Piotr Zychowicz był w Smoleńsku 7-go i 10-o kwietnia jako korespondent dziennika Rzeczpospolita. Jego relacje ówczesne, które przywołuje, oddają klimat medialny obydwu wizyt. Ci którzy byli wówczas dorosłymi, doskonale to pamiętają. Przypomniał m.in. euforię Wajdy i wielu osób towarzyszących Tuskowi 7-go kwietnia (ok 40 minuta materiału) oraz komentatorów, wywołaną ukłonem Putina złożonym ofiarom ludobójstwa katyńskiego: oto wkraczamy na drogę pojednania i normalizacji stosunków. Zniknęły za horyzontem tego spektaklu tysiące rosyjskich dysydentów zamordowanych, mieszkańców wysadzanych bloków, kilkaset tysięcy Czeczeńskich rodzin, przeoranej czołgami Gruzji z odłączonymi Abchazją i Osetią, ZBiR...
Oto wreszcie chwyciliśmy Pana Boga za nogi. Rosja już jest piękna i dobra. "Warto było tak długo żyć, by doczekać się tej chwili", zwierza się Zychowiczowi Wajda.
Za trzy dni leci Prezydent. Tak bardzo chciał na Katyniu zebrać kapitał polityczny do reelekcji za podszeptem brata, że wymusza na pilotach lądowanie we mgle, w warunkach uniemożliwiających je. Samolot się rozbija. Zychowicz jest przekonany, że to wypadek. Bo jakże to, Putin miałby zepsuć to co trzy dni wcześniej osiągnął, tak pięknie rozpoczęte historyczne relacje i to w biały dzień, w taką rocznicą, na oczach całego świata.
W przeciwieństwie do widzów TVN i czytelników GW, Redaktor wiedział, że Prezydent nie był ulubieńcem Putina i przeszkadzał w "stosunkach z Rosją taką, jaką jest", ale uważał, tak jak odbiorcy wspomnianych mediów, że jego czas się skończył, że nie wygra wyborów, że nie ma już znaczenia. W związku z tym Putin nie ma motywacji do sięgnięcia po drastyczne i ryzykowne środki.
Mylił się i myli się nadal i to w wielu miejscach. Putin znał rzeczywisty poziom poparcia dla PiS i Prezydenta, słusznie widział w tej formacji główną przeszkodę dla swoich celów oraz niesłychaną skuteczność pokazaną w Gruzji, a poza tym nie takie przeciwdziałanie jego celom wyzwalało sięganie po bogate środki.
Redaktorowi i Wajdzie nie przeszło najwyraźniej przez myśl, że spektakl odegrany trzy dni wcześniej, przytulenie Tuska, gdy wieczorem w dniu tragedii dotarł do Smoleńska, wpisane były w scenariusz. Nie przeszło im przez myśl, że nie jest problemem zabicie, tylko uczynienie tego w taki sposób, w takiej scenerii, by zabicie wydawało się absurdem. To ta sceneria przywracania dobrych stosunków, stała się tłem całej późniejszej sekwencji kłamstw i spektakli, włącznie z "balszoje spasiba" w monologu Kopacz i Grasia, odznaczania rosyjskich służb, nominacji generalskiej szefa ABW Janickiego, aż po końcowe raporty i występy Laska. To ta scenografia rodzących się dobrych stosunków, pokłonu ofiarom katyńskim, przytulenia polskiego przywódcy pogrążonego w rozpaczy, oraz przekonanie niezmiennie wzmacniane o braku jakiegokolwiek znaczenia Prezydenta, stała się podkładem pod masowe pukanie się w czoło na słowo "zamach"...
No i trwa to do dzisiaj.
Wszyscy wiedzą, że to był zamach.
Z nienawiści nie mogą tego oficjalnie przyznać, bo to pochwalają.
"Putin znał rzeczywisty poziom poparcia dla PiS i Prezydenta, słusznie widział w tej formacji główną przeszkodę dla swoich celów...'. I to poparcie przełożyło się na wynik wyborów i wygrał... Komorowski. Ani kupy, ani logiki to się nie trzyma.
To dosyc uproszczony wniosek. Nie bierzesz pod uwagę olbrzymiej operacji na nastrojach społecznych, aktywizacji wszelkiej masci" Januszkow spod krzyza" i największych medialnych propagandowek mających moderować p o ityczne sympatie. Sikanie na krzyż czy znicze nie byłoby możliwe bez aktywizacji takiego ekstremizmu i patologii. Zszokowana takim zjawiskiem strona przeciwna potrzebowała długich miesięcy aby ochłonąć. Niestety bylo juz " po ptokach" . Na cale pięć lat.
bi.im-g.pl