Po przeczytaniu dyskusji pod moim poprzednim wpisem dochodzę do wniosku, że problem jest znacznie szerszy niż sam Grzegorz Braun. Mój poprzedni tekst miał być próbą postawienia prostego pytania: co właściwie proponują politycy i jak zamierzają swoje propozycje zrealizować? Nie chodziło mi o to, żeby każdy polityk przynosił wyborcy arkusz Excela z prognozą PKB na 2031 rok, tabelą wszystkich możliwych skutków społecznych i kosztorysem każdej złotówki. Chodziło o coś znacznie bardziej elementarnego: jeżeli ktoś proponuje poważną zmianę, to powinien umieć powiedzieć przynajmniej co konkretnie zmieni, czym zastąpi obecne rozwiązanie, w jakiej kolejności to zrobi i z czego sfinansuje okres przejściowy. I właśnie odpowiedzi na te pytania zabrakło mi najbardziej. Co ciekawe, dyskusja pokazała przy okazji coś jeszcze bardziej niepokojącego. Nie jest to wyłącznie problem elektoratu Brauna. To problem znacznej części polskiego elektoratu jako takiego.
BRAUN: WIARA ZAMIAST ODPOWIEDZI.
W przypadku zwolenników Brauna było to najbardziej widoczne. Kiedy pytam o konkretne rozwiązanie, bardzo szybko pojawia się suwerenność. Kiedy pytam o gospodarkę - pojawia się Unia Europejska. Kiedy pytam o finansowanie - pojawia się „likwidacja socjalizmu”. Kiedy pytam o mechanizm reformy - słyszę, że najpierw trzeba „odzyskać Polskę”. Oczywiście można uważać, że Polska powinna być bardziej suwerenna. Można być przeciwnikiem obecnego modelu UE. Można chcieć radykalnego ograniczenia biurokracji, zmian podatkowych czy zupełnie innego modelu państwa, ale to wszystko nadal nie jest odpowiedzią na pytanie „jak?” KKP ma przecież obecnie oficjalny program i prezentowała go podczas kongresu programowego w styczniu 2026 roku. Tym bardziej więc można oczekiwać, że dyskusja będzie dotyczyła konkretnych zapisów tego programu, a nie wyłącznie wiary w jego autora.
I tu pojawia się najbardziej charakterystyczna cecha części tego elektoratu: krytyka Brauna jest traktowana niemal jak atak na wartości, a nie jak normalne pytanie o wykonalność jego propozycji. To już nie jest racjonalna debata polityczna. To zaczyna przypominać debatę religijną. Nie pytaj. Nie podważaj. Uwierz.
A jeśli nie wierzysz -jesteś zdrajcą, naiwniakiem, lemingiem albo człowiekiem, który „niczego nie rozumie”.
CZY INNI SĄ LEPSI?
Niestety nie. W dyskusji pojawiają się również zwolennicy PiS, którzy potrafią z taką samą pewnością opowiadać o swoich przeciwnikach rzeczy, których nie potrafią udowodnić. Jedna z komentujących kreśli niemal apokaliptyczny obraz Polski zmierzającej do dyktatury, używając kolejnych oskarżeń i sugestii jako dowodów samych w sobie. Nie trzeba nawet przywoływać jej pseudonimu. Mechanizm jest ważniejszy od osoby. Jeżeli ktoś uważa, że rząd zmierza w kierunku dyktatury, ma oczywiście prawo tak uważać, ale wtedy powinien wskazać konkretne działania, konkretne decyzje, konkretne przepisy i konkretne mechanizmy, które uzasadniają tak poważną tezę. Samo powtarzanie: „oni chcą dyktatury”, „oni niszczą demokrację”, „oni są zdrajcami” nie staje się argumentem tylko dlatego, że powtarzamy to tysiące razy. I dokładnie ten sam błąd popełniają zwolennicy wszystkich stron. Jedni mają Brauna. Drudzy mają Kaczyńskiego. Trzeci Nawrockiego.
Każdy jest przekonany, że jego polityczny obóz posiada monopol na prawdę, patriotyzm i zdrowy rozsądek.
NAWROCKI - I TU JEST NAJCIEKAWSZY EKSPERYMENT.
W moim poprzednim tekście podałem przykład, który, moim zdaniem, powinien był stać się punktem wyjścia do zupełnie innej dyskusji. Karol Nawrocki nie poprzestał na opowiadaniu, że „trzeba coś zrobić”.
Przedstawił konkretne inicjatywy ustawodawcze. Można je oczywiście krytykować. Można twierdzić, że są złe, za drogie, niewystarczające albo niemożliwe do przeprowadzenia, ale właśnie dlatego są dobrym materiałem do normalnej debaty. Prezydencka inicjatywa „Tani prąd - 33%” jest konkretnym projektem, a nie tylko hasłem o potrzebie taniej energii. Podobnie projekt „Godna emerytura” został przedstawiony jako konkretna inicjatywa ustawodawcza i skierowany do Sejmu.
I co najbardziej znamienne? Nikt z komentujących - nawet zwolenników Nawrockiego - nie powiedział: „Oto przykład, że jednak można. Prezydent pokazał konkretny projekt, więc porównajmy jego rozwiązania z propozycjami innych polityków”. Dlaczego? Bo najwyraźniej ważniejsze od wyciągnięcia wniosków z argumentu jest udowodnienie, że moja drużyna jest dobra, a tamta zła. A przecież właśnie przykład Nawrockiego pokazuje, że można przejść od ogólnego hasła do konkretu: jest problem, jest propozycja rozwiązania, jest projekt ustawy, można analizować skutki i można się z nim zgadzać albo nie.
W pierwszym roku prezydentury Nawrocki złożył 22 inicjatywy ustawodawcze - niezależnie od tego, jak oceniamy ich jakość i losy w Sejmie. To jest materiał do dyskusji a nie do kultu.
I WŁAŚNIE TEGO MI BRAKUJE.
Brakuje mi człowieka, który napisze: „Jestem zwolennikiem Brauna, ale w tym punkcie jego programu widzę problem. Tutaj brakuje źródła finansowania, tutaj okres przejściowy jest niedopracowany, a tutaj rozwiązanie uważam za bardzo dobre”. Brakuje mi zwolennika PiS, który napisze: „Popieram PiS, ale w tej sprawie poprzedni rząd popełnił błąd”. Brakuje mi zwolennika Nawrockiego, który napisze: „To jest dobry projekt prezydenta, ale ten konkretny element wymaga poprawki”. Tak wyglądałaby normalna rozmowa obywatelska. Tymczasem znacznie częściej dostajemy coś zupełnie innego. „Mój jest dobry, twój jest zły”. „Mój patriota, twój zdrajca”. „Mój polityk jest genialny, twój jest idiotą”. „Moja partia ma rację, bo ma rację” a kiedy pojawia się pytanie o szczegóły, następuje natychmiastowa zmiana tematu.
MYŚLENIE SEKCIARSKIE.
I tutaj dochodzę do określenia, które może zabrzmieć ostro, ale po tej dyskusji trudno mi znaleźć łagodniejsze. Myślenie sekciarskie. Nie mam oczywiście na myśli każdego wyborcy konkretnej partii. W każdej grupie są ludzie rozsądni, którzy potrafią przyznać, że ich polityk się pomylił. Problem w tym, że tych głosów jest zdecydowanie za mało. Dominują natomiast mechanizmy charakterystyczne dla wiary: „Nasz przywódca wie”. „Nasz program jest słuszny”. „Jeżeli czegoś nie rozumiesz, to znaczy, że jesteś głupi albo zmanipulowany”. „Jeżeli ktoś krytykuje naszego lidera, to działa przeciwko Polsce”. To jest niezwykle wygodne, bo wiara zwalnia z konieczności sprawdzania. Jeżeli wierzę, nie muszę analizować. Jeżeli jestem przekonany, że „mój” człowiek jest patriotą, nie muszę sprawdzać jego argumentów. Jeżeli jestem przekonany, że „tamci” są zdrajcami, nie muszę już czytać ich propozycji. I właśnie w ten sposób polityka przestaje być sztuką rozwiązywania problemów, a staje się religią plemienną.
NAJGORSZE JEST TO, ŻE WSZYSCY ROBIMY TO SAMO.
Zwolennicy Brauna mają swoje świętości. Zwolennicy PiS mają swoje. Zwolennicy Konfederacji mają swoje. Zwolennicy Nawrockiego również mogą wpaść w tę samą pułapkę. Różnią się przedmiotem wiary, ale mechanizm pozostaje ten sam. I dlatego mój poprzedni wpis nie powinien być dziś odczytywany wyłącznie jako krytyka Brauna. Braun był tylko pretekstem. Prawdziwym tematem jest kondycja polskiego wyborcy, bo politycy są dokładnie tacy, jakich wyborców sobie wychowali. Jeżeli wyborca nie pyta o wykonanie programu, polityk może spokojnie poprzestać na haśle. Jeżeli wyborca nie pyta o pieniądze, polityk może obiecać wszystko. Jeżeli wyborca nie wymaga odpowiedzialności, polityk może przerzucić odpowiedzialność na poprzedników, Unię, media, opozycję, rynki albo „układ”. Jeżeli wyborca reaguje agresją na każde niewygodne pytanie, to po co polityk miałby na nie odpowiadać?
NIE POTRZEBUJEMY WIĘCEJ WYZNAWCÓW.
Potrzebujemy wyborców. Takich, którzy mogą jednego dnia zagłosować na Nawrockiego, następnego skrytykować PiS, a przy okazji uznać, że jeden z postulatów Brauna jest sensowny. Takich, którzy nie pytają najpierw: „Kto to powiedział?” tylko: „Czy to jest prawda?” Nie: „Czy to jest mój polityk?” lecz: „Czy to jest dobre rozwiązanie?” I przede wszystkim nie: „Czy mam w to uwierzyć?” lecz: „Jak to konkretnie zrobić?”
To jest właśnie różnica między obywatelem a wyznawcą.
I po tej dyskusji mam niestety wrażenie, że tych pierwszych jest w polskiej polityce zdecydowanie za mało.
Za dużo jest wiary. Za dużo plemienności. Za dużo emocji. Za dużo politycznego kultu a zdrowego rozsądku, zwykłego sprawdzania faktów i uczciwego przyznania „tu mój polityk nie ma racji” - stanowczo za mało.
I dopóki wyborca będzie bardziej zainteresowany obroną swojego wodza niż sprawdzeniem, czy jego obietnice są wykonalne, dopóty będziemy mieli dokładnie taką politykę, na jaką sami sobie zasłużyliśmy.
" Brakuje mi człowieka, który napisze: „Jestem zwolennikiem Brauna, ale w tym punkcie jego programu widzę problem."
No przecież właśnie to Ci napisałem w naszej dyskusji. Brakuje Ci mnie, mimo że jestem?
"rząd zmierza w kierunku dyktatury"
share.google
W debacie publicznej wokół trzeciego rządu Donalda Tuska (urzędującego od grudnia 2023 roku) zarzuty o skłonności autorytarne, „pełzającą dyktaturę” czy „łamanie praworządności” są jednymi z głównych punktów krytyki ze strony opozycji (głównie Prawa i Sprawiedliwości oraz Suwerennej Polski), prezydenta Andrzeja Dudy oraz części konserwatywnych organizacji i publicystów. [1, 2]
Główne oskarżenia wobec rządu Donalda Tuska koncentrują się wokół następujących obszarów:
1. Przejmowanie instytucji państwowych za pomocą uchwał i decyzji ministerialnych
Krytycy oskarżają rząd o omijanie ścieżki ustawowej (ze względu na spodziewane weto prezydenta) i dokonywanie głębokich zmian kadrowych przy użyciu uchwał Sejmu lub decyzji ministrów. [1]
2. Ignorowanie i nieuznawanie instytucji prawnych
Rządowi zarzuca się arbitralne decydowanie o tym, które instytucje państwowe oraz wyroki sądowe są legalne, a które nie. [4]
3. Koncepcja „Demokracji Walczącej”
Szerokie kontrowersje wywołało sformułowanie Donalda Tuska z września 2024 roku, kiedy stwierdził, że w procesie przywracania praworządności rząd musi działać w warunkach „demokracji walczącej”. [6]
4. Rozliczenia polityczne i oskarżenia o „represje”
Działania prokuratury i służb wymierzone w urzędników i polityków poprzedniej władzy (m.in. przeszukania u polityków Suwerennej Polski, aresztowania w związku z Funduszem Sprawiedliwości czy śledztwa wokół Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych) są przez opozycję nazywane „polityczną zemstą”, „polowaniem na czarownice” oraz stosowaniem metod państwa policyjnego. [3]
Stanowisko i obrona rządu
Donald Tusk oraz ministrowie jego gabinetu kategorycznie odrzucają oskarżenia o autorytaryzm, argumentując swoje działania odwrotnie: [7]
[1] https://ordoiuris.pl
[2] https://wiadomosci.wp.pl
[3] https://www.facebook.com
[4] https://naszdziennik.pl
[5] https://wiadomosci.onet.pl
[6] https://wpolityce.pl
[7] https://xyz.pl
[8] https://tvn24.pl
[9] https://naszdziennik.pl
PS. Dodaję krótki opis SI co to jest dyktatura:
share.google
Kwestia tego, czy dany rząd zmierza w kierunku dyktatury lub autorytaryzmu, jest stałym elementem debaty publicznej i politologicznej, w której pojawiają się skrajnie różne oceny.
Analitycy, opozycja oraz organizacje pozarządowe często formułują takie ostrzeżenia na podstawie konkretnych działań władzy. Do głównych argumentów przemawiających za rosnącym autorytaryzmem zalicza się zazwyczaj:
Z kolei zwolennicy rządu oraz sami rządzący odrzucają te zarzuty, argumentując swoje działania w zupełnie inny sposób. Wśród ich głównych argumentów znajdują się:
W politologii rzadko dochodzi do nagłego wprowadzenia dyktatury; częściej badacze mówią o procesie "demokratycznego regresu" (ang. democratic backsliding), którego ostateczna ocena zależy od interpretacji intencji i skutków wprowadzanych zmian prawnych.
Jeśli interesuje Cię ten temat, możemy przyjrzeć się konkretnym przykładom. Możemy omówić:
Daj znać, który z tych obszarów chciałbyś głębiej przeanalizować.