Jeszcze kilka tygodni temu można było mieć wrażenie, że sytuacja na prawicy, choć trudna, wciąż pozostawia przestrzeń do politycznego manewru. Konflikt między Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim nie został rozstrzygnięty, ale udało się uniknąć otwartego rozłamu. Pisałem wtedy o możliwości scalenia zamiast rozpadu, o potrzebie zatrzymania procesu dezintegracji, zanim stanie się nieodwracalny. Nawet scenariusz powrotu Zbigniewa Ziobry próbowałem rozpatrywać nie w kategoriach legendy czy romantycznego mitu politycznego wygnańca, ale jako potencjalny ruch strategiczny - próbę odzyskania inicjatywy, zszycia rozchodzących się frakcji i odbudowy politycznej wiarygodności. To był jeszcze moment, w którym można było zakładać, że prawica stoi przed wyborem trudnym, ale nie tragicznym. Dziś sytuacja wygląda już inaczej. Bo zamiast powrotu, konfrontacji i odzyskiwania inicjatywy, coraz bardziej dominuje obraz wyjazdów, zniknięć, politycznych schronień, emocjonalnych monologów i oblężonej twierdzy, która coraz bardziej rozmawia już tylko sama z sobą. I właśnie to jest największy dramat obecnej prawicy. Nie sam spór z rządem. Nie nawet zarzuty wobec Ziobry czy Romanowskiego. Nie brutalność politycznej wojny. Największym problemem staje się utrata kontaktu z rzeczywistością polityczną i społeczną.
Prawica zaczyna mówić wyłącznie do własnego plemienia.
Dyskusja pod moim ostatnim tekstem była pod tym względem wręcz modelowa. Próbowałem opisać prosty mechanizm polityczny, że można jednocześnie krytykować obecny rząd, mieć wątpliwości wobec części działań prokuratury i dostrzegać brutalność politycznej wojny, a jednocześnie rozumieć, że ucieczka od publicznej konfrontacji wygląda fatalnie w oczach umiarkowanego wyborcy. To naprawdę nie była teza skomplikowana. A jednak ogromna część komentarzy w ogóle nie odnosiła się do sedna problemu. Zamiast tego dostaliśmy „reżim”, „siepaczy”, „mafijny rząd”, „Tyfusa”, „mordercze intencje”, „bagażniki śmierci”, „bandy”, „Norymbergę dla opozycji”, i wielką teorię politycznego spisku obejmującego już niemal cały świat. Czyli dokładnie to, o czym pisałem wcześniej przy okazji SAFE - emocjonalny spektakl który całkowicie pożera analizę rzeczywistości. A polityka nie wybacza utraty kontaktu z rzeczywistością.
Problem polega na czymś znacznie poważniejszym.
Najtwardszy elektorat zawsze wszystko wybaczy. On wybaczy błędy, chaos, niespójności, sprzeczności a nawet polityczne katastrofy. Problem polega na tym, że wybory wygrywa się nie najtwardszym elektoratem. Wygrywa się centrum. Ludźmi umiarkowanymi. Ludźmi zmęczonymi wojną plemienną. Ludźmi, którzy nie siedzą całymi dniami w politycznych bańkach emocjonalnych. I właśnie ci ludzie patrzą dziś na prawicę z coraz większym niepokojem. Bo co widzą? Nie spokojną pewność siebie. Nie siłę. Nie polityczną dojrzałość. Widzą chaos, wzajemne oskarżenia, emocjonalne wzmożenie, obsesję spisku i środowisko, które coraz bardziej reaguje agresją na każdą próbę chłodniejszej analizy. Każdy, kto nie powtarza partyjnej narracji słowo w słowo, natychmiast staje się „agentem Tuska”, „obrońcą reżimu”, „pożytecznym idiotą”, albo człowiekiem „oglądającym antypolskie media”. To już nie jest polityczna debata. To zaczyna przypominać mechanizm psychologicznego zamknięcia.
A przecież mogło być zupełnie inaczej.
Wyobraźmy sobie alternatywny scenariusz. Ziobro wraca. Staje publicznie do konfrontacji. Korzysta z każdej procedury prawnej. Rozbija zarzuty punkt po punkcie. Wykorzystuje media. Pokazuje dokumenty. Przechodzi do ofensywy politycznej. Wtedy cała narracja wyglądałaby inaczej. Nawet ludzie niechętni PiS mogliby powiedzieć: „dobrze, przynajmniej nie ucieka”. To byłby polityczny pojedynek. Tymczasem dziś coraz bardziej dominuje obraz unikania, przeciągania, politycznej emigracji i życia w przekonaniu, że samo emocjonalne wzmożenie własnego elektoratu wystarczy do odzyskania władzy. Nie wystarczy.
Prawica zaczyna popełniać błąd Platformy sprzed lat.
To paradoksalne, ale bardzo realne. Platforma przez lata żyła w przekonaniu, że wystarczy pogarda wobec przeciwników, wystarczy własna bańka medialna, wystarczy mobilizacja najwierniejszych. I przegrała. Dziś część prawicy zaczyna wpadać dokładnie w tę samą pułapkę. Coraz mniej interesuje ją, jak wygląda w oczach zwykłych ludzi, co myśli umiarkowany wyborca, jak odbierane są konkretne zachowania polityków. Coraz bardziej interesuje ją wyłącznie utrzymanie emocjonalnej mobilizacji własnego plemienia. A to jest droga donikąd.
Najgroźniejsze nie są nawet zarzuty.
Najgroźniejszy jest obraz. Bo polityka jest brutalnie wizualna i psychologiczna. I dziś ten obraz wygląda tak. Politycy, którzy przez lata budowali aparat państwa, sami zaczynają wyglądać jak ludzie uciekający przed własnym systemem. Można tłumaczyć to politycznymi prześladowaniami. Można mówić o brutalności obecnej władzy. Można krytykować Bodnara, Żurka, Tuska czy media. Ale przeciętny człowiek nadal będzie zadawał jedno bardzo proste pytanie: „dlaczego nie chcą stanąć i walczyć publicznie?” I im dłużej nie będzie odpowiedzi na to pytanie, tym bardziej prawica będzie tracić nie swój betonowy elektorat, lecz ludzi normalnych, spokojnych, umiarkowanych. A bez nich żadna władza w Polsce nie istnieje długo.
Najbardziej ironiczne jest jednak coś innego.
Ogromna część komentatorów pod moim tekstem idealnie potwierdziła jego diagnozę. Im bardziej próbowałem rozmawiać o polityce, psychologii społecznej, strategii i odbiorze społecznym, tym bardziej odpowiedzi odpływały w apokalipsę, reżimy, zdrady narodowe, mafie, spiski i emocjonalne wojny totalne. Czyli dokładnie w to, co dziś najbardziej odstrasza zwykłego wyborcę. I być może właśnie tu kryje się największy problem prawicy. Nie w Tusku. Nie w Bodnarze. Nie w mediach. Tylko w tym, że część obozu zaczyna coraz bardziej wierzyć, iż politykę wygrywa się już nie przekonywaniem ludzi, lecz podtrzymywaniem permanentnego stanu emocjonalnego oblężenia. A historia polityki pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Oblężone twierdze potrafią długo krzyczeć, ale bardzo rzadko wygrywają wybory.
I kolejny raz udowodniłeś Heniek, że jesteś brakującym ogniwem w teorii Darwina.
"Ziobro wraca"
Wróci, ale na swoich warunkach, a nie na warunkach reżimu Tuska. Rozpad prawicy byłby ... dobry.
Z całym szacunkiem do Prezesa Kaczyńskiego, ale on jest łatwym celem dla ferajny Tuska. Dobrze, że wybrał profesora Czarnka na przyszłego premiera. Ale żeby rządzić, trzeba mieć zdolności koalicyjne. A tych PiS nie ma. Dlatego rozłam w PiS i utworzenie nowego ugrupowania byłoby dobre.
Takim sprytnym sposobem wygrywał do tej pory niemiecki namiestnik, gauleiter Tusk. Był Palikot, potem Petru, a następnie Hołownia. Wszystko jechało na niezwykle agresywnym, wulgarnym i prymitywnym antypisie i osobistej wrogości Tuska wobec Kaczyńskiego, w którego Tusk bije jak w bęben. Taka agresywna antypolska retoryka Tuska przypomina propagandę niemiecką przed 2 wojną światową. Nieprzypadkowo Tusk obiecuje Polakom Norymbergę. Tusk ma swoje historyczne kompleksy i chce się odegrać na Polakach za wszelką cenę.
PS. Poniżej polityczny komentarz ministra Ziobro w TV Republika już z USA:
ZIOBRO KOMENTATOREM POLITYCZNYM REPUBLIKI W USA! Puentuje: „Mamy zagubiony RZĄD i zagubiony ŻUREK!”
youtube.com
Rozumiem sens części Twojego komentarza Uboot - szczególnie tego dotyczącego braku zdolności koalicyjnej PiS. To rzeczywiście jeden z największych problemów prawicy. Ale właśnie dlatego nie rozumiem pochwały dla kolejnego rozłamu. Dzisiejsza ordynacja premiuje duże bloki, a nie kolejne najbardziej najprawdziwsze prawice”. Każde następne pęknięcie oznacza po prostu mniej mandatów i większą przewagę KO.
Mam też wrażenie, że coraz więcej osób po prawej stronie zaczyna mylić politykę z internetową wojną emocji. „Gauleiterzy”, „reżim”, „antypolskie ferajny”, „Norymbergi”, to może mobilizuje własne komentarze, ale nie buduje większości społecznej. Zwykły wyborca nie analizuje polityki jak forumowy rewolucjonista, tylko patrzy, kto wygląda poważnie i jest zdolny do rządzenia państwem.
I dokładnie o tym był mój tekst. Prawica mogła wykorzystać chaos rządu, problemy gospodarcze i zmęczenie społeczne. Tymczasem coraz częściej sama produkuje chaos, który odstrasza umiarkowanych wyborców. Można nie lubić Tuska, można ostro krytykować władzę, ale jeśli odpowiedzią ma być niekończąca się wojna wszystkich ze wszystkimi na prawicy, to finał będzie dokładnie odwrotny od zamierzonego.
MJK1 = Może Jestem Kosmitą nr 1 napisał:
***„Gauleiterzy”, „reżim”, „antypolskie ferajny”, „Norymbergi”***
Ale to jest właśnie celowe i z premedytacją rozbijanie solidarności Polaków. Takie niezwykle agresywne publiczne napadanie na Polaków przez ppp. Tuska, Brauna czy Mentzena. Dodać to tego wyjątkową wulgarność i prymitywizm ataków na Polaków p. Lempart oraz p. Suchanow to będziemy mieli szerszy obraz jak się zdobywa i utrzymuje władzę w Bolanda.
PS Co do rozłamu w PiS to podtrzymuję moje zdanie. Rozłam jest dobry. Prezes Kaczyński jest już na wylocie z polityki i zaczną się walki o przywództwo po nim. Warto, aby wyborcy mieli jakiś sensowny wybór. A nie ciągle goście z 5 wymiaru jak Stan Tymiński z Kanady z czarną teczką na TW Bolka, który powrócił oczywiście do Konfy p. Brauna :)
I znowu nic nie zrozumiałeś Uboot. Ja właśnie pisałem o języku używanym głównie przez część prawicy i jej najbardziej emocjonalnych komentatorów. To przecież z tamtej strony padają dziś hurtowo „gauleiterzy”, „reżimy”, „Norymbergi”, „ferajny”, „zdrajcy”, „okupanci” i inne publicystyczne granaty. I dokładnie o tym pisałem. Taki język może dobrze działać we własnej sekcie, ale fatalnie działa na ludzi spoza niej. Normalny wyborca nie chce codziennie słuchać, że żyje w Bolandzie pod niemiecką okupacją, tylko chce wiedzieć, kto ma rozsądny plan na państwo.
Co do rozłamu, oczywiście można uważać, że po Kaczyńskim potrzebne będzie nowe otwarcie. Tylko polityka to nie terapia grupowa ani casting na najbardziej prawdziwą prawicę. Ordynacja jest brutalna. Podzielona prawica może mieć rację, emocje i patriotyczne uniesienia, a potem obudzić się z mniejszą liczbą mandatów i kolejną kadencją Tuska.
Dokonam syntezy niekrótkiej wypowiedzi wątkodawcy dwoma slowami:
Jagodno górą!
"Jagodno górą!"
Wiceprezydent Warszawy p. Machnowska-Góra miała ojca, komendanta komisariatu MO na ul. Jezuickiej w Warszawie, na którym skatowano Grzegorza Przemyka w 1983 roku:
youtube.com
Dialog Trójkolora z Ubootem idealnie potwierdza tezę mojego wpisu. Zaczynamy od rozmowy o strategii prawicy, wiarygodności polityków i skutkach sprawy Ziobry, a po dwóch komentarzach lądujemy w komisariacie MO z 1983 roku. Jeszcze chwila i ktoś odkryje, że Jagodno odpowiada za upadek Cesarstwa Rzymskiego.
To nie jest polityczna analiza, tylko internetowy ping-pong skojarzeń. Emocje zastępują myślenie, a symbole zastępują argumenty. Potem wszyscy są zdziwieni, że normalny wyborca przestaje to traktować poważnie.
Obejrzałem niedawno serial pt. "Przesmyk" z Leną Górą w roli głównej. Bardzo dobry film szpiegowski o dynamicznej wartkiej akcji.
Przesmyk (serial telewizyjny)
pl.wikipedia.org
Przesmyk | trailer
youtube.com
PS. Niedawno obejrzałem na kanale Historia Realna wywiad Piotra Zychowicza z oficerem polskiego wywiadu płk Marcinem Falińskim, w którym obsztorcował serial szpiegowski pt. "Wojna zastępcza", który w "TVP w nieustającej likwidacji" wyprodukował Serb. Wiadomo Serbowie trzymają sztamę z Rosją i nienawidzą zachodu. Polski wywiad został przedstawiony jako banda głupków i nieudaczników, a wywiad z Rosji jako doskonały a la James Bond. :)
@mjk
I dlatego nie zagłosuję na PIS, bo PIS do mnie nie mówi. A gdy już ktoś z pisu się do mnie odezwie, to najczęściej tak, jak na NB, co mnie tylko utwierdza w przekonaniu, by nie głosować na PIS.
PIS mówi do swoich, a w zasadzie nie mówi tylko oznajmia, co mają myśleć i jak się zachowywać. Mnie to nie dziwi, bo pierwszy nie mając rodziny, ktora uczy partnerstwa i kompromisów, uważa, że nie trzeba rozmawiać.
I dlatego Jagodno górą, bo Jagodno jest symbolem porozumienia mającego wspólny (choćby chwilowo) cel. A darmowa pizza jagodzieńska była stołem tego (chwilowego) porozumienia.
I to jest jeden (słownie jeden) rozsądny komentarz w całej tej dyskusji, bo dotyka problemu politycznego, a nie wyłącznie emocjonalnego Trójkolorowy. Prawica od miesięcy funkcjonuje w modelu mobilizacji własnej sekty. Ciągle mówi do ludzi już przekonanych, używa coraz mocniejszych słów, coraz ostrzejszych etykiet i coraz częściej traktuje każdego sceptyka jak zdrajcę albo leminga. Problem w tym, że wybory wygrywa się nie tylko twardym elektoratem, ale ludźmi pośrodku, tymi, którzy chcą być przekonani, a nie strofowani. I tu jest paradoks, który wielu ignoruje. Jagodno nie było symbolem pizzy ani wielkiej ideologii. Było symbolem wspólnoty celu. Ludzie stali godzinami, bo mieli poczucie uczestnictwa w czymś ważnym i wspólnym. Można się z tym politycznie nie zgadzać, ale nie można udawać, że tego zjawiska nie było. Tymczasem prawa strona często odpowiada dziś na wszystko obrażaniem wyborców, wyśmiewaniem głupiego społeczeństwa albo licytowaniem się na coraz bardziej apokaliptyczne hasła. A potem pojawia się zdziwienie, że ktoś mówi: „PiS do mnie nie przemawia”. Polityka to nie tylko racja. To również język, emocje i zdolność budowania szerszej wspólnoty niż własny komentarzowy zaścianek. I jeśli prawica tego nie zrozumie, to może mieć rację w wielu sprawach, a mimo to dalej przegrywać wybory.
MJK1 = Może Jestem Kosmitą nr 1 napisał:
"Ludzie stali godzinami, bo mieli poczucie uczestnictwa w czymś ważnym i wspólnym."
Ano, zmobilizowała ich niemiecka pizza i hasło je*ać PiS. To rzeczywiście epokowe wydarzenie. Zagłosowali w nocnej kolejce za niemiecką 69-letnią pizzą. Wybrali kogo chcieli i mają to czego chcieli. Chcącemu nie dzieje się krzywda.
PS. Ja nie jestem z PiS-u, ani z innej partii, więc nikogo nie agituję. Jak ponownie wybierzecie niemieckiego gauleitera to nie spełnią się mroczne wizje, które kilka razy już przytaczałem i wcale nie jestem ich fanem. Wręcz przeciwnie. Toż to koszmar i nadchodzący Armagiedon ludzkości :)
To jest naprawdę fascynujące Uboot. Ja piszę o języku polityki o budowaniu wspólnoty, o tym dlaczego część wyborców odpływa od prawicy, a odpowiedź brzmi: „niemiecka pizza”, „gauleiter” i „Armagiedon ludzkości”. Czyli dokładnie demonstracja problemu opisanego w tekście wręcz modelowa. Ty chyba nadal nie rozumiesz, że ja nie analizowałem menu z Jagodna, tylko mechanizm polityczny. Ludzie nie stali po pizzę. Stali, bo mieli poczucie wspólnego celu i emocjonalnej mobilizacji. Można uważać ten cel za błędny, naiwny albo szkodliwy, ale jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego to działało społecznie, to potem przegrywa wybory i tłumaczy wszystko „niemiecką pizzą”.
I jeszcze jedno. To jest właśnie ten język, który odstrasza normalnych ludzi od prawicy. Nie Tusk, nie TVN, nie system, tylko nieustanne życie w publicystycznym bunkrze, gdzie każdy przeciwnik jest gauleiterem, każda porażka spiskiem, a każda analiza zdradą. Naprawdę warto czasem wyjść poza internetowy zaścianek i zauważyć, że większość wyborców nie żyje w świecie „Armagiedonu ludzkości”, tylko martwi się rachunkami, bezpieczeństwem, kredytem i przyszłością dzieci. I od polityków oczekuje powagi, a nie niekończącego się konkursu na najbardziej apokaliptyczny komentarz pod artykułem.