Jest w polskiej polityce pewien dziwny paradoks. Kiedy obóz rządzący ma problem, opozycja powinna mieć powód do zadowolenia. Afera, konflikt interesów, niejasne wydawanie publicznych pieniędzy czy kompromitujące zachowanie polityka powinny być dla opozycji politycznym paliwem. Tymczasem coraz częściej dzieje się coś zupełnie innego. Pojawia się poważna sprawa dotycząca obozu rządzącego, zaczyna się robić gorąco, opinia publiczna zaczyna zadawać niewygodne pytania… I nagle z drugiej strony polskiej sceny politycznej wybucha coś, co natychmiast zmienia temat rozmowy. Czy to przypadek? Czy polityczna nieudolność? Czy może najdziwniejszy mechanizm samobójczy, jaki można sobie wyobrazić: opozycja, która własnymi działaniami regularnie pomaga rządzącym zmieniać temat?
4,5 miliona złotych i… nagle Romanowski.
Spójrzmy na to, co wydarzyło się właśnie teraz. Ujawniono informacje dotyczące 4,5 mln zł pomocy powodziowej, która trafiła do trzech firm z jednej miejscowości. Według ustaleń medialnych wśród beneficjentów znalazła się firma należąca do męża Anny Konieczyńskiej, zawieszonej działaczki KO, oraz firma jej sąsiada. W konsekwencji sprawa wywołała polityczną burzę, a sama Konieczyńska straciła stanowisko w KARR; sprawą zajęły się także służby. To jest temat, który dla KO powinien być bardzo niewygodny. Nie dlatego, że każda osoba związana z partią automatycznie odpowiada za każdy czyn członka swojej rodziny. Nie dlatego, że samo otrzymanie pieniędzy jest dowodem przestępstwa, ale dlatego, że jeżeli publiczne pieniądze przeznaczone dla ludzi dotkniętych powodzią trafiają do podmiotów powiązanych z osobami związanymi z lokalnym środowiskiem politycznym, to społeczeństwo ma pełne prawo zapytać:
Jak przyznawano te pieniądze?
Kto podejmował decyzje?
Jak wyglądały kryteria?
Czy wszystkie firmy spełniały te same warunki?
Czy rzeczywiście poniosły szkody odpowiadające wysokości otrzymanej pomocy?
To są pytania, na które trzeba odpowiedzieć. I właśnie wtedy pojawia się Marcin Romanowski. Były wiceminister sprawiedliwości, przebywający poza Polską, składa wniosek o list żelazny. Wniosek został nadany z Tyraspola w Naddniestrzu, co potwierdził warszawski sąd. Prokuratura jednocześnie wyraziła wątpliwości dotyczące autentyczności pisma. Czy sprawa Romanowskiego jest ważna? Oczywiście. Czy należy ją wyjaśnić? Oczywiście. Czy można oczekiwać, że media będą o niej informować? Oczywiście. Pojawia się jednak pytanie dużo ciekawsze:
Dlaczego właśnie takie wydarzenia tak łatwo przejmują całą przestrzeń informacyjną w momencie, kiedy obóz rządzący powinien odpowiadać na własne niewygodne pytania?
Nie twierdzę, że Romanowski został „wysłany” po to, żeby przykryć aferę powodziową. Nie mamy na to dowodów. Twierdzę coś znacznie bardziej przyziemnego.
Polityczny system informacyjny działa tak, że jeden wielki temat natychmiast wypiera drugi.
Polska prawica wyjątkowo często dostarcza takich tematów sama.
Przypadek Kacprzyka.
Kilka tygodni wcześniej mieliśmy inną sytuację. Dawid Kacprzyk, młody lekarz i polityk związany z KO, wykazał w oświadczeniu majątkowym około 1,6 mln zł dochodu za 2025 rok. Pojawiły się zarzuty dotyczące wykonywania innych aktywności w czasie, gdy miał pełnić dyżury w szpitalu. Sprawą zajęła się Naczelna Izba Lekarska, a w Warszawie przeprowadzono kontrolę. To był temat, który powinien długo żyć własnym życiem. Afera dotycząca publicznej służby zdrowia, ogromnych zarobków, sposobu organizowania dyżurów i odpowiedzialności polityka była przecież dokładnie tym rodzajem historii, który opozycja powinna umieć wykorzystać. I co się stało? Polityczna uwaga bardzo szybko przeniosła się gdzie indziej. W tym przypadku również nie twierdzę, że ktokolwiek zaplanował przykrycie sprawy Kacprzyka, ale warto zauważyć mechanizm.
Prawica sama potrafi wyprodukować temat, który jest dla niej bardziej atrakcyjny medialnie niż temat, który aktualnie powinien być problemem rządzących.
To jest różnica zasadnicza.
Wcześniej Kłodzko.
Podobny problem pojawił się przy sprawie pedofilskiej w Kłodzku. W 2026 roku sprawa wróciła do debaty publicznej w związku z pytaniami o to, dlaczego sprawca przez lata mógł pozostawać bezkarny; pojawiły się również zarzuty dotyczące sposobu działania instytucji w okresie wcześniejszych rządów. I znowu - zamiast jednej spokojnej, konsekwentnej debaty nad odpowiedzialnością państwa, bardzo szybko otrzymaliśmy polityczną wojnę. To zresztą charakterystyczne dla Polski. Każdy temat zostaje natychmiast przypisany do jednej z dwóch drużyn. Jeżeli problem dotyczy KO - mówi się o PiS. Jeżeli problem dotyczy PiS - mówi się o KO. Jeżeli problem dotyczy obecnego rządu - wraca Romanowski, Ziobro albo Kaczyński. Jeżeli problem dotyczy poprzedniej władzy - natychmiast pojawia się Tusk. I tak możemy bez końca. Tylko że w tym systemie jest jeden wielki przegrany.
Wyborca.
Najbardziej niebezpieczne jest to, że nie potrzeba żadnego spisku.
I tutaj dochodzimy do rzeczy, która moim zdaniem jest znacznie ciekawsza niż wszystkie teorie o tajnych porozumieniach. Nie trzeba żadnego spisku. Nie trzeba tajnego telefonu. Nie trzeba żadnego „mecenasa”. Wystarczy mechanizm politycznej reakcji. Opozycja odkrywa aferę rządu. Rząd odpowiada aferą poprzedników. Opozycja odpowiada kolejną aferą. Rząd odpowiada Romanowskim. Opozycja odpowiada Kaczyńskim. Kaczyński odpowiada Morawieckim. Morawiecki odpowiada programem. Ktoś wyciąga Tuska. Ktoś wyciąga UE. Ktoś wyciąga Smoleńsk. I po kilku dniach nikt już nie pamięta, od czego właściwie zaczęła się rozmowa. To nie jest teoria spiskowa. To jest polityczna maszyna do produkowania szumu.
Czy Kaczyński przypadkiem nie pomaga Tuskowi?
I tutaj dochodzimy do pytania najbardziej niewygodnego dla PiS. Jeżeli aferę dotyczącą obozu rządzącego można przykryć jednym wystąpieniem dotyczącym konfliktu na prawicy, to kto ponosi odpowiedzialność za to, że taki konflikt w ogóle powstaje? Przecież ostatni rozłam nie został wywołany przez Tuska. Nie został wywołany przez Brukselę. Nie został wywołany przez TVN. Nie został wywołany przez „lewactwo”.
Został rozpoczęty decyzjami wewnątrz PiS!!!
I właśnie dlatego jest tak politycznie kosztowny. Jeśli rządzący mają problem, opozycja powinna mówić: „Spójrzcie na ich błędy. My mamy lepszy plan”. Tymczasem PiS coraz częściej mówi: „Spójrzcie, jaki konflikt mamy między sobą”. Wtedy wyborca robi coś bardzo racjonalnego. Przestaje słuchać.
To samo wydarzyło się wcześniej.
Można oczywiście powiedzieć, że sprawy Kacprzyka, powodzi, Romanowskiego czy innych afer nie mają ze sobą nic wspólnego. Formalnie - oczywiście. Nie twierdzę przecież, że istnieje jeden mechanizm organizacyjny, który je łączy, ale politycznie mają coś wspólnego.
Za każdym razem, gdy KO znajduje się pod presją własnego problemu, prawica powinna wykorzystać moment.
I za każdym razem trzeba zadać pytanie: Czy rzeczywiście go wykorzystuje? Czy może sama natychmiast zmienia temat? To jest pytanie, którego PiS nie powinien się bać. Powinien się go bać tylko wtedy, jeżeli odpowiedź brzmi: tak.
Największy problem nie polega na tym, że KO ma afery.
Największym problemem PiS nie jest nawet to, że KO ma afery. Afery zdarzają się każdej władzy. Największym problemem jest to, że KO może sobie pozwolić na afery, ponieważ jej przeciwnik nie potrafi utrzymać jednej narracji dłużej niż kilka dni. To jest fundamentalna różnica.
Wyobraźmy sobie normalnie działającą opozycję. Pojawia się sprawa 4,5 mln zł. Przez tydzień, dwa tygodnie, miesiąc padają konkretne pytania. Dokumenty, nazwiska, decyzje, procedury, odpowiedzialność a obok tego: „Oto nasz plan, jak zmienić system przyznawania pomocy powodziowej, żeby coś takiego nigdy się nie powtórzyło”. To byłaby polityka. Tymczasem my dostajemy: „A Romanowski?” „A Kaczyński?” „A Morawiecki?” „A Tusk?” „A Niemcy?” I temat znika.
Opozycja nie powinna być megafonem własnych emocji.
To jest być może najważniejszy wniosek. Prawica musi przestać traktować każdą informację jako pretekst do natychmiastowego oburzenia. Nie każda wiadomość wymaga dziesięciu ostrych komentarzy. Nie każda sprawa wymaga słów „reżim”, „zdrada”, „okupacja” czy „koniec Polski”. Czasem wystarczy powiedzieć:
„Proszę pokazać dokumenty.”
„Kto podpisał decyzję?”
„Kto dostał pieniądze?”
„Na jakiej podstawie?”
„Czy były szkody?”
„Kto ponosi odpowiedzialność?”
A potem powiedzieć:
„My zrobimy to inaczej”.
To jest język, który może zainteresować człowieka spoza politycznej bańki.
Najbardziej ironiczny scenariusz.
Jest jednak jeszcze jedna możliwość. Może największym problemem PiS nie jest to, że nie potrafi znaleźć afer KO. Może problem polega na tym, że potrafi znaleźć ich zbyt wiele, ale nie potrafi zamienić żadnej z nich w trwałą przewagę polityczną. To oznaczałoby, że problem leży głębiej. Nie w liczbie afer. Nie w liczbie telewizji. Nie w liczbie portali. Nie w liczbie komentarzy, tylko w zdolności do budowania politycznej oferty. Wyborca może uwierzyć, że przeciwnik jest skorumpowany, niekompetentny albo arogancki, ale jeszcze nie wynika z tego, że zaufa nam. A to właśnie tę drugą część prawica od lat zaniedbuje.
Czy PiS przykrywa afery KO?
Nie wiem. I uczciwie mówiąc - nie mamy podstaw, żeby twierdzić, że robi to celowo. Można jednak postawić inne pytanie. Czy PiS swoimi działaniami pomaga w przykrywaniu problemów KO? Tutaj odpowiedź jest znacznie bardziej niepokojąca, bo jeżeli za każdym razem, kiedy przeciwnik ma poważny problem, my dostarczamy mu jeszcze większego tematu do rozmowy o nas samych, to niezależnie od intencji efekt polityczny może być dokładnie taki sam. I właśnie dlatego dzisiejszy konflikt na prawicy może być dla KO znacznie cenniejszy niż niejedna telewizyjna kampania. Nie dlatego, że Tusk wszystko zaplanował. Tylko dlatego, że jego przeciwnicy coraz częściej sami dostarczają mu tematów zastępczych. Wtedy nie trzeba nawet wygrywać debaty. Wystarczy poczekać, aż przeciwnik zacznie mówić o sobie.
I może właśnie to jest dziś najważniejsza lekcja dla polskiej prawicy: Nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć nie przeszkadzać sobie w jej przedstawieniu, bo być może największą przysługę, jaką można dziś oddać Donaldowi Tuskowi, nie jest obrona jego rządu. Jest nią kolejna wielka wojna na prawicy.
"4,5 miliona złotych i… nagle Romanowski"
Wiadomo, czymś skandale trzeba przykryć. Naddniestrze pasuje idealnie.Dzisiaj nawet obejrzałem kawałek TVP w fałszywej likwidacji i oczywiście wałkowali tam to Naddniestrze :)
"Przypadek Kacprzyka"
Dzisiaj obejrzałem również kawałek gadających głów na Polsacie News Polityka. Jakaś ruda od Rudego nadawała o procedurach, że podejrzanego przesłuchuje się na końcu, co jest oczywistą brednią, bo najpierw trzeba zabezpieczyć dowody i postawić pierwsze zarzuty podejrzanemu, aby się nie wymknął. Oczywiście mafia Tuska robi wszystko, aby dowody zniszczyć, świadków zastraszyć, a oskarżyć i skazać sygnalistę :)
Chyba właśnie trochę minąłeś się z sensem tego tekstu U2. Nie pisałem, że Romanowski jest „winny” albo że Naddniestrze nie jest tematem. Nie rozstrzygałem też, jak prokuratura powinna prowadzić postępowanie w sprawie Kacprzyka. Chodziło mi o coś innego i znacznie prostszego.
Jeżeli w momencie, kiedy KO ma poważny problem z wydawaniem 4,5 mln zł pieniędzy przeznaczonych dla powodzian, cała debata w ciągu kilku godzin przenosi się na Romanowskiego, co dla KO jest to politycznie korzystne - niezależnie od tego, czy ktoś tę zmianę tematu zaplanował. I dokładnie taki sam mechanizm opisywałem przy innych sprawach. Nie twierdzę, że PiS czy prawica świadomie „przykrywają” afery KO. Pytam, czy nie robią tego czasem własnymi rękami, dostarczając kolejnych, bardzo atrakcyjnych medialnie tematów. To jest zasadnicza różnica.
Możemy godzinami dyskutować o TVP, Tusku, prokuraturze, sygnalistach czy Naddniestrzu. Tylko wtedy właśnie robimy to, o czym pisałem: zamiast rozmawiać o pierwotnej sprawie, przeskakujemy do kolejnej wojny politycznej.
Mój tekst był właśnie pytaniem, dlaczego prawica tak często pozwala, żeby jej własne konflikty i emocje odbierały jej możliwość skutecznego wykorzystania problemów przeciwnika.
Jeżeli uważasz, że ten mechanizm nie istnieje, to właśnie to jest temat do dyskusji. Natomiast argumenty o tym, kto powinien być przesłuchany pierwszy, są już zupełnie inną rozmową.
Nie zakładał bym, że PiS czy wręcz sam Prezes Kaczyński jest z kimkolwiek w zmowie, albo że jest nieudolny i zatracił instynkt polityczny, możliwym jest natomiast, że podejmowane są doraźne decyzje niemożliwe do skoordynowania z pojawiającymi się nowymi okazjami do punktowania rządzących.
Natomiast jako partia i jako posłowie mogą nie mieć pomysłu na siebie oraz na dotarcie do ludzi. Skoro Ci nie chcą ich rządów bo wolą żyć w gorszych warunkach finansowych/gospodarczych, ale ze świadomością, że rządzą nimi (i nami) oświeceni i predestynowani do rządzenia, co samo w sobie umacnia ich wiarę w wybraną władzę.
Zwyczajnie mogą jako partia, wcale nie chcieć rządzić, bo nawet gdyby mieli samodzielną a nawet konstytucyjną większość to posprzątanie po uśmiechniętej władzy zapewne będzie się wiązało z niekorzystnymi decyzjami w skutek czego po kadencji i tak pewnie zaszły by zmiany w wyniku których zostali by znów odsunięci od władzy.
Myślę Panie Romualdzie, że dotknął Pan bardzo ciekawej hipotezy, której sam wcześniej nie formułowałem aż tak wyraźnie.
Nie zakładałbym oczywiście, że ktokolwiek w PiS świadomie chce „nie rządzić”, ale warto zadać pytanie, czy część obecnej strategii nie prowadzi właśnie do takiego efektu. Bycie w opozycji jest stosunkowo łatwe: punktować Tuska, wyciągać afery, rozliczać poprzedników i mobilizować własny elektorat. Rządzenie jest znacznie trudniejsze. Trzeba przedstawić plan, znaleźć ludzi, którzy go wykonają, a potem podejmować również decyzje niepopularne i wziąć za nie odpowiedzialność. I tutaj widzę zasadniczą różnicę między tym, co obecnie robi otoczenie Kaczyńskiego, a kierunkiem, który próbuje proponować Morawiecki.
Ten pierwszy model wygląda dziś bardziej jak strategia utrzymania własnego elektoratu: obrona dorobku, krytyka Tuska, rozliczenia i mobilizacja przeciwko przeciwnikowi.
Drugi zakłada próbę wyjścia poza własną bańkę: rozmowę o gospodarce, rozwoju, inwestycjach, technologii, przedsiębiorczości i o tym, jak państwem rzeczywiście rządzić.
Nie twierdzę, że Morawiecki ma automatycznie rację ani że jego program jest gotową receptą na Polskę. Twierdzę tylko, że jest to zupełnie inna odpowiedź na pytanie: „co zrobimy, kiedy już wygramy?”.
Być może właśnie tego najbardziej brakuje dziś PiS. Nie kolejnego argumentu przeciwko Tuskowi, ale odpowiedzi na znacznie trudniejsze pytanie:
Po co właściwie chcecie ponownie przejąć władzę i co konkretnie zrobicie w pierwszych dwóch latach, kiedy już ją dostaniecie?
Jeżeli na to pytanie nie ma przekonującej odpowiedzi, to może Pan mieć rację w jednym bardzo ważnym punkcie: frakcja Kaczyńskiego nie ma zamiaru wygrać i nie przygotowuje się do rządzenia.
Nie mam żadnej specjalistycznej wiedzy z materii polityki, wyciągam takie wnioski z obserwacji na tyle na ile obejmuję to rozumem. Nie wiem także czy można chcieć "nie rządzić" nieświadomie, na pewno można wzbraniać się z wejściem w niekorzystne przedsięwzięcie. Choć także wewnętrznie skłaniał bym się ku Pańskiemu podejściu, że tak wcale być nie musi jak zakładam. To bowiem by świadczyło o braku poczuciu obowiązków wobec kraju i przedkładaniu interesu partii nad dobro kraju. Inna sprawa że nie ma powodu wkładać głowę szubieniczną pętlę skoro wyborcy wolą mieć inne partie u władzy.
Utrzymanie elektoratu nie jest wyjściem dającym długoterminowe efekty, bez dopływu nowych wyborców to będzie trwanie. Wygodne i dające profity w postaci nieopodatkowanej diety, dodatków i innych korzyści.
Zadane przez Pana pytanie jest znamienne a odpowiedź na nie była by kluczowa dla prawdopodobieństwa oceny, jakie PiS ma zamiary. Dotychczas nie zostało zadane publicznie i obawiam się że gdyby padło, zadający zostałby okrzyknięty defetystą.
Można także rozważyć i takie podejście, że wewnętrzne organy partyjne PiS wiedzą że np. i tak uśmiechnięty rząd upadnie i powstanie jakiś mało spójny układ koalicyjny, który targany wewnętrznymi sporami będzie musiał zając się rządzeniem, bo rozliczenia minionego rządu będą mało istotnymi igrzyskami wobec problemów państwa jakie po nich zostaną.
"Czy Kaczyński przypadkiem nie pomaga Tuskowi?"
" Czy PiS przykrywa afery KO?"
Prawda, że te przypadkowe " przypadki" przydarzajace się zawsze w istotnych momentach są zastanawiające ?
Piszę o tym od ponad 15 lat.
Sytuacja w zatęchłym już duopolu władzy jest - a w zasadzie była- taka, że: kopiemy sie maksymalnie nie wyzej niz do kolan. Możemy sobie nawet napyskowac przed kamerami , ale później idziemy na wódkę. I ustalamy na czym wspólnie czy osobno nie wchodzac sobie w drogę robimy interesy .
Tylko , ze pojawiła sie komplikacja. Konfederacja. Nie dość ze jedna to jeszcze i druga. I jest problem.
Problemem nie są Konfederacje Es-ie. To te same elementy, tego samego układu. Problemem dla nich jest Nawrocki. Na tę chwilę dla "maślarzy" a czy dla "harcerzy" okaże się niedługo. Jedyna nadzieja w środowisku profesora Nowaka i owym tajemniczym, ja na razie, środowisku 700 reformatorów. Czy tym razem się uda, nie wiadomo, ale mam taka nadzieję. Na razie Rudy z Koniem grają w "Berka". Co z tego wyniknie nie wiadomo, ale okrągłostołowa sitwa ma duży problem, że nawet "strateg" się w tym wszystkim pogubił.