Otrzymane komantarze

Do wpisu: Kocia rodzina
Data Autor
Pani Anna
Ja nigdzie nie napisałam, że źli ludzie mieszkają tylko na wsi. Ja opisałam konkretną sytuację, gdzie sprawcą był sąsiad moich dziadków zza płotu. Napisałam to w odpowiedzi na okerślenie użyte przez mojego przedmówcę "socjopatia środowiskowa". Życie tak się potoczyło, że obecnie już na wsi nie mieszkam, ani nawet nie bywam, więc wiem, jacy są ludzie również w miastach. Notabene rzeczony sąsiad, czy też jego ojciec, już dokładnie nie pamiętam, posunął się nawet do zatrucia studni moim dziadkom. Inny z kolei miał zwyczaj atakowania ludzi siekierą. Równocześnie, w tej samej wsi, inni ludzie pomagali partyzantom, karmili ich, leczyli, kiedy trzeba udzielali schronienia. I to wszystko ludzie wychowani, wyżywieni przez tą samą ziemię, często spokrewnieni ze sobą. Od czego to zależy, nie wiem i nie mam pojęcia, jak z tym walczyć.
xena2012
Jakie miłe chwile na działce kiedy siadam do wypicia ukochanej kawy a wokół mnie gromadzi się najedzone po uszy towarzystwo: Halinka i jej potomstwo oraz,jakiś obcy młody kot z jednym okiem .Gorzej jesienią ,jeśli Halinka urodziła póxno małe zabieram na zime do domu.
seafarer
@ Pani Anna - 'wychowałam się na wsi, u dziadków. Widziałam jak sąsiad celowo przejechał mi psa' Ja też urodziłem i wychowałem się na wsi. I też (gdy byłem dzieckiem) samochód przejechał mi psa. Celowo! Kierowca tego samochodu nie był ze wsi!!! To, czy ktoś znęca się nad zwierzętami czy nie, to nie jest kwestia wsi czy miasta. To jest kwestia tego jaki jest ten człowiek. U nas w domu nigdy nie trzymało się psa na łańcuchu. W innych tez nie. Choć były takie gdzie psy były na łańcuchu. I wszystko było na wsi.  
paparazzi
Cale sedno sprawy.
paparazzi
Szacunek dla opisu swojego doświadczenia. Podobna sytuacje ja miałem. Jeden mój kotek chciał umrzeć jak na naturę przystało w dalekich krzakach ale na moje wolanie przyczołgał się  do domu/ rak/ . Zabrałem go do piwnicy i butelkę Bourbona i tak on umierał mrucząc w moich objęciach a butelka nad ranem była pusta. Inny stray cat poddał się kojotom o jeden metr za daleko. Moj najlepszy kot w moim życiu 12 lat stary. Słyszałem, to się stało o 2 AM i skowyt triumfu. Polowały na niego z pol roku.  Porozumiewaliśmy się wzrokiem i Body Language zawsze musiał mieć dystans miedzy człowiekiem. Tylko ja i moja córka co go uratowała dostawała przepustkę na krótkie pieszczenie. Czasami myślę ze można zostać mizantropem patrząc na intelekt ludzki.
Pani Anna
Wiem o czym pan pisze, wychowałam się na wsi, u dziadków. Widziałam jak sąsiad celowo przejechał mi psa. Nie wiem, jak z czymś takim walczyć, na wsi żyło wielu przyzwoitych ludzi, ale również kilku takich. Z czasem, te proporcje zaczęly się chyba odwracać.
Dark Regis
Opisałem tu socjopatię środowiskową. Masowe zjawisko, które funkcjonuje w Polsce i rozszerza bez przeszkód, gdy tymczasem głupki z PO ratują korniki, chomiki, planety, nawet wszechświaty, sadząc na miejskich trawnikach brzozy samosiejki. Btw dęby u nas też sieją się same. Mam je w truskawkach.
Pani Anna
Każdy socjopata zaczyna od dręczenia zwierząt, strach, ilu takich żyje wśród nas.
Dark Regis
W tym czasie wielokrotnie spotykałem ludzi, którzy oferowali swoją "pomoc" w rozwiązaniu "problemu". Gdy się dopytywałem, to robili gest walenia pięścią w otwartą dłoń, sugerując, że zrobią to fachowo kamieniem. A to jakiś facet przywiózł drewno lub inny przyszedł ze wsi coś podmurować, a gdy udało mu się złapać kociaka, stwierdzał fachowo "kotka" i zaraz proponował wiejską eugenikę. Już wspominałem o zabawie w polowanie samochodami. Gdy nocą na drogę wbiega kot i baranieje w smugach świateł, wtedy fafacho depcze w podłogę, daje po garach i celuje prosto w świecące ślepia. Podobno najwyżej punktowane jest rozflaczenie kołem, ale ja się nie znam na regułach tej wiejskiej "gry". Krótki czas miałem okazję chodzić do podstawówki z takimi naturszczykami, których najlepszą zabawą było dziurawienie i rozrywanie żab w stawie za pomocą procy na hacele. Nie szczędzili też ptaków. Zdarzało się spotykać "postępowych i nowoczesnych", strzelających do psów i kotów, którzy wraz z wiekiem oraz postępem zaczynali polowania z wiatrówkami na śrut. Prawdopodobnie w ten właśnie sposób straciła oko moja kotka. Człowiek za dużo chce regulować w naturze, a za mało chce się od niej uczyć, dlatego wciąż zżera go pycha. Nie zna się, ale rządzi. Tak jest od zarania. Człowiek to świnia, ale ja długo żyłem w nieświadomości,  po prostu nie miałem pojęcia, że aż taka. Owszem, w szkołach mówiono coś o jakimś Jakubie Szeli, rewolucji, o tym kogo i dlaczego rozdziobią kruki i wrony, potem nawet półgębkiem o Katyniu czy o Wołyniu, ale dla młodego człowieka to była czysta abstrakcja. Dopiero życie pokazało, że to nie są żadne miejskie legendy, a zminiaturyzowane sceny mrożące krew w żyłach widziało się naocznie. Stąd już naprawdę nie daleko do regulacji zupełnie innego typu - aborcji, eutanazji, podpalania bezdomnych meneli, handlu ludźmi, czystek, wreszcie komór gazowych i krematoriów. Jeśli nie osobistego udziału w zbrodniach, to przynajmniej do cichej lub nawet z widocznym entuzjazmem akceptacji dla patologii. Kapitanów Jajców, z zawodu uciskanych, mamy pod dostatkiem, brakuje jedynie namiaru na NSZ i innych AK-owców, lecz wtedy zapewne nie nastarczyłoby pułkowników Kwiatkowskich. Ludzie lubią regulować naturę, zbawiać świat i ratować planetę, choć plączą się przy tym we własnych sznurowadłach, który nie nauczyli się jeszcze porządnie wiązać. Tak jest łatwiej niż brać wszystko na klatę i myśleć. Jeśli dylematy moralne i zagadnienia etyczne mają za nas załatwiać prymitywne formułki oraz procedury, do po co mamy potem drzeć gębę, gdy światem zaczną rządzić maszyny? Najwyraźniej będzie rządził ten kto to umie i się zna. Dla wielu niestety tak będzie wygodniej.
Dark Regis
Nie będzie ich kilkadziesiąt. Populacja dostosowuje się do pojemności środowiska, a ta zależy nie tylko od dostępności jedzenia. Choroby i wypadki również można nazwać tym dostosowywaniem. Ja na podwórku miałem w szczycie kilkanaście sztuk, a zaczęło się od darowanej kotki i kocura. Pierwsze mioty były oswojone i oczywiście znalazły nowe domy bez problemów, ale z roku na rok koty coraz bardziej dziczały i już nie dawały się złapać. Potem to już cała historia, od radości do dzikiej rozpaczy. Najpierw chorobę przywlekła jedna z młodych kotek. Kocięta zaczęły się rodzić chore, z zaśluzionymi oczami i nosami. Szybko okazało się, że wożenie ich do weterynarzy jest pozbawione sensu i logiki. Najbardziej rozbrajający "sposób" leczenia kotów, jaki widziałem, to sposób na strzykawkę z glukozą. Tą prostą sztuczką weterynarze "ożywiali" nawet koty potrącone przez samochód i konające. Oczywiście na chwilę, ale za to za smakowite 50 nawet do 200 złotych. W wielkim skrócie kolejność była taka. Najpiękniejszy czarny kociak z 2-go miotu (było bodaj 7 plus równoległe) został potrącony celowo przez samochód na wiejskiej drodze, gdyż jest to ulubiona zabawa miejscowych ludzi. Kotka z 3-go odmroziła sobie tylne łapy, przyczołgała się jeszcze nocą do psiej budy i tam zdechła. Jej brat żył o rok dłużej, ale miał pokręcone stawy; najstarszą kotkę, ich matkę, znalazłem którejś zimy zamarzniętą pomiędzy deskami. Jej córka, ta która przywlekła zarazę, straciła gdzieś oko, które niestety zaczęło ropieć i trzeba było coś z tym robić. Przedtem trzeba było ją jeszcze złapać. Zamknąłem ją jakoś na strychu, ale po kilku godzinach pożałowałem tego. Kotka, nie dość że źle widziała, to jeszcze miała dość siły, żeby poprzewracać różne szpargały. Była tam taka gruba drewniana rama od czegoś i ona ją przewróciła, a sama wpadła pod spód. Na wierzch spadło jeszcze jakieś pudło ze starymi szmatami. Rama przygniotła jej ogon i chyba na dodatek złamała. Gdy wydostałem kotkę spod tych rupieci, była w szoku i bardzo osłabiona. Położyłem ją w pudełku na szmatach, nakarmiłem i zacząłem głaskać, powstrzymując odruch obrzydzenia tym zaropiałym wyciekającym  okiem. Mówiłem do niej coś na uspokojenie. Wtedy ona nagle zaczęła mruczeć i spokojnie usnęła, czując się już bezpieczna. Odeszła dwa dni potem, u mnie w suterenie domu, w koszyku wymoszczonym sianem, do końca karmiona butelką ze smoczkiem. Przed śmiercią również mruczała i układała łebek w mojej dłoni. Mogłem ją cynicznie zabić zastrzykiem u weterynarza i mieć święty spokój, przywrócić "porządek w naturze", ale nie zrobiłem tego i teraz mam unikalne doświadczenie oraz wyjątkową wiedzę. W kilka lat z całej kociej rodziny nie został ani jeden. Chociaż nie, ten pierwszy stary kocur któregoś pięknego dnia przyszedł w odwiedziny, ale popatrzył tylko jeszcze raz na stare śmieci i poleciał "do siebie". W tym czasie miałem już inną "kocią rodzinę", więc uznał chyba, że to już nie jest jego teren.
Pani Anna
Całe szczęście, że koty nie przejmują się feministkami. Zazdroszczę towarzystwa, a wobec klatek również mam obiekcje. Osobiście dostałam także wychowawczego klapsa od mojej babci, ponad 40 lat pamiętam za co, jak i to, że słusznie mi się należało.
Do wpisu: Droga Czerwona – droga życia dla portu w Gdyni
Data Autor
Anonymous
W Krakowie radzą sobie - zabudowuje się wszelkie miejsca na potencjalne rozwiązania komunikacyjne. I problem prostych, tanich dróg znika sam.
seafarer
@ Zygmunt Korus Przynajmniej jeden pozytywny syndrom, ten syndrom Wikinga :) A zagrożenia faktycznie widać, choć niestety niestety nie wszyscy zdają sobie sprawę z ich wagi. Więc niewiele się dzieje aby je usunąć. Pozdrawiam.
Zygmunt Korus
A wie Pan, co to jest syndrom Wikinga? Parcie na południe. Aż pod Terni we Włoszech. Dlatego wszystkie państwa budowały dojazdy do granic ku słońcu w zenicie. Austriacy do dziś się pieprzą z połączeniem z Czechami. Ci ostatni ku Polsce także się nie kwapili. A nasi ku nim tak. Ale od parunastu lat się coś zmienia. Idzie myśl komunikacyjna skierowana ku północy. Np. Polacy ku Litwie. Oby tak dalej i więcej. Oś Trójmorza - tylko przyklasnąć - trochę jednak wg syndromu Wikinga. Ostatnio od trzech lat z pewnych względów bywam na wczasach w Jastrzębiej Górze i odwiedzam Gdynię. Po pierwsze strasznie tłoczno na drodze ku otwartemu Bałtykowi. Te zagrożenia, o których Pan pisze, widać jak na dłoni - to pieprznie w pewnym momencie. Po drugie - tylko podziwiać! - nie widziałem w żadnym miejscu w kraju takiej ilości usług i handlu, który by egzystował w tak szerokiej gamie i bogactwie oferty. Co za zmyślni i rzutcy ludzie - ci Kaszubi! Że to się kręci bez korporacyjnej koncentracji, w sposób tak rozproszony...?! A po trzecie... Gierek wprowadził do ustrojstwa Polski - słuszne czy niesprawiedliwe - podejrzenie o złych swojakach ze Śląska... Ale takiej mafii z Trójmiasta, jaką banda Herr Podletza T(f)uska zafundowała krajowi, to ludzkie pojęcie przechodzi. Dlatego jak na razie, dopóki ta antypolska, cwaniacka zaraza jest wciąż nad Zatoką Gdańską w podglebiu, pozytywnych zmian tamże nie należy się spodziewać. Ale plewić trzeba.  
Do wpisu: Bieganie, czyżyki, wielbłądy – oraz Gdynia Radio
Data Autor
seafarer
Wiem, ta Dąbrowa o której pan mówi to szeregowce. Ja nie mieszkam w szeregowcu.
seafarer
Sam sobie bym musiał pisać. Nie wiem czy ZUS by uznał :) Innych, krajowych i bardziej oficjalnych nie uznawał. A poza tym ten problem jest już poza mną.
Kazimierz Koziorowski
niczego nie sugerowalem w odniesieniu do pana a pytalem o chyba juz zapomniany synonim tej czesci gdyni. wymienione opzz i partia - cos pan wie o historii dzielnicy ktora zaczela powstawac tuz przed okraglym stolem. 
jazgdyni
Pozwolę sobie jeszcze dać mała radę, lecz ważną. Jako, że ciągle jest pan zawodowym marynarzem, proszę skrupulatnie załatwiać sobie i zbierać zaświadczenia, że na statku pracuje pan w warunkach szkodliwych dla zdrowia (zgodnie z polską ustawą). Na zachodzie nie ma zwyczaju takich zaświadczeń, bo sprawa jest oczywista. Lecz każdy kapitan na życzenie napisze takie krótkie pismo. Bo dla ZUSu liczy się tylko papierek. Ja tego nie dopilnowałem. Miałem tylko papier z PLO, a potem z MAG. Gdy już sam się zatrudniałem, to na moją logikę była to kontynuacja warunków pracy i już zaświadczeń nie miałem. A to 300 - 400 zł straty do emerytury. W sądach nagminnie te sprawy się przegrywa. Niektórym 3 dni zabrakło i mieli do tyłu. Pozdrawiam
jazgdyni
Panie, co pan gadasz, co pan wiesz? Młodzieżowa Spółdzielnia Komunistyczna to było to za komuny. Dąbrowa, wszystkie te szeregowce, plus nieco na Chwarznie, to był ten czerwony projekt. A ja, panie, wprowadziłem się tu dokładnie rok temu, za ciężko zarobione pieniądze. I do domu, nie szeregowca. Poza tym, jest Dąbrowa i Dąbrówka. Co do dzielnic Gdyni, możemy pogadać. Pisałem zresztą o tym.
seafarer
@ Kazimierz Kozio... Ja się nigdy nie zapisałem do OPZZ-tu (i partii też nie) i nie dostałem za to działki. Kupiłem działkę w 1993r za własne, ciężko zarobione na morzu pieniądze i za te pieniądze zbudowałem dom. Od komuny nic nie dostałem. A jeżeli coś to tylko nękanie i opresję. Na przykład za komuny nie mogłem być kapitanem statku, mimo że wszystkie uprawnienia i odpowiednie doświadczenie miałem. Toteż pana insynuacje są nie na miejscu.
seafarer
@ jazgdyni Górę Donas widzę ze swoich okien. A na tej mapce z endomondo też jest (wewnątrz pętli na północny wschód od Rewerendy). Dziękuję za życzenia i pozdrawiam.
seafarer
@ Kazimierz Kozio... Oczywiście, że są. Ale obecnie używane w sytuacji 'emergency' a nie do normalnej komunikacji. Kto by się łączył za pomocą radia na falach krótkich lub pośrednich z biurem armatora, jak jest e-mail i słuchawka telefonu satelitarnego. Daj pan spokój.
Kazimierz Koziorowski
ciekawe dlaczego w czasach kadencji s.p. F.Cegielskiej nazywano panow dzielnice czerwona dabrowa?
jazgdyni
Witam serdecznie! Tyleż wspólnych tematów i równoległych przemyśleń. Aż radość bierze. Widzę, że kolega jest niemalże moim sąsiadem. I biega tam, gdzie zapewne przez lornetkę bym zobaczył. Mam wspaniały panoramiczny widok na naszą "górę" Donas (przypominam - najwyższa w Trójmieście - 205 mtr) i Kaczą w dolinie. Poezja. A teraz po kolei. Najpierwsza radiostacja była na Oksywiu. Tam się łączyło na słynnych 500 kHz (SOS) i dookoła tej częstotliwości. Oczywiście - tylko titawą (Morse'm). Potem, jak się jedzie na Hel, nieco za tym lasem za Redą, była właśnie Gdynia Radio, w miejscowości Rekowo. Nie wiem, czy są tam jeszcze jakieś pozostałości. Tu już była łączność globalna na falach krótkich, specjalnych morskich kanałach od 2 do 22 MHz. Oczywiście już mowa i stara titawa, a później jeszcze doszedł telex. Nasza, polska stacja do łączności satelitarnej, została wybudowana w Psarach w Górach Świętokrzyskich. A kompleksowa radiostacja "Mewa" (nota bene, bardzo dobra, jak na tą moc - kłopoty były tylko z Zatoki Meksykańskiej (jakiś fenomen?)) faktycznie zajmowała całą ścianę radiostacji, tę od strony mostka. Z boku było tylko małe okienko, by sobie w momentach nudy można było pogadać z oficerem wachtowym, zazwyczaj III-cim, bo stacja pracowała 08:00 - 12:00 i 20:00 - 24:00 (Potem wieczór zmieniono na 18:00 - 22:00). Takie były czasy... Z domem rozmawiało się raz na tydzień, a połowa rozmowy to było - Halo, halo! Słyszysz mnie?! Over. Nie jak teraz, że nawet z kabiny się nie wychodzi. Dalej: - co do biegania. Niestety konstrukcja naszych stawów, wszystkich trzech "nożnych" - biodrowego, skokowego i przede wszystkim kolana, jest taka, że zgodnie z banalną fizyką, nasze nogi nie są dobre do biegania. Oczywiście, przodkowie podpatrywali przyrodę i biegali. Szczególnie w kulturze Inków i na terytorium dzisiejszego Sudanu, Etiopii i Kenii. - cukier i to co go zawiera, oraz jaki cukier - cukry proste i złożone - skrobia to też cukier, w zależności jeszcze od tzw. indeksu glikemicznego, jest zawsze niedobry. Gorzka czekolada bardzo dobra. A sól? G. prawda. Należę do tych, co lubią jeść słono. Wszystko jeszcze sam dosalam. I co? Poziom Na we krwi całe życie w normie, arteriosklerozy nie ma, ciśnienie zgodne z wiekiem. Każdy człowiek jest inny. Jak to się mówi - jeden pada po jednym kieliszku, a drugi po litrze wygląda i zachowuje się, jakby wódki nie tknął. Medycyna i jej standardy, a za tym niezbyt błyskotliwi lekarze, wpychają wszystkich do jednych norm. A to niestety jest bzdura. Ja wcinam właśnie truskawki całymi koszykami, a syn biedak, mimo, że lubi, jest na nie uczulony. Miłego urlopu! Ps. Też gapiłem się w Marine Traffic. Dobra aplikacja
Kazimierz Koziorowski
gdynia radio anteny glownie w rekowie miedzy reda a puckim. jeszcze podzial na anteny nadawcze i odbiorcze. "Dzisiaj komunikacja statku z lądem odbywa się za pomocą telefonu satelitarnego oraz e-maili też satelitarnych." z felietonu mozna wywnioskowac ze klasyczna lacznosc radiowa jest passe, a tymczasem na statkach, za wyjatkiem bardzo malych jednostek, nadal jest obowiazek utrzymywania radostacji nadawczo odbiorczych na falach krotkich i posrednich wiec mimo ze gdynia radio nie istnieje to inne stacje brzegowe sa w pelnej gotowosci i pokrywaja zasiegiem caly glob.