Otrzymane komantarze

Do wpisu: Szwajcaria nie jest krajem „widocznego bogactwa” i nigdy nim nie była.
Data Autor
mjk1
"...rzekoma narracja libertariańska obiecuje masowy luksus, ferrari dla każdego i wille nad jeziorem jako standard życia". Jeżeli narracja libertariańska tego nie zapewnia, to ja po prostu tego nie chcę Panie Świderski i tyle. Daleki jestem od chwalenia idei socjalistycznych, ale bliższa mi jest idea równych szans. Żeby ta mityczna "leninowska kucharka" miała możliwość nauki a nie perspektywę wiecznej nędzy. Ta willa z basenem dla każdego w dzisiejszym świecie, jest jak najbardziej możliwa. Trzeba tylko wybrać właściwą drogę i z niej skorzystać. Libertarianizm, jak sam Pan napisał, tego nie zapewnia. Po co więc budować kolejny syf zapewniający tylko społeczne nierówności?
Grzegorz GPS Świderski
Krytyka libertarianizmu bardzo często opiera się na tym samym zabiegu: najpierw tworzy się jego karykaturę, a potem z satysfakcją ją obala. W tej wersji rzekoma narracja libertariańska obiecuje masowy luksus, ferrari dla każdego i wille nad jeziorem jako standard życia. Następnie ktoś jedzie do Szwajcarii, widzi skromne domy, brak ostentacji i restrykcyjne lokalne planowanie przestrzenne, po czym ogłasza: to nie raj, więc libertarianie kłamali.Problem w tym, że to nie obala libertarianizmu. To obala wyłącznie publicystyczne chochoły, które mjk1 sobie namiętnie tworzy. Dyskutuje nie z dobrze opisaną w bogatej literaturze ideologią, ale z własnym, płytkim, fałszywym wyobrażeniem tej idei. Gdy ma do czynienia z wykształconym libertarianinem, to nie pyta, by się dowiedzieć, ale insynuuje i zmyśla własne chochoły, z którymi polemizuje.Libertarianizm – rozumiany poważnie – nigdy nie obiecywał powszechnego przepychu. Nie mówił, że po obniżeniu podatków wszyscy będą rentierami ani że wolny rynek gwarantuje luksusowy styl życia. Mówi coś znacznie bardziej przyziemnego: że własność prywatna ma być regułą, a nie wyjątkiem, że fiskalizm powinien być minimalny, przejrzysty i dobrowolny, że prawo ma być stabilne i możliwie lokalne, zgodnie z zasadą subsydiarności, a w katolicyzmie zwaną pomocniczości, oraz że ludzie mają prawo żyć tak skromnie albo tak ostentacyjnie, jak chcą – byle na własny rachunek, bez zbędnych pośredników. W istocie w każdym systemie wszelkie wartości biorą się z ludzkiej pracy, tylko w praktyce po drodze część tych wartości pobiera mafia zwana państwem.Szwajcaria w niczym nie przeczy libertariańskiej wizji. Przeciwnie: pokazuje, że w warunkach stabilnych instytucji, silnej ochrony własności i długiego horyzontu decyzyjnego wielu ludzi wybiera spokój, przewidywalność i minimalizm zamiast demonstracyjnej konsumpcji. To nie jest porażka wolności gospodarczej, tylko jej kulturowa konsekwencja. Problem mają raczej ci, którzy wymyślili sobie libka jako sprzedawcę marzeń all inclusive.W tekście trafnie pada obserwacja, że w Szwajcarii bogactwo jest raczej ukryte niż manifestowane. Kapitał ma pracować, a status buduje się reputacją, bezpieczeństwem i długoterminową stabilnością. To nie jest kontrargument wobec wolności gospodarczej, tylko dokładnie to, czego należałoby się po niej spodziewać. Jeżeli nie trzeba imponować państwu ani sąsiadom, bo jutro nikt nie zmieni reguł gry i nie sięgnie po cudzą własność, ostentacja traci sens. Protestancki minimalizm i oszczędność nie są zaprzeczeniem wolności, lecz jej kulturowym efektem.Podobnie jest z lokalnymi restrykcjami przestrzennymi. Często słyszy się zarzut: to nie jest wolny rynek, tylko brutalna regulacja. Owszem – ale regulacja lokalna, wynikająca z decyzji wspólnot, które ponoszą jej konsekwencje. Decyzji podjętych w wyniku referendum. Libertarianizm nie polega na tym, że każdy może postawić wieżowiec na środku pastwiska. Polega na tym, że reguły ustala się jak najbliżej ludzi, których one dotyczą, a nie przez centralny dekret władzy oddalonej tysiące kilometrów obowiązujący wszystkich jednakowo. Szwajcarskie planowanie przestrzenne wyrasta z lokalnej demokracji i konsensu, nie z wizji jednego optymalnego modelu narzuconego z góry. To jest bliższe zasadzie subsydiarności niż jakikolwiek scentralizowany plan.Pojawia się też zarzut selektywności: wysokie koszty życia, brak obietnic masowego awansu, twarde warunki wejścia. I znów – to nie obala żadnej libertariańskiej tezy. Wolność gospodarcza nie znosi różnic w talencie, pracowitości ani szczęściu. Brak obietnic gwarantowanego sukcesu dla wszystkich nie jest wadą systemu, tylko jego uczciwością. Libertarianizm nie sprzedaje mitu "wszyscy wygrają", pokazuje sens równości reguł: te same zasady dla polityka, bankiera i rzemieślnika. Szwajcaria z jej skromną większością i zamożną mniejszością nie podważa tej logiki. Podważa raczej etatystyczne marzenie o równości wyników.Empiryczna rzeczywistość Szwajcarii nie niszczy libertarianizmu. Niszczy wyłącznie propagandowe memy o wolnym rynku jako Vegas dla wszystkich. To, co faktycznie widzimy, to małe i zdyscyplinowane państwo, silne lokalne wspólnoty, wysoką wartość pracy, brak ostentacji i niewielką liczbę obietnic składanych przez władzę.Rzeczywista linia podziału nie przebiega między Szwajcarią a libertarianami, lecz między dwoma opowieściami: jedną, według której wolność oznacza powszechny luksus, i drugą, według której oznacza przewidywalne reguły, brak chaosu i prawo do własnej skromności. Empiria konsekwentnie potwierdza tę drugą.
Do wpisu: Raj podatkowy nie istnieje. Istnieją tylko wyjątki, których nie da się skopiować
Data Autor
Grzegorz GPS Świderski
naszeblogi.pl
Do wpisu: Milei to XIX wiek. Chiny to XXI. Dlaczego wolnorynkowa utopia nie ma szans w świecie państw-olbrzymów
Data Autor
Alina@Warszawa
Znany przedsiębiorca Roman Kluska o swoich doświadczeniach w dużym i małym biznesie oraz o polityce gospodarczej państwa - jako antypolskiej! "Roman Kluska: Alarm! TO BĘDZIE STRASZNE! Musimy być gotowi — wszystkie ręce na pokład!" I MEM-y: "dakowski.pl" 
Grzegorz GPS Świderski
naszeblogi.plnaszeblogi.plnaszeblogi.plnaszeblogi.pl 
mjk1
Ostatni woźnica wolnego rynku- furmanki zaprzężonej w Nasza Szkapę.Są autorzy, którzy polemizują. Są autorzy, którzy odpowiadają na argumenty. I są też tacy, którzy, gdy rzeczywistość zaczyna im uciekać, zsiadają z konia, obrażają się na świat i ogłaszają, że już wygrali. Grzegorz Świderski właśnie dokonał tego trzeciego manewru. „Wszystko już obaliłem” - czyli zaklęcie, które ma zastąpić argument Odpowiedź Świderskiego można streścić w trzech punktach:Ja już wszystko obaliłemŚwiat się myliNie będę dalej polemizowałTo nie jest polemika. To jest rytuał magiczny. Jeśli powtórzyć wystarczająco często, że „wszystko zostało obalone”, to, w tej logice, fakty powinny się same wycofać, Chiny zwinąć fabryki, USA skasować subsydia, a świat grzecznie wrócić do roku 1890, gdzie czeka już przygotowana furmanka. Podczas gdy świat odpala silniki jonowe, Świderski sprawdza, czy Łysek ma podkowy. Spójrzmy na kontrast, bo on jest po prostu komiczny. Na Świecie państwa pompują biliony w przemysł, subsydiują półprzewodniki, blokują eksport technologii i traktują gospodarkę jak pole bitwy. USA mówią - bezpieczeństwo narodowe. Chiny mówią - plan na 30 lat. UE mówi - strategiczna autonomia. A Grzegorz Świderski ogłasza: „To wszystko się zawali. Za chwilę nie będzie Niemiec. Zachód się myli. Prawda jest w wolnym rynku.” To trochę tak, jakby cały świat budował rakiety a jeden pan stał z boku i krzyczał: „Spokojnie! Mam lepszy pomysł! Polecimy na Księżyc furmanką! Łysek już zaprzęgnięty! Z pokładu Idy!” Chiny jako „zamordystyczny kolektywizm” - argument z epoki radia lampowego. Najlepsze jest jednak to, że Świderski w ogóle nie odpowiada na pytanie o skuteczność, tylko ucieka w moralizowanie. Chiny są złe, totalitarne i kolektywistyczne. Świetnie. I co z tego? Gospodarka światowa nie działa dziś na zasadzie „kto ma ładniejszą ideologię, ten wygrywa”. Działa na zasadzie: „kto kontroluje kapitał, technologię i łańcuchy dostaw”. Ale zamiast się z tym zmierzyć, Świderski woli opowiadać, że: „to wszystko upadnie”, „to XX wiek”, „to bizantynizm”. To nie jest analiza. To jest czekanie, aż rzeczywistość się zawstydzi i sama zniknie. Niemcy upadają, więc Chiny też? Logika na poziomie bajki ezopowej. Argument, że „model chiński to to samo co Niemcy”, zasługuje na osobne wyróżnienie. To tak, jakby powiedzieć, że „Łódź tonie, więc okręty podwodne też zaraz zatoną” Niemcy nie upadają dlatego, że mają państwo. Upadają dlatego, że przegapiły geopolitykę, uwierzyły w tani gaz i straciły strategię. Chiny mają dokładnie odwrotnie. Geopolityka jest fundamentem, surowce są narzędziem a strategia jest religią. Ale w wizji Świderskiego wszystko, co nie jest wolnym rynkiem, to to samo. To nie analiza. To ideologiczna blenderownia.„Nie będę dalej polemizował” - klasyczny exit ideologa.  Najbardziej rozczulający moment przychodzi na końcu: „Nie zamierzam brać dalszego udziału w polemice”. Oczywiście, że nie. Bo polemika wymaga odniesienia się do faktów. Przyjęcia, że świat może iść w inną stronę i korekty własnych założeń. Znacznie łatwiej ogłosić zwycięstwo, wyjść z sali i zostawić po sobie zapach XIX-wiecznego liberalizmu i kopyta Naszej Szkapy.Świat nie odrzuca wolnego rynku dlatego, że jest głupi. Odrzuca go dlatego, że przestał wystarczać. Nie wygrywa dziś ten, kto ma mniej państwa. Wygrywa ten, kto ma państwo skuteczniejsze.A Grzegorz Świderski może sobie krzyczeć z pobocza, że rakiety są „utopią”, ale one już lecą a furmanki nie mają nawet silników, żeby je dogonić.
Grzegorz GPS Świderski
Znów pojawia się kolejna próba przedstawienia mojej pozycji jako "wolnorynkowej utopii" i "anachronizmu XIX wieku". To wraca jak bumerang. Ja obalam wszystkie argumenty mjk1, piszę porządnie uzasadnione notki, a do niego nic nie dociera i pisze kolejną notkę z tymi samymi błędami, które już wielokrotnie obalałem. Już odpowiadałem, dlaczego model Milei to nie utopia, tylko test realnych mechanizmów rynkowych, a model chiński to nie wzór, tylko totalitarne, zamordystycznie państwo, które częściowo oswobodziło rynek, a nie całkowicie go podporządkowało sobie.Chiński model mieszany to żadna nowość — to dokładnie to samo co doprowadziło Niemcy do upadku gospodarczego, co dziś obserwujemy naocznie. To XX-wieczny model socjaldemokratyczny, keynesistowski, który chyli się już ku upadkowi na całym świecie. Do Chin ten model pasuje idealnie, bo ich cywilizacja jest oparta na kolektywizmie. Podobnie pasuje to do Niemiec opanowanych przez cywilizację bizantyjską. Na Zachodzie ten chiński i niemiecki bizantynizm, zamordystyczny kolektywizm, etatystyczny socjalizm nigdy się nie sprawdził, wszędzie prowadzi do upadku. RFN-u już za dekadę czy dwie w ogóle nie będzie. Mjk1 nie odpowiada na moje argumenty, tylko buduje swoją narrację opartą na jego chochołach, z którymi mu wygodnie polemizować, bo ze mną już nie może, bo wszystko mu obaliłem. To jego wybór, ale nie zmienia faktu, że moje stanowisko zostało przedstawione i uzasadnione.Dalsza wymiana notek w tym stylu to już nie polemika, tylko teatrzyk ideologiczny i propagandowa agitka. Dlatego nie zamierzam brać w nim dalszego udziału. Zainteresowanych tematem odsyłam o poprzednich notek:naszeblogi.plnaszeblogi.plnaszeblogi.pl
Do wpisu: O tym, jak jednostronne rozbrojenie kończy się kolonizacją, a kopalnia Silesia pokazuje prawdę, której ideolodzy nie chcą widzieć.
Data Autor
Grzegorz GPS Świderski
Ten komentarz jest niegrzeczny. Odczep się ode mnie. Nie odpowiadaj na moje komentarze, nie mam zamiaru się z tobą w żaden sposób komunikować. Tu opisałem problem, jak stwarzasz dla tego portalu: naszeblogi.pl
Tomaszek
Durny ty jesteś Świderski i jeszcze ślepy . Pieprzysz o dotacjach państwa a gówno widzisz i gówno słyszysz i gówno wiesz . Ceny światowe spadły o ok 20 procent w tym roku i podobnie w zeszłym . kopalnie to nie stragan z pietruszką ale wieloletnie i wieloaspektowe przedsięwzięcie i jest kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego , jeżeli wiesz co to jest . Węgiel można by sprowadzić taniej i twoja szkoła tak robi . Ale kopalni się nie włącza jak jest drogo żeby wyłączyć jak jest tanio . A twoja szkoła węgiel wrzuci na rynek albo odczeka . To tak nie działa półgłówku . A póki co jesteśmy od węgla zależni i nie tylko . Ty pewnie nie , prąd bierzesz z dziury w ścianie a ciepłą wodę i kaloryfery masz z kranu czy rury . Zależni jesteśmy również od wielu innych rzeczy strategicznych . Twoją ASE to można testować w czarnej dupie gdzie nic niema nie w działającym państwie ze wszystkimi jego obowiązkami wobec obywateli i samego siebie . Państwo normalne tak nie zadziała . Jak się zesrasz i wypierdolisz w swoim mieszkanku na stare lata to może coś zrozumiesz . Powiesz mam milion a powiedzą ci że mycie dupy i stawianie do pionu kosztuje dwa . I co leżysz czy stoisz z obesraną dupą ? Podobnie jest teraz z JSW i resztą . Jakiś Balcerowicz ? Jesteś po prostu jakimś zdziecinniałym hunwejbinem darwinistą . Wynajdujesz jakieś wynalazki , które nigdzie nie funkcjonują . ciekaw jestem kiedy napiszesz o rowerze wynalezionym u Niemca na strychu , podobnie jak twój kolega pisał o spodku wynalezionym na poniemieckich wykopkach a ty ostatnio o skibobie . Ja podobny miałem pół wieku temu . Aha Twoja ulubiona szkoła bazowała na aksjomatach czyli podstawach z czarnej dupy i powstała półtora wieku temu . Jak nie wiesz to wtedy świat był inny i działał inaczej . I państwa też  i wszystko inne też . Czarne dupy są fajne ale akurat nie w tym znaczeniu .
Grzegorz GPS Świderski
To, że państwo swoją nieuczciwą konkurencją doprowadza do upadku przedsiębiorstwo, co jest przeciw zaleceniom ASE, jest dowodem na porażkę ASE? To nie tylko nie jest kontrargument, to w ogóle nie jest argument.
mjk1
Problemem nie jest to, że ASE „źle analizuje” rzeczywistość, tylko że jako propozycja działania prowadzi do przewidywalnej porażki.Kopalnia Silesia działała dokładnie według zasad ASE: bez dotacji, bez parasola państwa, w pełnym ryzyku rynkowym i przegrała z dotowanymi kopalniami państwowymi.Odpowiedź w stylu „to tylko potwierdza teorię” nie jest kontrargumentem, tylko ucieczką od faktu, że w realnych warunkach ASE produkuje Silesie, czyli podmioty grające uczciwie, które system niszczy.Jeśli jedyną radą teorii jest „upaść i czekać, aż inni przestaną subsydiować”, to nie jest to sensowna recepta dla kraju funkcjonującego tu i teraz. Najlepiej pojedź do Czechowic-Dziedzic i przekonaj górników z Silesii, że nie mają racji, tylko Ty i ASE.
Grzegorz GPS Świderski
Uporządkuję naszą dyskusję, bo się zapętlasz. Ty coś piszesz, ja to obalam, a Ty to, co obalone, znów powtarzasz w kolejnym wpisie. I tak można w nieskończoność kręcić się w kółko. Więc masz to porządnie ustrukturyzowane:1. ASE to utopia oderwana od realnego świata państw i subsydiówTwój argument: Szkoła Austriacka jest abstrakcyjnym modelem, który nie opisuje realnego kapitalizmu opartego na subsydiach, asymetrii siły i ingerencji państw.Mój kontrargument: ASE nie jest opisem świata takim, jaki jest, tylko narzędziem analitycznym, które pozwala zrozumieć skutki ingerencji, subsydiów i asymetrii. Krytykowanie teorii za to, że abstrahuje, jest błędem kategorialnym — bez abstrakcji nie da się odróżnić efektów rynku od efektów polityki.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl2. Wolny rynek w jednym kraju to jednostronne rozbrojenieTwój argument: Jeśli Polska liberalizuje gospodarkę, a inne państwa subsydiują swoje firmy, to prowadzi to do kolonizacji gospodarczej przez silniejszych.Mój kontrargument: To nie jest argument przeciwko rynkowi, tylko opis skutków asymetrycznych ingerencji państwowych. ASE dokładnie ten mechanizm tłumaczy. Problemem nie jest wolny rynek, lecz zderzenie rynku z subsydiowaną quasi-gospodarką wojenną, a odpowiedzią nie jest porzucenie analizy, tylko nazwanie źródła zakłóceń.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl3. ASE nie działa empirycznie, bo państwa rozwijały się dzięki interwencjomTwój argument: Historia rozwoju Japonii, Korei czy Chin pokazuje, że interwencjonizm działał, a nie wolny rynek.Mój kontrargument: ASE nie jest teorią wzrostu gospodarczego ani polityką rozwojową, tylko teorią procesu rynkowego, cen i informacji. Wskazywanie przypadków wzrostu przy interwencjach nie obala ASE, tylko opisuje miks instytucjonalny, którego skutki ASE pozwala analizować — w tym koszty ukryte i długookresowe.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl4. Przykład kopalni Silesia obala wolnorynkowe podejścieTwój argument: Prywatna kopalnia bez parasola państwa przegrywa z dotowanymi podmiotami — to dowód, że wolny rynek niszczy lokalny przemysł.Mój kontrargument: To jest argument anegdotyczny oparty na błędnych regułach gry. Upadek firmy w środowisku subsydiów nie obala teorii rynku, tylko potwierdza jej wnioski: ingerencja zniekształca ceny, ryzyko i alokację kapitału. To nie porażka ASE, tylko ilustracja jej tez.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl5. ASE ignoruje geopolitykę i państwaTwój argument: ASE abstrahuje od realnej walki państw i interesów geopolitycznych, więc nie nadaje się do analizy gospodarki peryferyjnej.Mój kontrargument: ASE celowo abstrahuje od władzy politycznej, aby pokazać, jak władza zniekształca proces rynkowy. Bez tej abstrakcji nie da się oddzielić ekonomii od polityki. To nie wada, tylko warunek możliwości analizy.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl6. Wolny rynek to luksus imperiówTwój argument: Tylko silne państwa mogą sobie pozwolić na liberalizm; słabe muszą się bronić protekcjonizmem.Mój kontrargument: To fałszywa alternatywa. Wolny rynek nie oznacza braku instytucji, tylko brak arbitralnej ingerencji. ASE pokazuje, że protekcjonizm i subsydia utrwalają peryferyjność, zamiast ją likwidować, i że przewaga imperiów wynika z władzy politycznej, nie z rynku.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl7. ASE to ideologia, nie naukaTwój argument: ASE to doktryna normatywna, a nie narzędzie naukowe.Mój kontrargument: To niezrozumienie metodologii. ASE jest teorią aprioryczną, ale logicznie spójną i falsyfikowalną pośrednio przez analizę skutków. Ideologią staje się dopiero wtedy, gdy myli się opis mechanizmów z postulatem politycznym.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.pl8. Rynek zawsze przegrywa z państwemTwój argument: Państwo zawsze wygra, bo ma pieniądz, przemoc i regulacje.Mój kontrargument: To tautologia, nie argument. ASE właśnie pokazuje, jak i dlaczego przemoc polityczna wypiera proces rynkowy — i jakie są tego koszty. To nie dowód przeciw rynkowi, tylko przeciw mieszaniu porządków.Link do moich wcześniejszych komentarzy, gdzie rozwijam moją argumentację:naszeblogi.plnaszeblogi.plWszystkie powyższe argumenty były już w tej debacie omawiane i obalane. Jeśli mają być podnoszone ponownie, muszą uwzględniać istniejące odpowiedzi — w przeciwnym razie nie mamy do czynienia z debatą, lecz z jej zapętleniem.
Do wpisu: Państwo, rynek i przyszłość, która nie chce poczekać.
Data Autor
Grzegorz GPS Świderski
"Technologia nie tylko podnosi koszt przemocy, ona potrafi też obniżać koszt kontroli i nadzoru, więc jej wpływ nie jest jednoznaczny."Nie. Rozwój technologii zawsze zwiększa koszty kontroli i nadzoru, gdy to jest robione przy użyciu terroru. Gdy mamy wiele podmiotów, które walczą ze sobą pokojowo, gdy konkurują w realizacji tego samego celu, to rozwój technologii powoduje, że każda strona działa lepiej, optymalniej, wydajniej, a gdy na dodatek zaczną współpracować dobrowolnie, to dochodzi efekt synergiczny współpracy, więc dużo sprawniej i taniej dochodzą do wspólnego celu. A gdy mają różne cele, to sobie nie przeszkadzają, gdy istnieje własność prywatna i wiadomo, co jest czyje. Jednak gdy mamy podmioty antagonistyczne, walczące ze sobą, mające wzajemnie sprzeczne cele i stosujące wobec siebie przemoc — np. dwa państwa, albo państwo i terroryzowany przez nie podatnik, to obie strony wykorzystują rozwój technologii przeciw sobie, następuje wyścig zbrojeń, co zawsze drastycznie zwiększa koszty.Gdy mamy wiele niezależnych podmiotów mieszkających w tym samym bloku, to do kłótni użyją co najwyżej noży czy pistoletów, które są tanie. Jednak gdy dwa spójne bloki się ze sobą pokłócą, to już opłaca się jednemu kupić armatę, by zniszczyć drugi blok. Taka armata jest dużo droższa. Gdy sąsiad z 3 piętra zechce przy użyciu siły kontrolować i nadzorować sąsiada z 4 piętra, to zastraszy go słownie, ewentualnie postraszy kastetem, ale czołgu do tego nie użyje. Jednak gdy jedna wioska zechce kontrolować i nadzorować przy użyciu siły sąsiednią wioskę, to już musi użyć armat, czołgów i dronów, użyć, albo je mieć i nimi straszyć, a więc zastosować terror — koszty tego terroru drastycznie rosną.Dlatego lepsze są wielkie korporacje, które mają siedziby i fabryki wszędzie na świecie, niż spójne terytorialnie państwa. Dwa antagonistyczne, osobne, spójne terytorialnie podmioty eskalując konflikt, zawsze będą zwiększać koszty tej eskalacji, niezależnie od rozwoju technologii, bo zawsze będą dążyć do przewagi technologicznej. Więc nie wystarczą im czołgi, które będą tanieć, gdy druga strona ma też takie same tanie czołgi, będą potrzebować jeszcze nowocześniejszych czołgów, jeszcze droższych, niż ma przeciwnik. Więc technologie obniżające ceny czołgów nie obniżą kosztów sumarycznych na nadzór i kontrolę. To samo z antagonizmem państwa i podatnika. Im łatwiej i taniej skontrolować podatnika dzięki coraz tańszym technologiom, tym bardziej ten podatnik będzie wykorzystywał technologię, by te podatki omijać i obniżać — będzie płacił łapówki, lobbował w parlamencie, ukrywał się w rajach podatkowych etc., co napędza mu koszty. To taki sam wyścig zbrojeń i tak samo kosztuje obie strony coraz więcej, a nie coraz mniej, nawet jak wszystko dookoła tanieje.
Grzegorz GPS Świderski
Czy to jest zanik, czy transformacja, to tylko kwestia nazewnictwa. Zgadzam się na transformację. Transformacja trwa taka, że sensowne i potrzebne instytucje zostają, ale tracą monopol. Zarządzanie ryzykiem, prawem, infrastrukturą i stabilnością zostaje, ale przestaje być wymuszane przemocą, staje się konkurencyjne. Bo zarządzanie ryzykiem przy użyciu terroru po prostu przestaje się opłacać. Ja państwem nazywam terytorialny monopol na przemoc, a nie wszystkie instytucje, które wytworzył ten aparat terroru. Te instytucje nie zanikną, ale wraz z rozwojem technologii i wzrostem wydajności pracy stracą umocowanie w terrorze. Państwo zajęło się milionem dziedzin, rozwinął się etatyzm, ale jak się z nich wycofa, to nadal jest państwem. Państwo minimum to nadal państwo, choć w ogóle nie zajmuje się finansami, edukacją czy służbą zdrowia. Więc immanentne cechy państwa to są te cechy, które zostają jako minimalny zestaw. To minimum to stanowienie prawa, sądownictwo, wojsko i policja. To definiuje państwo. Więc państwo to terytorialny monopol na terror. To nie będzie zanikać, to będzie się pluralizować.Dlatego libertarianie operują hasłem "Tysiąca Liechtensteinów". Liechtenstein to nadal państwo, ale ma jedną kluczową cechę, która powoduje, że nie jest monopolem na terror: prawo do secesji. Nawet tak malutkie księstewko pozwala każdej swojej gminie się odłączyć i przyłączyć do jakiegoś szwajcarskiego kantonu. Niemniej te gminy tego nie chcą, bo konkurencja powoduje, że wolą władzę księcia.Nie wiadomo ile potrzeba marek samochodów na świecie — wolny rynek i konkurencja powodują, że to się optymalizuje, tworzy się tyle, ile potrzeba — na ile jest miejsca na rynku, na ile jest popyt. Gdyby użyć siły, gdyby ludzi sterroryzować, gdyby zmonopolizować rynek samochodowy, to byłoby kilka marek, albo nawet jedna na cały świat. Gdybym wtedy powiedział, że te marki, czy marka, wkrótce upadną, to nie znaczy, że bym twierdził, że upadnie przemysł samochodowy, że nie będzie samochodów, to tylko znaczy, że upadnie monopol, że marek będzie więcej — a ile, nie wiadomo. Jednak niech będzie, że to nie będzie upadek monopolu, ale transformacja.
mjk1
Dziękuję za rozbudowane wyjaśnienie, to uczciwy i logicznie spójny wywód, więc pozwól, że spróbuję go domknąć w prostym schemacie, gdzie się zgadzamy, a gdzie jednak się rozchodzimy.Zgadzam się, że przemoc jako metoda organizowania relacji ekonomicznych jest niskowydajna i wraz ze wzrostem produktywności traci rację bytu. Praca przymusowa i klasyczne niewolnictwo upadły nie z powodów moralnych, lecz ekonomicznych. Rosnąca wartość kapitału niematerialnego ogranicza zdolność państw do prostego opodatkowania i kontroli. Mobilność ludzi, wiedzy i kapitału wymusza konkurencję między jurysdykcjami. Brutalne, prymitywne formy państwowego przymusu są anachronizmem i będą coraz mniej skuteczne. To są trafne obserwacje i w dużej mierze je podzielam.Różnimy się natomiast w jednym, zasadniczym punkcie wniosku. Ty traktujesz państwo wyłącznie jako technologię przemocy i wyciągania haraczu, która, jak każda nieefektywna technologia, musi zaniknąć. Ja widzę państwo raczej jako zmienną formę koordynacji, która historycznie rzeczywiście zaczynała od przemocy, ale z czasem przechodziła w zarządzanie ryzykiem, prawem, infrastrukturą i stabilnością. Historia nie pokazuje prostego zaniku państw wraz ze wzrostem wydajności pracy. Pokazuje raczej ich transformację, od feudalnego bata, przez państwo fiskalne, po państwo konkurujące o kapitał i kompetencje. Technologia nie tylko podnosi koszt przemocy, ona potrafi też obniżać koszt kontroli i nadzoru, więc jej wpływ nie jest jednoznaczny. Nie widzę też wystarczających podstaw, by uznać wykładniczy postęp i zanik państwa za proces nieuchronny. Historia rozwoju jest pełna załamań, wojen, regresów i nieoczekiwanych zwrotów, a technologia bywała narzędziem zarówno emancypacji, jak i dominacji.Dlatego zgadzam się z Tobą co do kierunku nacisku, mniej przymusu, więcej dobrowolności, więcej rynku, mniej polityki w gospodarce. Różnię się natomiast co do tezy, że państwo jako takie jest skazane na ekonomiczne wyginięcie. Dla mnie realny spór nie dotyczy tego, czy państwo zniknie, tylko jaką formę przyjmie i czy uda się je ograniczyć, zanim technologia zacznie wzmacniać jego ciemniejsze strony. A te ciemne strony są najbardziej niebezpieczne i przed nimi musimy się przede wszystkim obronić. 
Grzegorz GPS Świderski
To nie jest liczba zapisana w Excelu ani punkt dający się precyzyjnie zaznaczyć na wykresie. To jest próg systemowy – dokładnie taki jak w przypadku krzywej Laffera, opłacalności niewolnictwa czy pracy przymusowej w ogóle. Nie da się go policzyć dokładnie, ponieważ zależy od technologii, struktury produkcji, kosztów koordynacji oraz od alternatywnych możliwości działania. Jednak sam fakt istnienia takiego punktu jest czymś trywialnym z punktu widzenia ekonomii. W istocie nie ma żadnej potrzeby jego dokładnego wyliczania – podobnie jak nie ma potrzeby precyzyjnego rysowania krzywej Laffera. Istotne jest tylko to, że istnieje punkt przegięcia.Terroryzm państwa jest formą przemocy o niskiej wydajności – o wysokim koszcie jednostkowym i niskiej produktywności. W społeczeństwach o niskiej wydajności pracy zbieranie haraczy siłą bywa relatywnie tanie. Jeśli PKB per capita jest niski, alternatywne możliwości życiowe są ograniczone, a organizacja produkcji prymitywna, to opłaca się zbierać haracz od chłopów na roli. Oni nie mają realnej alternatywy, więc będą posłusznie odrabiać pańszczyznę. W ten sposób powstały państwa.Na samym początku jedne wspólnoty okradały inne, ponieważ taniej było zrobić łuk, dzidę, wyszkolić wojownika i zrabować zapasy sąsiedniego plemienia, niż samemu orać i hodować. Ten model zaczął się opłacać wraz z wynalezieniem rolnictwa i osiadłego trybu życia. Wtedy pojawił się stały, przewidywalny produkt, który można było systematycznie odbierać.Z czasem proces się wyspecjalizował. Jedni ludzie uprawiali rośliny i hodowali zwierzęta, inni zaś hodowali tych ludzi i odbierali im siłą część wytworzonej produkcji. Szybko okazało się, że zamiast ograbić i wymordować całą wioskę, lepiej ją zniewolić, sterroryzować, odebrać tylko część plonów i pozwolić jej przetrwać, tak aby w następnym roku znów było co ukraść. Ten model był tak skuteczny i trwał tak długo, że głęboko wbił się w kulturę. Powstała statolatria: grabieżca uzyskał status boga, a kontrybut przestał być rabunkiem, stając się należnym podatkiem. Opłacalność tego procederu zawsze zależała od tego, jak skutecznie dało się psychologicznie terroryzować wytwórców, by płacili haracz. Najskuteczniejszą i najtańszą metodą okazała się edukacja — najlepiej wychować sobie niewolnika od dziecka. Wraz ze wzrostem wydajności pracy sytuacja zaczyna się odwracać. Każda godzina ludzkiego czasu zyskuje coraz wyższą wartość alternatywną. Rezygnacja z normalnej aktywności ekonomicznej oznacza realną stratę – nie tylko bieżącego dochodu, lecz także kompetencji, sieci kontaktów i przyszłych możliwości. Terroryzm zaczyna przegrywać nie dlatego, że staje się niemoralny czy potępiany, lecz dlatego, że staje się ekonomicznie głupi.Ten sam mechanizm dotyczy usług takich jak edukacja czy ochrona zdrowia. Są one lepsze i tańsze wtedy, gdy ludzie finansują je dobrowolnie – poprzez konkurujące ze sobą systemy ubezpieczeń, sieci szkół czy placówek medycznych. Jednak aby takie mechanizmy mogły się wytworzyć, wydajność pracy musi przekroczyć pewien poziom. W biednym społeczeństwie przemoc jest tańsza od koordynacji rynkowej, w bogatym – dokładnie odwrotnie. Dodatkowo opłaca się nawet dopłacić do edukacji, stracić na tym, ale wychować niewolnika, na którym więcej się zarobić, gdy dorośnie, bo mniej będzie kosztować jego pilnowanie. Te koszty pilnowania niewolnika to proces, który zabił pełne niewolnictwo prywatne. Niewolnictwo nie upadło dlatego, że ludzie nagle stali się moralnie lepsi. Upadło dlatego, że przy pewnym poziomie technologii i organizacji produkcji niewolnik przestaje być efektywnym narzędziem pracy. Praca przymusowa jest sztywna, słabo skalowalna, nieinnowacyjna i kosztowna w nadzorze. Pracownik najemny, działający w systemie bodźców rynkowych, bije ją wydajnością.W Ameryce Północnej w XIX wieku ten próg był już blisko. Południe trwało przy niewolnictwie, ponieważ było ono jeszcze wystarczająco opłacalne w rolnictwie plantacyjnym. Północ przeszła na pracę najemną, przemysł i innowacje. Wojna secesyjna nie była wyłącznie konfliktem moralnym czy politycznym – była zderzeniem dwóch modeli produktywności. Wygrał ten, który lepiej zamieniał ludzki czas na wartość.Terroryzm państwa czeka ten sam los. W świecie wysokiej automatyzacji, sztucznej inteligencji i wykładniczego wzrostu produktywności przemoc staje się anachronizmem.Dlatego twierdzę, że terroryzm przestanie się opłacać nie na mocy dekretu, edukacji czy moralnego potępienia, lecz na mocy czystej rachunkowości – choć niemożliwej do dokładnego obliczenia. Gdy alternatywa w postaci normalnego życia, pracy i rozwoju daje wielokrotnie wyższą stopę zwrotu niż przemoc, to przemoc obumiera jak każda nieefektywna technologia. Nie wiemy, gdzie dokładnie leży ten punkt przegięcia, wiemy tylko, że musi istnieć, tak jak istnieje na krzywej Laffera.Jeśli mogę coś wytworzyć w godzinę, a na grabież muszę poświęcić dwie, to racjonalnie wybiorę produkcję, a nie kradzież. A jeśli grabież przestaje się opłacać w ogóle, to przestaje się opłacać również grabież państwowa w postaci podatków. Społeczności oparte na dobrowolnych instytucjach i wolnym rynku, jeśli osiągają wyższy poziom produkcji niż te oparte na terrorze i haraczu, w długim okresie wypierają je – pokojowo albo w wyniku konfliktu zbrojnego.Tylko tu należy odróżnić dwa rodzaje przemocy — przemoc użyta do obrony przed przemocą, a przemoc użyta do zmuszenia innych do określonych zachowań ekonomicznych. Przestaje opłacać się ta druga. W tym pierwszym rodzaju przemocy działa inna logika ekonomiczna — tu trzeba liczyć i porównać koszty broni i organizacji ofensywnej i defensywnej. Do tego mam osobną rozkminę.Jest jeszcze jeden, dziś kluczowy mechanizm. Wraz z rozwojem technologii rosną proporcje wartości niematerialnych względem materialnych. Te pierwsze są znacznie trudniejsze do opodatkowania i kontrolowania.Dawniej chłop, nawet wolny, nie mógł uciec przed zaborczym panem, zabierając ze sobą swoje gospodarstwo. Dziś ekspert od technologii rakietowej, fizyki jądrowej czy zaawansowanego oprogramowania może w ciągu tygodnia zmienić kraj, pracodawcę i jurysdykcję. Jego wiedza jest warta więcej niż ziemia, maszyny czy budynki.W firmie produkującej samoloty hangary i linie montażowe są często mniej warte niż dokumentacja techniczna, procedury i know-how. A tego nie da się skutecznie opodatkować bez zniszczenia samego źródła wartości. Koszt przymusu rośnie szybciej niż potencjalny zysk.
mjk1
Interesuje mnie jedno pańskie twierdzenie, że terroryzm przestanie się opłacać, jak wydajność pracy przekroczy pewien magiczny punkt. Co jest tym punktem, czy jaka jest wielkość wydajności pracy? Może Pan rozwinąć ten wątek a szczególnie zależność wydajności pracy od opłacalności terroryzmu, bo nie bardzo rozumiem?
Grzegorz GPS Świderski
Historia nie zna momentów, w których wymyślano maszynę parową, odkrywano elektryczność i technologie z nią związane, wymyślano komputer, Internet czy LLMy. Każde z tych zjawisk było unikatowe, pojedyncze, to był jeden moment, a nie kilka. Póki nie wymyślono komputerów, nie było w historii momentów, w których istniała tak wielka moc obliczeniowa zmieniająca świat. Dlatego mówimy o erach: zbieracko-łowieckiej, rolniczej, przemysłowej, informatycznej. Wszystkie te ery były jedne i nie ma w nich żadnej cykliczności.Wydajność pracy cały czas rośnie i ciągle osiąga historyczne rekordy. Przekroczy w końcu, albo już przekroczyła, punkt na wykresie, powyżej którego terroryzm przestaje się opłacać. Nie można więc twierdzić, że ponieważ terroryzm zawsze się opłacał, to zawsze oparta na nim organizacja będzie wracać po upadku. Przez całe dzieje ludzkości niewolnictwo prywatne się opłacało, wszelkie bardziej rozwinięte gospodarki były na nim oparte. Jeszcze 200 lat temu można było stwierdzić, że instytucja niewolnictwa jest nie do ruszenia. A jednak to upadło. To samo będzie z niewolnictwem państwowym opartym na terytorialnym monopolu na terroryzowaniu ludności osiadłej i zdzieraniu z niej haraczy siłą. Wieczne opieranie się na tym mechanizmie nie ma sensu.Jeszcze 10 lat temu uważano powszechnie, że komputery nigdy nie przejdą testu Turinga. Dzisiejsze LLMy nie tylko go przechodzą, ale muszą specjalnie udawać głupka, bo ich mądrość zdradza to, że nie są ludźmi. To jest najbardziej dobitny dowód na to, że osobliwość technologiczna nastąpi zgodnie z tym, jak to rozpoznał i obliczył Kurzweil zauważając geometryczność postępu technologicznego. Żadne projektowanie strategiczne na wiele lat na przód nie powiedzie się, jeśli nie uwzględni tych obliczeń.Żadne projektowanie przyszłości się nie powiedzie, jeśli oprze się na aparacie terroru mającym terytorialny monopol na przemoc, który nieuchronnie upadnie. Wszelkie strategie oparte na karetach i powozach konnych szlag trafił po wynalezieniu maszyny parowej. W czasie pokoju w ramach ćwiczeń generałowie umieją tylko wygrywać poprzednie wojny. Przyszłą wygra tylko ten, który zrozumie i wykryje, co będzie istotnego w kolejnej wojnie, a nie co było w tych byłych.
Do wpisu: Dlaczego wojna nie uratuje Polski i czemu huby nie rodzą się z chaosu.
Data Autor
Grzegorz GPS Świderski
Bardzo prosto: głosować na Konfederację.
mjk1
Nie mam nic przeciwko i fajnie by było. Niestety na dziś mamy większy problem do rozwiązania i to jak najszybciej: jak odsunąć szkodników od władzy, aby nie niszczyli państwa?
Grzegorz GPS Świderski
"...potrzeba ram, porządku i instytucji powracała zawsze, nawet w nowych formach."Tak jest! Dokładnie tak! I właśnie to, co proponują libertarianie, a ja prorokuję jako nieuchronne, to są nowe ramy, porządek i instytucje. My nie postulujemy zniesienia tego. Wszystkie instytucje, które zbudowało państwo, zostaną — nadal będą szkoły, szpitale, banki, elektrownie, giełdy, sądy, wojsko, policja, służby specjalne, parlamenty etc. - zmieni się tylko ich umocowanie społeczne, przestaną być monopolami, przestaną być narzędziami aparatu terroru, staną się wolne, konkurencyjne, wolnorynkowe, pluralistyczne, prywatne — ale to będą te same budynki i ci sami ludzie. Po upadku państw ramy, porządek i instytucje wrócą, a precyzyjniej: nigdy nie upadną wraz z państwami. Upadnie tylko sama idea statolatrii — że tym wszystkim musi zajmować się terrorysta monopolizujący te dziedziny terytorialnie. W skali międzynarodowej anarchokapitalizm już istnieje, już działa, już się sprawdza. Najpoważniejszym problemem jest to, że suwerenne podmioty są duże i spójne terytorialnie. To powoduje, że są możliwe wojny — władca jednego terytorium może bombardować inne. A gdy świat podzieli się na tysiące Liechtensteinów składających się z licznych enklaw i eksklaw, tak jak dawne polskie ordynacje rodowe, to wojny stracą sens, bo jakiekolwiek bombardowanie wroga zniszczy też własne tereny i obiekty. Nie jest możliwa krwawa wojna z użyciem czołgów i myśliwców między wielkimi korporacjami, które mają swoje siedziby w większości miast świata. Żadna korporacja nie zbombarduje Gurgaon, bo tam ma swoją siedzibę i swoją infrastrukturę silnie zmieszaną z zasobami wszystkich innych korporacji, z którymi miałaby walczyć.
mjk1
Dziękuję za szczerość - naprawdę. I za to, że ten głos jest otwarty, a nie zaczepny. To już bardzo dużo.Myślę, że w jednym punkcie jesteśmy faktycznie zgodni, że rewolucje niszczą więcej, niż naprawiają, a realna polityka to zawsze sztuka przejść, a nie skoków. Jeśli więc mówisz o kompromisie jako narzędziu dojścia do większej wolności, to jest podejście, z którym da się rozmawiać bez ideologicznej wojny.Różnimy się natomiast w horyzoncie i założeniu nieuchronności. Ty zakładasz zanik państwa jako proces niemal deterministyczny (technologia, osobliwość, krypto), ja patrzę bardziej empirycznie. Państwa upadały i wracały, waluty się zmieniały, ale potrzeba ram, porządku i instytucji powracała zawsze, nawet w nowych formach. Nie jestem przekonany, że 2045 będzie wyjściem z historii, raczej kolejnym jej zakrętem.Dlatego traktuję państwo nie jako byt moralny (dobry/zły), lecz jako narzędzie, które bywa groźne, gdy chce rządzić wszystkim, ale bywa konieczne, gdy trzeba utrzymać stabilność w czasie dużych przełomów. Jeśli w tym sensie mówisz: "zgadzam się na ramy, byle były wąskie i trudne do rozszerzenia", to jesteśmy blisko porozumienia.Co do politycznych zaproszeń - doceniam je, ale na dziś wolę zostać poza strukturami. Ktoś musi być po tej stronie, która nie walczy o władzę, tylko pilnuje sensu, ciągłości i długiego horyzontu. Jeśli moje teksty i argumenty okażą się przydatne, to dobrze. Jeśli nie, historia i tak to zweryfikuje.Reasumując  Ty chcesz maksymalnej wolności jak najszybciej. Ja chcę wolności, która nie rozsypie się przy pierwszym wstrząsie. Jeśli kompromisem ma być państwo naprawdę minimalne, przewidywalne i samoograniczające się, to jest przestrzeń, w której możemy się spotkać. Bez mesjanizmu. Bez rewolucji. Bez wiary w to, że świat musi skończyć się dokładnie wtedy, gdy przewiduje to teoria.
Grzegorz GPS Świderski
"Istnieje bowiem kilka obszarów, w których państwo ma do odegrania istotną rolę, zwłaszcza jeśli chodzi o zapewnienie stabilności, egzekwowanie praw, ochronę własności czy bezpieczeństwo."Libertarianie napisali o tym setki traktatów, w których bardzo solidnie, i teoretycznie i na podstawie realnie istniejących przykładów, wykazali, że i ta rola państwa jest zbędna. Najważniejszy z nich to Rothbard, który to najlepiej rozkminił. To nie znaczy, że zbędny jest ktoś, kto zajmuje się zapewnieniem stabilności, egzekwowaniem praw, ochroną własności czy bezpieczeństwem. To będzie musiało być zawsze i będzie zawsze zinstytucjonalizowane. Libertarianie tylko bardzo solidnie wykazali, że tym nie musi zajmować się terrorysta, który ma terytorialny monopol na zdzieranie siłą haraczy z mieszkańców danego terytorium. Tak jak wszystkim na świecie, tymi dziedzinami też mogą i powinny się zajmować konkurencyjne, prywatne firmy. Śmiało legislatura, judykatura i egzekutywa mogą być prywatne i konkurencyjne. Ważne jest tylko to, by to się działo w ramach już wykształconej jednolitej cywilizacji dającej ramy moralne oraz różnych kapitalistycznych, prywatnych, rozwiniętych, działających instytucji, takich jak banki, giełdy, firmy ochroniarskie, detektywistyczne, militarne, zrzeszenia konsumenckie, fundacje certyfikujące, organizacje charytatywne etc. A to już mamy. Dlatego u nas anarchokapitalizm jest możliwy, a w Somalii nigdy nie nastąpi, bo tam nie mają takiej cywilizacji jak nasza.I wkrótce (za 20 lat) tak będzie, to nieuchronne, bo po prostu ten terrorysta, który teraz te ważne dziedziny zmonopolizował, upadnie, tak jak upadło niewolnictwo. Bo to się po prostu ekonomicznie już nie opłaca. 
Grzegorz GPS Świderski
Dzięki za tę odpowiedź. To teraz Ci napiszę, że to żadna nowość, do czego między nami doszło. Dokładnie taka dyskusja jak nasza toczy się w Konfederacji od dawna. Ty to Ruch Narodowy, ja to Nowa Nadzieja, Ty to Bosak, ja to Mentzen. I oni sobie wypracowali kompromis, do którego i my powoli dochodzimy. Niemniej ja z moich ideałów nie zrezygnuję, bo jestem dużo bardziej radykalny niż Mentzen, który jest tylko konserwatywnym liberałem, a ja jestem libertarianinem. A Bosak, choć sam siebie tak nie nazywa, jest ordoliberałem. Niemniej ja, jako radykalny paleolibertarianin, w imię doraźnej, realnej, pragmatycznej polityki jestem skłonny do kompromisów, dlatego popieram i Bosaka i Mentzena. Tym kompromisem jest ASE i państwo minimum bardzo dobrze opisane w fachowej literaturze. Ja uważam, że państwo jest całkowicie zbędne. Jednak nie upieram się, by je zlikwidować, albo nawet do tego dążyć, bo dobrze wiem, że ono nieuchronnie zaniknie na skutek rozwoju technologii i wykładniczego wzrostu wydajności pracy. Więc nie boję się iść na kompromisy i nie wstydzę się działać w partii, której liderzy określają się jako "państwowcy". Bosak i Mentzen są państwowcami, są wyznawcami statolatrii, która jest moim zdaniem złem moralnym. Jednak tego zła nie zniszczymy nagle, a nawet gdyby się to udało, to będzie to rewolucja, a ta jest zawsze jeszcze gorsza od tego, przeciw czemu się buntuje. Więc chętnie zgodzę się na Twoje ramy i warunki startowe zarządzone odgórnie przez tego terrorystę, który nas okupuje. On i tak zdechnie w ciągu dwóch dekad, bo mniej więcej w 2045 roku nastąpi technologiczna osobliwość. Więc mi teraz zależy tylko na tym, byśmy w momencie zaniku państwa mieli wolnorynkowy kapitalizm nawet z ramami państwowymi, ale tak wolny, jak się da, jak realia polityczne na to pozwolą. Im będziemy mieć więcej wolności, tym łatwiej przeżyjemy upadek państw. Gdy upadną państwa socjaldemokratyczne, takie, jak dzisiejsza III RP, to będzie to wielki krach skutkujący krwawymi rozruchami i masowymi bankructwami. A kapitalistyczne państwo minimum łagodnie wejdzie w anarchokapitalizm i się w nim rozpuści.Więc radzę Ci zapisać się do Ruchu Narodowego. Tam znajdziesz idealne warunki do wysłuchania Twoich koncepcji i jeśli będziesz kompromisowy i koncyliacyjny, to zaczniesz mieć szanse na realizację Twoich pomysłów. Za 2 lata Konfederacja będzie miała 100 posłów, z czego RN będzie miał połowę. To jeszcze nie pozwoli realizować naszych planów, bo konieczność kompromisu z socjalistycznym PiSem je uczyni mniej skutecznymi, ale powoli będziemy Polskę zmieniać, aż do kolejnej kadencji w 2031, gdy Konfa uzyska pełnie władzy. Jak się dobrze postarasz, to będziesz doradcą ministra infrastruktury z RN. A ja Cię poprę jako sojusznik z wolnościowej partii koalicyjnej, bo Ty np. poprzesz ministra edukacji, czy służby zdrowia od nas, którzy zrealizują pełną prywatyzację tych dziedzin. Wtedy już będziemy wiedzieć, czy i jak udało się zrealizować ideały ASE w Argentynie przez Milei i go po prostu skopiujemy.W ten sposób powoli zmieniając Polskę, wycofując państwo z kolejnych dziedzin, którymi się zajmuje, gładko wejdziemy w osobliwość w 2045 i ją bezboleśnie przetrwamy. To będzie tsunami, które zatopi wielkie statki, ale tysiące małych łódeczek to przetrwa, może nie wszystkie, ale większość. Więc zgadzam się na Twoje rozwiązania. Nawet zgadzam się na Twoje koncepcje co do waluty, bo to czy się zgodzę, czy nie, i czy Ty to zrealizujesz, czy nie, to i tak nic w praktyce nie zmienia, bo upadek dolara to będzie tak wielki krach, że żadne państwowe waluty fiducjarne, nawet Twoja, i tak tego nie przetrwają i w sposób nieuchronny światowy handel zostanie opanowany przez kryptowaluty. Upadek państw i światowy system finansowy oparty na kryptowalutach to nasza nieuchronna przyszłość, która musi nastąpić z przyczyn ekonomicznych. Ja nie muszę tego postulować i o to walczyć. Jedyne, na czym mi zależy i o co walczę, to by Polska w to weszła łagodnie.
mjk1
Zgadzam Mazurze, że w Polsce, jak i wszędzie, najważniejszy jest interes kraju, a nie interesy partyjne. Właśnie to, jak wyznaczymy granicę między interesem narodowym a partyjnym, powinno być podstawą zdrowej polityki. Wolność jest podstawowym fundamentem, który rzeczywiście pozwala ludziom na rozwój i samodzielne podejmowanie decyzji. W tej kwestii absolutnie się zgadzam, nie potrzebujemy nadmiaru biurokracji, regulacji czy nadmiernej ingerencji w życie ludzi i firm. Często widzimy, jak administracja państwowa staje się bardziej przeszkodą niż wsparciem dla rozwoju, a państwowy aparat w wielu przypadkach tylko komplikuje życie. Jednak, całkowita rezygnacja z jakiejkolwiek roli państwa nie jest rozwiązaniem. Istnieje bowiem kilka obszarów, w których państwo ma do odegrania istotną rolę, zwłaszcza jeśli chodzi o zapewnienie stabilności, egzekwowanie praw, ochronę własności czy bezpieczeństwo. Państwo nie musi być obciążeniem, ale bez minimalnych struktur i regulacji, rynek nie będzie funkcjonował w sposób sprawiedliwy i stabilny, a siła polityczna i ekonomiczna nie będzie rozłożona równomiernie. Nadmierna zaś centralizacja władzy i korporacyjność polityki powodują, że struktury państwowe stają się obciążeniem, a nie wsparciem. I tutaj rzeczywiście można mówić o nadmiarze biurokracji, której zadaniem powinno być wspieranie rozwoju, a nie utrudnianie go. Odpowiedzialność polityków za podejmowane decyzje powinna opierać się na dbałości o interes narodowy, nie partyjny. Tylko wtedy możliwe jest stworzenie stabilnych warunków rozwoju, które przekładają się na sukces gospodarczy i społeczny. W praktyce chodzi o stworzenie zdrowego balansu między wolnością gospodarczą a rolą państwa w zakresie zapewniania podstawowych ram funkcjonowania rynku. To właśnie w tej równowadze powinna tkwić siła przyszłości Polski. Dlatego myślę, że Twoje zdanie o wolności i ograniczeniu roli rządu jest w pełni zasadne, ale przy jednoczesnym rozważeniu, w jakim zakresie państwo może ułatwiać i wspierać rozwój.