Wielu ludzi, którzy chcą świadomie przeżyć swoje życie, zadaje sobie fundamentalne pytanie: kto dziś ważniejszy jest Bóg, czy nauka? Jeżeli ktoś stwierdzi, że Bóg, to zapewne myśli o swoim, ale zwykle nie zauważa, że dzisiejszy świat jest podzielony na wielu bogów i nic nie wskazuje na żadną zmianę w tym względzie. Z punktu widzenia nowoczesnego człowieka, to nie Bóg wybiera swoją owczarnię, lecz odwrotnie, to człowiek walczy o swojego boga i stan liczebny wyznawców. Jeżeli natomiast ktoś inny stwierdzi, że ważniejsza jest nauka, to już nie dzieli jej na części, lecz myśli o powszechnej, stopniuje poziom i wierzy w uczciwość intencji badaczy. Nikt nie kwestionuje, że i Panu Bogu i nauce potrzebne są pieniądze, ale na Pana Boga, licząc historycznie, zapłaciliśmy już tyle, że zaczynamy się zastanawiać, czy jeszcze potrzebuje naszych pieniędzy? Z nauką jest inaczej tu przeciętny wyznawca nie ma żadnego wpływu na jej finansowanie – zadanie przejęło państwo i to ono decyduje o kierunkach badawczych. Jeżeli państwo należy do obywateli, środki publiczne przeznacza na pogłębianie własnego poziomu wykształcenia, spoistości wspólnoty i wzajemnego zrozumienia, czyli na budowanie swojej siły kulturowej i geopolitycznej; jeżeli natomiast jest formą kolonii, to wówczas wszystko się rozmywa: nauka staje się zabawą, a Bóg jedynym ratunkiem.
Problem: Bóg, czy nauka jest problemem odwiecznym – bardziej lub mniej uświadomionym, ale towarzyszy człowiekowi od czasu wyklucia się ludzkiej świadomości. Oczywiście, nauki jeszcze wówczas nie było, ale istniała świadomość odrębnego bytu, potrzeby zdobywania żywności, a także z czasem pojawiły się potrzeby: lepszego i łatwiejszego życia. Tak powstawała przyszła nauka. Kto był bogatszy i silniejszy mógł pozwolić sobie (siłą lub cwaniactwem) na własne „badania”, kto słabszy, ulegał silniejszemu i jego „cywilizacji”. Potem bywało różnie, ale generalna zasada do dziś pozostała niezmienna. Wyrazem tego jest choćby skłonność człowieka do podboju i grabieży majątku bogatszego lub wyhamowania możliwej ekspansji lepszego od siebie. Każda przewaga prowadziła do agresji, każdy wyścig zbrojeń prędzej czy później do wojny, a każda naiwność ludzka lub niemoc do ofiar.
Tak więc rachunek jest prosty: nikt nie widział Boga, ale wiara w niego otwiera człowiekowi horyzont „pionowy”, w którym punktem odniesienia są najwyżej cenione ideały: dobra i człowieczeństwa. Nauka jest dywagacją opartą na założeniach, na pieniądzu i sile „cywilizacji”. Jej punktem odniesienia może być dobro człowieka, ale nie musi, bo wielokrotnie została ona skompromitowana – jej horyzont z natury ma charakter „poziomy”. Tak więc w życiu człowieka ważne są punkty odniesienia. Jeżeli dobierze je właściwie, ma szansę przeżyć życie w zgodzie ze sobą, chyba, że zburzą mu je inni. Budowanie królestwa bożego na ziemi było eksperymentem naukowym, a każdy eksperyment naukowy jest próbą wyrwania tajemnicy Bogu. Najważniejsze jest jednak to, aby nie przesadzić z niczym i szanować normy, które wypracowało dwutysiącletnie ludzkiego doświadczenia. W nim jest Bóg i nauka oraz człowiek ze swoim przekleństwem braku odpowiedzi na pytanie: kim jestem? Jeżeli natomiast tak skonfigurowany osobnik straci swoją przynależność kulturową lub narodową, automatycznie staje się obywatelem znikąd, a jego terytorium zamieszkania zostaje otwarte, jak kiedyś stepowe kresy wschodnie.
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
- Odsłony: 15055
Bardzo wydaje mi się, że przywołany przez Ciebie problem w konfiguracji albo/albo może już w niedalekiej przyszłości zanikać i zmieniać się w wyraźne rozważania Bóg i nauka. Już parę książek autorów o światowym autorytecie przeczytałem i lektura dla mnie była więcej niż optymistyczna. Wygrywa pogląd, że coś nie może powstać z niczego.
Oczywiście, gdy na świecie wygra lewactwo, to uczciwe rozważania o Bogu mogą być problematyczne.
Serdeczności
Witaj!
Takie ksiażki będa powstawać, tak, jak powstawały przez niemal cały czas istnienia naszej cywilizacji, ale obawiam się, że połaczenie tych dwóch dziedzin, to jak łaczenie życia z życiem pozagrobowym. To dwie tak odrębne obszary, że nie maja szans na spotkanie się. Człowiek musi brnać swoja droga, ale gdy na niej zapomni o Bogu, jego życie staje się przekleństwem. Może w niego nie wierzyć, ale gdy sprzeniewierzy się jego prawom, zginie. I to jest fizyka.
Pozdrawiam
"To dwie tak odrębne obszary, że nie maja szans na spotkanie się."
Jak chcesz, postaram się przekonać Ciebie, że się mylisz.
Powinieneś zacząć od książki, właściwie eseju, czy filozoficznego wywodu Anthony'ego Flew "Bóg Nie Istnieje". W tytule =Nie= jest przekreślone.
Anthony Flew, rocznik 1923, zm. 2010, był na świcie uważany za najwybitniejszego filozofa naszych czasów. Profesor w Cabridge, Prezydent paru instytutów. Konserwatysta i libertarianin. Czyli podobnie jak ja. Niestety "zwariował". Najlepszym filozofem był jako wojujący ateista, jednak stał się solą w oku lewactwa, gdy przeszedł na jasną stronę mocy i udowodnił, że wobec nauki i klasycznej logiki, sens ma jedynie deizm. Bóg - Kreator i Primus Motor, zgodnie z wykładnią Arystotelesa ( Jest to żywy byt, wieczny i najdoskonalszy. Arystoteles nazywa go niepoddanym ruchowi Bogiem-Umysłem, uznając go za transcendentną substancję, będącą czystym aktem bez żadnej możności i bez materialnej zasady. Jest on czystą myślą, zajmującą się w najwyższym stopniu tym, co boskie ) MUSI istnieć, by coś zaistniało i się działo. Jak Człowiek i Wszechświat.
Do takich samych wniosków dochodzi coraz więcej naukowców i myślicieli. Nawet pod koniec życia Stephen Hawking zaczął wątpić, czy wszystko co sam wymyślił i co uzyskało światową akceptację, to nie banialuki naukowe. Warto przeczytać Johna C. Lennoxa "Bóg i Stephen King".
Od czasu powstania fizyki kwantowej, komputerów i matematyki chaosu, co załamało Einsteina, nauka w kontrze do deizmu, bo wystarczało newtonowskie spojrzenie na Wszechświat i Naturę jako mechanizm zegarowy, ma coraz mniej sensu. Natomiast zaczyna przeważać, co do istoty istnienia, to co najprostsze wg. reguły Ockhama - stworzenie. kreacja.
To temat na bardzo obszerną, lecz chyba na fundamentalną dyskusję. Na przykład na tydzień w klasztorze w Tyńcu, lub w podobnej samotni.
Serdeczności
Po namyśle, doszedłem do wniosku, że obie książki, które wymieniłem, musisz przeczytać. Napisałem tylko, kim był Anthony Flew. Uzupełnię więc, kim jest autor drugiego eseju " Bóg i Stephen Hawking" John C. Lennox. To matematyk i filozof nauki. Rocznik 1943. Obecnie emerytowany profesor Oxfordu. A także laureat nagrody Humboldta ( tejże samej nagrody laureatem jest nasz niedoceniony geniusz, fizyk z "pogranicza kwantów" prof. dr hab. Grzegorz Karczewski).
We wstępie Lennox pisze:
"...Ludzie oczywiście chcą usłyszeć, co w kwestii Boga mają do powiedzenia przedstawiciele nauk przyrodniczych. Wcale to nie dziwi, ponieważ nauka w naszym dzisiejszym, wyrafinowanym świecie cieszy się autorytetem intelektualnym i kulturowym. Wynika to po części z tego, że z niebywałym powodzeniem udaje jej się tworzyć wynalazki techniczne, z dobrodziejstwa których wszyscy korzystamy, a po części z tego, że potrafi nas inspirować, pomagając głębiej wejrzeć w cuda Wszechświata [...] Z tego powodu wiele osób, coraz bardziej świadomych tego, że korzyści materialne, które daje nauka, nie zaspokajają najgłębszych potrzeb naszego człowieczeństwa, zwraca się do naukowców, by dowiedzieć się od nich, czy mają coś do powiedzenia w kwestii ważkich pytań dotyczących naszej egzystencji. Dlaczego istniejemy? Po co żyjemy? Dokąd zmierzamy? Czy ten Wszechświat to wszystko, co istnieje, czy też jest jeszcze coś poza nim? [...] ...byłoby czymś bardzo naiwnym przedstawiać całą dyskusję o Bogu jako nieuchronny konflikt między wiarą i nauką. Przedstawienie relacji miedzy nauką a wiarą w kategoriach konfliktu już dawno utraciło rację bytu. [...] To prawda, mamy w naszej debacie do czynienia z rzeczywistym konfliktem, ale nie jest to konflikt nauki z religią. To opozycja między teizmem i ateizmem, naukowcy zaś znajdują się po obu stronach barykady."
Gorąco polecam
Ps. Mam całą półkę tej fascynującej walki teizmu z ateizmem. Zaczynałem od Dawkinsa.
Przedstawiacie Waszeci aktualną patologię, która się chowa pod parasolem pod nazwą nauka. Nauka jest dzisiaj taka, jaka jest, chociaż ja będę się starał przekonać, że właśnie coś piardnęło i powoli zaczynamy powracać do zasad jakie obowiązywały Galileusza, Kopernika, Keplera, Newtona, czy Maxwella. Współcześni naukowcy, choć jest to czysta uzurpacja, bo moralnie na to określenie nie zasługują, nie dość, że popadli w konsumpcjonizm (polowanie na granty), to jeszcze gorzej - stali się przedmiotem, produktem, towarem, który każdy może kupić. I wcale się nie martwią, że koledzy, ba - cały świat nauki może ich uznać za idiotę.
Ustalmy sobie na wstępnie żelazne zasady uprawiania nauki i bycia naukowcem:
- Nauka i jej uczestnicy bezwzględnie stara się dotrzeć do prawdy.
- Naukowiec wprost domaga się, by każda nowa teoria, teza, każde nowe odkrycie, czy rozwiązanie zadania (albo równania) podlegało weryfikacji i falsyfikacji.
- Moralność i etyka musi być obowiązkowym elementem uprawiania nauki. To, że moralność i etyka jest nieodłącznie w nauce, nie oznacza relacji odwrotnej, czyli, że moralność i etyka poddają się naukowemu badaniu. Tu ciekawostka: to ograniczenie pochodzi od Alberta Einsteina. W 1930 roku, w Berlinie brał udział w debacie i powiedział: "...nasze ludzkie poczucie piękna i instynkt religijny wspomagają władzę rozumu w jego dążeniu do największych osiągnięć. mamy rację mówiąc o moralnych podstawach nauki, nie można jednak odwrócić tego twierdzenia i mówić o naukowych podstawach moralności."
- Rzetelny naukowiec zawsze rozważa aspekt matematyczny swojej pracy, czy swoich teorii. Tak już jest - Natura to Matematyka. Co więcej - nasza percepcja, czyli praca mózgu, to również czysta matematyka. I to jaka! Czysta dynamika nieliniowa i zasady złożoności. Szanowny Imć Waszeć wie o czym mowa.
Ps. Powołuje się Pan na starożytne zapisy. Czy wyeliminowane są błędy odczytu i translacyjne? Bo ja tam widzę sporo fantazji. Po prostu jest inny aparat pojęciowy.
Waszmość, podzielam Twoja opinię, lecz ujałbym to trochę inaczej. Człowiek nie ma szans przeniknać do istoty Boga. Tak jest, Bóg i człoweiek, to zupełnie dwie różne kategorie. Człowiek oczywiście powinien opisywać, musi dażyć do boskiego ideału, ale nie jest w stanie pokonać granicy życia i śmierci, poza która się On chowa. Dażenie do ideału, to dażenie do człowieczeństwa, odejście od niego to droga do animalizacji. Pozdrawiam
Jak zwykle w punkt drogi Imc-iu !!I
Z ludzka Hybryda jak on ,nie ma sensu prowadzic polemik..To tak, jak belkoczacy,pijany goral noca ,trzymajacy sie plotu aby nie upasc ,prowadzacy z tym plotem rozmowe..:-)0
Samo dążenie do prawdy nie wystarcza już uczonemu jako regulator moralnego postępowania. Trzeba opracować teorię moralności uprawiania nauki i wychowywać według niej naukowców Co więcej, zastępowanie dobra moralnego kwalifikacją naukowości lub podejściem naukowym stanowi pewną i smiertelna chorobę naszych czasów !..
Rozwój nauki i techniki wyprzedził w znacznym stopniu rozwój potrzebnej człowiekowi duchowości, tak że często staje się karykaturą samego siebie. Spoleczeństwo zaś zbyt często i natarczywie pyta o to, jak nauka może uczynić nas silniejszymi i bogatymi, a za rzadko i bez przekonania, jak nauka moglaby uczynić nas mądrymi i dobrymi..
Prawda powinna być respektowana dla niej samej, a nie w wyniku kalkulacji utylitarnych. Kalkulacje te bowiem wcale nie muszą przemawiać na rzecz prawdy, przynajmniej w perspektywie doraźnej. Jeśli więc dla poszanowania prawdy będziemy szukać motywacji aksjologicznej w płynacym z niej pożytku, jeśli od pożytku uzależnimy status prawdy w życiu prywatnym czy publicznym, wynik będzie zmienny jako funkcja okoliczności oraz rachunku bezpośrednich zysków i strat..
nNe zawsze chodzi o świadome wyparcie się etosu prawdy. Dochowanie wierności prawdzie – twierdzi – nie jest łatwe „wbrew wywodzącemu się ze starożytności stereotypowi, wedle którego prawda jest piekna i przez sama swoją atrakcyjność zwycięża, wystarczy tylko ulec jej wpływowi. Tymczasem prawda nader często jest nieatrakcyjna właśnie, ponieważ wymaga zastrzeżeń, ograniczeń, rozróżnień pojęciowych, umiarkowania. Ona przeważnie ‘leży pośrodku’, gdy tymczasem podniecające intelektualnie są właśnie skrajności..
Opisując zjawisko dysonansu poznawczego, gdy prawda jest niezgodna z interesami czy pragnieniami podmiotu: „prawda przegrywa w dysonansie poznawczym niekoniecznie w wyniku świadomej nierzetelności lub wskutek prymitywizmu myślowego. Prawdziwym winowajcą okazuje się najczęściej brak czujności wobec własnej motywacji bowiem od pokusy zdeformowanego widzenia rzeczywistości nikt nie jest wolny..
Uczony odpowiada nie tylko za prawdę, lecz także za skutki stosowania rezultatów nauki, oczywiście w takich granicach, w jakich to od niego zależy. Nauka winna się rozwijać na korzyść całej osobowości człowieka, a nie jego kosztem. A tymczasem nawet wybór tematyki i środków badawczych może dziś mieć negatywną kwalifikację moralną ..
Janusz, bardzo dziekuję Ci za poświęcenie mi tyle uwagi, ale to wszystko, co napisałeś ujałem w ostatnim akapicie mojego wpisu (tak mi się przynajmniej wydaje). Nie musisz mnie do niczego przekonywać.
W swoim życiu miałem różne fazy. Kiedyś, jako dorosły i świadomy człowiek trafiłem na grupę bardzo zdolnych i interesujacych się wszystkim pijaków (mogę tak pisać, bo to byli moi kumple). Trwało to kilka lat. Koniec był tragiczny, bo z bogactwa tematów i rozmów, pozostała tylko wóda. Mnie udało się wyjść cało. Potem trafiłem na kilku nawiedzonych, tematem ich życia był Bóg i poszukiwanie z nim kontaktu. Kontakt nie trwał długo. Nia dało się. Nie wiem, co się z nimi dzieje. Znajomi powiadali, że mam pecha, bo trafiam na samych czubków. Potem wszedłem w dziennikarstwo i reportaż; tu spektrum było szerokie: od ćpunów przez mniejszości narodowe, po wyznawców pogaństwa (Wrocław) i kosmitów (np. "Antrovis"). No itd.
Ale po co o tym piszę? Dlatego, że spodobała mi sie Twoja odpowiedź dana Imciowi. Wymieniłeś w niej kilka punktów. Do obowiazku poszukowania prawdy dodałbym obowiazek podawania punktu odniesienia, obowiazek deklaracji kulturowej i narodowej - nie z jakichś pobudek rasistowskich, lecz dla porzadku. Gdy czytam musze wiedzieć, jakiego wyznania jest piszacy, jaka reprezentuje kulturę, bo te szczegóły maja wpływ na postrzeganie i interpretację. Czytanie dzieł bez tych informacji wprowadza po prostu zamęt. Zdałem sobie z tego sprawę kiedyś, gdy robiłem wywiad z kilkoma poliglotami. Każdy z nich podkreślał doniosłość swoich korzeni i ważność swojego języka macierzystego. Powiadali, że bez dobrej znajomości swojej kultury, nie potrafiliby zrozumieć i poznać inne. Zreszta, nie przyszło mi to trudno, bo rodzice pochodza z Kresów. Z innej beczki... Kiedyś córka, gdy kończyła liceum, przyszła do mnie i powiada, że chce studiować w Indiach? Zbaraniałem. Odpowiedzia było moje pytanie o jej samopoczucie. Potem, zaczałem drażyć, skad u niej te Indie. I dowiedziałem się, że tam studiowanie jest calkowicie wolne od nacisków politycznych. Student wyznacza lekturę, która chce przeczytać i jeżeli nie ma tłumaczenia, tłumacze szybko ten problem rozwiaża.
I teraz wniosek - jeszcze długo w naszej cywilizacji nie doczekamy się takiej wolności nauki, jaka jest w Indiach; jeszcze długo bedzie płynęła Wisła, Ren i Tamiza, zanim Europejczyk będzie mógł uprawiać prawdziwa naukę. Ale można temu zaradzić. Odwołać się do starej tradycji klasztorów, ale pytanie, czy dziś znajda się ludzie, którzy dadza sie zamknać w klatce i strona po stronie dochodzić do nowych wniosków, łaczac to, co stare z nowym? Ilu jest w stanie odciać się od kasy, kobiet i władzy? A ilu bedzie chciało taki klasztor zrównać z ziemia? W naszej rzeczywistości wydawało się, że IPN-owi pozwola na większa swobodę? Nie dali mu żadnych szans.
Janusz, serdecznie Cię pozdrawiam
Witam!!
Dla matematyka, to rzeczywiście problem. Tego nie da się wyliczyć, ani zmierzyć. Ale tak, jak napisałem w tekście, Bóg jest idea. I ta idea daje człowiekowi szansę bycia lepszym. Nauka w opisie Boga staje się bezsilna. Po prostu nie ma narzedzi. Rzecz jednak w tym, że jesteśmy już na takim etapie rozwoju swojej cywilizacji, że nauka stał się jej koniem pociagowym. Ale mimo to, bez odwołania się do Boga, ta sama nauka poprowadzi człowieka do własnej zagłdy. Przykłady, zwłaszcza dziś widać, jak na dłoni. Bóg, jako punkt odniesienia jest nauce tak samo potrzebny, jak człowiekowi. Naukowiec bez Boga może stać sie zbrodniarzem, a człowiek zwierzęciem. I to jest ten paradoks.
Bóg nie napisał Biblii, lecz została spisana przez Ewangelistów. Biblia uczy tak samo, jak podręcznik, jest opisem nie tylko Boga, ale przede wszystkim człowieka. Jeżeli bedziemy ja rozpatrywali w kategoriach ksiażki, to takiej w dziejach naszej cywilizacji nie napisła jeszcze nikt. I nie napisze. Każda cywilizacja ma swoja Biblię. Na temat Septuaginy, byłem kiedyś słuchaczem goracej dyskusji na jej temat. Niewiele ma tu do rzeczy.
Pozdrawiam
A, dla mnie to sa księgi (70), nie ksiażki. A to ciakawe: "zrodzony a nie stworzony", nigdy nie wchodzilem głebiej. Przerost ego przekładał się na pieniadze i władzę. Stad tyle "wniosków racjonalizatorskich". Dla ludzi najgorsza jest nadgorliwość. Poza tym, wszystko zgadza się.
Dopóki nie przeczyta Pan choć 0,001 promila literatury faktu z Państwowej Publicznej Biblioteki Sałtykowa-Szczedrina, albo Bibliothèque nationale de France w temacie Boga i religii, to nie powinien Pan nawet wzmiankować w tym temacie. Nie po to tysiące marksistów robiło doktoraty i profesury, nie po to Gagarin poleciał w kosmos, by dziś w w 21 roku 21 wieku jakiś bloger ich kompromitował miałkimi wrzutkami.
"Religia każe wierzyć, nauka każe wątpić ☺". A Bóg na to wszystko patrzy z góry i ma niezła zabawę.
Jeżeli państwo należy do obywateli, środki publiczne przeznacza na pogłębianie własnego poziomu wykształcenia – Nie jest to aby naiwne? A jeśli nawet nie, obywatele poprzez państwo kolektywnie przeznaczają pieniądze na podniesienie własnego poziomu. Kolektywnie!
O nauce tak napisałem: "Jej punktem odniesienia może być dobro człowieka, ale nie musi, bo wielokrotnie została ona skompromitowana – jej horyzont z natury ma charakter <poziomy>". Kiedyś nauka była misja, dziś, jak wiele innych zawodów, straciła ja. Nie mitologizujmy jej, bo wszystkie najważniejsze odkrycia kiedyś trafiały najpierw do papieża, a dziś trafiaja do wojska. Nie mniej bez nauki, oczywiście, nie wyobrażamy sobie życia. Wszystko wymaga jednak gruntownej reformy i moralnego sita.
Człowiek jest podmiotem tego artykułu.
Proszę Pani, z papieżem, to przeszłość. Kopernik swoje dzieło "O obrotach..." przesłał najpierw papieżowi, bo w tamtym czasie był on najważniejszy na ziemi. Ale nie miał pewności, czy nie zostanie spalony na stosie. Nauka, jak wszystko, musi być powiazana z moralnościa, z uczciwościa, a nie jak dzisiaj z kasa, grantami i sterowaniem możnych tego świata. Naukowiec musi być człowiekiem uczciwym, a jego wykształcenie musi mieć wszechstronne. Praca jeszcze o niczym nie świadczy. Istotna jest prawda i dochodzenie do niej w sposób uczciwy.
Jezus, i całe Jego otoczenie, to postaci historyczne.
Zależy tylko, czy zechcemy otworzyć sie na poszukiwanie prawdy, czy trwanie w swojej zapieklosci i niewiary.
google.com
Gdyby wziąść pod uwage nie tylko Calun Turynski, ale istnieje przeciez wiele /miliony/ innych faktów z punktu widzenia człowieka, niewytlumaczalnych, interwencji Boga na ziemi.
Tak, właśnie, do tego doprowadziła nas współczesna cywilizacja.
deon.pl
Przypomina to odwieczny spór filozofów- co było pierwotne - idea( Bóg) czy materia( nauka). Albo się jest idealistą albo marksistą. Ja np. jestem idealistą. Nie wyobrażam sobie żeby coś powstało bez siły sprawczej - Boga. Pzdr
Co za dyskusja!
Miałem wątpliwości, czy takie są jeszcze możliwe. Z jednej strony idiotyczny scjentyzm, z drugiej jeszcze głupszy fanatyzm. A tu proszę. Niemalże dotykamy istoty rzeczy. Lub skromniej - usiłujemy się do tego zbliżyć.
Stephen Hawking w swoim ostatnim dziele "Brief Answers to the Big Questions", u nas wydanej jako "Wielki projekt" całkiem niedawno, w 2018 r. rozpaczliwie w swojej wielkiej próżności nieszczęśliwego człowieka uznanego za największego naukowca XX wieku (a konkurencja jest duża) usiłował zmierzyć się z Bogiem. Rezultat jest bardzo marny. Widać rozpacz umierającego człowieka, łaknącego boskiego błogosławieństwa, wiedząc, że to przekreśla pracę całego jego życia.
Dlaczego zajmuję się Hawking'em? Bo to guru, wprost spiżowy pomnik ateizmu. Tak swoim autorytetem przytłaczał całą naukę, że każdy, co chciał w nauce zaistnieć, nie mógł się przyznać do wiary w Boga.
Na swoje nieszczęście swym ostatnim, akurat popularno - naukowym (bo chciał, żeby jego argumentacja dotarła do jak najszerszych kręgów i była jednym z filarów lewactwa aka neobolszewii) dziełem nie dość, że się pogrążył, to jednocześnie ośmieszył.
Chyba tylko pycha uwielbianego naukowca popchnęła go już na początku do stwierdzenia, że "filozofia jest martwa". A potem z całym spokojem przeprowadza nic innego, jak rozprawę filozoficzną. Wiemy, że najpotężniejszą bronią filozofii jest logika. Hawking ją łamie na każdym kroku. "Głównym zadaniem filozofii jest uczyć ludzi sztuki poprawnego definiowania, logicznej analizy i właściwej argumentacji. Czy Hawking nam chce powiedzieć, że i ta sztuka jest martwa?
Posłużę się ponownie argumentacją Lennoxa. Chyba każdy, co śledzi postępy nauki, wie, że wg Hawkinga - Wszechświat powstał z niczego. Albo prościej - coś powstało z niczego.
Hawking precyzyjnie powiedział tak - "Ponieważ istnieje prawo grawitacji, Wszechświat może i będzie się stwarzał z niczego". No dobrze... co dla Hawkinga oznacza =nic=? Przecież napisał, że istnieje prawo grawitacji! A jak takie prawo istnieje, to oczywiste, że istnieje grawitacja, bo abstrakcyjne matematyczne prawo byłoby puste. Czy więc grawitacja jest tym niczym? Jest nie-bytem?
Czyli już tu, na samym początku, stwierdzając śmierć filozofii, mataczy jak zakręcony, że Wszechświat jest stworzony z niczego i czegoś. Zwrócę uwagę, że współcześni fizycy, jak mówią o "niczym", to mają na myśli próżnię kwantową.
Tak więc mamy nonsens głoszony przez światowej sławy naukowca. Nielogiczność tego rodzaju twierdzeń trudno dostrzec właśnie dlatego, że wygłaszają je naukowcy i dlatego opinia publiczna, co zrozumiałe, przyjmuje je jako twierdzenia poparte autorytetem nauki.
CD
Hawking nie uprawia nauki. On już zajmuje się ideologią. Nazywam to religią ateizmu. I wygląda na to, że usiłuje, jak Dawkins zwykłych obywateli, zarazić niedorzecznosciami kolegów naukowców.
Rezultat - Pieprzyć logikę! Łgać i używać autorytetów dla wyższych celów. Na przykład po to, by opanować ziemię wciskając kit o globalnym ociepleniu.
U Hawkinga pobrzmiewa tu echo innego okswordzkiego geniusza, oczywiście ateisty, chemika Petera Atkinsa, który z przekonaniem stwierdził - "Czasoprzestrzeń generuje w procesie własnej samoorganizacji swe własne cząstki"
Co za ćwoki. Dobrze, że nie jestem profesorem Oxfordu (pozdrowienia dla Radka Sikorskiego), bo może też bym tam tak zgłupiał.
Janusz, nie będe mógł pociagnać tematu, bo nastapił pewien sabotaż, spotkałem starego kolegę i pokoniaczkowaliśmy co nieco i zmienił mi się nastrój. Wybacz, może wieczorem.
Ups... coś uciekło
Co do idei dziennikarstwa, nic nie mam do dodania. Ale nie wiem, czy Waszmość wiesz, że wystawiłeś mi wilczy bilet. Teraz żadna redakcja nie bedzie chciała przyjać mnie do swojego składu. Ale dzięki, za kilka lat pokażę wnukom. Może uwierza.
Ale wolność, odpowiedzialność i uczciwość, to podstwa.
PS. A kulturę robi się wówczas, gdy nie wie się, że się ja robi - to jakiś niedokładny cytat.
Pozdrawiam
Ponieważ nie wiem, czy nawet mógłbym się zbliżyć do Pańskiego poziomu poruszania się w obszarach współczesnej matematyki, chociaż bardzo bym chciał, więc serdecznie kibicuję, a na dodatek mam takiego autora, matematyka, który fenomenalnie wyjaśnia wiele matematycznych problemów. To Ian Stewart [pl.wikipedia.org], którego polem działania są systemy złożone. To właśnie mnie do niego doprowadziło, gdy w roku 2000 zetknąłem się z matematyką chaosu i nagle wyskoczyło complexity. Dlatego bardziej odpowiadałyby mi systemy kompleksowe, a nie złożone. A ogólnie - musiałem (bo intuicyjnie wiedziałem) pojąć na gruncie filozoficzno - matematycznym precyzyjne pojęcie systemu. Polecam książki Iana Stewarta każdemu zainteresowanemu nie tylko matematyką, ale także matematycznego rozumienia Natury i Wszechświata.
Co do prestiżu uniwersytetów. Brytyjskie się kompromitują poprzez swoją ideologiczną chorobę. Tak samo jak większość amerykańskich. Chociaż te, które są dla mnie punktem odniesienia w zakresie nauk ścisłych, na wschodzie MIT i Harward, a na zachodzie UCLA i przede wszystkim CALTECH, nie są zidiociałe lewacko i w dużym stopniu wiarygodne.
Kalifornijskie są dla mnie głównym źródłem w dziedzinie kognitywistyki.
Któryś z autorytetów, nie pamiętam w tej chwili kto, ale chyba filozof, przedstawił bardzo odważną, choć obrazoburczą koncepcję - prawdziwymi ludźmi są wyłącznie geniusze.
Należy to rozumieć, że cała ludzka edukacja i wychowanie powinny być skierowane na rozwój intelektualny społeczeństw. Tak by "zbiór geniuszy" się powiększał. Jak widzimy, jest to w sprzeczności z działaniami lewactwa (w kategoriach poprawności politycznej nazywanej =lewica neoliberalna=). Ta bolszewia w swojej ideologii, nie potrzebuje mądrego społeczeństwa. Wprost przeciwnie - edukacja ma dostarczać minimum wiedzy wyłącznie dla przeżycia, dobrostanu na niskim poziomie i bycia pożytecznym konsumentem. A "geniuszy" to władcy świata sami sobie będą wyławiać i zatwierdzać.
I tutaj dochodzimy do tworzącego się właśnie potężnego sporu naukowego, który można określić jako obiektywizm versus subiektywizm. Wielu myślicieli stwierdza, że naukowy obiektywizm skończył się na teoriach Einsteina. Tworząca się wówczas mechanika kwantowa już niestety zawiera wiele subiektywności, gdyż obserwator ma wpływ na przebieg zjawiska.
CD
Penrose i Hawking są niewątpliwymi geniuszami. Tylko ten pierwszy stara się z całych sił być obiektywny, a Hawking jest jak najbardziej subiektywnie zakręcony. To widoczny dla wszystkich ewidentny fakt i co Penrose mu zarzucił, rozjeżdżając doszczętnie jego przedśmiertelną książkę.
Howking starając zniszczyć Boga stawiając w kontrze naukę (i zabijając filozofię przy okazji) oparł się na wybitnie subiektywnych teoriach, oczywiście matematycznie bardzo eleganckich, jak wieloświaty (z wyliczeń wychodzi, że ma być ich 10^500), oraz M-teoria (tu z kolei mamy co najmniej 11 wymiarów czasoprzestrzeni), która wyrosła z teorii strun. To nie są teorie. To raczej zbiór naukowych pobożnych życzeń fizyków teoretycznych. Nic tam nie spełnia kryterium obiektywności i na siłę usiłuje się dopasować rzeczywistość do matematycznego modelu.
I tutaj mamy matematyków, bez których zarówno w zakresie praktycznym, jak i w zakresie teoretycznym, nauka i technika nie może żyć. Widzę, że w zakresie fizyki teoretycznej, czyli dla mnie wyjaśnianiu, jak to wszystko działa, matematycy obecnie głównie zajmują się modelowaniem. Wszystko jest OK, dopóki nie usiłuje się naginać rzeczywistości do swojego pięknego, eleganckiego i ulubionego modelu.
Cieszyłoby mnie, gdyby Imć Waszeć był członkiem SIAM i interesował się nie tylko applied, ale nawet applicable mathematics.
Pozdrawiam serdecznie
Wypowiadasz kategorycznie nie mając pojęcia, czy ja się wypowiadam w tematach o których nie mam zielonego pojęcia.
To moje proste rozumowanie indukcyjne pokazuje jakże głupim prostaczkiem potrafisz być. Taki wiejski mistrz jednozdaniowych złośliwości. Wypij klina, to sie poczujesz lepiej.
Brawo!
Najbardziej podoba mi się jakże matematycznie i naukowe - ...is known as mysterious duality
Pod koniec prościutkiego (ha, ha) komentarza napisałeś Waszeci - "...Dopiero teraz zaczynają się schody..."
Ty sobie Imci jaja robisz! Sądzisz, że na tym portalu jest choć 1 (słownie - jeden) człowiek, który to w pełni rozumie i ogarnia?! Oczywiście, jak widać, za wyjątkiem Jabe (Mirek, jeżeli to ty robisz kpiny, to cię przeklnę).
To pojadę dalej - jest w Polsce choćby 50-ciu matematyków, którzy podobnie jak IW poruszają się swobodnie w temacie? A na całym świecie jest was 1000? No może 10 000?
Na moje oko i wiem co mówię, by to było mały pikuś, to trzeba w tym siedzieć non-stop minimum 10 lat i jeszcze stale wertować naukowe (nie p-n) doniesienia, bo zmiany tu są ogromne.
I proszę mi tu nie podważać dobrych i fachowych opracowań popularno-naukowych , bo wasz niesłychanie hermetyczny słownik (i wiele, wiele innych z nauk scisłych. jak np. mój ukochany kwark powabny) wymaga nie tylko naukowych geniuszy, ale także takich, którzy mają naturalny talent tłumaczenia i wyjaśniania. Jak właśnie Feynman, czy Stewart.
Tak, czy inaczej - nadal nie wiem, czy Imć Waszeć jest za wieloświatem, czy przeciw. Tak jak nie wiem gdzie skierowana jest strzałka czasu.
Fajne i pouczające. Wreszcie własna opinia.
Mam wątpliwości - "...Przede wszystkim nasza logika nie jest logiką dwuwartościową, bo tamta wyklucza dodawanie nowej wiedzy i usuwanie sprzeczności." Podkreślone słowo =tamta= odnosi się do dwuwartościowej? Dlaczego wyklucza dodawanie nowej wiedzy i usuwanie sprzeczności? Przecież tworząc algorytmy z wszystkimi boolowskimi operatorami i dodając odpowiednie kwantyfikatory plus pętle sprzężeń zwrotnych, mogę dodawać nowości i usuwać błędy.
To chyba dobitnie odpowiada na pytanie Mistrza Jabe "...Na czym polega wybitna subiektywność zbioru naukowych pobożnych życzeń nazwanych teorią wieloświatów?"
" ...ale to nie wytłumaczy tych wszystkich mankamentów, które obecnie istnieją w matematyce pod nazwą hipotez z nazwiskami. Hipotezy te ukazują zgoła inny obraz matematyki jako systemu niepełnego i niezdolnego nawet do wyjaśnienia własnych elementarnych podstaw."
To ja wolę Pratchetta i "Świat dysku". To dopiero matematyka!
No i ta zabawa aksjomatami i zamiecenie jej pod dywan perski pod nazwą teoria kategorii. Wydaje mi się, że współcześni matematycy pojmują kombinatorykę dosłownie.
Teoria wieloświatów jest hipotetycznym konstruktem matematycznym, powiedzmy, taką abstrakcyjną zabawą, aby wbrew prawidłom brzytwy Ockhama, czyli ekonomii myślenia i elegancji matematycznej, udowodnić, że ponieważ coś może powstać z niczego i żaden Kreator nie jest potrzebny, więc boski projekt to, jak mówił twój idol - "Religia to opium dla mas", jest głupi, wobec idei wieloświatów, których ładnie i prosto ma być jakieś 10^10^10^7 (Linde and Vanchurin calculate that the number of universes in the multiverse and could be at least 10^10^10^7, a number which is definitely “humungous").
Kapujesz Jabe? By naukowo udowodnić słuszność ateizmu wymyśla się takie kocopały.
A poza tym, ta teoria w żaden sposób nie wytrzymuje naukowych standardów. To kolejne science-fiction, jak Big Bang, czy konieczność w M-teorii przynajmniej 11 wymiarów czasoprzestrzeni do opisu rzeczywistości.
Nie martw się, te naukofce, jak się nudzą, albo mają zapłacone, to się tak bawią w wymyślanie fajnych rzeczy. Na polibudzie w takiej sytuacji woleliśmy grać w butelkę.
Punkty odniesienia do rzeczy zasadniczych sa niezmienne, np. dobro-zło-dobro wspólne-ojczyzna-rodzina-matka,ojciec, natomiast pomniejsze działaja na zasadzie pogladów. Tak mi podpowiada intuicja. Próbę syntezy religii wszelakich próbowano już dokonac w renesansie i nic z tego nie wyszło. Mój Dziadek będac na emeryturze podjał się dokonania syntezy przepowiedni - chyba szerszego ogladu juz nie ma. Wykonał niebotyczna pracę i też nie dał rady. Ale zgadzam się, jest to podejście naukowe.
Piszac o klasztorze nie miałem na myśli klauzury. Reszta bz. Takie spotkanie byłoby oczywiście czymś fantastycznym, ale proza życia, kto za to zapłaci? Jeszcze nie ma takich odważnych.
....Nauka, stając się wartością samą w sobie i zdobywając dominację w kulturze, oderwała się od człowieka i uzyskała autonomię. Żyjąc własnym życiem, zaczęła niszczyć tradycyjne wartości humanistyczne oraz poprzez technikę naturalne środowisko ludzkie.. Ucichł prowadzony w sposób partnerski od wieków dialog uczonych i filozofów. Zastąpił go dyktat techniki i przyrodoznawstwa. Wskutek tego nauka zagubiła świadomość własnej pozycji i roli w kulturze, a przede wszystkim uzależniła się od techniki. Tak więc człowiek stworzył naukę, a ta wydała na świat technikę, która zdominowała naukę i kształtuje człowieka, nie licząc się z jego wszystkimi potrzebami kulturowymi i duchowymi...c.b.d.u
Nie bedziesz miał we mnie partnera do dyskusji na tematy, o których piszesz. Po prostu, pracuje na innych polach. Howking natomiast nie jest tak jednoznacznie zły, ma zasługi na polu społecznym: próby podniesienia poziomu służby zdrowia, działania na rzecz planety itd. Ale jeżeli mamy oceniać go ogólnie, to musimy wziać pod uwagę całość jego dokonań. Jeżeli chodzi o negatywne strony, to kojarzy mi się on z trzema rzeczami: "martwa filozofia", "wszechświat rzadzi się prwami nauki" i "poznaliśmy umysł boży".
- stwierdzenie, że najstarsza i wiodaca nauka na ziemi - filozofia jest martwa, powinna zapalić mocne czerwone światło w jego głowie. Nie zapaliło. I to jest ten moment, o którym kiedyś w naszej poprzedniej dyskusji odwoływałem sie do różnicy ogladu inżyniera i humanisty. Jak wiadomo, wszystko jest naczyniem połaczonym. Nie zapaliło się światełko i tak, jak na każdej drodze, każdy bład gdzieś musi doprowadzić do katastrofy. I tak się stało: cywilizacja uciekła filozofii, nie zinterpretowała tego, co trzeba i Howking poczuł sie bogiem. Potem już poleciało. Po prostu zawiodły hamulce. Filozofia (humanistyka) musi panować nad nasza cywilizacja, ale nie za pomoca ludzi szlonych lub idiotów. Czy można tu zlekceważyć odniesienia do Boga? Nie!
- wszechświat rzadzi się prawami nauki. To pamiętam z jakiegoś artykułu. Chyba powinno być odwrotnie. Nauka rzadzi się prawami ludzkiego umysłu. Nie nauka jest bogiem, lecz nauka wyłoniła sie z mozolnego ludzkiego doświadczenia i pracy, ludzkiej ciakwości i potrzeb trawiennych. Jeżeli naukę ubóstwiono, nauka misi przegrać. Czy można zlekceważyć odniesienia do Boga? Nie.
- poznaliśmy umysł boży. Takie stwierdzenie, to już odlot - w jakiejkolwiek konfiguracji. Należy podziwiać pionierska odwagę, ale zdrowy rozsadek nie może tego zaakceptować. To nie nauka, lecz czysta fantazja... Ale załóżmy, że człowiek poznałby zasady powstania życia i sposób tworzenia atmosfery ziemskiej. Jaka byłaby wówczas jego odpowiedź? Natychmiast sklonowałby ziemię, założył interes i... kazał sobie płacić! Na ziemi, jako bogacz-dyktator, zaczałby dyktować absurdalne warunki innym, a na koniec zapaskudziwszy ziemię uciekłby na skolnowana przez siebie planetę. I tu widać różnicę między Bogiem a człowiekiem.
Podsumowujać, cała odpowiedź na wartość nauki jaka stworzył Howking's i pozostali przodownicy cywilizacji, zależeć będzie od tego co nowi zrobia z Trumpem. I to jest właśnie naczynie połaczone. Mam znajomego naukowca, pamietam, gdy kiedyś wyraziłem jakieś watpliwości co do Howkinga, oburzył się, i odpowiedź: - Ale przecież to Howking! Nie oznacza to, że nie mam szacunku do tych naukowców, którzy za pomoca ciężkiej i solidnej pracy chca zgłebić tajniki tego, czego jeszcze nie wiemy.
Jak się czujesz? Widzę, że intelektualnie świetnie. Powiem Ci, że osobiście uznałem ormiański Ararat za najlepszy koniak (oczywiście nazwa koniak mu nie przysługuje, ale - co tam) na świecie. Podobno po II WŚ Stalin rokrocznie wysyłał Churchillowi 400 butelek tego nektaru. Za komuny był to trunek rzadki, ale niedrogi. Teraz ocipieli - Ararat w klasie Premium to 180 - 350 zł za 0,7 ltr.
Mam pytanie - jako człowiek renesansu, jakim jesteś, zajmowałeś się również kognitywistyką? Bo w tym wpisie powyżej, widzę że patrzysz z perspektywy chyba najtrudniejszej części filozofii - epistemologii. Konkretnie chodzi mi o twoje zrozumienie percepcji.
Oczywiście nigdy by mi do głowy nie przyszło odbieranie wielkości i geniuszu Hawkinsowi, ale sam widzisz, nieco mu odbiło. Może to z powodu jego kalectwa, co powodowało ograniczenia percepcji w oglądzie rzeczywistości i bardzo subiektywne podejście do nauki. I tu właśnie wkracza epistemologia.
Zapewne rozważałeś istotę Qualii, co jest tak istotne w percepcji - odbiorze świata i otoczenia. Dotychczas nie mamy pewności, czy, jak patrzymy na drzewo, to je widzimy dokładnie, jak nasze oko - kamera w pewnym stopniu, czy widzimy, po analizie w mózgu, coś co pasuje nam do istniejącego już w nas wzorca, który określa nam "coś jako drzewo". To są waśnie qualia. I takie subiektywne percypowanie wszystkiego, całej rzeczywistości, powoduje, że tak trudny jest obiektywizm w dochodzeniu do każdego sedna i oczywiście prawdy. To takie ludzkie kalectwo.
I to autentycznie istnieje. Eksperymentowałem z córką: ja jestem miłośnikiem sztuki, a ona amatorsko maluje. I doświadczalnie stwierdziliśmy, że mając identyczne wady wzroku, widzimy kolory nieco różnie.
W kognitywistyce słynny jest taki eksperyment myślowy - dziewczynka od urodzenia chowana jest w pomieszczeniach, gdzie wszystko jest albo białe, albo czarne. Ma kontakt wyłącznie z monochromatycznym światem. I wówczas, powiedzmy na 14 urodziny opiekun daruje jej czerwoną różę. Co ona wówczas zobaczy jest ciągle przedmiotem burzliwych dyskusji. To ciekawe... czy mamy już od poczęcia zainstalowane w mózgu qualia? Konkretne wyobrażenia, w tym wypadku czegoś takiego, jak "czerwień".
W tych Twoich trzech trafnych uwagach właśnie pobrzmiewa epistomologia. Nie mniej logicznie i obiektywnie są one jak najbardziej prawdziwe.
Pozdrawiam
Ps.1 "Epistemologia każe nam przyglądać się dokładnie temu, jak dalece nasze uprzedzenia, wyznawane wartości, co więcej, medtody badania naukowego ograniczają, a nawet wypaczają wrażenia płynące do nas ze świata."
Pos.2 Ad. qualia. Zjedź na dół do tematu "What is perception?", popatrz na czarno-białe zdjęcie i pomyśl co widzisz dokładnie. learndojo.org
Janusz, bardzo dobrze sie z Toba rozmawia.
Kumpla spotkałem koło targu, na którym handluja też Ukraińcy. Udało się nam kupić dwa Karpackie, też znakomite. Potem poprawiliśmy metaxsa, która bardzo lubię. I było to spotkanie po latach. Ale...
Właśnie epistemilogia... Ale może inaczej, bo miejsca mało i wpis już zaczyna schodzić. Do czasu poznania prof. Pawełczyńskiej, nie potrafiłem określić swojego sposobu percepcji. Po prostu nie zastanawiałem się głebiej. Np. czytam tekst zupełnie nowy, którego nigdy nie miałem w ręku i co jakiś czas wskakuje mi informacja, że ja przecież te fakty znam. Więcej, potrafię na ich temat powiedzieć coś więcej. Długo zastanawiałem się, ale bez skutku. Kiedyś, opisywałem już w naszej rozmowie przypadek mojej wizyty u dowódcy jednostki sowieckiej w Legnicy, na rok przed jej wyjazdem. Major, który mnie prowadził, najpierw przeciagnał przez piwnicę, w której szereg drzwi sugerowało cele. Szedł przede mna z dużym (carskim) pękiem kluczy na wielkim drucianym kółku i co jakiś czas próbował je dopasować do kolejno mijanych dzwi. Szedł bez ogladania się tak, jakby mnie nie było. Gdy klucz nie pasował, klał i szedł dalej. W tym czasie nie odczuwałem strachu, lecz coś głebszego, strach pojawił się, gdy zobaczyłem światło. Potem to odczucie skojarzyłem z mowa genów. To niezwykle ciekawe przeżycie. I jeszcze jedno zdarzenie... Jestem po raz pierwszy w Hiszpanii, schodzę z jakiegoś statku i podchodzi do mnie nieznajoma mi starsza pani i prosi , abym korespondował z jej synem. Patrzę zdumiony na syna i czuję, że gościa znam, mało tego, jest mi bliski. Obydwoje mówia po hiszpańsku i o dziwo wiem o co im chodzi. Epistemologia tu wysiada. Jedyne, jak mi sie wydaje wytłumaczenie, jest w wielokrotności życia ludzkiego. Nosimy w sobie (genach) jakieś wrażenia (zapisy) i one ustawiaja nas w życiu doczesnym.
I teraz Pawełczyńska. Nie wchodzac w szczegóły, ludzkie poznanie podzieliła na: analityczno-logiczne i intuicyjno-syntetyczne. Pierwszy typ, to Ty i nasz Waszeć. Ja natomiast należę do drugiego, a więc korzystam z chmury, ktora zbudowało moje poprzednie życie i doczesne doświadczenie. Drugi typ poznania nejlepiej czuje się na naszych byłych Kresach. Tam człowiek jednocześnie obcował z wielona doświadczeniami, znał duszę kilku kultur i mógł wyrobić sobie całkiem dobra orientację w świecie - na zasadzie metody porownawczej. A więc od dziecka budował w sobie bazę intuicyjna, która potem pozwałała mu na dokonywanie syntezy; znajdował wspólny język, który nie zamykał, lecz otwierał. Na tej bazie zbudowano niepodlagła II RP. Tak więc, qalia nie miały tam zastosowania teoretycznego, lecz praktyczne. Oczy mogły zwodzić , ale intuicyjnie obraz został wyrównywany i aktualizowany - na pniu. Qalia maja swój znakomity żer w czasach współczesnych, w których ludzkość zatraciła punkty odniesienia. To tak a propos znaczenia i wartości ludzkiej kultury.
Już od jakiegoś czasu chcę Cię zapytać o czas oceaniczny, o bezczas - jak go interpretujesz? Ale też o intuicję w manewrowaniu tak potężna jednostka, jakim jest statek. Widziałem kierowców, ktorzy nie majac czujników, potrafili zachować taka intuicję, że cofali "na gazetę". Jak to wyglada w przypadku statku? Jeżeli nie zdażysz odpowiedzieć teraz, to w następnym spotkaniu.
Pozdrawiam
Odpowiem króciutko na to, a na resztę później.
W zasadzie na oceanach posługujemy się jako punkt odniesienia UTC - Universal Time Coordinated (zegar atomowy) co niewiele różni się (sekundy)od GMT, czyli czasu Greenwitch.
Natomiast w codzienności, w zależności od lokalizacji i związanej z tym strefy czasowej używamy LT - local time, czyli UTC +- 1, 2hrs... itd.
Nie jestem pewien, o co ci chodzi z tym >bezczasem<. Czy to dotyczy dosyć modnych obecnie filozoficznych pojęć .bezczas< i >niemiejsce<?
Umiejętność manewrowania jest podświadomym zespoleniem się człowieka - operatora, z maszyną. To kwestia dużego doświadczenia i wyrobionej intuicji.
Charakterystyczny epizod. Na wycieczkowcu, będąc na Alasce, co tydzień cumowaliśmy w pięknym miejscu, w miasteczku Ketchikan. Drewniany, dosyć wątły piers. a na dodatek paskudny, zmienny prąd do 6 kt. Nasz stały, od wielu lat kapitan, już niemłody - 82 lata, cumowałał all fast (wszystko na mocno, czyli można schodzić na ląd) w ciągu 15 minut.
Było to ważne, bo autokary już czekały na pasażerów, a harmonogram był napięty. Raz "Stary", czyli kapitan, musiał zejść na parę podróży na jakieś badania. Zastępca - kapitan cumował w Ketchikan 2 godziny. Pojechał oczywiście do domu. Drugi zastępca podobnie. Ściągnięto więc helikopterem z Anchorage, naszego zwykłego "Starego". On naprawdę czuł i rozumiał statek. No i miał swoje "tajne" triki.
Kiedyś opowiem, jak co drugi dzień cumowaliśmy w Libanie, w Jounieh, chrześcijańskiej części państwa, 10 mil od Bejrutu.
Najlepszego
Nie napisałem, że pytajac o czas miałej na myśli kontekst filozoficzny. Jest czas przyszły, przeszły i teraźniejszy, ale wyjeżdżajac w morski bezkres, wszystkie czasy zapewne zanikaja i na pierwszy plan wychodzi swoisty "bezczas". Inaczej pracuje organizm i inaczej zachowuje sie orientacja. Oczywiście, to punkt widzenia podróżnika. Kiedyś, gdy przegrzałem nieco zwoje mózgowe, chcac odpoczać, wszedłem do przygodnej łódki i spędziłem w niej kilka wspaniałych godzin. To refleksje z tamtego czasu.
Zespolenie sie człowieka z maszyna jest inna, gdy mamy do czynienia z samochodem, inna, gdy z potężnym statkiem. Na czym polega różnica. Pytanie może nieco naiwne, ale odpowiedź na nie daje wyobrażenie o czymś większym, co u ldowego szczura wywołuje strach.
Faktycznie masz rację z tym dziwnym przemijaniem czasu na morzu.
A zazwyczaj jest tak - każdy marynarz ma na ścianie duży kalendarz, gdzie zakreślony w ramkę jest dzień zamustrowania. Następne dni są ponumerowane, aż do tego ostatniego, kiedy ma nastąpić zmustrowanie. On też jest zaznaczony ramką. Każdego dnia przed snem, grubym flamastrem skreśla się miniony dzień i przelicza ile jeszcze pozostało do końca.
Tak, że Ryszardzie - 40 lat na morzu to w większości wyczekiwanie. Mocno dewastujace. Po skończeniu pływania potrzebowałem 4 lata, by powrócić do jako takiej równowagi.
Niestety - wielu nie wytrzymuje już kolejnej radykalnej zmiany. Umierają wkrótce po przejściu na emeryturę.
Słuchaj - auto, czy wielki tankowiec, to nie ma znaczenia. Jak się potrafisz prawdziwie zespolić, jeśli znasz wszystkie reakcje, przestawić własny zegar, by współgrał z inercją olbrzyma, to cały czas precyzyjnie panujesz nad sytuacją.
Problem jest wtedy, gdy nie masz zaufania do swojego statku. Najgorszy jest wiek niemowlęcy. Zazwyczaj jakieś 2 lata. Odbierasz nową sztukę ze stoczni i mimo, że nadzorowałeś budowę, próby, testy, to nie wiesz, jaki on ci może numer wywinąć, bo jakaś śrubka była niedokręcona. Dla mnie, te 2 lata, to nieustanne polowanie. 24/24. 7/7. Ale... lubiłem to.
Pozdrawiam
Już zamykaja nam okienko, ale czy możesz mi polecić jakaś dobra ksiażkę polskiego autora na temat duszy i psychiki marynarza? Nigdy nie wchodziłem w ten temat. A to może być fascynujace.
Niestety, żadnego polskiego autora nie mogę polecić. Nie spotkałem takiej książki. Może ja napiszę? Taki żart.
Ludzie morza zapewne mają swoje życie wewnętrzne, ale raczej jest ubogie. Spotkałem oficerów, nawet się zaprzyjaźniłem z nimi, którzy byli ponad standardowi. Ale marynarze nie są wylewni. Jeden, czy drugi będzie milczał, tłumił w sobie, aż zwariuje. Miałem takie przypadki.
Jedyny pisarz, który prawdziwie uchwycił sens bycia "marinero" i który napisał, co siedzi w mojej czaszce od lat, jak nowotwór, to słowa -"ludzie dzielą się na żywych, martwych i marynarzy...". To oczywiście Julio Cortazar. Nie London, Hemingway, czy Joseph Conrad. Tylko Cortazar naprawdę czuł zapach oceanów i olejów napędowych. Napisał wspaniałe opowiadanie o emerytowanym brazylijskim kapitanie. Lata całe poszukuję tego i nie mogę odnaleźć. To, jak powyższy cytat, pasowało do mnie, jako marynarza w stu procentach.
Natomiast najpiękniej i najprawdziwiej malował morze Ajwazowski. Przebijał brytyjskich marynistów, w tym samego Turnera.
SOC i atraktory, to dla mnie już 20 lat współżycia i przyjaźni. W zasadach sterowania dynamiką czegokolwiek, gdzie rozważamy pierwszą i drugą pochodną, zgodnie z Nyquistem atraktor to punkt, albo zamknięta krzywa . Są oczywiście jeszcze inne kryteria stabilności, ale to właśnie Nyquista używamy najczęściej.
Lecz jak wiadomo, życie nie jest proste i w rzeczywistości mamy "dziwny atraktor", albo atraktor Lorenza. A to ci dopiero fraktal.
Taka ciekawostka - generatory prądowe, czy to pędzone dieslami, czy turbinami, mają swoje własne regulatory - dawniej klasyczne PID, teraz już cyfrowe. Trzeba zawsze, za wszelką cenę (zużycie paliwa) utrzymać częstotliwość prądu (obroty generatora) i szybką reakcję na zmiany obciążenia. Jak jest więcej generatorów pracujących równolegle, to jest dodatkowo problem takiej komunikacji regulatorów, by uzyskać właściwy rozkład obciążenia, należyte moce czynne i bierne, czy synchronizację. Minimalne w swojej karierze miałem 2 generatory (plus extra awaryjny, umieszczony wysoko w nadbudówce), przeciętnie 3 - 4 i maksymalnie 5.
I tu fajna ciekawostka - gdy połączymy równolegle 9 generatorów, to nie potrzeba regulatorów.Następuje samoregulacja.
Pozdrawiam
"wszechświat rządzi się prawami nauki"
Jakiej nauki Szanowni Państwo? To co już znamy i wiemy? A ile to jest? 99%? no nie żartujmy. Może już 50%? A może tylko 7%?
Znamy parę praw nauki, które się dało odkryć poprzez obserwację i analizę naszego świata. I to dosyć wąskiej części tego świata. Nawet nie potrafimy uczciwie stwierdzić, że już więcej wiemy, niż nie wiemy.
Ponadto, jako dosyć zgodnie przyjmujemy, że to Boski Projekt, czyli spoza naszego świata, to może nasz aparat pojęciowy nie ma możliwości ogarnięcia wielu praw. Już nawet z grawitacją mamy duży kłopot. A już teraz się mówi, że czas jest dyskretny, a nie ciągły.
Faktycznie - sporo osiągneliśmy, ale sądzę, że jeszcze bardzo dużo przed nami.
Będę bardziej zadowolony, jak opanujemy zimną fuzję. I nie damy sobie wciskać, że w tym bzdurnym "Zielonym ładzie" ratunkiem jest H - wodór, bo ten pierwiastek utleniając się tworzy parę wodną, która jest 10 x gorsza niż CO2.
Za łatwo dajemy się oszukiwać. Trzeba być czujnym.
A ja ostatnio wzruszam się kolejnym Kamińskim z Gdyni (nie rodzina). UWAGA - klip jest intensywnie pedalski. Cóż... ale nie eunuchowaty.
youtu.be
No i autentyczna bomba roku pandemii. Starszy ode mnie o dobrych parę lat gościu.
youtu.be
Po powstaniu styczniowym rząd zaborczy stopniowo dążył do usunięcia wszelkich kontaktów
Kościoła łacińskiego z unitami.............Nastąpił okres prześladowań tych wszystkich, którzy
nie podporządkowali się zarządzeniom władz. Byli unici szukali sposobów przejścia do Kościoła
Rzymskiego, prosili o posługę duszpasterską księży łacińskich, a nawet udawali się
za granicę do zaboru austriackiego i tam zawierali związki małżeńskie.Rząd (rosyjski-przyp. mój)
dość szybko zdał sobie sprawę z nieskuteczności nakazów i kar. Potwierdzają to raporty
policji oraz akta wizytacji biskupów prawosławnych.
Szanowny Panie Ryszardzie, @Imć Waszeć
Dla uciekających się do wiedzy klasztornej w zdecydowanej większości liczy się dotarcie do
jak najszerszego spektrum poglądów, by móc dokonać syntezy i wyciągnąć własne wnioski
z dala od emitowanego korytka. Tak; "To jest postawa człowieka nieuwikłanego"
Klauzura sama w sobie ma chęć postrzegania spraw zasadniczych i Człowieka nie po to by
wiercić dziury w problemie, ale dla zachowania jedności przetrwania Proszę Waszeci - jak zawsze
tu się zgadzamy. Kto jednak nie umie dostrzec, że dla marginalizacji zarówno greckie trojaczki
ery starożytnej jak i historia Bronocic z sednem zaciętości Bitwy pod Racławicami będzie pomijana.
To zauważa Marcin Niewalda.
Dziekuję w swoim imieniu za broszurę. Przeczytam ja chętnie. Jednak z marszu mogę odpowiedzieć, że katolicyzm, to nie jakiś dodatek, który mógł decydować lub nie o zwyciestwie lub klęsce Polaków. Jest on tak wrośnięty, dziś niestety możemy mówić że był, w polska rzeczywistość, że trudno go wyodrębnić z całości. Zoborcy izolowali nie tylko kościół, ale polskość. Na ziemiach zabranych polskość była wygaszana w sposób brutalny (weryfikacje szalacheckie, zakaz posługiwania się językiem, narzucone obce prawo) po to, by na jej miejsce wprowadzana litewskość, ukraińskość, a nawet próbowano białoruskość.
Jeżeli chodzi o klasztory, to w naszym kontekście, oczywiście: nieuwikłanie, spokój i nowa synteza. Nie bardzo rozumiem, co chciał Pan powiedzieć w dwóch ostatnich zdaniach.
Grecy nie mają problemu z definiowaniem potrzeby przejścia od kultury starożytnej przez Cesarstwo Bizantyńskie
do katolicyzmu przed prawosławiem, po prostu to pomijają. Czy Grecy odwołują się do trojaczków Speuzypa, Eleuzypa
i Meleuzypa-męczenników kapadockich jak my do Św.Wojciecha w wyprawie do dzikich nie Prus jak na tej mapie
bo to wiele późniejsza historia: pl.wikipedia.org
U nas pokutuje w mediach siłą wpisany w rzeczywistość konflikt pomiędzy czasem przed chrztem Mieszka I i po
co wydaje się co najmniej śmieszne. Polska, której historia o wieki starsza, bo sedno zaciętości bitwy pod Racławicami
wynikającej z wielowiekowej tradycji obronnej przekazywanej do dzisiaj z dziadka na wnuka jak historia Bronocic
bzg.pl i o tym Pan Marcin. Obie miejscowości dzieli w linii prostej zaledwie kilka kilometrów
a przekaz pokoleniowy i wiedza klasztorna gwarantem trwałości bytu państwowego i to jest logiczna kontynuacja
bytu i powinność również dla szkiełka i oka.
Hm... pobrzmiewaja mi tu echa pogańskie, powiedzmy wczesnopiastowskie. Pański tekst wymaga rozpisania, ale Racławice, to nie wieki, lecz liczać do dziś, to lekko ponad 200 lat. Natomiast porównane Bronicic i Racławic może być ciekawe. Ale to może innym razem.
Dzięki za rozmowę. Serdecznie pozdrawiam, RS
Zespolić się... A może tak z kosmosem? Albo Wszechświatem?
Wśród narkomanów, których znam. Żadne tam łachudry. Intelektualiści, doktorzy, gwiazdy - istnieje wspólne marzenie - Ayahuasca. I to z całym ceremoniałem. Tylko... trzeba jechać do Stanów, lub Meksyku, Kanady, zdobyć kontakt, potem akceptację szamana, dobrze mu zapłacić i przeżyć to gdzieś zdala od świata. Przy tym rzygać, cierpieć, by w końcu połączyć się z kosmosem. Potem następuje reset. I człowiek już nie jest taki sam. Podobno o wiele lepszy. Tylko... to kosztuje nie parę, ale kilkadziesiąt tysięcy USD. Choć dokładnie nie wiem. I są oczywiście ersatze,
Prośba
Ryszardzie, jeżeli mieszkasz w Ząbkach i to jest Twoje konto na Facebooku, to zajrzyj na wiadomość na Messengerze. Chciałbym z Tobą porozmawiać poza portalami.
Pozdrawiam
Janusz
To zespolenie, o ktorym piszesz, to kolejna komercja. Nie o to chodzi. Człowiek, jak patrzy na ten upadek, to bez płacenia rzyga.
Mieszkam w Lublinie, na facedooki i inne tego typu... nie mam czasu. Wiem, wiem...
Nie musisz nic robić, wiadomość przyjdzie do Ciebie sama. Hej
Witaj!
No tak...
Chciałem pogadać o rynku wydawniczym. Dotychczas spotykam samych naciągaczy.
Na razie