej – maksymalna wolność gospodarcza, minimalny fiskalizm, otwarcie na kapitał i ludzi, a państwo zredukowane do pilnowania reguł gry. Jeśli coś ma wyciągnąć Polskę z peryferii, to raczej taki eksperyment, a nie kolejna wersja jakoby mądrego centralnego planowania przez tych samych polityków, którzy od trzydziestu lat nie są w stanie dociągnąć podstawowych projektów do końca. Centralne planowanie testujemy już od stu lat i to się ciągle nie udaje. Czas już w tym skończyć i spróbować wolnorynkowego kapitalizmu.Twój konkretny centralizm jest utopijny — a propozycja polskiego Hongkongu w Stanisławowie jest wielokroć bardziej realna, do tego da się namówić polityków. Całej władzy nie oddadzą, ale mały kawałek terytorium na eksperyment, oddać mogą — tak jak to zrobili politycy hinduscy z Gurgaon. To jest realne. Gdy Konfederacja będzie współrządzić, to ten pomysł można będzie realnie przeforsować.
mjk1
Dziękuję za bardzo ciekawy komentarz. Porusza wiele ważnych kwestii i dobrze ukazuje pewne powszechne mity, które mogą zaciemniać obraz rzeczywistości. Pozwól, że odpowiem punkt po punkcie, bo myślę, że warto wyjaśnić pewne kwestie.Hongkong: "wolny rynek" czy "państwo jako fundament?"Masz rację, że Hongkong jest często przywoływany jako przykład „wolnego rynku” i minimalnej roli państwa. Jednak to, co często pomija się w tej narracji, to specyficzny kontekst kolonialny Hongkongu, który nie może być łatwo przeniesiony na inne kraje, w tym Polskę. Hongkong był zarządzany przez Wielką Brytanię przez ponad 150 lat. To oznaczało, że Brytyjczycy stworzyli tam silną ramę instytucjonalną, która obejmowała nie tylko bezpieczeństwo własności, ale także planowanie przestrzenne, infrastrukturę (porty, lotniska, nabrzeża), oraz stabilność polityczną i militarną. Państwo zapewniło tam fundamenty w tym prawny porządek, który nie był typowy dla innych części świata. Nie była to więc sytuacja, w której państwo „zeszło z drogi” i po prostu „wolny rynek zrobił swoje”. To był wysokozorganizowany model w którym rolą państwa było stworzenie warunków do rozwoju, z minimalną interwencją operacyjną w życie codzienne, ale z silnym nadzorem w kwestiach strategicznych. Warto pamiętać, że Hongkong rozwijał się jako wyjątkowy przypadek, z uwagi na jego status kolonialny i status specjalny, który zapewnił mu Brytyjczycy, a nie spontaniczny efekt wolnego rynku. Gdyby Hongkong był autonomicznym państwem w pełni demokratycznym, takim jak Polska, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie dało się tego przenieść na metropolię, która miała zupełnie inne uwarunkowania wewnętrzne.Dlaczego Hongkong nie był modelem do naśladowania w Wielkiej Brytanii?Jeśli Hongkong działał na zasadzie minimalistycznego państwa, to z perspektywy wolnorynkowej można by zadać pytanie: dlaczego takiego modelu nie zaimplementowano w samej Wielkiej Brytanii? Otóż odpowiedź jest bardzo prosta: Hongkong mógł działać w sposób, w jaki działał, bo był kolonią, w której państwo metropolitalne mogło zastosować różne wyjątki i interwencje, nie licząc się z wewnętrznymi siłami politycznymi. W Wielkiej Brytanii rynek i państwo muszą liczyć się z interesami demokratycznymi, społecznymi i politycznymi, związkami zawodowymi, oraz szeregiem innych grup interesów. Hongkong, w odróżnieniu od Brytanii, nie musiał zmagać się z tymi wszystkimi wewnętrznymi konfliktami.Wolny rynek w Hongkongu, co było prywatne, a co publiczne?Zgadzam się z Tobą, że część infrastruktury w Hongkongu była prywatna. Rzeczywiście, spółki prywatne prowadziły niektóre projekty. Jednak trzeba pamiętać, że większość z nich funkcjonowała w ramach dokładnych regulacji państwowych, a państwo nie zrezygnowało z roli nadzorującej. Choć transport w Hongkongu jest częścią sektora prywatnego, to wciąż mamy do czynienia z długoterminowymi koncesjami, które były regulowane przez rząd, oraz z centralnym planowaniem przestrzennym. Hongkong po prostu był w stanie dostarczyć ramy prawne i strukturę, która pozwalała na swobodny rozwój. Tak samo było z niskimi podatkami, które były możliwe tylko dzięki temu, że inne elementy (np. infrastruktura, porty) były w rękach państwa lub ściśle regulowane.Gurgaon to kolejny przykład „rynkowej utopii”?Przypadek Gurgaonu z Indii również poruszasz jako argument za tym, że wolny rynek sam zbudował miasto. Zgadzam się, że w Gurgaon powstało wiele obiektów i infrastruktury, jednak musimy być świadomi, że jest to miasto zamknięte, które rozwijało się w obrębie dużych nierówności społecznych i miało olbrzymie problemy z brakiem dostępu do podstawowych usług publicznych. Przykład Gurgaonu pokazuje, że rynek prywatny potrafi stworzyć enklawy luksusowe, ale nie buduje pełnoprawnych miast z integracją społeczną, zrównoważonym rozwojem i spójną infrastrukturą. Takie rozwiązania mogą działać na poziomie indywidualnych projektów deweloperskich, ale nie na poziomie państwowych ambicji budowy regionalnych hubów logistycznych czy hubów tranzytowych.Jeśli więc chodzi o hub logistyczny czy port, to musimy liczyć się z tym, że takich projektów sam rynek nie zrealizuje, jeśli nie będzie na to pozwalała infrastruktura państwowa i planowanie strategiczne. Rynek świetnie sprawdza się w innowacyjnych przedsięwzięciach, ale nie w realizacji zadań infrastrukturalnych na dużą skalę, które wymagają długoterminowego planowania.Państwo przeszkadza, ale tylko nieodpowiedzialne.W Polsce problemem jest brak ciągłości i zmiany polityczne, które prowadzą do przerywania projektów i braku realizmu. To jest właśnie problem polskiej polityki - nie wynika z nadmiaru państwa, lecz z braku wizji długoterminowej. Niemniej jednak, stateczne i odpowiedzialne państwo nie jest wrogiem wolnego rynku, a jego fundamentem. Zgadzam się, że państwo musi zejść z drogi, ale w kontekście państwa strategicznego. Państwo nie musi zarządzać wszystkim, ale musi stworzyć odpowiednie warunki do rozwoju. To nie jest kwestia więcej lub mniej państwa, ale mądrze zaprojektowanego państwa, które nie zmienia zasad co kadencję i tworzy stabilne ramy.Jeśli Polska ma stać się hubem Trójmorza, to państwo nie może tylko stać z boku. Musi aktywnie działać w kwestiach infrastruktury transportowej, długoterminowych inwestycji w porty i kolej jak również bezpieczeństwa w regionie. Działania te muszą być zaplanowane, z wsparciem państwa, ale nie w formie centralnego planowania, tylko w ramach stabilnych zasad i zasadniczego nadzoru, który nie zmienia się co cztery lata.Twoja odpowiedź w dużej mierze opiera się na przekonaniu, że państwo w każdej sytuacji jest przeszkodą, a wolny rynek zbuduje wszystko. Jestem jednak przekonany, że historia Hongkongu, jak i innych przykładów, pokazuje, że to państwo stworzyło fundamenty, na których potem rozwijał się rynek. Wolny rynek świetnie sprawdza się w tworzeniu innowacji, ale nie może sam z siebie zbudować infrastruktury regionalnej.Dlatego w przypadku Polski, aby stać się hubem Trójmorza, potrzebujemy mądrego państwa, które wyznaczy kierunki, a potem nie będzie przeszkadzać w realizacji. Tylko wtedy będziemy w stanie zbudować coś trwałego.
Grzegorz GPS Świderski
Państwo może zrobić jedną mądrą rzecz dla rozwoju: zejść z drogi. To nie jest brak państwa, tylko państwo, które w kluczowym momencie rezygnuje z pokusy bycia demiurgiem i przestaje udawać, że wie lepiej od milionów ludzi, co, gdzie i za ile ma powstać. Hongkong i Gurgaon są przykładami takiego ruchu – odwrotności tego, co proponujesz. Tam rzeczywiście najpierw była decyzja państwa — ale uwalniająca, wycofująca się, a potem wolny rynek sam zrobił swoje, w tym wytworzył infrastrukturę.Hongkong nie stał się globalnym hubem dlatego, że ktoś w ministerstwie narysował genialny plan portu, finansów i logistyki. Stał się nim, bo państwo ogłosiło go wolnym portem, zrezygnowało z ceł, utrzymało bardzo niskie podatki i pozwoliło, żeby handel, usługi i kapitał same ułożyły przestrzeń gospodarczą według własnych bodźców. To była decyzja polityczna – ale w treści anty-etatystyczna: nie będziemy was strzyc tak jak gdzie indziej, nie będziemy wskazywać zwycięzców, nie będziemy dłubać wam w rachunku zysków i strat.​To, co nazywasz niezbędną państwową infrastrukturą, w Hongkongu w dużej mierze było i jest domeną spółek prywatnych: sieci transportowe, część energetyki, telekomunikacja, tunele, mosty – projektowane i eksploatowane przez firmy działające dla zysku, a nie dla strategii narodowej. Rola państwa była minimalistyczna: własność, sądy, stabilna waluta, wolny handel. To jest ordoliberalny nocny stróż, nie chiński cesarz.Gurgaon też obala Twój mit w duchu statolatrii, że bez centralnie planowanej sieci infrastruktury z góry peryferia pozostają peryferiami. Tam właśnie państwo było niezdolne do zrobienia czegokolwiek sensownego – a jednak powstało de facto prywatne miasto, budowane przez deweloperów w oparciu o prywatną własność, prywatne drogi, prywatną małą infrastrukturę i usługi, często z własną ochroną, odprowadzeniem ścieków czy dystrybucją mediów. To nie jest model idealny, ale jest brutalnie empirycznym dowodem, że tam, gdzie państwo zawodzi, rynek nie tylko handluje pietruszką, ale jest w stanie zorganizować całe funkcjonalne miasto.​W Gurgaon państwo formalnie istnieje, wydaje plany, stempluje papiery, czasem coś dobuduje – ale decydujące rzeczy (gdzie kto buduje, komu opłaca się ciągnąć kabel, kto pilnuje porządku) rozstrzyga rachunek ekonomiczny i umowy, a nie piętnastoletnia strategia rozwoju korytarza. Mówiąc Twoim językiem: państwo jest tam tłem, nie bohaterem — jeśli coś działa, to mimo niego, nie dzięki niemu.​Piszesz, że wolny rynek utrwala różnice kapitałowe, więc peryferie bez państwowego planisty zawsze zostaną peryferiami. Gdyby to była prawda, Hongkong – skała bez surowców, bez rynków wewnętrznych, z biedną ludnością napływową – nie miałby żadnych szans. A jednak właśnie wolny port, niskie podatki i bezpieczeństwo własności przyciągnęły tam kapitał i know-how z całego świata. To nie był projekt wyrównywania różnic przez redystrybucję, tylko świadome wystawienie szyldu: tu jest spokój podatkowy i regulacyjny, tu się opłaca ryzykować własne pieniądze.​Podobnie w mniejszej skali z Gurgaonem: nie było tam żadnej wielkiej narodowej strategii, był raczej chaos instytucjonalny i słabe państwo, które pozwoliło, by prywatny kapitał zagospodarował przestrzeń szybciej, niż urzędnicy potrafią narysować plan zagospodarowania. To nie wolny rynek utrwala peryferyjność – peryferyjność utrwala przede wszystkim państwo, które zabiera ludziom kapitał, dławi konkurencję i odcina ceny od rzeczywistości.​Z Twojej diagnozy Polski podpisuję spory kawałek: problemem jest brak ciągłości, wahadło polityczne, palenie projektów poprzedników. Tyle że z tego nie wynika potrzeba jeszcze większego, ambitniejszego, strategicznego państwa, tylko odwrotnie: potrzeba państwa radykalnie ograniczonego, które ma tak mało instrumentów, że nie może co cztery lata wywracać pionków na całej planszy. Hongkong nie potrzebował polityki przemysłowej – potrzebował stabilnych zasad, niskich podatków, wolnego handlu, a resztę zrobił rynek.​Jeśli Polska chce być hubem czegokolwiek, to nie dlatego, że jakiś rząd narysuje ładny PDF z wizją 2050, tylko dlatego, że konsekwentnie przez dekady nie będzie przeszkadzać: nie będzie dłubać przy podatkach co sezon, nie będzie sterować walutą pod słupki, nie będzie robić z infrastruktury bankietu dla spółek politycznych. To jest to, co realnie zrobili Brytyjczycy w Hongkongu i czego nie zrobili indyjscy biurokraci w Gurgaonie. I właśnie dlatego tam wolny rynek zbudował przyszłość – na tyle, na ile państwo w porę nauczyło się nie przeszkadzać.W Polsce sukces Hongkongu i Gurgaon można powtórzyć, tworząc projekt Wolnego Miasta Stanisławów:1. https://informacje-lokalne.pl/hong-kong-zrodla-gospodarczego-sukcesu-czy-mozna-to-powtorzyc-2025-07-02/ 2. informacje-lokalne.pl3. informacje-lokalne.pl
Do wpisu: Nie jesteśmy skazani. Jesteśmy uśpieni. Dlaczego Polska przestała wierzyć, że może być czymś więcej?
Data Autor
Marek Michalski
Nic nie zdziałają centra planistyczne oparte na ideologii 2+2 jest różne od 4.
mjk1
Moim zdaniem problem strategicznego myślenia w Polsce i w Europie jest dużo bardziej praktyczny niż metafizyczny. Brak strategii państwowych wynika nie z filozofii Kanta czy Hume’a, tylko z bardziej przyziemnych zjawisk.Infrastruktura, energetyka, wojsko czy logistyka potrzebują ciągłości, a polityka pracuje w rytmie „co da się pokazać do następnych wyborów”. Efekt: każdy projekt długofalowy jest podatny na skasowanie.Brak instytucji, które pilnują strategii niezależnie od rządu. W wielu krajach (USA, Dania, Holandia) istnieją ciała planistyczne, które kontynuują projekty niezależnie od tego, kto wygrał wybory. W Polsce brak takich „bezpieczników” powoduje, że wszystko staje się polityczne.Politycy są rozliczani z emocji i konfliktów, nie z efektów. Media (tradycyjne i społecznościowe) premiują spór, kontrowersję i szybkę reakcję a nie 20-letni plan dla portów, kolei czy energetyki. To zmienia zachęty, opłaca się mówić głośno, nie planować długofalowo.Filozofia może tłumaczyć mentalność epoki, ale praktyka rządzenia decyduje o tym, czy państwo potrafi prowadzić strategię. Dlatego kluczowe pytanie nie brzmi, co stało się z prawdą w filozofii? tylko, jak zbudować instytucje i zachęty, które wymuszają ciągłość najważniejszych projektów, niezależnie od tego, kto rządzi? I dopiero wtedy takie inicjatywy jak Trójmorze czy szlaki Północ-Południe mogą działać na serio, a nie „od wyborów do wyborów”.
mada
Polactwo miało szansę. 8 lat PiSu pokazało czym może być Polska. Ale dla głupków najważniejsze było to, że muszą nosić maseczki na mordzie. Więc mają co chcieli. I tak już będzie zawsze.Państwo bez Narodu nie ma przyszłości.
Do wpisu: Polska mogłaby być bogata, ale sama sobie wiąże ręce. Dlaczego stoimy, choć powinniśmy biec?
Data Autor
Jan1797
"Trójmorze, nie wiem czy pod tą nazwą, było pomysłem znanym już przed wejściem Polski do UE. Była to koncepcja unii państw postkomuszych, które oderwały się od ZSRR, kiedy ten się rozpadał, czyli na przełomie lat 80 i 90 XX wieku." ???:))
Jan1797
Sama, sobie?:))