O ludziach, którzy przez rok krzyczeli „pułapka!”, a potem sami do niej weszli.
Polska polityka przypomina czasem wiejski jarmark. Nie dlatego, że jest ludowa. Nie dlatego, że jest kolorowa. Ale dlatego, że co kilka miesięcy pojawia się ten sam kuglarz z tym samym numerem, a publiczność za każdym razem reaguje tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Najpierw rozlega się alarm. Niemcy nadchodzą. Bruksela knuje. Komisja Europejska zaciera ręce. BND już pewnie rozrysowało mapę przyszłego Generalnego Gubernatorstwa. A SAFE? SAFE to oczywiście nie program finansowania przemysłu obronnego, lecz niemiecka machina kolonizacji Polski, która za nasze pieniądze wybuduje niemieckie fabryki, niemieckie czołgi i niemieckie eldorado. Tak przynajmniej można było wyczytać, wysłuchać i obejrzeć przez wiele miesięcy.
Komentatorzy prześcigali się w wizjach. Jedni widzieli niemieckie koncerny wywożące workami euro. Drudzy opowiadali o francuskich gigantach, które miały pożreć polski przemysł. Trzeci tłumaczyli, że Polacy będą tylko spłacać kredyty, podczas gdy cała reszta Europy będzie się bawić naszym kosztem. Było wszystko. Poza jednym. Faktami.
Najpierw wyrok, potem śledztwo.
Najzabawniejsze było jednak nie to, że takie teorie powstawały. Najzabawniejsze było to, że dla wielu ludzi nie wymagały żadnych dowodów. Wystarczało powiedzieć: „To unijne.” A publiczność już wiedziała. Winni. „To niemieckie.” Jeszcze bardziej winni. „To popiera Tusk.” Sprawa zamknięta. Wyrok zapadł. Śledztwo stało się zbędne.
To trochę tak, jakby ktoś zobaczył karetkę pogotowia pod domem sąsiada i natychmiast ogłosił, że trwa tam handel organami. Bez sprawdzania. Bez pytań. Bez chwili zastanowienia. Po co? Przecież emocja jest przyjemniejsza od analizy.
A potem przyszła rzeczywistość.
I tu zaczęły się schody, bo rzeczywistość ma tę irytującą cechę, że czasem nie czyta internetowych komentarzy. Jeżeli bowiem środki zaczynają trafiać przede wszystkim do polskich przedsiębiorstw, polskich zakładów i polskich producentów, to pojawia się pewien problem. Co zrobić z całą wcześniejszą opowieścią? Jak wytłumaczyć wyborcy, że przez rok opowiadano mu o niemieckim eldorado, a tymczasem kontrakty podpisują polskie firmy? Jak wyjaśnić, że straszono niemieckim przemysłem, a zdjęcia do gazet robi się w polskich halach produkcyjnych? Jak przekonać ludzi, że katastrofa właśnie trwa, skoro jej nie widać? To jest moment szczególnie bolesny, bo wtedy polityczna propaganda zderza się z rzeczywistością. I zwykle przegrywa.
Największa pułapka nie była w SAFE.
Największa pułapka nie znajdowała się w SAFE. Największa pułapka znajdowała się w głowach ludzi, którzy od początku wiedzieli wszystko. Znali oprocentowanie, zanim je ustalono. Znali beneficjentów, zanim podpisano umowy. Znali skutki, zanim rozpoczęto realizację. Znali katastrofę, zanim wydarzyło się cokolwiek. Polityka jednak jest okrutna dla ludzi przekonanych o własnej nieomylności,bo kiedy rzeczywistość skręca w inną stronę, zostają z pełnymi rękami argumentów, których nikt już nie chce słuchać.
Najgroźniejszym przeciwnikiem nie jest ten, który nas oszukuje. Najgroźniejszy jest ten, który pozwala nam oszukać samych siebie.
Jak wygrywa się wybory.
I tu dochodzimy do sedna, bo cały spór o SAFE nigdy nie był wyłącznie sporem o SAFE. Był testem politycznego myślenia. Przeciętny wyborca nie śledzi codziennie komisji śledczych. Nie analizuje setek stron dokumentów. Nie ogląda godzinnych debat o procedurach. Ale doskonale rozumie jedno: „Czy pieniądze trafiają do Polski?” „Czy powstają miejsca pracy?” „Czy rozwijają się polskie firmy?” Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to większość ludzi uznaje sprawę za załatwioną. I właśnie dlatego część prawicy wpadła we własne sidła. Zamiast przygotować się na możliwość, że program okaże się dla Polski korzystny, zbudowano narrację absolutną. Zero odcieni szarości. Tylko katastrofa. Tylko zdrada. Tylko niemiecki spisek. A kiedy katastrofa nie nadeszła, zaczęły się nerwowe wyjaśnienia.
Polityk może pomylić się raz. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyborca uznaje, że polityk nie może pomylić się nigdy.
Największy prezent dla rządu.
Paradoks polega na tym, że największym sprzymierzeńcem koalicji rządzącej nie jest dziś propaganda rządowa. Największym sprzymierzeńcem jest część jej przeciwników. Bo jeśli przez rok opowiada się o niemieckiej grabieży, a potem ludzie widzą polskie kontrakty, to kto wychodzi na niewiarygodnego? Rząd? Czy może ci, którzy przez rok wieszczyli katastrofę? W polityce nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy można jej bronić. I kiedy warto zachować ostrożność.
Lekcja, której nikt nie chce odrobić.
Najbardziej zdumiewające jest jednak coś innego. Ta historia wydarzyła się już wiele razy. Zmieniały się nazwy programów. Zmieniały się nazwiska polityków. Zmieniały się hasła. Ale mechanizm pozostawał identyczny. Najpierw wielkie emocje. Potem wielkie przepowiednie. Następnie rzeczywistość. Na końcu zaś zdziwienie. Ogromne zdziwienie. Jak to możliwe, że społeczeństwo nie uwierzyło?
Człowieka można oszukać raz. Można oszukać dwa razy. Ale jeśli regularnie daje się nabierać na ten sam numer, to problem przestaje być polityczny, a zaczyna być edukacyjny.
A to dopiero początek.
Najciekawsze jednak dopiero przed nami, bo SAFE może okazać się jedynie pierwszym aktem znacznie większego przedstawienia. Jeżeli bowiem ktoś potrafił rozbroić przeciwnika przy pomocy pieniędzy, inwestycji i kontraktów, to dlaczego miałby nie spróbować zrobić tego ponownie podczas kolejnej kampanii wyborczej? Być może właśnie obserwujemy próbę generalną. Próbę, której wielu nawet nie zauważyło. A skoro tak, to warto postawić pytanie:
Jeżeli raz udało się złapać przeciwnika na własną narrację, to czy nie spróbuje się tej samej sztuczki po raz drugi?
I co ważniejsze: czy tym razem ktoś ją w ogóle zauważy, zanim będzie za późno?
SAFE to oczywiście nie niemiecki spisek, ale też nie manna z nieba — to po prostu kolejny sposób sprzedania opinii publicznej drogiego obiadu w opakowaniu 0% kosztów. Jeśli kogoś interesuje, gdzie w tych wszystkich SAFE’ach kończy się propaganda, a zaczynają się twarde liczby, to opisałem to tutaj, bez złudzeń co do darmowych obiadów: naszeblogi.pl/76004-finanse-obronne-bez-darmowych-obiadow
Mam wrażenie, że ciut rozminęliśmy się z tematem, ze szczególnym naciskiem na "ciut".
Mój wpis nie dotyczył tego, czy SAFE jest darmowym obiadem, ani czy dług kosztuje czy nie kosztuje. Oczywiste jest, że każdy kredyt ma swoją cenę, a ekonomia nie zna darmowych obiadów.
Ja jednak zwracałem uwagę na coś innego: na polityczny mechanizm.
Przez wiele miesięcy prawica przekonywała swoich wyborców, że pieniądze z SAFE trafią głównie do zagranicznych, zwłaszcza niemieckich firm. Tymczasem pierwsze podpisywane umowy dotyczą przede wszystkim polskiego przemysłu zbrojeniowego.I właśnie o to chodziło w moim wpisie.
Przeciętny wyborca nie będzie analizował art. 123 TFUE, kont rewaluacyjnych NBP ani ryzyka kursowego euro. Zobaczy natomiast bardzo prosty przekaz: „mówili, że pieniądze pójdą do Niemców, a poszły do polskich firm”.
To jest problem polityczny, a nie ekonomiczny. Jeżeli dodatkowo oprocentowanie okaże się korzystne, to większość wyborców uzna, że ostrzeżenia były przesadzone. Słusznie czy niesłusznie, to już osobna kwestia.
Mój tekst był właśnie o tym, jak wygrywa się lub przegrywa wybory. Nie o tym, czy kredyt jest idealny, lecz o tym, jak jest odbierany przez ludzi, którzy nie śledzą na co dzień debat ekonomicznych.
Problem w tym, że ty widzisz głównie pijarową pułapkę na prawicę, a ja wskazuję pułapkę na państwo i podatnika. Marketing wojenny i unijny przykrywa fakt, że realne wzmocnienie militarne jest wtórne wobec pijaru i konstrukcji długu.
Jeśli zrobimy z polityki obronnej konkurs na ładny wizerunek wzmacniania polskiego przemysłu, to tym łatwiej sprzedać wyborcom dług jako darmowy obiad, który realnie kosztuje więcej, niż gdybyśmy po prostu kupili to samo normalnie. Im lepszy pijar, tym mniej kogokolwiek obchodzi, czy naprawdę wzmacniamy zdolności militarne Polski, czy tylko odfajkowujemy europejską solidarność i kolejne limity zadłużenia.
To, co opisałem w swojej notce, nie jest obok twojej analizy, tylko pod nią. Im bardziej SAFE służy marketingowi politycznemu, a nie realnemu bezpieczeństwu, tym bardziej jest to pułapka — nie tylko na prawicę, ale przede wszystkim na podatnika i państwo. Unia w ten sposób krok po kroku całkowicie nas od siebie uzależnia — z wasala robimy się powoli ubezwłasnowolnioną prowincją, która nie ma nic do gadania.
Jak jeszcze do tego dołożymy KSeF, który całkowicie likwiduje wolny rynek w Polsce i polską przedsiębiorczość na rzecz Francji, USA i Izraela, to nasze poddaństwo się dopełnia tak, że się z tego żadnym sposobem nie wyzwolimy, bo nie będziemy mieć w tym żadnego sojusznika. Problem więc nie jest w prawicy czy pijarze, ale w naszej głupocie.
Chyba znowu rozmawiamy o dwóch różnych tekstach.
Ja napisałem o tym, jak można wygrać lub przegrać wybory. Ty odpowiadasz tekstem o długoterminowej architekturze finansowej UE, KSeF, likwidacji wolnego rynku, Francji, USA, Izraelu i przyszłości cywilizacji europejskiej. To nie jest spór o fakty, tylko o temat rozmowy. Nie twierdziłem, że SAFE jest darmowy, idealny ani pozbawiony ryzyka. Nie twierdziłem też, że UE działa wyłącznie w interesie Polski. Twierdziłem coś znacznie prostszego: jeśli wyborca zobaczy polskie fabryki, polskie zamówienia i polskie miejsca pracy, to nie będzie analizował traktatów, mechanizmów zadłużenia ani geopolitycznych teorii zależności.
I właśnie dlatego napisałem, że jest to pułapka na prawicę!!!
Bo prawica od miesięcy przekonuje, że pieniądze pójdą głównie do Niemców. Jeżeli wyborca zobaczy coś przeciwnego, to nie powie: „muszę natychmiast przeczytać analizę ryzyka kursowego i skutków KSeF”. Powie raczej: „to może jednak przesadzali”. Możemy oczywiście rozmawiać o przyszłości UE, zadłużeniu, suwerenności czy KSeF. Tylko że to byłby już zupełnie inny wpis.
Mój był o tym, jak wygrywa się wybory. A historia polityki pokazuje, że bardzo często wygrywa ten, kto lepiej opowie historię, a nie ten, kto napisze dłuższą analizę ekonomiczną. I właśnie tego, mam wrażenie, nadal nie potrafisz dostrzec.
Piszesz, że interesuje cię tylko mechanizm polityczny, a nie konstrukcja SAFE jako taka. Moja teza jest dokładnie odwrotna: to, co traktujesz jako tło ekonomiczne, jest w istocie najważniejszym mechanizmem politycznym tej układanki — tylko rozliczanym nie w jednym cyklu wyborczym, ale w perspektywie 10-20 lat.
Sprzedawanie długu jako pieniędzy z Unii, kontraktów jako darmowego wzmocnienia i uzależniania finansowania zbrojeń od decyzji instytucji unijnych to nie jest neutralny szczegół techniczny, tylko długookresowa technika rządzenia: dziś budujemy narrację, że pieniądze trafiają do Polski, jutro płacimy rachunek w postaci ograniczonej suwerenności fiskalnej, większej podatności na szantaż instytucjonalny i coraz mniejszych możliwości samodzielnego kształtowania polityki obronnej.
Ten mechanizm działa dokładnie tak, jak opisujesz — tyle że nie na poziomie typu PiS się skompromitował, bo kontrakty są w polskich firmach, tylko na poziomie, że cała klasa polityczna sprzedaje obywatelom zadłużanie państwa jako bezkosztową mannę z nieba. To jest także komunikat do przeciętnego wyborcy: jeśli dziś kupi narrację o darmowym obiedzie z SAFE, za kilka lat obudzi się z ograniczonym państwem, które nie będzie już mogło prowadzić własnej polityki obronnej bez pytania Brukseli o zgodę.
Co z tego, że wygrasz wybory, jeśli i tak one nie wybiorą suwerennej władzy, bo ona już będzie całkowicie siedziała w UE?
I nadal się upieram, że KSeF jest pod tym względem milion razy bardziej niebezpieczny i druzgoczący dla Polski niż SAFE. Co z tego, że polskie firmy zbrojeniowe dostaną coś z SAFE, jeśli dzięki wiedzy z KSeF wywiady Francji, USA i Izraela mogą je dowolnie wykończyć lub przejąć?
.............................................................................................
dakowski.pl
Nie gniewaj się Heniek, ale znowu nic nie skumałeś. Wpis nie jest o oprocentowaniu SAFE. On, ten wpis, nawet o SAFE nie jest, choć tytuł mógłby to sugerować.
...............................................................................................................
dakowski.pl
ty się kolego Boga nie boisz, takie kocopały tu wypisujesz, że zęby bolą, powiedz jedno, widziałeś choć jeden kontrakt dla polskiej zbrojeniówki, chyba już minął termin składania ofert, jeżeli nie widziałeś, nawet umowy kredytowej nie widziałeś i nie słyszałeś, to nie wypisuj bzdur. Jakie były obiecanki niskiego procentu, a jakie będą, to pierwsze kłamstwo, potem będą kolejne, mądry to jednak nie jesteś.