Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Człowiek nauki jest prototypem człowieka masowego***

Zbigniew Gajek vel Janko Walski, 29.10.2017

Masę stanowią ci wszyscy, którzy nie przypisują sobie jakichś szczególnych wartości - w dobrym tego słowa znaczeniu czy w złym - lecz czują się „tacy sami jak wszyscy” i wcale nad tym nie boleją, przeciwnie, znajdują zadowolenie w tym, że są tacy sami jak inni.
Kiedy się mówi o Wybranych jako przeciwieństwie Masowych, często zniekształca się znaczenie tego określenia nie dostrzegając tego, że człowiek wybrany to nie ktoś butny i bezczelny uważający się za lepszego od innych, lecz ten, który wymaga od siebie więcej niż inni, nawet jeśli nie udaje mu się samemu tych wymagań zaspokoić. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie jest najbardziej podstawowym kryterium podziału ludzkości na dwa typy osobników: tych, którzy stawiają sobie duże wymagania, przyjmując na siebie obowiązki i narażając się na niebezpieczeństwa i tych, którzy nie stawiają sobie samym żadnych specjalnych wymagań, dla których żyć, to pozostawać takim, jakim się jest, bez podejmowania jakiegokolwiek wysiłku w celu samodoskonalenia, to płynąć przez życie jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim.
Podział społeczeństwa na Masowych i Wybranych nie jest zatem podziałem na klasy społeczne, lecz na klasy ludzi i nie można go łączyć z podziałem na klasy wyższe i niższe.
Cechą charakterystyczną naszych czasów jest panowanie masy, tłumu, nawet w grupach o elitarnych dotychczas tradycjach. Tak więc także w dziedzinie życia intelektualnego, które z samej swej istoty wymaga określonych kwalifikacji, daje się zauważyć stały wzrost znaczenia pseudointelektualistów, niedouczonych, niebędących w stanie osiągnąć należytych kwalifikacji i którzy z natury rzeczy powinni być w tej dziedzinie zdyskwalifikowani. To samo można powiedzieć o wielu potomkach „arystokracji”. Z drugiej strony nie jest obecnie wcale rzadkością natrafienie wśród „ludu” - osób nieaspirujących do Wybranych, którzy niegdyś służyli jako typowy przykład tego, co nazywamy „masą”, na jednostki o umysłach w najwyższym stopniu uporządkowanych i zdyscyplinowanych.
Jesteśmy świadkami triumfu hiperdemokracji, w ramach której masy działają bezpośrednio, nie zważając na normy prawne, za pomocą nacisku fizycznego i materialnego, narzucając wszystkim swoje aspiracje i upodobania. Masy są przekonane o tym, że mają prawo nadawać moc prawną i narzucać innym swoje, zrodzone w kawiarniach, racje. To samo ma miejsce w innych dziedzinach życia, a szczególnie w sferze intelektualnej. Być może mylę się, ale wydaje mi się, że obecnie pisarz, kiedy bierze do ręki pióro, by napisać coś na znany mu gruntownie temat, powinien pamiętać o tym, że przeciętny czytelnik, dotąd tym problemem nie zainteresowany, nie będzie czytał dla poszerzenia własnej wiedzy, lecz odwrotnie – po to, by wydać na autora wyrok skazujący, jeśli treść jego dzieła nie będzie zbieżna z banalną przeciętnością umysłu owego czytelnika. Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym.
Jaki jest zatem ów człowiek masowy, który zdominował dziś życie publiczne - zarówno polityczne, jak i pozapolityczne? Dlaczego jest taki, jaki jest, czyli jak do tego doszło, że się takim stał? Odpowiedzieć trzeba od razu na oba pytania, bo odpowiedzi te wzajemnie się uzupełniają. Ludzie, którzy dążą obecnie do wysunięcia się na czoło europejskiego życia, bardzo się różnią od tych, którzy w XIX wieku życiu nadawali ton, choć jednak przyjście ich przygotowane było i ukształtowane przez wiek XIX. Każdy człowiek o przenikliwym umyśle, żyjący w latach 1820, 1850 czy 1880, mógł dzięki prostemu rozumowaniu przewidzieć a priori powagę obecnej sytuacji historycznej. I rzeczywiście, nie dzieje się dzisiaj nic nowego, czego by z góry nie przewidziano sto lat temu. „Masy nacierają” powiadał apokaliptycznie Hegel. „Jeśli nie znajdzie się nowa siła duchowa, to nasza epoka, która jest epoką rewolucyjną, skończy się katastrofą”, zapowiadał August Comte. „Widzę nadciągającą falę nihilizmu!” - wołał ze skał Engandyny wąsacz Nietzsche.
W diagram psychologiczny współczesnego człowieka masowego możemy wpisać dwie podstawowe cechy: swobodną ekspansję życiowych żądań i potrzeb, szczególnie w odniesieniu do własnej osoby, oraz silnie zakorzeniony brak poczucia wdzięczności dla tych, którzy owo wygodne życie umożliwili. Obie te cechy są charakterystyczne dla psychiki rozpuszczonego dziecka.
Współczesne masy ludzkie otacza świat pełen możliwości, a na dodatek pewny i bezpieczny, zastają one wszystko gotowe, będące do ich dyspozycji, ogólnie dostępne, jak słońce i powietrze, nie wymagające jakiegokolwiek uprzedniego wysiłku. Tak też można wyjaśnić demonstrowany przez masy, absurdalny stan ducha: nie interesuje ich nic poza własnym dobrobytem, a jednocześnie nie mają poczucia więzi z przyczynami tego dobrobytu. Zdobyczy cywilizacji nie odbierają jako cudownych, genialnych konstrukcji, których istnienie należy pieczołowicie podtrzymywać; wierzą więc tylko, że ich rola sprowadza się do wymagania istnienia tych ostatnich, jak gdyby chodziło o przyrodzone prawa.
Człowiek, którego analizujemy, przyzwyczaił się nie odnosić własnej osoby do żadnej zewnętrznej instancji. Zadowolony jest z siebie takiego, jakim jest. Skłonny jest zupełnie szczerze - i to nie przez próżność - jako rzecz najbardziej naturalną w świecie przyjmować i brać za dobrą monetę wszystko, co w sobie napotyka: mniemania, pożądania, upodobania i wybory. Dlaczego by nie miał tak robić, skoro nikt ani nic go nie zmusza do uprzytomnienia sobie, iż jest człowiekiem drugiej kategorii, nader ograniczonym, niezdolnym do stworzenia ani zachowania nawet tej organizacji, która zapewnia jego życiu pełnię i zadowolenie, co z kolei daje mu podstawę do owej afirmacji własnej osoby?
Człowiek, który przypisuje sobie prawo posiadania własnego zdania na jakiś temat, nie zadając sobie uprzednio trudu, by go przemyśleć, jest doskonałym przykładem owego niezmiennego i absurdalnego sposobu bycia człowiekiem, który nazwałem „zbuntowaną masą”. To właśnie znaczy mieć duszę hermetycznie zamkniętą. W tym wypadku chodzi o hermetyczność intelektualną. Dany osobnik poruszając się wśród pewnego zbioru idei, który w sobie nosi, zadowala się nimi, uznając się zarazem za intelektualnie dojrzałego i pełnego. Nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co się dzieje wokół niego, rozsiada się wygodnie i na stałe wśród swoich własnych idei.
Oto właśnie mechanizm zamknięcia się w sobie. Człowiek masowy uważa się za uosobienie doskonałości. Człowiek wybitny musi być bardzo próżny, by czuć się doskonałym, a jego wiara we własną doskonałość nie jest czymś wrodzonym, czymś pozostającym w organicznym związku z jego osobowością, lecz wynika z jego próżności i nawet dla niego samego ma charakter fikcyjny i problematyczny. Dlatego też człowiek próżny potrzebuje innych, u których szuka potwierdzenia opinii, jaką chciałby mieć o sobie samym. Na szczęście człowiek szlachetny, nawet wtedy, kiedy „zaślepia” go próżność, nie czuje się nigdy prawdziwie doskonały i pełny. Inaczej ma się rzecz z przeciętnym człowiekiem naszych czasów, z nowym Adamem - jemu nie przyjdzie nawet do głowy powątpiewać o własnej doskonałości. Jego wiara w siebie samego jest iście rajska, tak samo jak wiara Adamowa. Wrodzona hermetyczność duszy wyklucza zaistnienie warunku koniecznego do odkrycia własnej niedoskonałości, jakim jest porównanie siebie z innymi. Porównać się z bliźnim to znaczy wyjść na chwilę z siebie samego i przenieść się do duszy kogoś innego. Ale dusza przeciętna niezdolna jest do transmigracji, najszlachetniejszej formy sportu.
Człowiek masowy raz na zawsze uznaje za święty zbiór komunałów, szczątków idei, przesądów czy po prostu pustych słów, które za sprawą przypadku nagromadził w swoim wnętrzu, by potem ze śmiałością, którą wytłumaczyć można tylko naiwnym prostactwem, narzucać je innym. To właśnie uznałem za cechę charakterystyczną dla naszych czasów: nie to, że człowiek pospolity wierzy, iż jest jednostką nieprzeciętną, a nie pospolitą, lecz to, że żąda praw dla pospolitości czy wręcz domaga się tego, pospolitość stała się prawem.
Dzisiaj przeciętny człowiek ma bardziej taksujące „idee” na temat tego, co się we wszechświecie dzieje i co się dziać powinno. Dlatego też zatracił umiejętność słuchania. Po co słuchać innych, skoro wszystko, czego potrzeba, ma się już we własnym wnętrzu? Teraz już nie czas na słuchanie, a wręcz przeciwnie, na sądzenie, wyrokowanie, rozstrzyganie. Nie ma obecnie mowy o życiu publicznym, na które nie miałoby wpływu pospólstwo, jakkolwiek byłoby ślepe i głuche, narzucające wszystkim swoje „poglądy”.
Pojawił się typ człowieka, który nie chce drugiemu przyznać racji ani nie pragnie sam mieć racji, lecz po prostu jest zdecydowany narzucić swoje poglądy innym. I to właśnie jest owa nowość: prawo do tego, by nie mieć racji, podstawa do bezpodstawności. Człowiek przeciętny ma w swojej duszy zestaw gotowych „myśli”, brak mu jednak umiejętności myślenia. Nie ma nawet pojęcia o owym subtelnym żywiole, z którego idee czerpią swe soki żywotne. Chce wydawać sądy, ale nie chce uznawać warunków i założeń koniecznych do ich wydawania. Stąd też, praktycznie rzecz biorąc, jego „idee” są niczym innym, jak pragnieniami ujętymi w słowa.
Mieć jakąś ideę to wierzyć, iż posiada ona swe racje, a innymi słowy, wierzyć, iż istnieje jakiś rozum, jakiś świat zrozumiałych prawd. Myśleć, sądzić to tyle, co odwoływać się do owej instancji, uznawać jej nadrzędność, przyjmować jej kodeks i jej wyroki, czyli wierzyć, że wyższą formą współżycia jest dialog między racjami naszych idei. Ale człowiek masowy, podejmując dyskusję, czuje się od razu zagubiony i instynktownie odrzuca konieczność szanowania owej najwyższej instancji będącej poza nim. Dlatego „nowe” w Europie to hasło „koniec z dyskusjami” i niechęć do wszelkich form współżycia, które same przez się powodują poszanowanie norm obiektywnych we wszystkich dziedzinach życia, począwszy od prywatnej rozmowy, przez naukę, aż do parlamentu. Oznacza to odrzucenie współżycia w kulturze, czyli współżycia w ramach jakichś norm i powrót do współżycia barbarzyńskiego. Przechodzi się do porządku dziennego nad normalną procedurą postępowania, dążąc bezpośrednio do narzucenia innym swojego widzimisię i swoich życzeń. Hermetyczność duszy, która - jak już o tym była mowa - skłania masę do interweniowania w każdej dziedzinie życia publicznego, prowadzi nieuchronnie do tego, że jej jedyną procedurą postępowania staje się bezpośrednia akcja.
Człowiek masowy jest przekonany, że cywilizacja, w której się urodził i z której korzysta, jest czym równie spontanicznym i pierwotnym jak przyroda, i ipso facto staje się prymitywem. Wydaje mu się, że cywilizacja to dzicz.
Zasady leżące u podstaw świata cywilizowanego, który należy utrzymać przy życiu, dla współczesnego człowieka przeciętnego nie istnieją. Nie interesują go wartości leżące u podstaw kultury, nie solidaryzuje się z nimi, nie czuje się wcale skłonny do tego, by im służyć.
Przez starą Europę dmie wicher wszechogarniającej i nader różnorodnej farsy. Prawie wszystkie postawy, które się przyjmuje i manifestuje, są wewnętrznie fałszywe. Cały wysiłek skierowany jest na ucieczkę od własnego przeznaczenia, na niedostrzeganie go, na unikanie konfrontacji z tym, czym się być powinno. Życie jest tym bardziej humorystyczne, im bardziej tragiczna jest przybrana maska. Życie jest humorystyczne zawsze wtedy, kiedy przybierane postawy można odwołać czy unieważnić, a dana osoba nie identyfikuje się z nimi całkowicie i bez zastrzeżeń. Człowiek masowy nie stoi nogami na twardym i niewzruszonym podłożu swego przeznaczenia, lecz woli raczej fikcyjną egzystencję, zawieszony w przestworzach. Dlatego też te życia, bez wagi i bez korzeni - wyrwane ze swego przeznaczenia - tak łatwo dają się porwać nawet najsłabszym prądom.
Żyjemy w epoce „prądów” i „dawania się porwać”. Prawie nikt nie stawia oporu powierzchownym prądom, jakie się współcześnie pojawiają w sztuce, ideologii, polityce czy obyczajowości. Dlatego też retoryka odnosi teraz większe triumfy niż kiedykolwiek przedtem.
Zrozumienie obecnej sytuacji może nam ułatwić porównanie jej, przy zachowaniu oczywiście należnych proporcji, z innymi podobnymi sytuacjami, które miały miejsce w przeszłości. Tak się składa, że kiedy cywilizacja śródziemnomorska osiągała swój najwyższy poziom - to jest około III wieku p.n.e. - pojawili się cynicy. Na wspaniałych dywanach Arystypa stanął Diogenes w zabłoconych sandałach. Cynicy zaczęli się mnożyć, można ich było spotkać na każdym rogu ulicy i we wszystkich sferach społecznych. A przecież cynicy nic innego nie robili, jak właśnie sabotowali ówczesną cywilizację. Byli nihilistami epoki hellenizmu. W nic nie wierzyli i niczego nie tworzyli. Swoją rolę sprowadzali do rozkładania cywilizacji - lub raczej – do podejmowania prób jej rozkładu, bo im także nie udało się osiągnąć swego celu. Cynik, pasożyt na łonie cywilizacji, żyje z tego, że ją odrzuca, dlatego właśnie, że jest przekonany o jej niewzruszonej trwałości. Cóż robiłby cynik wśród barbarzyńskiego ludu, gdzie wszyscy w sposób naturalny i poważny to właśnie by czynili, co on w grotesce uważa za swoje osobiste zadanie? Kim byłby faszysta, który by nie mówił źle o wolności, czy superrealista, który by nie przeklinał sztuki?
Ten typ człowieka, zrodzony w świecie zbyt dobrze zorganizowanym, który widzi dla siebie same korzyści, a jest zarazem ślepy na niebezpieczeństwa, po prostu nie potrafi zachowywać się inaczej. Jest rozpuszczony przez środowisko, w którym żyje, przez „cywilizację”. „Beniaminek”, żyjący w niej jak w domu rodzinnym, nie odczuwa żadnej potrzeby wyjścia poza własne, kapryśne „ja”, nic go nie skłania do posłuchu wobec wyższych, zewnętrznych względem siebie instancji, a już najmniej czuje się w obowiązku docierania do najgłębszych pokładów własnego przeznaczenia.
Kto sprawuje dziś władzę społeczną? Kto narzuca naszej epoce swoją strukturę duchową? Jaka grupa cieszy się największym uznaniem, stanowi coś w rodzaju współczesnej arystokracji? Bez wątpienia inżynierowie, lekarze, finansiści, profesorowie, itp. Kto jest tej grupy najczystszym, najdoskonalszym przedstawicielem? Bez wątpienia ludzie nauki. Gdyby jakaś pozaziemska istota odwiedziła Europę w celu wyrobienia sobie o niej sądu i zwróciła się do jej mieszkańców o wskazanie takiej grupy ludzi, z którą się najbardziej identyfikują, Europejczycy bez wątpienia z dumą i przekonani o korzystnym wyniku oceny, wskazaliby ludzi nauki.
Tak więc okazuje się, że współczesny człowiek nauki jest prototypem człowieka masowego. Nie wchodzą tu w grę jakieś szczególne przyczyny ani osobiste braki poszczególnych naukowców, po prostu sama nauka - rdzeń cywilizacji - przemienia ich w ludzi masowych, a więc czyni z nich prymitywów, współczesnych barbarzyńców.
Jest to sprawa dobrze znana: stwierdzono to niezliczoną ilość razy; ale dopiero teraz prawda ta, umieszczona w ogólnej konstrukcji tego eseju, nabiera w pełni znaczenia i wagi.
Początek nauk eksperymentalnych przypada na koniec XVI wieku (Galileusz), stają się one w pełni nauką pod koniec XVII wieku (Newton) i zaczynają się na dobre rozwijać od połowy XVIII wieku. Rozwój jest czymś innym niż konstytuowanie się i innym podlega regułom. Tak więc ukonstytuowanie się fizyki jako nauki (mianem tym obejmujemy zbiór nauk eksperymentalnych) wymagało ujednolicenia. O to właśnie starał się Newton i jego współcześni. Ale przed fizyką, w trakcie jej dalszego rozwoju, stanęły zupełnie inne zadania, wręcz przeciwne do dążeń unifikacyjnych. Warunkiem rozwoju w nauce stała się specjalizacja ludzi nauki. Specjalizacja ludzi, ale nie samej nauki. Nauka nie jest specjalistyczna. Gdyby tak było, to ipso facto przestałaby być prawdziwa. Nawet nauki eksperymentalne, wzięte w całości, nie byłyby prawdziwe, gdyby je oddzielić od matematyki, logiki czy filozofii. Natomiast praca w nauce, owszem, musi być w sposób nieunikniony coraz bardziej specjalistyczna.
Rozwój specjalizacji zaczął się dokładnie w tych czasach, które człowiekowi cywilizowanemu nadały nazwę „encyklopedycznego”. Wiek XIX rozpoczął się pod kierunkiem jednostek żyjących encyklopedycznie, chociaż wytwarzana przez nie produkcja miała już charakter specjalistyczny. W następnym pokoleniu równowaga zostaje zachwiana i specjalizacja zaczyna wypierać kulturę integralną z wnętrza człowieka nauki. Kiedy w roku 1890 trzecie pokolenie obejmuje władzę intelektualną w Europie - mamy już do czynienia z typem badacza naukowego, niespotykanym dotychczas w historii. Jest to jednostka, która z całej wiedzy, jaką należy posiąść, by być człowiekiem mądrym i inteligentnym, zna tylko jedną dziedzinę nauki, a naprawdę dobrze tylko drobny jej wycinek, będący przedmiotem jej własnej działalności badawczej. Dochodzi do tego, że za cnotę uznaje nieznajomość wszystkiego, co leży poza małym poletkiem przez nią uprawianym, a ciekawość dla całości wiedzy ludzkiej określa mianem dyletantyzmu.
Rzecz w tym, że człowiek, ograniczony do swego wąskiego pola widzenia, w istocie odkrywa nowe fakty, przyczyniając się do rozwoju swojej dziedziny nauki, której całość zna jedynie bardzo powierzchownie. Dorzuca w ten sposób kolejną cegiełkę do encyklopedii wiedzy ludzkiej, ale jej zupełnie świadomie i programowo nie ogarnia. Jak mogło dojść do podobnej sytuacji?
Należy tu raz jeszcze powtórzyć ów paradoksalny acz niezaprzeczalny fakt: nauki eksperymentalne zawdzięczają swój postęp w dużej mierze pracy ludzi absolutnie przeciętnych, a nawet mniej niż przeciętnych. Znaczy to, że współczesna nauka, podstawa i symbol naszej cywilizacji, daje schronienie i hołubi w swoim łonie ludzi intelektualnie poślednich, pozwalając im na skuteczne działanie. Przyczyna tego stanu rzeczy leży w fakcie, że główny motor rozwoju nowej nauki i całej cywilizacji, którą ona kieruje i ucieleśnia, stanowi zarazem najgroźniejsze dla niej niebezpieczeństwo. Mowa tu o mechanizacji. Olbrzymia część zadań, jakie są do wykonania w fizyce i biologii, to kwestia mechanicznych procesów myślowych, które przeprowadzić może każdy albo prawie każdy. Po to, by niezliczonym rzeszom badaczy ułatwić zadanie, można całą naukę podzielić na malutkie segmenty, umożliwiające zamknięcie się i odgrodzenie od innych. Owo chwilowe i praktyczne rozczłonkowanie wiedzy możliwe jest dzięki stałości i dokładności metod. Za pomocą tych metod pracuje się jak przy użyciu maszyny. Po to, by otrzymać wartościowe wyniki, nie potrzeba wcale znać ich sensu ani ich podstaw.
Tak więc większość naukowców przyczynia się do ogólnego postępu nauki siedząc w zamkniętych komórkach swoich laboratoriów, jak pszczoły w plastrze lub jak sztućce w swoim futerale. Ale sytuacja ta rodzi nadzwyczaj dziwny typ człowieka. Badacza, który odkrył jakieś nowe zjawisko przyrody, ogarnia siłą rzeczy poczucie wyższości i pewności siebie. W swoim mniemaniu czuje się usprawiedliwiony w tym, że uważa siebie za „człowieka, który wie”. I rzeczywiście, tkwi w nim fragment czegoś, co w połączeniu z innymi elementami, których w nim już nie ma, tworzy razem prawdziwą wiedzę. Taka więc jest sytuacja duchowa specjalisty, który w pierwszych latach tego wieku doszedł do stanu najbardziej frenetycznej przesady. Specjalista „wie” wszystko o swoim malutkim wycinku wszechświata, ale co do całej reszty jest absolutnym ignorantem.
Oto wspaniały przykład owego nowego człowieka, którego starałem się zdefiniować, opisując różne jego rysy i cechy. Mówiłem, iż jest to typ istoty ludzkiej nie mający w dziejach precedensu. Specjalista może posłużyć jako konkretny przykład tego gatunku, ułatwiając nam zrozumienie całego radykalizmu tej nowości. Przedtem ludzi dzieliło się w sposób prosty, na mądrych i głupich, na mniej lub bardziej mądrych i mniej lub bardziej głupich. Ale specjalisty nie można włączyć do żadnej z tych kategorii. Nie jest człowiekiem mądrym,bo jest ignorantem, jeśli chodzi o wszystko, co nie dotyczy jego specjalności; jednak nie jest także głupcem, ponieważ jest „człowiekiem nauki” i zna bardzo dobrze swój malutki wycinek wszechświata. Trzeba więc o nim powiedzieć, że jest mądro-głupi. Jest to sprawa nadzwyczaj groźna, oznacza bowiem, że człowiek ten wobec wszystkich spraw, na których się nie zna, nie przyjmuje postawy ignoranta, lecz wręcz przeciwnie, traktuje je wyniosłą pewnością siebie kogoś, kto jest uczony w swej specjalnej dziedzinie. I w istocie tak właśnie zachowuje się specjalista. Wobec polityki, sztuki, obyczajów społecznych i towarzyskich, a także wobec innych nauk przyjmuje postawę najgłupszego prymitywa; ale robi to z przekonaniem i pewnością siebie, nie dopuszczając - i to jest rzecz paradoksalna - możliwości istnienia specjalistów w tamtych dziedzinach. Cywilizacja, czyniąc go specjalistą, spowodowała zarazem to, że w pełni z siebie zadowolony zamknął się hermetycznie we własnej ograniczoności; a z kolei wewnętrzne poczucie zadufania i własnej wartości prowadzi go do tego, iż pragnie dominować także w dziedzinach nie mających nic wspólnego z jego wąską specjalizacją. Rezultat jest taki, iż mimo że w swojej specjalności osiągnął najwyższe kwalifikacje - specjalizację - a więc cechę wręcz przeciwną do tych, które charakteryzują człowieka masowego, to jednak we wszystkich innych dziedzinach życia zachowuje się jak pozbawiony wszelkich kwalifikacji człowiek masowy.
Nie jest to sprawa błaha. Każdy, kto chce, może zauważyć, jak głupio dziś myślą i postępują w takich sprawach jak polityka, sztuka, religia, lub gdy w grę wchodzą ogólne problemy życia i świata, „ludzie nauki”oczywiście, za ich przykładem, lekarze, inżynierowie, finansiści, nauczyciele, itp. Ta postawa „niesłuchania”, niepodporządkowywania się żadnym instancjom wyższym, która, jak już wielokrotnie powtarzałem, cechuje człowieka masowego, osiąga szczyty właśnie u tych ludzi częściowo wykwalifikowanych. Oni to symbolizują obecne imperium mas, które z nich w znacznej mierze się składa, a ich barbarzyństwo jest najbardziej bezpośrednią przyczyną demoralizacji Europy.
Z drugiej strony stanowią najjaskrawszy i najdoskonalszy przykład tego, jak cywilizacja zeszłego wieku pozostawiona własnym skłonnościom spowodowała odrodzenie się prymitywizmu i barbarzyństwa.
Najbardziej bezpośrednim wynikiem tej niczym nie kompensowanej specjalizacji jest to, że obecnie, kiedy mamy na świecie więcej „ludzi nauki” niż kiedykolwiek przedtem, mamy też znacznie mniej ludzi „kulturalnych i wykształconych" niż np. w roku 1750. Najgorsze jest to, że te naukowe pszczoły nie gwarantują nawet postępów samej nauki. Postęp w nauce wymaga tego, by od czasu do czasu, w ramach organicznej regulacji wzrostu, podsumować osiągnięte wyniki. Staje się to coraz trudniejsze, ponieważ ogarniać trzeba coraz to szersze dziedziny ogółu wiedzy. Newton mógł stworzyć system fizyki, nie mając zbyt wielkiego pojęcia o filozofii, ale Einstein, by móc stworzyć teoretyczną syntezę, musiał najpierw przesiąknąć Kantem i Machem. Kant i Mach - nazwiska te tylko symbolizują cały ogrom myśli filozoficznej i psychologicznej, która wywarła wpływ na Einsteina - posłużyli do uwolnienia umysłu, otwierając Einsteinowi drogę do nowych teorii. Ale Einstein nie wystarczy. Fizyka wkracza w okres najgłębszego w swych dziejach kryzysu, a uratować ją może tylko nowa encyklopedia, bardziej systematyczna od pierwotnej.
Tak więc specjalizacja, dzięki której możliwy był rozwój nauk eksperymentalnych w ciągu całego wieku, dochodzi obecnie do momentu, od którego sama z siebie nie będzie już mogła postępować naprzód.
Chociaż specjalista nie zna zasad fizjologii wewnętrznej nauki, którą sam uprawia, to jednak jeszcze głębsza i groźniejsza jest jego ignorancja w zakresie dziejowych warunków przetrwania, czyli co do tego, jak powinny być zorganizowane społeczeństwa, a także wnętrze człowieka, by na świecie w dalszym ciągu istnieć mogli naukowcy. Zmniejszenie się liczby chętnych do podejmowania pracy naukowej jest symptomem budzącym zaniepokojenie wszystkich tych, którzy mają jasne wyobrażenie o tym, czym jest cywilizacja. Brakuje owej idei na ogół typowym „ludziom nauki”, śmietance naszej cywilizacji. Oni także wierzą, że cywilizacja jest czymś zastanym, odwiecznym i prostym jak skorupa ziemska i pierwotna puszcza.
*** Wpis skrojony z fragmentów słynnego eseju Jose Ortega y Gasseta p.t. „La rebelion de las masas” w tłumaczeniu Piotra Niklewicza: filspol.files.wordpress.com. Gorąco polecam całość.
  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 65218
Marek1taki

Anonymous

30.10.2017 09:24

Dziękuję, że przybliża Pan esej z lat trzydziestych, tak bardzo aktualny po latach, jakby był pisany współcześnie.
Hiszpański arystokrata pominął w nim element kumulacji kapitału do I wojny światowej i przekształceń własnościowych w jej wyniku. Wówczas to jego środowisko oddało władzę nowej arystokracji - finansowej, która swoje panowanie systematycznie umacnia.
Zabawne, że Ayn Rand napisała w 1957r.powieść filozoficzną "Atlas zbuntowany", która opiewa trud nowej arystokracji - tytułowego Atlasa - dźwigającego odpowiedzialność za masy.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

30.10.2017 11:56

Dodane przez Marek1taki w odpowiedzi na Dziękuję, że przybliża Pan

Musiał mieć dobre oko by dostrzec 100 lat temu to co dopiero dzisiaj wylazło w całej swojej potworności.
Marek1taki

Anonymous

31.10.2017 08:11

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Musiał mieć dobre oko by

Jego oko wychwyciło niuanse ówczesnego świata po przejściach, z punktu widzenia jego upadłej klasy.
Mnie zaskoczyło, że wiele się w gruncie rzeczy nie zmieniło. Patrząc z perspektywy mojego życia te przemiany miały miejsce w IIIRP. Jak się okazuje oceniałem błędnie.
Hiszpan jednak nie doceniał roli propagandy. Masy nie myślą indywidualnie, masy myślą zbiorowo. Część zarzutów do człowieka masowego odbieram jako niesłusznie przypisanych jego indywidualnym dążeniom. Moim zdaniem to wynik urobienia indywidualności na masę.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

31.10.2017 14:38

Dodane przez Marek1taki w odpowiedzi na Jego oko wychwyciło niuanse

"Hiszpan jednak nie doceniał roli propagandy" - raczej nie podjął tego tematu. Jego rozważania były bardziej ogólne. Charakteryzując CzM podkreślał przypadkowość "poglądów", w czym mieści się wpływ mediów.  Coś przypadkowego przylgnie i już trzyma się, że siekierą nie odetnie - tak je przedstawiał. Inaczej musiałby sobie uświadomić, że nie wie skąd się wzięły. Mieści się w tym całkowita niezdolność do jakiejkolwiek dyskusji. Próba podjęcia dyskusji wywołuje w CzM agresję! A co przylgnie? No to co najszerzej jest rozsiewane, czyli w dzisiejszych czasach po(p)kultura robienia sobie dobrze (stąd pochody triumfalne pedałów, którzy robienie sobie dobrze wznieśli na pułap ogólnoludzkich idei postępowego świata).
Marek1taki

Anonymous

31.10.2017 15:06

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na "Hiszpan jednak nie doceniał

Zwróciła moja uwagę kwestia odpowiedzialności, do której obliguje szlachectwo, i konsekwentnie dalej płynąca obrona wartości nobilitacji przed parweniuszami. To nie jest jednak do pogodzenia w warunkach demokracji, w sytuacji gdy budżet państwa nie leży w gestii króla i możnych.
Współcześnie też widać obronę wpływów sfer władzy. Władzy, która pomija milczeniem i przykrywa zgiełkiem mediów głosy "chamów zbuntowanych" - tak to trzeba określić, którzy domagają się wyjawienia stojących za kampaniami propagandowymi działań finansowych. Np. ekologia i podatek od CO2 (żeby nie psuć miłej atmosfery innymi chwytami za serce połączonymi z chwytem poniżej pasa).
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

02.11.2017 18:14

Dodane przez Marek1taki w odpowiedzi na Zwróciła moja uwagę kwestia

No właśnie
Ptr

Ptr

30.10.2017 12:26

To są bardzo ambitne przemyślenia intelektualisty Ortegi y Gasseta z czasów ( XX wiek) , gdy postulowana przez niego (jako tzw. konieczność dziejowa) demokracja liberalna  jeszcze w pełni nie rozwinęła się. A pomimo to były już zauważalne negatywne tendencje i zjawiska: oderwanie mas od głębszych wartości, nieodpowiedzialność rządzących, barbarzyństwo wyzierające w chęci dominacji argumentem siły , a nie siłą argumentu. Całość tego paradygmatu jest zanurzona w lewicowo - naukowym spojrzeniu, choćby autor chciał wyjść poza jego schemat, nie widać na to szans. Z dzisiejszej perspektywy widać ,że dzisiejsza demokracja liberalna zmaga się z tymi samymi problemami, które stały się obecnie jeszcze bardziej oczywiste i aktualne.  W eseju filozofa widać silny rys wiary w postęp naukowy z wysunięciem Einsteina na czoło ożywczego trendu nauki. Ogólnie jest to mieszanka pochwały rozwoju społecznego ze wskazaniem na tzw. błędy i wypaczenia. 
Moja opinia jest taka : Mamy w Europie rozwijający się powoli od kilku wieków nurt postępowo-naukowy , który nadaje kształt cywilizacji europejskiej właśnie tak jak to obecnie możemy zauważyć - mówi się o upadku. Wcześniej objawem ewidentnej choroby były totalitaryzmy. Jeszcze przedtem zaburzenia społeczne wynikające z rozwoju kapitalizmu.
Nie można się dziś dziwić , że dziś jest źle , gdy od długiego czasu budowało się na założeniach ideologicznych w dużej mierze utopijnych.
Do wątku Einsteina dodałbym jednak pytanie ? Czy można wierzyć w jeden konkretny paradygmat naukowy czy filozoficzny, nawet poparty częściowo sprawdzającymi się rezultatami. 
Otóż moim zdaniem prawdopodobieństwo , że pewne odkrycia okażą się być nieprawdziwe, jednak jest znaczne. Wydaje mi się to ważne dlatego ,że na pewnych odkryciach naukowych, na takich fundamentach budowane są schematy ideologiczne, które dalej bywają szkieletem całej "budowli" społecznej. 
Einstein wierzył w pewne założenia co do konstrukcji świata, a okazało się , że te założenia są obecnie negatywnie weryfikowane przez inne teorie i wyniki eksperymentalne. Mówiąc w skócie determinizm i materializm są pojęciami fałszywymi. Świat nie jest deterministycznym mechanizmem. Materia nie jest tym konkretem do jakego intuicyjnie jesteśmy przyzwyczajeni. W konsekwencji świadomość i duchowość nie jest tylko efektem ubocznym rozwoju materii. 
Jednak zdaję sobie sprawę , że dzisiejsza nauka z trudnością będzie mogła przejść do nowych perspektyw. Tradycyjna fizyka koncentrująca się na Einsteinie będzie miała duże trudności ze zrozumieniem nowego paradygmatu. Tutaj proces przebicia się do świadomości powszechnej będzie trudny.
Imć Waszeć

Dark Regis

30.10.2017 15:52

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na To są bardzo ambitne

Słyszał Pan może o takim zagadnieniu matematycznym jak uogólnienie liczb rzeczywistych w taki sposób, żeby zachować podstawowe działania, w tym dzielenie? Okazuje się, że istnieje tylko kilka dobrych konstrukcji, które do tego mają jeszcze porządną normę, jako podstawę do stworzenia porządnej funkcji odległości (metryki). Są to kolejno oprócz R, C, H i O. C to liczby zespolone, które muszą istnieć, bo gdy szukamy zer wielomianów, to bez nich świat robi się niepełny w opisie i zbyt skomplikowany. C jest więc dla R algebraicznym domknięciem, czyli dorzucamy wszystkie te brakujące wśród liczb rzeczywistych zera wszystkich wielomianów, jak "pierwiastek z -1" itp. Powie Pan "w szkole średniej uczą, że pierwiastek z liczb ujemnych nie istnieje" - szkoła bzdurzy, żeby jakoś się wykręcić od odpowiedzi, którą potem i tak poznaje każdy student. Najprostszym modelem dla C jest zbiór reszt z dzielenia dowolnych wielomianów przez wielomian nierozkładalny (x^2+1). Szkoła po prostu zaprzestała uczenia arytmetyki modularnej na liczbach całkowitych i stąd brak odpowiednich horyzontów do wyłożenia tego prościutkiego zagadnienia w ogólniaku. Każdy łebski człowiek może bowiem sobie policzyć, że jak weźmie 101 i rozłoży sobie na sumę 34 i 67, to reszta z dzielenia 101 przez 5 (równa 1) będzie taka, jak suma (oczywiście też po odjęciu wszystkich pełnych piątek) reszt z dzielenia przez 5 dwóch liczb 34 i 67 (4+2=5+1, czyli 1). Tak właśnie to jest, że jak zaczniemy na głupiego Jasia odejmować piątki od wszystkich tych liczb, to i tak dojdziemy do tego samego wyniku. Zauważyli to już starożytni Chińczycy i stworzyli słynną zagadkę, która stała się podstawą do sformułowania ważnego Chińskiego Twierdzenia o Resztach w algebrze. Reasumując, nie da się powiedzieć, że liczby zespolone są wyssane z brudnego palca jakiegoś profesora matematyki, bo również trzeba by było powiedzieć, że dzielenie z resztą 7:2 nie jest wykonalne (czyli wydawanie reszty w sklepie). Prawda, że to bezdenna bzdura? Dalej mamy H czyli kwaterniony. One również nie są jakimś tam konceptem wyssanym z brudnej pięty innego profesora, bo po prostu opisują inny model obrotów w przestrzeni 3 wymiarowej i dlatego stasuje się je dziś od grafiki komputerowej po sterowanie ramion robotów marsjańskich. Zupełnie nieznane są za to liczby O (oktoniony), ale to z tego powodu, że nie każdy zajmuje się kosmologią albo złożonymi równaniami fizyki. Po prostu oktoniony służą do odzwierciedlenia w modelach zagadnień nieprzemiennych i jednocześnie niełącznych - słynna geometria nieprzemienna. To działa, ale trzeba trochę poczytać, trochę więcej niż 100 stron. Co ma do tego Einstein? Nic. To już jest prehistoria nauki i rozmawiamy nie o Einsteinie, tylko o setkach innych teorii i eksperymentów. Einstein jest tylko jak świecidełko dla tubylców z dżungli, żeby można było sobie "intelektualnie" pogadać, że się z nim ktoś nie zgadza. No i co z tego. Równie dobrze można stać na torach TeŻeVe...
Ptr

Ptr

30.10.2017 15:41

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Słyszał Pan może o takim

Jasne, ale wspomniałem o powszechnym odbiorze, gdzie wszystko kręci się wokół Einsteina. Taki obraz ( ciekawie opowiedziany ) umieszczony bardzo na osi Re prezentuje Prof. K. Meissner. Skrupulatność na osi Re jest światem nauki. Tutaj stawiamy sobie pytanie Einsteinowskie : Jak to jest możliwe , że w ogóle cokolwiek daje się zrozumieć ? 
Dziś wiemy ,że wielu prostych zjawisk, jakie można łatwo zrobić w domu, nie da się wyjaśnić licząc tylko na liczbach rzeczywistych. W zasadzie świata nie da się wyjaśnić bez osi Im. I gdybym chciał zabawiać publiczność możnaby powiedzieć ,że świat opisywany liczbami Re musiałby się skończyć natychmiast. 
A więc wszelkiego chowu racjonaliści, odwołujący się do racjonalizmu w polityce, do przewidywalnych związków przyczynowo-skutkowych , które nie zadziałały : Coś jest za "horyzontem", coś jest obok, czego nie widać. Nie można zobaczyć cudu, ale prawdopodobnie będzie można stwierdzić jego istnienie. Zresztą już to stwierdzono w małej skali.
Imć Waszeć

Dark Regis

01.11.2017 15:16

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Jasne, ale wspomniałem o

"Jak to jest możliwe, że w ogóle cokolwiek daje się zrozumieć?" - to bardzo dobre pytanie. Sam je sobie stawiam codziennie. Nawet pisałem tu o nim kilka razy. Na przykład przy okazji odkrycia twierdzenia Pour-El - Richardsa, którzy stwierdzili ni mniej ni więcej, tylko że są modele kosmologiczne złożone z równań różniczkowych, w których wszystko da się policzyć za pomocą maszyny Turinga, czyli klasycznego komputera, dane początkowe, współczynniki, ale rozwiązania są już nieobliczalne. Czyli nie można ich liczyć żadnym algorytmem. Jeśli za pomocą takiego modelu zdefiniowane są najważniejsze stałe fizyczne (a nawet jak ewoluują w sposób ciągły, włażąc na wartości nieobliczalne/niealgorytmiczne co jakiś czas), to nici z tezy o tym, że uda się kiedykolwiek symulować Wszechświat w jakimkolwiek komputerze. To znaczyłoby też, że żaden Matrix nie może istnieć. Z drugiej strony ma to związek z tezą Churcha, czy też Churcha-Turinga dotyczącej tzw. silnej AI (sztucznej inteligencji) oraz platonizmem: logic.amu.edu.pl Pour-El i Richards wykazali więcej, gdyż znaleźli nieobliczalne rozwiązania w równaniach falowych (znanych z fizyki), czyli np. opisujących własności fali świetlnej lub elektronu. BTW Meissner ma bardzo ciekawe wykłady. Wysłuchałem kilku. Polecam też wykłady Hellera. Ja zaś tutaj odnoszę się do wykładu Rogera Penrose'a.
Imć Waszeć

Dark Regis

30.10.2017 18:12

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Jasne, ale wspomniałem o

Przy okazji, w sformułowaniu za pomocą oktonionów, słynne równania Maxwella są nie cztery, tylko jedno: DF+J=0. Szok! xxx.lanl.gov
Ptr

Ptr

30.10.2017 20:23

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Przy okazji, w sformułowaniu

Leonard Suskind twierdzi ,że nikt nie stworzył jeszcze właściwego opisu przejscia światła przez dwa czy trzy polaryzatory, ale prawidłowego opisu klasycznego. I chyba nic się nie zmienilo.
Wykłady Meissnera są ciekawe, ale dużo można jeszcze powiedzieć ponad to , co zostało powiedziane. A nie jest mówione specjalnie nic nowego. 
Roger Penrose myślał ,że wymyśli więcej zanim skończy pisać książkę. Ale powiedział ,że nie wymyślił :).
admin

Admin Naszeblogi.pl

30.10.2017 20:36

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Leonard Suskind twierdzi ,że

Z dwoma to nie ma problemu. Gorzej z trzema. Ja tego nie rozumiem, ale może
>>>IMĆ Waszeć
by wytłumaczył
Ptr

Ptr

30.10.2017 22:15

Dodane przez admin w odpowiedzi na Z dwoma to nie ma problemu.

Wyjaśnienie przejścia przez dwa też jest uproszczone, czyli -mam na myśli- nieprawdziwe. Ale na lekcję fizyki wystarczy, niestety.
admin

Admin Naszeblogi.pl

31.10.2017 12:17

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Wyjaśnienie przejścia przez

I to jest właśnie problem. Później człowiek nie jest w stanie tego zrozumieć czy w ogóle przyjąć tego do wiadomości. Ale jak wprowadzić mechanikę kwantową do fizyki w gimnazjum, kiedy o prawdopodobieństwie chyba jeszcze nic nie ma wtedy na matmie.
Niemniej, takie uproszczenia negatywnie skutkują na próbę rozumienia zjawisk fizycznych i być może negatywnie na wcześniejsze zafascynowanie się tym działającym wbrew logice mikroświatem.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

31.10.2017 14:50

Dodane przez admin w odpowiedzi na I to jest właśnie problem.

Zaryzykowałbym tezę, że nie ma dość skomplikowanej materii by dziecku nie dało się wytłumaczyć. Chyba, że tłumaczący sam nie rozumie. Oczywiście mogę się mylić, ale jak na razie nie znam przykładu przeczącego tej tezie, a rzuciło mnie tam, gdzie przykłady dałoby się zauważyć, gdyby były.  Więcej, dziecko jest bardziej niż osoba dorosła otwarte na abstrakcje!
Ptr

Ptr

31.10.2017 19:50

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Zaryzykowałbym tezę, że nie

To jest właśnie taki przypadek. Możemy policzyć dokładnie i przewidzieć jaki będzie efekt przejścia światła przez 3  polaryzatory, ale nie możemy dobrze opowiedzieć , co się dzieje. Owszem , można coś powiedzieć sensownie , ale zakorzenienie w intuicji jest duże i uniemożliwia wyobrażenie sobie pewnych rzeczy. Zresztą tak samo jest z teorią względności. Na pewno to jest nieprzeciętny problem. Poza tym całe wyobrażenie o rzeczywistości tej zwykłej, makroskopowej musiałoby się zmienić.
Ptr

Ptr

31.10.2017 20:41

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na To jest właśnie taki

Stojąc letnim wieczorem nad morzem , patrzac na morze i niebo szukamy krańców wszechświata.
- POPATRZ . TU JEST GRANICA WSZECHŚWIATA, CHAOS, Z KTÓREGO WYŁANIA SIĘ  ŚWIAT. 
- Gdzie ? Nie widzę chaosu. Widzę niebo , znane gwiazdy, fale, które właśnie  zmierzają do brzegu.
- NIE WIDZISZ CHAOSU, NIE MOŻESZ GO ZOBACZYĆ,  WSZYSTKO NA CO SPOJRZYSZ STAJE SIĘ PORZĄDKIEM, MASZ CZĄSTKĘ BOSKIEGO DARU TWORZENIA.
 Ptr
Imć Waszeć

Dark Regis

31.10.2017 00:44

Dodane przez admin w odpowiedzi na Z dwoma to nie ma problemu.

No to wracamy w Kosmos ;) Pamięta Pan może jak chciałem sobie tu kiedyś pogadać o tzw. toposach? Nie jest to zagadnienie specjalnie skomplikowane, w każdym razie nie rzuca na kolana, jednak pokazuje lub raczej obnaża wszelkie niedostatki polskiej nauki w zakresie najnowszych osiągnięć światowej czołówki. Widać to zresztą poprzez polską Wikipedię, którą można porównać z angielską - żenada. U nas jest groch z kapustą. Ostatnio zauważyłem, że coś się wreszcie zmienia, bo nawet na wydziale FUW jest wykład o toposach. Ja zacząłem się tym interesować przypadkiem, gdy gdzieś w końcu lat 80-tych z nudów kupiłem ruskie tłumaczenie książki P.T.Johnstone'a "Topos Theory". Wtedy obracałem się na PW na matematyce stosowanej i z nikim nie dało się o niczym takim pogadać. Nawet w takim tworze dla mózgowców, jak koło naukowe u dr Peryta. Gdy koledzy żłopali piwo w akademiku, ja wymykałem się wieczorami do biblioteki PAN na ul. Śniadeckich. Chodziło mi o coś zupełnie innego, bardziej przyziemnego. W trakcie poszukiwań odpowiedzi na nurtujące mnie wtedy pytanie "co to jest tensor?" - czyli krzywizny, układy krzywoliniowe, koneksje i notacje Einsteina (indeksy górne i dolne) - znalazłem tam znacznie więcej materiału, niż mogłem na ów czas przyswoić. Na szczęście, również przypadkiem, znalazłem tam książkę, która była podstawowym wykładem teorii kategorii, czyli klasycznego Saundersa McLane'a. Ze skruchą muszę natomiast przyznać, że nie byłem jeszcze gotów na Grothendiecka. To był przełom. Teoria kategorii wydała mi się na tyle obiecująca, że odstawiłem nawet na jakiś czas te tensory. Początkowe kroki robiłem prawie po omacku, bo przecież na drugim czy trzecim roku nie ma się kompletnie podstaw ani algebraicznych, ani topologicznych, ani z zakresu logiki, żeby zacząć badać związki strukturalne pomiędzy teoriami. Jednak już po kilku rozdziałach Semadeniego coś mi się tam zaczęło układać w pustakach. Za zdziwieniem stwierdziłem, że są nie tylko wektory i tensory, ale nawet twistory i że są one także związane z kategoriami. Oczywiście czym innym było wczesne olśnienie, a czym innym późniejsza wiedza. Takie w skrócie były moje początki. Prawdę mówiąc wtedy w Warszawie byłem z tymi toposami dla środowiska czymś na kształt dzikusa w gaciach z trawy, który ożłopał się jakiej Ayahuaski i ma widzenia. Nawet rozmawiałem o tym z dr Sasinem, ale nikt nie traktował u nas tego zagadnienia poważnie jako części matematyki, tak samo jak ciężko przychodziło zrozumienie dla geometrii nieprzemiennej nawet wśród awangardy kosmologów (Sasin pracował wtedy z prof. Hellerem). Tymczasem.....
Imć Waszeć

Dark Regis

31.10.2017 00:48

Dodane przez admin w odpowiedzi na Z dwoma to nie ma problemu.

Podam jeden przykład, który powiąże te wszystkie dziwne zagadnienia i obcobrzmiące słowa w całość, a potem możemy sobie porozmawiać o szczegółach. OK? "Double-slit Interference and Temporal Topos", Goro Kato & Tsunefumi Tanaka: philpapers.org Jest tu napisane coś takiego: "Interferencja elektronu na podwójnej szczelinie jest tu ponownie badana z punktu widzenia toposów temporalnych. Topos temporalny (lub t-topos) jest pewną algebraiczną abstrakcyjną (kategoryjną) metodą z użyciem teorii snopów. Dany jest krótki wstęp do t-toposów. Gdy strukturalne podstawy dla opisu cząstek są oparte na t-toposie, wtedy dualizm cząstka-fala elektronu jest naturalną konsekwencją. Presnop powiązany z elektronem reprezentuje zarówno własności korpuskularne jak i falowe, w zależności od tego, czy obiekt w tym site (t-site) (czyli topologiczna kategoria w sensie Grothendiecka) jest określony (korpuskularny) lub nie (falowy). Pokazano, że lokalizacja elektronu dla jednej ze szczelin jest równoważna z wyborem pojedynczego obiektu w tym t-site oraz że elektron zachowuje się jak fala, gdy przechodzi przez obie szczeliny, ponieważ jest więcej niż jeden obiekt w tym t-site. Także dyfrakcja na pojedynczej szczelinie jest zinterpretowana jako rezultat możliwości faktoryzacji morfizmu pomiędzy dwoma obiektami na wiele różnych sposobów." Witamy w piekle logik modalnych ;)
Imć Waszeć

Dark Regis

30.10.2017 22:43

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Leonard Suskind twierdzi ,że

Myślę, że chodzi raczej o przejście przez 2 SZCZELINY (klasyczny przykład zjawiska z podręcznika dla liceum). Ale jeśli się mylę, czyli chodzi o zagadnienie ze studiów, to wyjaśnienie przejścia przez polaryzatory jest tu (prawo Malusa): 3 polaryzatory: youtube.com 90 polaryzatorów :) youtube.com Albo wykład z facetem, który ma prawidłowo rozwiany włos na Einsteina: youtube.com PS: Nie wiem co jest obecnie na lekcjach fizyki, ale nawet w Wikipedii jest to opisane za szczegółami. en.wikipedia.org
Imć Waszeć

Dark Regis

30.10.2017 22:55

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Leonard Suskind twierdzi ,że

cd. parę minut mi zajęło znalezienie tego: The Triple-Slit Quantum Experiment in the Causal Interpretation: youtube.com Plus artykuł: researchgate.net services.cap.ca
Ptr

Ptr

31.10.2017 11:34

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na cd. parę minut mi zajęło

Nie nie, nie pomyliłem dwóch szczelin z dwoma polaryzatorami. Jeżeli chodzi o double slit chyba stanęło na tym ,że mamy udaną interferencję z cząstkami C60, co zwie się fueren zdaje się. To trochę inna sprawa niż trzy polaryzatory. Owszem, na trzech polaryzatorach złamane są nierówności Bella dla kątów drugiego polaryzatora np.22,5 deg. Klasycznie niby się zgadza, ale jest bardzo dziwne to ,że gdy dodajemy kolejne filtry pomiędzy dwa zewnętrzne, ilość światła przechodzącego zwiększa się w granicy do 50% przy tych 90 filtrach. To jest zrozumiałe przy interpretacji kwantowej, a klasycznie wbrew logice. To znaczy jest sprzeczne z lokalnym realizmem cząstek. To znaczy ,że nie mają one określonej realnie orientacji. 
(Gdyby przejście fotonu przez polaryzator traktować jak proces mechaniczny realny przelatywania belek przez równoległe szczebelki ilość fotonów po drugiej stronie idealnego pojedynczego filtra równałaby się zero.)
Imć Waszeć

Dark Regis

31.10.2017 14:16

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Nie nie, nie pomyliłem dwóch

Tak, to fascynujące. Zwłaszcza, że takie defekty realności udaje się potwierdzać za pomocą w miarę prostych eksperymentów. Ja jednak odwołuję się do nieco innej warstwy, czyli do teorii i modelowania. Właśnie staram się zrozumieć fakt "co tam właściwie jest nielogicznego?" i "co to znaczy nielogiczny?", albo inaczej dlaczego nasza standardowa logika jest niewystarczająca do zrozumienia świata. A może nawet bardziej filozoficznie, czy mamy do czynienia z jakąś formą logicyzmu wyższego poziomu.
Ptr

Ptr

31.10.2017 20:01

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Tak, to fascynujące.

Myślę ,że mamy do czynienia ze starą , używaną powszechnie formą logicyzmu, ale teraz potrafimy ją matematycznie rozkminić. Einstein nie przewidywał istnienia takiej formy , tkwił w determinizmie i lokalnym realizmie, a w tym środowisku rzeczywiście nie wydaje się możliwe "zrozumienie czegokolwiek", czyli algorytmiczna sztuczna inteligencja oparta o licznby rzeczywiste jest jednowymiarowa, nie wiadomo gdzie miałaby akumulować rozumienie. Tutaj z zespolonymi wydaje się ,że robimy kroczek naprzód.
Imć Waszeć

Dark Regis

31.10.2017 21:40

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Myślę ,że mamy do czynienia

W zasadzie to właśnie liczby rzeczywiste są tym czynnikiem, który wywrócił klasyczne podejście aksjomatyczne w matematyce. Liczby zespolone, to tylko dwuwymiarowa reprezentacja tych pierwszych, jednakże z niezwykle silnymi narzędziami, które pozwalają na badanie wewnętrznej struktury wybranych rodzajów zbiorów (obszarów, wielokątów, zer i biegunów). W sposób zadziwiająco naturalny możemy przewidywać zachowania się określonych funkcji i obrazów zbiorów przy tych funkcjach, gdyż pewnym takim dogmatem tej teorii jest konforemność, czyli zachowywanie kątów. Jeśli spojrzy Pan na strukturę fraktali powstałych w wyniku iterowania do nieskończoności dowolnego wielomianu zmiennej zespolonej, to pierwsze właśnie rzuci się w oczy owo niesamowite zachowywanie kątów dla linii siatek, nawet po nieskończonej liczbie kroków. Stąd wynikają dalsze własności funkcji holomorficznych, meromorficznych i rozmaitych rodzin funkcji specjalnych. Ta teoria jest po prostu zadziwiająco zupełna i piękna zarazem. Częściowo udało się to piękno przenieść do innych przestrzeni, które oparte są o inne liczby, jak kwaterniony i oktoniony, chociaż nie obeszło się bez problemów. Kwaterniony są nieprzemienne, a więc nie za bardzo wiadomo, co to jest różniczka funkcji albo całka. Okazuje się, że funkcja poprzedzona przez operator różniczkowania jest czymś innym niż funkcja poprzedzająca ten operator. Jednak można wyróżnić taką rodzinę funkcji kwaternionowych, dla których będzie zachodzić część własności podobnych do funkcji zespolonych holomorficznych. Z oktonionami jest jeszcze gorzej, bo tam nie zachodzi prawo łączności, czyli a(bc) nie musi być równe (ab)c, czyli wynik zależy od kolejności wykonywania operacji mnożenia. Tu jednak też jest pewien haczyk, bo zamiast prawa łączności mamy inne słabsze prawo, które czasami wystarcza do efektywnego zdefiniowania np. różniczkowania. Jest to własność zwana "alternativity": wzór a(bc)=(ab)c zachodzi wtedy, gdy dowolna para z a,b,c jest albo równa, albo sprzężona. Można też wyróżnić kilka innych ciekawych zależności, tak więc materia oktonionów nie jest aż tak kompletnie dzika, jakby się wydawało. Pytanie, czy to są jeszcze liczby? Otóż, wystarczy rzucić okiem do angielskiej Wiki, żeby się przekonać o tym. Jest tam przedstawiona pewna konstrukcja, która pozwala je zrozumieć: en.wikipedia.org To jest ważne w matematyce, żeby umieć patrzeć na rzeczy z różnych punktów widzenia, bo wtedy właśnie rodzą się pomysły i głębsze zrozumienie tematu. Na przykład jest takie coś jak liczby p-adyczne, na których również działa się w bardzo niestandardowy sposób: pl.wikipedia.org Gdy weźmiemy pierwszą z brzegu łamigłówkę dla dzieci, jaką jest powiedzmy "Fifteen" albo Kostka Rubika, to szybko natrafimy na zagadnienia, o których chcielibyśmy mówić w odniesieniu do natury świata, bo takie mamy przeczucia, ale jakoś nie potrafimy znaleźć odpowiednio gładkich słów.
Ptr

Ptr

31.10.2017 22:09

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na W zasadzie to właśnie liczby

Oczywiście Octonian to brzmi dla mnie obco, choć popatrzyłem na definicję w Wiki. Wydawało mi się , ze w fizyce jest  określona linia frontu. I rzeczywiście ona jest. ( Prawie jak w "Cienkiej czerwonej linii. Na Guadalcanal). Jest dość dobrze określona. Ale jeżeli zauważymy ,że ten formalizm jest konieczny i działa, to Pana szerokie zainteresowania przy odrobinie szczęścia mogą znależć się wprost na tej linii frontu. < I > Braket też ktoś wymyślił , kto bawił się matematyką tak swobodnie jak Pan.
Imć Waszeć

Dark Regis

01.11.2017 15:04

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Oczywiście Octonian to brzmi

Tu jest taka mała fajna pracka, pokazująca jakim silnym narzędziem są oktoniony i to nie tylko w fizyce: faculty.georgetown.edu Jest tam o tilingu Penrose'a, problemie kolorowania grafów i jego związku z własnością łączności i mechanice kwantowej. Nazwa oktonion pochodzi od ósemki, bo jest to algebra wymiaru 8, tak samo jak nazwa kwaternion pochodzi od czwórki. Sedeniony są kolejnym krokiem po oktonionach w konstrukcji Cayleya-Dicksona, ich nazwa pochodzi więc od liczby 16 - taki maja wymiar - jednak w przeciwieństwie do mniejszych braci maja fatalne własności: są w nich dzielniki zera, czyli takie elementy a,b, które same nie są zerami, ale ich wymnożenie daje w wyniku zero. Też się nimi interesuje paru badaczy, ale chyba bez większych sukcesów. Potem już tylko gorzej, bo konstrukcje C-D można prowadzić w nieskończoność, ale to już nic ciekawego. Ja tam jeszcze wspomniałem o łamigłówkach, ale zabrakło mi miejsca na wyjaśnienia. Otóż Piętnastka jest przykładem tzw. półgrupy i jest sprytny algorytm na jej układanie, który wykorzystuje pewien niezmiennik. Całą kwadratową układankę, trzeba po prostu zobaczyć jako słowo spisywane w kolejności: wiersz 1 z lewej w prawo, wiersz 2 z prawej w lewo, wiersz 3 z lewej... itd. na "węża". Układy, które nie różnią się wzdłuż tego węża traktujemy jako tożsame. Kostka Rubika to już jest grupa i to rzędu 32 tryliony. Czyli tyle ma elementów i można mieć pecha przy niewinnej zabawie, która polega na robieniu w kółko pewnej kombinacji ruchów w celu odkrycia kiedy kostka się sama ułoży, bo to może nastąpić dopiero po miliardzie takich operacji. Jest jednak światełko w tunelu. Otóż do ułożenia całej kostki z dowolnej pozycji spośród tych 43 trylionów, wystarczy tylko 20 pojedynczych ruchów ścian (26 gdy nie możemy ruszać środkami, bo wtedy kostka mogłaby się nam ułożyć ze ścianami w innym kierunku niż wyjściowy i najgorszy przypadek wymagałby jeszcze 6 ruchów - obu ścian zewnętrznych i środka i znów to samo - żeby nie zepsuć układu, a przemieścić osie na swoje miejsce). Ta liczba 20 (tudzież 26) nazywa się boską liczbą dla Kostki Rubika. Niestety, znalezienie tych 20 ruchów dla konkretnego układu kostki jest problemem NP-trudnym. Bardzo wiele rzeczy we wszechświecie, kiedy mamy do czynienia z jakimiś symetriami, zachowuje się właśnie w ten dziwny sposób, tak jakby natura celowo unikała nadmiaru możliwości. To odnośnie mojej myśli zaczętej w innym wątku. Wiele danych na ten temat jest w książkach dotyczących cybernetyki i ogólnej teorii systemów, czyli w jaki sposób natura radzi sobie z dużą liczbą wymiarów, kombinacji, możliwości lub po prostu z ograniczeniami transferu informacji. Przykładowo możemy sformułować problem, w którym do znalezienia jakiegoś układu minimalnego potrzebowalibyśmy porównać każdy element tego układu z każdym innym. Przy dużej liczbie elementów szybko przekroczylibyśmy liczbę wszystkich cząstek we wszechświecie. Dlatego ciągle jest podejrzenie, że może N=NP.
Ptr

Ptr

01.11.2017 12:36

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Tu jest taka mała fajna

"natura radzi sobie z nadmiarem mozliwości" - Właśnie, dlaczego funkcja falowa własnie taka, jakie prawidłowości odzwierciedla ?
Imć Waszeć

Dark Regis

01.11.2017 15:14

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na "natura radzi sobie z

Cały problem polega na tym, że uparliśmy się modelować zjawiska kwantowe za pomocą ciągłych i deterministycznych modeli. Stosujemy więc pojęcia nieadekwatne do zastanej sytuacji. Wystarczy zauważyć jakie problemy miała elektrodynamika kwantowa z pozbyciem się osobliwości z równań. Kłopot był z tym, że żadna cząstka nie mogła być reprezentowana jako punkt w zwykłym sensie matematycznym, bo wtedy w różnych miejscach coś tam dąży do nieskończoności. Dlatego właśnie powstały takie "dziwne" teorie, jak teoria dystrybucji, czyli funkcji uogólnionych, a w ślad za nimi rozmaite metody aproksymacji i zbieżności. Metody renormalizacji to współczesna wersja walki z tymi glitchami.
admin

Admin Naszeblogi.pl

31.10.2017 12:32

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na cd. parę minut mi zajęło

Dzięki, mam nadzieję zapoznać się z tymi fascynującymi wykładami i zrozumieć chociaż to, dlaczego niebo jest niebieskie a gdy Słońce zachodzi - czerwone :)
Ptr

Ptr

31.10.2017 13:02

Dodane przez admin w odpowiedzi na Dzięki, mam nadzieję zapoznać

To akurat jest banalnie proste. Kąt załamania światła np w pryzmacie jest zależny od długości fali. Czyli różne długości załamują się inaczej w atmosferze oświetlanej pod kątem.
Ptr

Ptr

31.10.2017 13:37

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na To akurat jest banalnie

Choć jakby głębiej o tym pomyśleć trzeba brać pod uwagę wzrost natężenia barw niebieskich odbijanego przez atmosferę.
admin

Admin Naszeblogi.pl

01.11.2017 17:11

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Choć jakby głębiej o tym

W tym sęk, że to jest zupełnie niebanalne. Z kątami załamania światła to nie ma wiele wspólnego. Tu nie chodzi o zjawisko rozszczepienia jak w pryzmacie i wchodzenia obserwatora tylko w niebieską wiązkę. Bo jakim cudem mielibyśmy cały czas tkwić, czy nawet cała obserwowana półsfera akurat w tej niebieskiej części spektrum. Gdyby tak było, praktycznie cały czas obserwowalibyśmy tęczę, w zależności od położenia Słońca na niebie (obserwatora względem niego). A tak nie jest. Niebo jest cały czas niebieskie, od świtu do zmierzchu, gdy Słońce zmienia swoje położenie o kąt ~półpełny.
Inni szatani są tu czynni i facet z rozwianymi włosami jak Einstein ich pokazuje. Chodzi o rozpraszanie fotonów o różnych energiach / długościach fali - prawdopodobieństwo rozpraszania niebieskich jest 10x większe niż czerwonych. Czyli niebieskie rozpraszają się w atmosferze szybciej, podczas gdy czerwone jeszcze sobie lecą :)
- dlatego niebieskie widzimy na niebie praktycznie cały czas, bo czerwone jeszcze sobie lecą. A czerwone tylko wtedy, gdy wszystkie niebieskie już się rozproszą na grubej i zanieczyszczonej warstwie atmosfery. Bardzo ciekawy wykład - jest to pokazane w miniaturze na papierosowym dymie. Naprawdę facet się poświęca, żeby pokazać dlaczego to niebo jest niebieskie a chmura biała :)
youtube.com
Imć Waszeć

Dark Regis

01.11.2017 18:40

Dodane przez admin w odpowiedzi na W tym sęk, że to jest

Wykład jest bardzo dobry, ale najlepsze jest to, że aby być na takich wykładach, nie trzeba już szwendać się po świecie, tylko wystarczy odpalić YouTube'a. To pokazuje ile tak naprawdę jest sensu w utrzymywaniu ogromnych auli na uczelniach tylko po to, żeby dwudziestu ludzi kilkanaście godzin poprzepisywało sobie z tablicy to, co napisze tam jeden facet kredą. To nie jest żaden wykład, bo nie zmusza do wysiłku intelektualnego. Zupełnie inaczej to wygląda, gdy studenci mają wszystkie materiały zrobione na ksero w ręku i przychodzą tylko na samą śmietankę, czyli omówienie rzeczy najistotniejszych w danej teorii lub zagadnieniu, a na dodatek mogą zadać pytania. Tego u nas się nie praktykuje, zlecając wyjaśnianie trudnych kwestii u magistrów na ćwiczeniach. Jaki jest tego skutek, to chyba wszyscy wiemy. Z porządnego wykładu zapamiętuje się na całe życie głownie obrazowe przykłady, metafory oraz anegdoty. Niektórym to wystarcza do odtworzenia sobie po długim czasie głównych tez z wykładu, tak samo jak jakaś mnemotechnika lub rytmiczne pukanie ołówkiem w blat pozwala szybciej zapamiętywać informacje. Czas na reformę polskiego szkolnictwa tak, żeby oderwać je od maniery wschodnio-bizantyjskiej, a przybliżyć do rodzaju bractwa obserwowanego na takich uczelniach jak Oxford lub Harvard. Cała ta otoczka studiowania wcale nie jest obojętna później dla jakość pracy naukowej i dla umiejętności skutecznego wykładania wiedzy. Oczywiście potrzeba tu ludzi z dużym doświadczeniem i wiedzą nie tylko z zakresu własnej dziedziny, ale jest to możliwe jeszcze w tym dziesięcioleciu. Dopiero po stworzeniu zdrowego i sprawnego mechanizmu kształtowania elit, można brać się za ostateczne rozwiązywanie pozostałych pochodnych problemów, jak powiedzmy skłonności do wypaczeń w sensie seryjnego wytwarzania się kast głupków blokujących jakieś katedry, wydziały, uczelnie, a potem PAN oraz sądownictwo.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

01.11.2017 22:39

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Wykład jest bardzo dobry, ale

"oderwać je od maniery wschodnio-bizantyjskiej". Są wykładowcy, którzy oderwali się, ale to wyjątki. Wymaga to dużej przewagi nad materiałem, który prezentuje się. Jak to upowszechnić skoro studia weszły w fazę masową. Zachodnie uczelnie są również kiepskie, poza wąską czołówką, powiedzmy 250 sztuk. Kwadratura koła, o której mówi właśnie Gasset.
Ptr

Ptr

01.11.2017 23:31

Dodane przez admin w odpowiedzi na W tym sęk, że to jest

Tego gościa "Einsteina" nie brałbym poważnie.
Jeżeli chodzi o zmianę barwy automatycznie pomyślałem o slońcu. A to ma właśnie związek z załamywaniem się promieni na styku próżnia-atmosfera i powstaniem dyspersji. Na dole tej prezentacji  , choć to tylko obrazki, widać o co mi chodzi. 
atmo.arizona.edu
A więc mamy zjawisko zmiany barwy słońca nie tylko z żółtej na czerwoną, ale jeszcze na resztkową zieleń. Wspomniałem wczesniej o odbiciu niebieskich fotonów, gdyż te , aby dotrzeć do obserwatora muszą załamać się mocniej na granicy atmosfery i w atmosferze, a jednocześnie mają zwiększone przwdopodobieństwo odbicia, w stosunku do czerwonych. Odbicie może być w kosmos lub rozproszenie. Wobec tego barwa słońca jest bardziej czerwona.  Barwa nieba przy zachodzącym słońcu analogicznie - niebieskie załamują się przed obserwatorem lub odbijają w kosmos. Fotony niebieskie raczej nie są absorbowane w atmosferze proporcjonalnie do jej warstwy, gdyż widać ,że przy samym zachodzie słońca mamy podobną warstwę powietrza i zmianę z czerwonego na zielony, wywolane załamaniem promieni jak w pryzmacie.
Owszem ,żaden problem fizyczny nie jest prosty.
Ale ten jakby nie było nie jest kluczowy. Ktoś może to sprawdzić policzyć.
Imć Waszeć

Dark Regis

02.11.2017 00:41

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Tego gościa "Einsteina" nie

Owszem. Spotkałem się już z wieloma takimi problemami, ale nagle okazywało się, że jest jakieś drugie dno. Na przykład wielofotonowe wzbudzenia/absorpcje w atomach, które okazały się przydatne w mikroskopii; stany wzbudzone cząstek złożonych, których nikt nie chciał liczyć, a potem nagle kropki kwantowe; ktoś kiedyś zauważył, że we wnętrzu jądra atomu cząstki alfa są w pewien sposób preferowane, a potem ktoś wymyślił co wypadnie po wybuchu gwiazdy i w jakich proporcjach. Tak więc nie ma tematów nieważnych, tylko jeszcze niedopracowane :) Te i inne zakręcone problemy można znaleźć m.in. na portalu Phys.org.
Ptr

Ptr

02.11.2017 08:51

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Tego gościa "Einsteina" nie

Przy oświetleniu horyzontalnym barwa błękitna jest odbijana od atmosfery. Widać to na zdjęciach z kosmosu w postaci otoczki. Czerwone wchodzą w atmosferę. 
Barwę nieba trzebaby okręslić jako wypadkową rozproszenia białego światła słonecznego na cząstkach atmosfery. Nawet tej czystej w górach, nie ma dymów.
Natomiast przy oświetleniu horyzontalnym barwa nieba przesuwa się ku żółtej i czerwonej moim zdaniem przede wszystkim ze względu na różne załamanie w atmosferze. Trzeba tu rozróżnić rozpraszanie i absorpcję. Absorpcję domniemaną przez pyły powinnismy pominąć, gdyż Mount Everest również zabarwia się na czerwono wieczorem. Pozostaje analiza załamania i rozpraszania. I załamanie ma tu wpływ.
Jeżeli rozpraszanie ma mieć ten decydujący wpływ to dlaczego przy zachodzie Słońca niebo na Wschodzie jest niebieskie. Przecież niebieskie fotony musiałyby przelecieć nad obserwatorem w atmosferze, odbić się od atmosfery na wschodzie i wpaść do oka obserwatora. Po drodze się nie rozproszyć. Czerwone zrobiłyby to teoretycznie szybciej.
Jabe

Jabe

02.11.2017 10:23

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Przy oświetleniu

Czerwonym byłoby łatwiej (nie szybciej) przedostać się na wschodnią część nieba, ale też i polecieć dalej. Wschodnie niebo o zachodzie słońca powinno więc być tylko nieco mniej niebieskie. Nie oczekujmy, że efekt będzie zauważalny przy czerwonawym oświetleniu o tej porze. (Pamiętajmy, że barwy są względne – zależą od wyboru bieli.)
Imć Waszeć

Dark Regis

02.11.2017 17:58

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Tego gościa "Einsteina" nie

On mówi o tym: en.wikipedia.org
Ptr

Ptr

03.11.2017 00:32

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na On mówi o tym: https://en

Rozpraszanie Rayleigha , czyli rozpraszanie, nie absorpcja. Niebieskie niebo w południe , bo następują zmiany kierunku niebieskich fotonów w całej atmosferze i zewsząd odbijają się one w kierunku obserwatora. W południe bez chmur mamy niebo niebieskie także blisko horyzontu. Przy zachodzie Słońca nie widzę powodu , aby niebieskie miały obniżyć aktywność rozpraszania w całym szerokim pasie  atmosfery nad horyzontem, chyba że ze względu na załamanie tej barwy przy wejściu w atmosferę. 
Tworzy się cała strefa z deficytem niebieskich i może się mylę , ale niebieskie ze względu na załamanie w atmosferze nie mogą mieć takiego samego natężenia. Muszą załamywać się przed obserwatorem lub nadlatywać do obserwatora z wyższej wysokości. Tym samym tworzy się strefa żółta i powyżej niebieska. I to jest przyczyną zmiany koloru nieba przy zachodzie , a nie samo rozpraszanie. 
Chyba to niezgodne z niektórymi artykułami w czasopismach ,ale czy nielogiczne ?
admin

Admin Naszeblogi.pl

03.11.2017 11:02

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Rozpraszanie Rayleigha ,

Deficyt niebieskich jak najbardziej. Ale myślę, że załamanie nie gra tu roli, bo widzielibyśmy pełną tęczę o wschodzie i zachodzie. Ta zmiana barwy jest skokowa, to znaczy niektóre kolory nie są w ogóle widoczne poza wyjątkowymi sytuacjami (np. zielone). Ma to więc zapewne źródło wyłącznie w rozpraszaniu światła na określonej wielkości cząsteczkach, których po drodze do obserwatora robi się więcej. Czyli działa:
Rayleigh scattering
en.wikipedia.org
i
Mie scattering
en.wikipedia.org;
I fizyk z prawidłowo rozwianymi włosami jak u Einsteina doskonale to odtwarza w auli. Z dymem papierosowym i później przepuszczając światło przez opary kwasu siarkowego, symulując gęstniejącą atmosferę blisko powierzchni a przede wszystkim większą liczbę cząsteczek pary wodnej.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 11:32

Dodane przez admin w odpowiedzi na Deficyt niebieskich jak

No i niech ktoś powie, że Wikipedia jest do kitu - oczywiście angielska wersja. Najlepsza jest ta scena z filmu, gdy Einsteinoid, nie przerywając mówienia, wtyka sobie cztery kiepy w usta i się zaciąga dymem :D Wiem co mówię, bo ja na uniwerku, chyba pod wpływem pewnego znajomego wykładowcy, ćmiłem fajkę. A tytoń fajkowy jest tak aromatyczny, że po jednym buchu przez minute kręci się w głowie jak po nurkowaniu :) Muszę chyba odkurzyć mój login i przetłumaczyć te artykuły angielskie na język polski, bo jak się popatrzy na polską Wiki to aż żałość ogarnia.
Ptr

Ptr

03.11.2017 12:14

Dodane przez admin w odpowiedzi na Deficyt niebieskich jak

Swoją wersję popieram nie "Einsteinem " z internetu, bo to nie jest właściwie wykonany eksperyment złożonego procesu, ale tym co słyszałem od profesorów optyki. Ta "tęcza" nie będzie wyglądała tak samo jak w laboratorium, gdyż oświetlenie nie jest kierowaną wiązką światła na płaskie szkło, lecz równomienie oświetloną sferą  atmosfery ziemskiej o pewnej krzywiżnie. Tak klasycznie rozpatrywane zjawisko załamania ( i odbicia) jest faktem i nie mam co do tego wątpliwości. Dodatkowo , im gorętsze powietrze tym bardziej załamuje światło , tak że na pustyni zachody są czerwieńsze , na biegunach bladoniebieskie. Przy wejściu w atmosferę całkowicie horyzontalnie niebieskie nie mają szans na bycie postrzegane na wprost, bo musiałyby mieć zerowy kąt załamania. Nie bójta nic. Prawa fizyki działają.
Ptr

Ptr

03.11.2017 14:19

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Swoją wersję popieram nie

Po prostu nie ma dokładnych danych co wpływa bardziej na stopniony zanik niebieskich w kier. horyzontu: czy absorpcja tej długości fali, czy załamanie w atmosferze. Być może oba mają duży wpływ, ale  artykuły popularno-naukowe tego nie analizują. 
To szczątkowe zielone Słońce to już obraz załamany, pozorny. Słońce już wtedy znajduje się pod horyzontem. ( Wtedy zielone załamują się bardziej i jeszcze docieają ).To przykład dyspersji jak w pryzmacie. Ona ma niewielką wartość kątową ,ale oceniam ,że może się to przekładać na kolor warstw łuny.
Imć Waszeć

Dark Regis

31.10.2017 14:55

Dodane przez admin w odpowiedzi na Dzięki, mam nadzieję zapoznać

Obawiam się, że to może być droga okrężna do zrozumienia tych fenomenów. Niemniej jednak człowiek jest istota poszukującą i cuda się zdarzają ;) Kiedyś na przykład trafiłem na grę Creativerse, będącą darmowym, chociaż nie do końca klonem Minecrafta. Dzieci piliły, więc był mus. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że do tej gry w pewnym momencie wprowadzono bloki będące bramkami logicznymi: AND, OR, XOR, NAND, NOR, XNOR. A także parę elementów pomocniczych typu czujniki, przełączniki, opóźniacze, a nawet całą klawiaturkę do wbijania cyfr, jak w telefonie. Dodatkowo klawiaturka miała pamięć i mogła porównywać oraz transferować liczby do innych elementów. Nie muszę chyba wyjaśniać co to wszystko znaczy. Wystarczy tylko wiedzieć, że sumator dwubitowy, który daje na wyjściu wynik i przeniesienie, to jest po prostu obwód złożony z trzech bramek: AND, OR i NOT. Działa to tak, że oba bity dostarczamy równolegle do bramki AND i bramki OR. Bramka AND wyrzuca przeniesienie oraz podaje wartość do następnej bramki NOT, gdzie jest ona obrabiana przez kolejne AND z wynikiem OR. Wynik, to jest coś takiego: ~(A&B)&(A|B). Łatwo przeliczyć na palcach, że się wszystko zgadza. Potem można na tej podstawie zbudować np. sumator 8-bitowy lub 64-bitowy jako kaskadę, ewentualnie zoptymalizować strukturę uzyskując formułę równoważną logicznie, ale z dużo mniejszą liczbą bramek. Można także alternatywnie stworzyć sumator strumieniowy. Ale w czym rzecz. Otóż okazuje się, że dzięki temu w tej gierce teoretycznie można zbudować małego pececika, a nawet dorzucić kompilator C++, a co najmniej Brainfucka :P. Wymagałoby to benedyktyńskiej pracy i małpiej zręczności, ale możliwość taka jest. W tym momencie zrozumiałem, że gry komputerowe nie są jednak zabawkami dla dzieci :D
Imć Waszeć

Dark Regis

01.11.2017 15:17

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na To są bardzo ambitne

Jestem absolutnie pewien, że prawie nikt kończący polskie szkoły nie wie, co my w zasadzie robimy żeby skonstruować te dziwolągi C,H oraz O, a także sedeniony (16-wymiarowe) itd.. Otóż jest taka konstrukcja Cayleya-Dicksona, która po prostu mówi mniej więcej tyle: "żeby skonstruować z liczb o wymiarze n liczby o wymiarze 2n, wymyśl sobie jakąś nową jednostkę urojoną J (tak jak "pierwiastek z -1") i stwórz dla pary (w,v) liczb wymiaru n, liczbę w+Jv wymiaru 2n, przy okazji to nowe J z poprzednimi jednostkami urojonymi i,j,k,... będzie spełniało jaką określoną tabelkę działań". Oczywiście w konstrukcji C-D tabelka ta jest bardzo konkretna i ma konkretne właściwości właśnie z powodu jej rekurencyjnej konstrukcji. Dodawanie takich nowych liczb będzie podobne, po współrzędnych, zaś mnożenie musi być wykonywane zgodnie z tą tabelką, czyli pojedyncze współrzędne będą miały te same wartości co przy normalnym mnożeniu, ale przestawione zgodnie z tabelką (permutacja). Coś takiego zwykle nazywa się obrotem układu współrzędnych. Dalej, spójrzmy na konstrukcje zwykłych wielomianów o współczynnikach rzeczywistych R[X]. Tu z kolei przy mnożeniu poszczególnych członów mamy gdzieś tam pojedyncze mnożenie ax*n przez bx*m, czyli mnożymy wartości ze współrzędnych n oraz m, zaś wynik ląduje gdzieś dalej na współrzędnej n+m. Coś takiego znamy i jest to normalny zbiór liczb naturalnych, a dla naszych potrzeb nazywany tu nieskończona grupą cykliczną (przemienną, czyli abelową). Czyli też mamy tu pewien obrót układu, ale w nieskończenie wymiarowej przestrzeni, rozpinanej przez wektory (funkcje) 1,x,X^2,... Pojawia się przy RRZ. W przypadku liczb zespolonych, jak już napisałem wyżej, nie wychodzimy nigdzie dalej niż zbiór reszt i przeniesione do niego zwykłe działania dodawania i mnożenia. Jest to po prostu grupa cykliczna skończona rzędu 2. Możemy też mówić o rozmaitych konstrukcjach z udziałem grup cyklicznych rzędu 3,4,5... itd., które będą nam określać, co się będzie działo z naszymi "jednostkami urojonymi" albo lepiej wektorami układu współrzędnych; jak będą się one obracać przy mnożeniu. Wreszcie na koniec dokonamy dużego kroku naprzód i powiemy, że jakaś dowolna grupa G opisuje nam tabelkę działania na jednostkach urojonych przy mnożeniu. Tyle tylko, że w większości przypadków nie udaje się zachować pewnego rodzaju "płaskości", a w szczególności nie ma sensownej operacji dzielenia, oprócz przypadków C,H,O (wymiary 2,4,8). Czy zatem nie tworzy się jakichś innych dziwnych ale użytecznych konstrukcji podobną metodą? Ależ jak najbardziej. Wystarczy zagłębić się w zagadnienia współczesnej fizyki, gdzie aż roi się od spinorów, twistorów itp. dzików, będących obiektami geometrycznymi z podobnymi własnościami jak wektory. Wielki Galois wymyślił swoje ciała skończone bawiąc się na kartce w dzielenie wielomianów, gdzie współczynniki to były te reszty z dzielenia liczb całkowitych. Pisał te gryzmoły na kartce i twierdzenia o grupach same mu się pokazywały.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

30.10.2017 18:51

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na To są bardzo ambitne

Odpowiedź do 30-10-2017 [12:26] - Ptr | (To są bardzo ambitne...)
Nie mogę się zgodzić, że "całość tego paradygmatu jest zanurzona w lewicowo...". To co mnie urzekło to to, że autor wychodzi poza ten paradygmat dominujący w ówczesnej dyskusji, która zresztą trwa do dzisiaj. Rozważa rozwój cywilizacji w oparciu o zupełnie inny niż elity-lud podział. Pisze, że elity są tak samo zdegenerowane jak lud, więcej stanowią groźne źródło infekcji człowiekiem masowym. Mało tego, wskazuje na samonapędzający się mechanizm wewnętrzny tego zjawiska wśród elit elit za jakich uważa fizyków. Einsteina chwali nie za wiekopomne odkrycia, o których cały świat początku wieku piał w zachwycie włącznie z paniami na balach, tylko za to że jest jednym z ostatnich, którzy  patrzą na świat całościowo, a nie poprzez wąską specjalizację. Wskazuje też na fundamentalne znaczenie wartości dla rozwoju cywilizacji. Twierdzi, że bez nich cywilizacja nie rozwinęłaby się. Mało tego, odejście od wartości coraz mocniej dominującego człowieka masowego oznacza jego zdaniem regres, powrót do barbarzyństwa. Jego erupcje już w czasie pisania coraz silniej wstrząsały Rosją, piętnaście lat później Hiszpanią, Niemcami, Włochami. Dzisiaj w nowej formie dyktatury postmodernizmu. Jego zachwyty dotyczą liberalizmu zdefiniowanego przez niego jak zbiór pewnych wartości, a nie dzisiejszego liberalizmu europejskiego. Różnica między nimi jest taka jak między wolnością do (np. służby na rzecz innych), a wolnością od (np odpowiedzialności), która de facto jest zniewoleniem.
Ptr

Ptr

30.10.2017 19:55

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Nie mogę się zgodzić, że

Z pewnością intelektualnie tekst jest znaczący. Na pewno jest krytyczny. Ale nie zarysowuje jakiejś konkretnej drogi przełamania paradygmatu. Intuicyjnie przeczuwam ,że dobre intencje ówczesne autora i tak przełożyłyby się dzisiaj na coś podobnego do dzisiejszej Europy zachodniej. Zresztą nie odbieram Panu racji.
Einstein , który miał mieć to całościowe spojrzenie miał w ręku dwie niespójne teorie, z których jedną odrzucił na podstawie niezgodności z drugą, swoją. Wyrzucił jedną do kosza jak upiorny koszmar, a fizycy zaczęli taki kabaret -" To było dziwactwo, kto takie dziwactwo zrozumie ? Nikt tego nie rozumie. To byłby koniec fizyki"  Drzwi  do całościowego spojrzenia  stale były zamykane świadomie, nieświadomie, ale były zamykane.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

31.10.2017 11:39

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Z pewnością intelektualnie

"nie zarysowuje jakiejś konkretnej drogi przełamania paradygmatu" Wskazuje co jest przyczyną cofania się cywilizacji, powrotu do barbarzyństwa: odwrót od wartości, od konieczności stałej konfrontacji rzeczywistości z nimi,  spospolitowanie się elit i tym samym zatracenie podstawy je stanowiącej - wymogu dążenie do prawdy i służenia wspólnocie, tego co było podstawą niesłychanego awansu cywilizacyjnego świata chrześcijańskiego wskutek szerzenia postaw szlachetnych.
Ptr

Ptr

31.10.2017 15:57

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na "nie zarysowuje jakiejś

No właśnie, ale czy to wystarczy ? Te program mógłby głosić w czasopiśmie politycznym , ale to obejmowałoby wąską grupę elektoratu. To byłaby taka liberalna demokracja bez wypaczeń. Też bym się do niej zaliczał , gdyby nie świadomość , że metodami edukacyjnymi nie zmienia się świata. Po zdobyciu władzy nie byłoby sposobu.,aby to się nie wypaczyło.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

01.11.2017 22:25

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na No właśnie, ale czy to

Gasset położył krechę nad przeszłością, w którą wkłada również dziewiętnastowieczny liberalizm. Tę nową, złowrogo wyglądającą jakość widzi jako nieuniknioną konsekwencję rozkwitu. Ma świadomość, że zaszły procesy nieodwracalne. Konfrontuje tę nową jakość grożącą cofnięciem się cywilizacji z tym co przyczyniło się do jej rozkwitu. Konfrontacja ma w zamyśle autora rozpocząć dyskusję nad możliwymi nowymi mechanizmami przywracającymi rozwój, uwzględniającymi to co diagnozuje. W tym sensie jego głos jest jakąś wstępną wskazówką. Nie wiem czy wywołał jakąś dyskusję w ciągu ostatnich stu lat. Liczyłem, że mądrzejsi ode mnie odezwą się. To co rzuca się w oczy to bolesna aktualność.
Imć Waszeć

Dark Regis

02.11.2017 00:04

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Gasset położył krechę nad

Znalazłem na ten temat coś takiego: almostdailybrett.wordpress.com Temat jest zbyt szeroki do ogarnięcia. Mieszają się tu media, doktryny polityczne, paradygmaty nauki, a nawet marna kondycja człowieka przygniecionego życiem w konkretnym rodzaju społeczeństwa. Człowiek w tym żyje, stale filtruje coś w miarę strawnego, coś co umie przyswoić, zapycha się szlamem, zatruwa, a na koniec jego odfiltrowują niczym odpadek. To jest jak życie na rafie koralowej. Gdy pojedyncze osobniki zaczynają chorować z powodu złych warunków bytowania, to z czasem cała rafa ginie. Na przykład w mojej sferze zainteresowań leży coś takiego: uberty.org realtechsupport.org monoskop.org
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

02.11.2017 14:26

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Znalazłem na ten temat coś

Ciekawe pozycje, chętnie przejrzę, ale wyobrażałem sobie, że jakaś stała dyskusja podniesie się jeszcze w latach 20-tych i będzie trwać do teraz. Tymczasem, wygląda na to, że mamy kilkudziesięcioletnią przerwę, dopiero gdzieś na przełomie wieku domkniętą ledwo co słyszalnymi cienkimi głosikami, kontrastującymi z powagą wyzwania.
Imć Waszeć

Dark Regis

02.11.2017 15:29

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Ciekawe pozycje, chętnie

Ta dyskusja trwała, tylko jej lwia część przeniosła się na łono nauki i dlatego nie do wszystkich docierała. W jednej z tych książek jest odniesienie do klubu dyskusyjnego, który np. zgromadził się wokół instytutu Marshalla McLuhana (Kanada). To ten który stworzył pojęcie globalnej wioski i dostrzegł ważną rolę nowych mediów w kształtowaniu nowego rodzaju społeczeństw i stosunków międzyludzkich, czyli zajął się szeroko rozumianą kulturą masową, w tym propagandą i reklamą. To były czasy tryumfu cybernetyki. Próbowano do niej wciągać wszystko, włącznie z literaturą i poezją. O literaturze cybernetyczne pisał m.in. David Porush, a u nas pojawiały się zaledwie ślady tych dyskusji chyba w takim miesięczniku jak "Literatura na świecie". Trochę więcej na ten temat można było znaleźć w kilku seriach książkowych pokroju "Plus minus omega" oraz w "Problemach". To były lata 80-te. Potem był Alvin Toffler, Umberto Eco i parę innych głośnych nazwisk. Ja gdzieś od połowy lat 90-tych śledziłem nawet taki portal, który w zamierzeniu był właśnie czymś w rodzaju Encyklopedii Cybernetyki. Próbowano tam znajdować zastosowania w naukach społecznych i biologicznych dla różnych koncepcji wymyślonych przez fizyków lub matematyków. Na przykład szkło spinowe jako model kontaktów jednostek w społeczeństwie, czy teoria pola średniego i podobne herezje. Po cybernetyce pałeczkę przejęła ogólna teoria systemów. To długa droga, ale wiele z tych meandrów nowej nauki odcisnęło swój na przykład na rozwoju informatyki jak powiedzmy analiza systemowa. Potem były systemy automatycznego dowodzenia twierdzeń, języki programowania w logice, rozmaite koncepcje obiektowości, równoległości, gramatyki, języki i cuda wianki. Pamięta Pan jeszcze pojęcie "myślenia holistycznego"? Nie jest przypadkiem, że motorem zmian w paradygmacie nauki i ogólnie w kulturze byli w dużym stopniu informatycy. Między innymi twórca edytora Microsoft Word. W literaturze mamy na przykład cyberpunk ze słynnym "Neuromancerem", "Mona Lisa Overdrive" i "Count Zero" Gibsona, "Maszyna różnicowa" tegoż i Sterlinga, czy "Diamentowy wiek" Stephensona. To są powieści, które silnie wpłynęły na kulturę masową i ukształtowały całe pokolenie. Neuromancer dziś kojarzy się nam z cyberprzestrzenią i "softice'm", w "Maszynie" został poddany pod dyskusję problem "modusu" czyli samooglądu, świadomości maszyn, wreszcie w "Diamentowym wieku" zaprezentowano świat nanotechnologii, gdzie najważniejszym sprzętem domowym był kompilator materii. Dziś już mamy już dowody na słuszność wielu z tych literackich wizji albo zajawki w formie powiedzmy drukarek 3D. Na ten tor czasowy nakłada się również okres wzlotu i upadku postmodernizmu. Splatają się tu różne wątki: od teorii katastrof, teorii chaosu, teorii złożoności obliczeniowej, poprzez bardziej miękkie dziedziny jak teoria kategorii i nowa fizyka, aż do emergentyzmu i splątania kwantowego, które uparła się eksploatować kultura masowa bez zrozumienia zjawisk.
Imć Waszeć

Dark Regis

02.11.2017 16:48

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Ciekawe pozycje, chętnie

Nie tak dawno jeszcze prasa dławiła się od artykułów pokazujących siłę wyjaśniania i zastosowania teorii katastrof. Każdy aspirujący do miana postępowca dziennikarz musiał znaleźć jakiś przykład z fałdą, zakładką lub jaskółczym ogonem, który miał wyjaśniać wszystko - od zachowań agresja-ucieczka, kłótni małżonków, przez pogodę, migracje, zjawiska społeczne, sposoby prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych, po wahania kursów giełdowych. Wszędzie tam w spisie literatury była "Teoria Katastrof" Rene Thoma. I tak jest od pewnego czasu ze wszystkim. Dziś w zasadzie mamy to samo, tylko intensywność bodźców oraz zestaw gadżetów uległy zmianie. Tu jest przykład, który pokazuje, że podstawą projektowania interfejsów dla software'u i urządzeń typu smartfona, jest teoria kategorii. Chyba nie mógłbym trafić na lepszy przykład działania postmodernizmu stosowanego, czyli pozbawionego otoczki ideologiczno-filozoficznej, niejadowitego, to znaczy tej lepszej wersji rzeczonego: youtube.com Z tym, że to już nie jest adresowane do człowieka masowego, ale jest ogólnie powszechnym przejawem silenia się na oryginalność, gdy już wszystko zostało powiedziane, przewidziane, przeliczone i zniekształcone poprzez nachalną popularyzację. Masowość bzdur w mediach na dany temat z dziedziny nauki, zmusza po prostu ludzi do szukania coraz bardziej szokujących słów i metafor, do przekazania najistotniejszych treści tak, żeby się przebić przez wszechobecny popularny bełkot. To odbiorcy sami pragną takiej formy. Powstał nomen omen topos, który jest też pojęciem z zakresu humanistyki oraz literatury, a nie tym matematycznym toposem z teorii kategorii. Pisarze zaczęli używać słów niezgodnie z ich pierwotnym znaczeniem i potem to już samo poszło na żywioł. Tak jak w przypadku teorii katastrof odbiorca błędnie tłumaczył sobie słowo "katastrofa", w przypadku teorii chaosu błędne znaczenie miało słowo "chaos", tak samo użycie słowa "kategoria" i "topos" uległy zniekształceniu. W fizyce kwarki dostały kolorów i zapachów. To dlatego właśnie pełny dialog jest jeszcze dziś niemożliwy, dopóki nie stworzymy jakichś reguł translacji pomiędzy nauką ścisłą a humanistyką, między naukami szczegółowymi, a kulturą powszechną, czyli masową. Temat rzeka, jak powiedziałem, ale kiedyś trzeba to ruszyć. Nie jest lekko :]
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

02.11.2017 18:24

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Nie tak dawno jeszcze prasa

Modelowanie rzeczywistości odkleiło się rzeczywistości, w tym sensie, że nic z niego nie wynika, poza satysfakcją magów docierających do mechanizmów rządzących światem i... powiększaniem się dystansu pomiędzy nimi i resztą. O tym powiększaniu się dystansu też pisze Gasset i to w czasach kiedy zaledwie początek rysował się niewyraźnie, dla innych niezauważalnie. Nie ma żadnego przejścia od rozumienia mechanizmów do wskazania krystalitów odwrotu od totalnego ogłupienia szumem informacyjnym tworzącym idealne tło dla szamanów mogących wpuścić masy w dowolny absurd, zwłaszcza masy z pretensjami do rozumu, gdy wartości uległy zagładzie.
Imć Waszeć

Dark Regis

02.11.2017 19:09

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Modelowanie rzeczywistości

To prawda. To właśnie obserwujemy. Pojawiła się masa ludzi, którzy ze swej szczątkowej dziedziny starają się uczynić podstawę dla reszty nauki. Pół biedy, kiedy jest to klasyczna matematyka albo logika klasyczna, bo to olśnienie można obalić w 15 minut. Gorzej, gdy jest to socjolog, psycholog lub politolog. Wtedy cała nauka nabiera cech niezdrowych, typu społecznie pożądana, racjonalnie umiejscowiona, politycznie poprawna itp. Właśnie z takiego mezaliansu pochodzi ekologia i kult dwutlenkowców. Innym przykładem może być facet, który twierdzi, że odpowiedzi na wszystkie pytania zawarte są w Biblii. Nie na wszystkie. Ja na przykład twierdzę, że nie ma tam odpowiedzi na pytanie "ile wynosi jedenasta liczba Ramseya?". To już tu wałkowałem :)
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

02.11.2017 22:35

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na To prawda. To właśnie

Problemem jest to, że inaczej niż 200 lat temu wiedzy nie jest w stanie ogarnąć żaden, największy nawet geniusz. To nie jest zarzut tylko fakt, który należy przyjąć tak jak to, że Ziemia jest okrągła (prawie). Jeśli chcemy spekulować o możliwościach zatrzymania barbaryzacji cywilizacji, fakt ten należy brać za warunek brzegowy, jak zauważył słusznie Gasset. Ważna jest otwartość i zdolność do własnych przemyśleń opartych na, dodam od siebie, nieustającej weryfikacji SWOJEGO widzenia rzeczy.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 11:44

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Problemem jest to, że inaczej

Problem w tym, że większość ludzi nie ma pojęcia czym jest wiedza. Wiedza, czyli zbiór przyswojonych informacji, ma tendencje do stałego ulatniania się i dlatego trzeba pracować w cyklu ciągłym. Dotyczy to zarówno uczniów, jak i profesorów. Ja miałem tę unikalną okazję w życiu, że mogłem obserwować prawdziwych profesorów przy pracy i do tego wyciągnąć z tego jakieś wnioski dla siebie. Scena wygląda tak, że siedzi sobie wybitny profesor w kantorku, czyli swoim pokoju na uczelni, czyta notatki i rusza ustami - czyli wkuwa. Nie ma darmowych obiadów - na wszystko trzeba sobie zapracować. Mianem geniuszem natomiast określamy kogoś, komu te czynności przychodzą dużo łatwiej i dużo szybciej łapie pewne zależności i analogie. One właśnie pozwalają przyswajać jeszcze więcej wiedzy i jeszcze szybciej ją odtwarzać w razie potrzeby. I jeszcze raz powtórzę, że ta potrzeba jest obecna zawsze, całe życie. Ponieważ z jednej strony, wiedzy jest rzeczywiście zbyt dużo, a po drugie natura obdarzyła nas darem zapominania. Kto nie zapomina lub się nadwyręży, ten może skończyć jak nieszczęsny pan Lemański i bynajmniej nie mam na myśli tego księdza.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

03.11.2017 12:09

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Problem w tym, że większość

O jakiego Lemańskiego chodzi?
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 13:47

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na O jakiego Lemańskiego chodzi?

Tego, ale to tylko przypuszczenie, nic pewnego: beskidzka24.pl
youtube.com
Trudno go rozpoznać, bo minęło już ponad ćwierć wieku, ale jest odrobinę podobny do tego konesera muzyki atonalnej, który nam umilał czas na korytarzu Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, gdzie mieścił się dawniej wydział MIMUW. Taka scena: stoimy w grupie i nagle Darek zagaja "Znacie się panowie na muzyce atonalnej?" Konsternacja - "Nie". "No to ja wam to zademonstruję". W tym momencie Darek zaczyna głośno popierdywać ustami i wydawać podobne dźwięki pod pachą, a wszyscy stoją zdezorientowani. Obok właśnie przechodzi kadra profesorska z posiedzenia rady wydziału i patrzy na nas wszystkich z politowaniem. Już nie pamiętam, kto był wtedy w tej grupie, być może Szymon Gutkowski i Marcin Meller, a chwilę później rżnęliśmy już w brydża. Gwarancji żadnej nie daję, ale wiek się w zasadzie zgadza. Tyle tylko, że ten wcześniejszy był bardziej pucułowaty. Jest jeszcze możliwość, że facet ma po prostu fałszywe papiery.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 12:23

Przeniosę się do nowego wątku, bo zaczyna przycinać słowa w pół. Kontynuujmy watek zapoczątkowany przez autora. Jest taki oto artykuł: wizjalokalna.wordpress.com Dalej mamy tekst prof. Bartyzela: myslkonserwatywna.pl . Skąd my to znamy "antykatolicki terror partii lewicowych, otwarcie tolerowany przez władze"? POlszewizm? Niekoniecznie. To oczywiście lata trzydzieste w Hiszpanii:
jako liberał arystokratyczny – gardził ochlokratyczną „hiperdemokracją” powszechnego prawa wyborczego, będącą „wydzieliną ropiejących dusz plebejskich”; i w polityce, i w kulturze, znamieniem demokracji jest „arystofobia”, czyli nienawiść do lepszych” (odio a los mejores), „bunt mas”, czyli rozpychanie się w przestrzeni społecznej prymitywnego, lecz obeznanego z techniką „człowieka masowego”, panowanie przeciętności oraz marksistowski kult proletariusza; panować winna natomiast (jak rycerstwo w średniowieczu) elita „arystokratów ducha”, których koroną są geniusze – Platońscy miłośnicy prawdy (philotheamones).
Jedziemy dalej: "José Ortega y Gasset – prorok brzasku", Dorota Leszczyna (UW) - diametros.iphils.uj.edu.pl
Należy jednak pamiętać, że José Ortega y Gasset był nie tylko politykiem i społecznikiem, lecz również, a może przede wszystkim filozofem. Jego filozofia, zwracająca się ku działaniu człowieka, wyznaczającemu cele i stawiająca wymagania, chce być w życiu przydatna i chce to życie kształtować. Filozofem nie nazywamy tylko tego, kto przebywa nieustannie w świecie abstrakcji, wśród ścierających się myśli i intelektualnych potyczek, ale również tego, kto wiedział jak żyć, nieustannie się doskonaląc, bo czyż nie ci filozofowie oddziałują najbardziej?
Pozwolę sobie skromnie dołączyć się do tego pytania. Wreszcie na koniec podam źródło, które uzasadnia mój pogląd, że postmodernizm jest już projektem zakończonym i wyłoniło się coś nowego: mikroagencja.nazwa.pl
PS: Ja w kółko tu mówię o kryzysie, o tej właśnie metanarracji, oraz poszukiwaniu wyjścia.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

03.11.2017 12:23

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Przeniosę się do nowego wątku

Odpowiedź Gasseta jest prosta: nie! To już minęło, jego zdaniem nieodwracalnie!
Cecha charakterystyczna Gasseta, jako jednego z ostatnich księży ducha i rozumu: ostrze krytyki i wymagań kieruje ku sobie i swojemu środowisku społecznemu (arystokracja) i zawodowemu (filozofowie). Są dzisiaj tacy?
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 13:10

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Odpowiedź Gasseta jest prosta

Nie ma, a więc należy ich stworzyć. Dlatego właśnie ludzie powinni porzucić mrzonki o tym, że się mówi o świecie coś istotnego, samemu będąc zamkniętym w szklanej kuli własnej dziedziny. Właśnie taki błąd zrobił Dawkins pisząc najpierw "Samolubny gen", a następnie zatruty swoją własną wizją rzucił się, obnażył zęby, aby się wpić w szyję Boga. Słyszał Pan nazwisko Michel Serres? To francuski filozof i historyk nauki - "Jedynym naprawdę czystym mitem jest idea nauki wolnej od wszelkich mitów"
Kiedyś na "blogu" zajmowałem się jego tekstem "Nauki". Mam obszerny cytat, którego raczej nie znajdzie Pan w sieci, ale nie ma tu miejsca, żeby całość przytoczyć. On pisał właśnie o danym stanie nauki, czyli o obowiązującym paradygmacie niczym o stanie skupienia, czymś w rodzaju punktu stałego i systemu odniesienia, który z czasem jest wytrącany ze stanu spoczynku i musi znaleźć sobie nowe minimum, w którym na jakiś czas osiądzie. To opis moimi słowami. Warto ten esej przeczytać, zwłaszcza, że ma też walory estetyczne:
"Stąd bilans, bezładny jak historyczne przypadki i językowe konstelacje, mimo to skupiony wokół pewnego centrum bądź miejsca zgęszczenia. Bilans - balans, waga chwiejąca się wokół punktu podparcia - Roberval. Waga, wahadło zegara, czas, siła ciężkości, harmonia, niepokój - Huygens. Statyka najniższego z niskich punktów - Pascal i ciecze. Descartes i maszyny proste, dźwignie, kołowroty, bloki, wielokrążki, technologia punktu oparcia, który gwarantuje skuteczność. Mechanika środków ciężkości - Leibniz i Bernoulli przelicytowali Arystotelesa. Geometrzy elipsy i przekrojów stożkowych odkrywają Apolloniusza, środki i ogniska. Desargues dopisuje im metafizykę i, niczym Kepler, wskazuje na wierzchołek stożka - wówczas przemienna gra punktu widzenia i źródła światła, oka i słońca, skłania geometrię do marzeń rodem z Miletu; stąd rzut bryły, przecięcie wolumenów, teoria projekcji, cały system przedstawień rozproszony w ikonografii, teatrze, w teoriach poznania. Gdzie jestem ja, który widzę, z jakiego miejsca i jaki cząstkowy przekrój? A skąd się bierze światło? I dlaczego światło w XVII wieku, a oświecenie w wieku następnym? Jedno źródło, bądź wiele. Słońce i wielość światów. Zwrot do kartezjańskiego układu współrzędnych, ku miejscu ich przecięcia, do źródła miary, ładu, geometrii algebraicznej - same słowa wskazują, że odniesienie jest tu pewnym powrotem, a pomysł repryzą, toteż język matematyczny nie popełni błędu i nazwie ten środek początkiem. Wielka algebra szeregów, w Anglii i na kontynencie, opracowuje prawomocne ciągi dążące do pewnego punktu, niczym ciąg argumentacji, który zwykło się we Francji przypisywać Kartezjuszowi. Sekwencje tak jak ruch podlegają prawom racjonalnego następstwa, choć nie są realne, zaś argument konkretyzuje się tylko przez warunki wyjściowe lub pierwszy wyraz. (...)"
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 12:52

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Odpowiedź Gasseta jest prosta

"Wygląda mi na to, że historycy nigdy nie rezygnują z tego prostego, zbyt prostego modelu - serii linearnej. Przejdźcie się jednak w poprzek szeregów i zobaczcie, co łączy sekretne kłódki - komput kombinacji stał się możliwy dzięki caputi variationis, stałemu elementowi, wokół którego wyczerpuje się pierwszy zbiór dyskretnie rozróżnionych elementów, choćby każdy element tego zbioru uznawać po kolei za niezmienny, a za zmienne to, co przed chwilą było stałe. Oto praidea inwariantu w totalności możliwych wariacji. Ars combinatoria dostarczy niebawem nowych arytmetycznych i algebraicznych ujęć i tak powstanie rachunek prawdopodobieństwa. Powrót do odniesienia - aby mierzyć, rozdzielać, porządkować, widzieć. Powrót ten czasami nie ma kresu, choć istnieją punkty graniczne. A raczej - obojętne, czy nazywa się je środkami, wierzchołkami, biegunami czy początkami - można je rozumieć w inny sposób, niż jako punkt wyjścia, koncentrację; i tak koło ma jeden środek, bo jest granicą elipsy, zaś spoczynek jest granicą ruchu; tak samo zbiega się każdy trójkąt poprzez zanik w pobliżu zera wszelkiego wymiernego elementu przestrzennego, nieustanne przybliżanie przylegania, co daje okazję do pierwszego wielkiego ujęcia ciągłości, rachunku różniczkowego i całkowego. Ten zaś z powrotem wyznacza środki ciężkości czy punkty styczności, mierzy, podnosi do kwadratu i wyznacza objętość bryły. Odkryta po raz setny wielka grecka geometria podobieństwa, w takiej samej mierze u Kartezjusza jak i w świetle Desarguesa, jak wiadomo zostaje podjęta w teoriach reprodukcji istot żywych, preformacji, preegzystencji, odwzorowywania zarodków - któż odtąd nie wie, że istnieje stały punkt w podobieństwie? Któż nie dostrzega Reaumura przy pracach nad termometrem, szukającego skali z dwoma punktami, aby mierzyć temperaturę?... Oparcie, punkt równowagi, środek wielkości, ruchu, sił ciężkości - w mechanice i dla mechaników; biegun obiegu, punktowe odniesienie miary i początek układu współrzędnych, początkowe miejsce w szeregu, punkt widzenia i źródło światła, ognisko, środek, skupienie, limes, wartość średnia wariacji, początek i koniec skali... Taki już bywa świat, albo tak to już jest w świecie, gdzie wszystko projektuje się za jednym zamachem. Oto astronomiczna zwada między wyznawcami heliocentryzmu i geocentryzmu, którzy, cokolwiek by mówić, opowiadają się po jednej stronie, chcą bowiem, pozbawieni jeszcze ostatecznego dowodu (stąd gwałtowność dyskusji), aby kosmos miał środek tu, tam lub w innym miejscu, w nas, w Słońcu albo jakimś innym źródle światła (w bladej poświacie w Orionie); po drugiej stronie zaś - przerażeni nieskończonym wszechświatem bez ładu, bieguna i spoczynku. Astronomia, jak to bywa zazwyczaj, jest podstawowym modelem, gdzie rzutuje się większość spraw w takiej skali, że nie sposób już ich nie dostrzegać. Zatem ład klasyczny to stały punkt, klasyczny rozum to równowaga, która wyrównuje się i staje się zrozumiała dzięki odniesieniu. Oto morena czołowa nauk"
Ptr

Ptr

03.11.2017 15:52

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na "Wygląda mi na to, że

Pochwała logicznego myślenia, duch klasyczny. Lubię to.
Bo cóż mamy poza tym. 
Jeszcze wiarę, bo wiemy , że jest ostateczne , ani doskonałe to , co już rozumiemy.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 12:54

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Odpowiedź Gasseta jest prosta

To wszystko jest powiedziane jednym tchem. Prawda, że robi wrażenie? A dalej jest nawet coś o Chrystusie, ale nie będę Panu psuł zabawy, gdy już dorwie Pan ten esej gdzieś na mieście ;)
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

03.11.2017 14:24

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na To wszystko jest powiedziane

Proszę wybaczyć, ale średnio mnie taka egzaltacja bawi, raczej irytuje. Znacznie ciekawsze dla mnie jest śledzenie w jaki sposób ludzie dochodzą do czegoś nowego. Któryś z pańskich rozmówców stwierdził, że chaos kończy się tam gdzie spoglądamy. Niektórzy potrafią zmieniać dowolnie rozdzielczość spojrzenia - być może to jest ten mechanizm. Porządkujące widzenie to ograniczenia człowieka, czy geniusz? Mi bliższe jest to drugie i w dodatku mam wrażenie, że ten geniusz człowieka znakomicie wkomponowuje się w geniusz świata.
Ptr

Ptr

03.11.2017 15:29

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Proszę wybaczyć, ale średnio

Może odpowiem. Nie chodzi tu o sprawy optyczne. Chodzi o pewne wnioski z mechaniki kwantowej. I NAWET możnaby to potraktować dość ściśle ,a nie poetycko. Nasza świadomość jest w pewnym sensie urządzeniem pomiarowym. Odbiera konkretny wynik pomiaru. Zawsze widzimy konkretną rzeczywistość. Natomiast WIEMY, z doświadczeń, że zanim rzeczywistość się skonkretyzuje jest pewnego rodzaju stanem potencjalnych możliwości. Ten stan kwantowy przestaje być nieokreślony w momencie , gdy wypływa z niego informacja, taka , która już go określa w stosunku do otoczenia. Lokalny realizm polega na tym ,że zakładamy , że materia , nawet gdy na nią nie patrzymy, MA konkretne parametry : położenie, prędkość, ogólnie stan. Nie wiemy o nich , ale zakładamy , że wszystko we wrzechświecie ma w danej chwili swój stan. Bo możemy go zmierzyć. Otóż WIEMY z doświadczeń , że materia pomiędzy pomiarami NIE MA stanu określonego tak jak nam się wydawało, wyrażanego liczbami rzeczywistymi. Ponadto tego stanu  NIE MOŻNA i niedaje się zmierzyć w sposób całkowity.
Są pewne daleko idące konsekwencje filozoficzne tych faktów. (W szczególności można zadać pytanie,  JAK i czy materia istniałaby bez świadomości. )
Jeszcze ciekawsze jest to , że aby dokonać pomiaru układu będącego w stanie nieokreśloności ( superpozycji) potrzeba swiadomego obserwatora- człowieka. Czujnik , z którego nie wyływa ( i nie wypłynie) informacja o pomiarze sam wchodzi w superpozycję stanów i NIE WIE , czy coś zarejestrował czy nie. 
Wiem ,że Pan teraz mawątpliwości , ale już sygnalizowałem , że nie wszystko daje się łatwo zrozumieć. 
.
Ptr

Ptr

03.11.2017 18:48

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Może odpowiem. Nie chodzi tu

Przepraszam ,że zejdę na niższy poziom, ale w nawiązaniu do polityki mozna zauwazyć ,że analogicznie przebiega proces polityczny np. z prazydentem. Możnaby powiedzieć , że jest on teraz politycznie w superpozycji stanów z punktu widzenia obozu patriotycznego. Wszystkie czujniki są w stanie superpozycji tzn. informacje , relacje interpretowane są dwuznacznie. każdy ma w głowie niepewność. Jeżeli dokonujemy pomiarów, system powinien przejść w stan określony. Im więcej pytań do prezydenta , tym bardziej określony stan. Tym mniejsza nieokreśloność przyszłych zdarzeń, większy realizm. Jeżeli utrzymuje się dwuznaczność, ona będzie się rozwijać w rodzaj chorobliwej psychologii i propagandy , mieszaniny prawdy i kłamstwa...A na końcu będzie ZONK, gdy ktoś dokona rzeczywistego pomiaru. I może właśnie o to chodzić , by tego pomiaru nikt nie dokonał wcześniej. Aby nie było tak-tak , nie-nie. Ale wynik pomiaru zależy też od samego obserwatora, to znaczy społeczeństwa, które oczekuje określonego wyniku i ma na niego wpływ.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 16:39

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Proszę wybaczyć, ale średnio

Odwołuje się tu Pan do pierwotnego znaczenia słowa "geniusz". Starożytni Grecy uważali, że każdy mężczyzna ma swojego geniusza, który go prowadzi przez życie i nie odstępuje na krok. Rzymianie twierdzili, że geniusz posiadają państwa i narody. Podobne znaczenie miało też pojęcie dżina u Arabów przed pojawieniem się islamu. Uważano np., że każdy poeta ma swojego dżina i im silniejszy jest jego dżin, tym większy talent posiada. Można więc to tak właśnie interpretować, czyli że geniusz można postrzegać jako swego rodzaju ograniczenie, które tylko tyle może dopomóc człowiekowi, ile siły stanowi "geniusz" całej kultury lub cywilizacji. To nas sprowadza właśnie do dyskusji o paradygmacie, który wyznacza ścieżki, po których mogą kroczyć uczeni oraz badacze. Inne drogi są "niepoprawne politycznie" w tym sensie, że naruszają pewnik w formie obowiązującego paradygmatu. Tak właśnie niektórzy tłumaczą np. konflikt Galileusza z Kościołem, czyli też po prostu Kopernika z obowiązującą nauką Kościoła. Nauka i postęp musi więc stale kluczyć, żeby dostosowywać się do tempa, w jakim są w stanie zmieniać się paradygmaty. Wspomniany przeze mnie Rene Thom - twórca teorii katastrof - sam zresztą to dostrzegł, że wstrzelił się w samo jądro oczekiwań badaczy z różnych dziedzin (biologii, ekonomii, psychologii, lingwistyki, fizyki) z tą swoją w rzeczy samej krytyką paradygmatu ciągłości w modelowaniu świata. Teoria katastrof mówi właśnie o osobliwościach, które pojawiają się w momencie ewolucji ciągłego modelu i mają charakter jakościowy. Obecnie wpływ teorii Thoma na rzeczywistość nauki jest już znacznie mniejsza, gdyż w międzyczasie pojawiła się koncepcja emergentyzmu. Emergencja jest znacznie lepszym wytłumaczeniem fenomenów takich jak masowość i losowość, będące motorem zmian w zachowaniu jakościowym modelu. Na przykład teoria katastrof nie tłumaczy charakteru zjawisk chaotycznych, czyli regularności dostrzeganych w scenariuszach przejścia do chaosu (kaskada bifurkacji), choć na pozór (przynajmniej dla popularyzatorów nauki) zdaje się mówić o tym samym. W tym drugim przypadku wyłania się nowy porządek, w pewien sposób skalowalny i mówi się wręcz o grupie renormalizacji (czyli symetriach). To jest widoczne w wykresie Feigenbauma. I tu znów mamy dwa rodzaje emergentyzmu: ontologiczny oraz epistemologiczny. Pierwszy twierdzi, że nowa jakość nie daje się w pełni tłumaczyć za pomocą właściwości części, jest nieredukowalna, obala tezy redukcjonizmu. Drugi stawia na ludzka niewiedzę, czyli tymczasowe ograniczenia metod i języka, które uda się z czasem pokonać. To właśnie ten aspekt dyskutujemy tu z kolegami odnośnie załamywania się i rozpraszania światła. Jesteśmy, a przynajmniej ja jestem, optymistą :) Wspomniana przeze mnie praca, która wyjaśnia fenomen korpuskularno-falowy za pomocą teorii toposów, jest wg mnie podejściem bardzo obiecującym i przyszłościowym. Dlaczego?
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

03.11.2017 21:12

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Odwołuje się tu Pan do

Jestem pod wrażeniem, jak Pan ubrał moje stwierdzenia w historię myśli i kontekst. Nawet jeśli z niektórymi poszukiwaniami zetknąłem się, to nie potrafiłbym przywołać je o tak na poczekaniu.  Co do toposów trudno mi się odnieść, bo nie mam o nich pojęcia. Jeśli dostarczają spójny opis dwoistości materii to pewnie w nieodległej przyszłości zastąpią teorię pola, o ile nie są jej wykwitem. Nie wiem jednak dlaczego miałyby nieść optymizm. Aż tak otwierają nowe światy, że końca nie widać? Bo tylko wtedy mogłyby nieść nadzieję na dalszy rozwój cywilizacji. Tak jednak zdaje się nie jest, skoro sam klasyfikuje Pan to po stronie epistemologii.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 21:58

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Jestem pod wrażeniem, jak Pan

Toposy są naprawdę ponad teorią pola, ponieważ teoria pola jest ściśle związana z pojęciami ciągłości i różniczkowalności. Toposy zaś nie, a do tego pozwalają wprowadzić do modeli matematycznych dla fenomenów fizycznych nie tylko chropowatość, konieczną do wyrażenia świata siatek atomowych - jak widać na obrazach materii z mikroskopu elektronowego, atomy nie mogą leżeć gdziekolwiek i poruszać się dowolnie, a to wyklucza pełne opisy za pomocą gładkiego aparatu geometrii różniczkowej i analizy na rozmaitościach i właśnie o tym kolega wspominał, mówiąc, iż tajemnicze i zadziwiające jest, że te obliczenia dobrze zgadzają się z obserwacjami (platonizm). Toposy pozwalają wprowadzić również niemonotoniczność rozumowania, wielobieżność, pewien rodzaj indeterminizmu, wsteczny causalism, nieprzemienność oraz niełączność (oktoniony). Te pojęcia przez lata matematyka skazywała na wygnanie, twierdząc o nich, że są "nieładne". Taki dogmat "świat jest zbyt piękny i doskonały, żeby miał być opisywany za pomocą nieładnych modeli", okazuje się dziś błędny.
Tak, toposy otwierają nowe światy, ale brak tu miejsca na przedstawienie dowodów, a prace nadal są w toku. Epistemologia pozwala mi w tym miejscu zachować zdrowy umiar i rozsądek. Nie chciałbym, żeby moja fascynacja skończyła się podobnie, jak fascynacja elektrycznością, magnetyzmem, balonami, komputerami, lotami w kosmos i tak dalej. To jest domena magików od oczarowywania ludności trickami, pisarzy i fantastów. Ja czekam na konkrety.
No może podam jeden przykład, ale muszę najpierw zrobić odpowiednie wprowadzenie. Niech Pan zauważy, że język, którym się posługujemy zwykło się uważać za liniowy. Wrażenie to powstaje dzięki temu, że stosujemy zapis linearny złożony z ciągów znaków, które czytamy od lewej do prawej albo odwrotnie, a Japończycy i Chińczycy nawet od góry w dół. To jednak nie zmienia faktu, że czytając tekst znajdujemy początek i podążamy w kierunku jego końca. Z rozumieniem tekstu jest już zupełnie inaczej. Sądzi się ostatnio, że rozumienie polega na wychwytywaniu pewnych bloków (tokenów), które znajdują swoje odzwierciedlenie w pamięci (doświadczenia) i od razu rusza kaskada skojarzeń. Niektórzy dopatrzyli się nawet w tym nawet podobieństwa do procesów kwantowych. W zasadzie my nie czytamy tekstu, tylko coraz dokładniej składamy pewien obraz przekazywany przez jego treść i dokonujemy porównania go z tym, co już znamy. To oczywiste, bo jeśli ktoś miał w życiu nieszczęście uczyć młodzież, to wie, że żaden potok słów, nawet najmądrzejszych, nie jest w stanie wytworzyć żadnego rozsądnego obrazu w głowie młodego delikwenta, który o życiu guzik wie, czyli nie ma do czego odnieść tej treści. Z drugiej strony można zrobić prosty test i napisać coś z literówkami w słowach i jeszcze te słowa poprzestawiać, a i tak jest szansa, że ktoś to przeczyta i od razu odgadnie prawidłowe znaczenie. W tym sensie przekaz jest nieliniowy, tak samo język.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

03.11.2017 22:57

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Toposy są naprawdę ponad

Czyli umysł człowieka wyposażony został w to narzędzie... Pański entuzjazm udzielił mi się - włączę toposy w obszar swoich zainteresowań, jeśli dam radę.
Jedna mała uwaga do cokolwiek lekceważącego potraktowania w którymś z komentarzy adaptacji prostych modeli fizycznych układu wielu ciał w naukach niefizycznych. Uzyskano z nich szereg nietrywialnych wyników. Przykładem może być największe prawdopodobieństwo zmiany opinii na przeciwną wówczas gdy opinia mniejszościowa osiągnie bodaj 28%. Chłopski rozum podpowiadałby np. 49%. Model sugeruje, że dla większej liczby prawdopodobieństwo jest mniejsze.  Badania socjologiczne potwierdziły owe 28%! Z tego modelu wynika także wniosek, że mniejszość statystycznie istotna zawsze ma rację...
Imć Waszeć

Dark Regis

04.11.2017 00:47

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Czyli umysł człowieka

Prawdopodobieństwo ma wiele paradoksów. Proszę poszukać twierdzenia Bella. Podstawowym problemem prawdopodobieństwa jest to, że jest oparte na klasycznej teorii miary. Miara jest to takie optymistyczne założenie, że jak dla przestrzeni X weźmiemy wszystkie podzbiory P(X) i zmierzymy je za pomocą funkcji o wartościach rzeczywistych nieujemnych, to będziemy mogli coś ciekawego powiedzieć o tych zbiorach. Chcielibyśmy na przykład, żeby suma miar dwóch zbiorów powstałych z przekrojenia danego zbioru U była taka sama jak wyjściowego zbioru. Jest to po prostu wprowadzenie porządku częściowego do rodziny podzbiorów P(X). Niestety, ale w ogólnym przypadku jest to niewykonalne, albo wykonalne ale przy niedopuszczalnych założeniach, na przykład usunięcie aksjomatu wyboru z teorii zbiorów powoduje, że wszystkie podzbiory zbioru liczb rzeczywistych stają się mierzalne. Problem w tym, że niektóre takie podzbiory są tak dziwne, że prowadzą do paradoksów. Ograniczono więc wymagania do specjalnych rodzin podzbiorów zwanych mierzalnymi (trochę podobne w definicji do topologii, ale nie używamy dowolnie wielkich sum, a tylko przeliczalnych, na przykład zbiory borelowskie), stworzono z nich tzw. sigma ciała i wtedy miara zaczęła mieć już w miarę rozsądne własności. prawdopodobieństwo, to jest taka miara, która przyjmuje tylko wartości od 0 do 1.
Teraz proszę sobie wyobrazić taki twór: mamy miarę m na rodzinie podzbiorów mierzalnych M zawartej w  P(X). Może być tak, że jakiś zbiór U zawarty jest w zbiorze V i mają tę samą miarę. To znaczy, że różnica zbiorów V-U jest miary m zero. Jeszcze raz bierzemy wszystkie podzbiory P(X) ale tym razem utożsamiamy te wszystkie, które różnią się od siebie zbiorem miary zero P(X)/I.To co otrzymujemy jest pewnym kuriozum. Mówimy o własnościach zachodzących prawie wszędzie.. Otóż zbiorami miary zero najczęściej bywają zbiory skończone. W ogóle rodzina wszystkich podzbiorów ma strukturę algebry Boole'a z sumą, przecięciem, dopełnieniem, całym X jako jedynka i zbiorem pustym jako zero, a w tej algebrze punkty są atomami. Po tej operacji otrzymujemy też algebrę Boole'a P(X)/I, ale już bezatomową. Co śmieszniejsze znika nam znacznie więcej i to często bardzo sensownych rzeczy ;)
Dostajemy właśnie konstrukcję snopa, a następnie toposu zbiorów i funkcji mierzalnych:andrew.cmu.edu
W probabilistyce też mówi się o czymś, że jest równe z prawdopodobieństwem 1, albo zachodzi prawie na pewno, jeśli to pozostałe jest miary zero, albo pomijalnie małe, czyli można to pominąć. To jest podobna konstrukcja do pokazanej powyżej.
PS: Najczęściej problemy związane z przekłamaniami przy stosowaniu nomenklatury probabilistycznej polegają na tym, że mówi się o tzw. prawdopodobieństwie warunkowym w tym samym kontekście co o wyjściowym prawdopodobieństwie.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 22:34

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Jestem pod wrażeniem, jak Pan

Sztuczna inteligencja, która zajęła się problemami rozpoznawania mowy, klasyfikacja treści i ogólnie maszynowym uczeniem, również przyjęła model, że treści języka naturalnego są pewnymi ciągami znaków, które czytane od początku do końca powodują dopasowywanie się pewnego wyuczonego wstępnie automatu do danej treści (HMMs = ukryte modele Markowa). Jeśli to dopasowanie jest dostatecznie duże, to znaczy, że z dużym prawdopodobieństwem tekst znaczy to, czego wstępnie nauczyliśmy ten automat. W ten sposób można automatycznie przeglądać miliony postów, artykułów, stron WWW i klasyfikować je jako: sport, polityka, nauka, literatura itp. Automat ten jest jednak grafem, a nie strukturą linearną.
Współczesne metody klasyfikacji poszły jeszcze krok dalej i obok samych grafów zależności słów i bloków słów, biorą pod rozwagę cały płynny kontekst. To pozwoliło na stworzenie systemów rozpoznających nie tylko język pisany, mówiony, ale także mowę ciała i potencjalne zagrożenia (systemy monitoringu). Musiały jednak w tym celu użyć uogólnienia grafów znanych hipergrafami. Co to jest? Najkrócej graf jest zbiorem kropek, które połączymy w jakiś sposób kreskami (nawet nie wszystkie); graf skierowany jest to zbiór kropek połączonych strzałkami. Obie te definicje łączy to, że dla wierzchołków V, wybieramy krawędzie jako pary (u,v): w pierwszym przypadku nie uwzględniamy porządku w parze, zaś w drugim tak. Hipergraf, to już poważne wyzwanie dla wyobraźni: teraz dla zbioru wierzchołków V wybieramy jakieś pary, trójki, czwórki,... entki i nazywamy je hiperkrawędziami. Jeśli kolejność w danej entce ma znaczenie, to jest to hipergraf skierowany. Bardziej formalnie: dla V określamy rodzinę jego wszystkich podzbiorów P(V) i z tej rodziny wybieramy sobie podzbiór E (hiperkrawędzi). Dopóki wszystko dzieje się dla zbiorów skończonych, to nie ma problemów. One pojawiają się wraz z pojęciem nieskończoności.
Teraz mamy następującą koncepcję: mamy jakąś prostą, mówi się naive (naiwną), teorię mnogości (wystarczy mieć jeden zbiór przeliczalny, np. liczb naturalnych) albo "naiwną" logikę i dzięki temu możemy stworzyć grafy. Grafy te nazywamy schematami. Najprostszy schemat to po prostu jakaś kropka - nazwiemy ją obiektem - i od razu zakładamy, że mamy strzałkę w formie pętelki, czyli tzw. morfizm w siebie dla tego obiektu. Potem bierzemy dwie kropki, czyli dwa obiekty i jedną strzałkę dla typowego morfizmu miedzy obiektami. Możemy wziąć trzy kropki, wiele kropek i tak na prawdę kłopot zaczyna się przy nieskończonym ciągu, który jest właśnie czymś takim, jak obiekt liczb naturalnych lub wyrażeniem zasady indukcji. Potem możemy brać bardziej skomplikowane diagramy: A->B=>C, gdzie pomiędzy B i C są dwa morfizmy; odwrotnie A=>B->C; A->B<-C obie strzałki w stronę B; A<-B->C obie strzałki od B; trójkąty A->B->C<-A itd. Oczywiście wniosek z tego, że grafy są po prostu kategorią, tak samo jak porządki.
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 23:12

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Jestem pod wrażeniem, jak Pan

Teraz idziemy jeszcze dalej. Zakładamy, że wśród naszych schematów, które zostaną zrealizowane w jakiejś konkretnej dziedzinie matematycznej, na przykład przestrzenie jakieś, algebry siakie, albo po prostu zbiory i funkcje (kategoria Set), będziemy mieli takie schematy, które w pewnym sensie będą początkowe lub końcowe dla wszystkich innych o tym samym kształcie. W ten sposób definiuje się obiekty uniwersalne, czyli mające pewien typ uniwersalności. Jeśli np. weźmiemy schemat A<-C->B, to będzie istniał taki obiekt X, że schemat A<-X->B będzie końcowym dla tej klasy (czyli istnieje jednoznacznie określony morfizm z C->X, dla którego diagram jest przemienny). Oczywiście X jest tak zwanym produktem AxB, czyli w kategorii Set po prostu zbiorem par, produktem kartezjańskim, gdzie pierwszy idzie element z A, a drugi jest element z B, a X->A, X->B to są rzuty na pierwszy i drugi składnik. Produkt nie musi jednak tak wyglądać dla wszystkich kategorii, a nawet nie musi istnieć. Te kategorie w których istnieje są tymi porządniejszymi. Gdy rozważamy schemat z odwróconymi strzałkami i szukamy obiektu początkowego, czyli A->C<-B, to określamy koprodukt. To ko oznacza właśnie ten rodzaj dualizmu, który powstaje przez odwrócenie wszystkich strzałek. Czyli ko-ko-produkt, to znów zwykły produkt. Te schematy z podwójnymi strzałkami dają tzw. ekwalizatory i koekwalizatory. Nazwy są naprawdę dziwne, ale jak widać sens jest prosty do uchwycenia.
Potem pomiędzy kategoriami definiuje się funktory, które przekształcają obiekty jednej w obiekty drugiej, zaś morfizmy w morfizmy, ale w taki sposób, żeby zachowywać schematy, a przynajmniej jeden typ odpowiadający złożeniu dwóch morfizmów. W ten sposób będą też zachowywane te bardziej skomplikowane jak produkty. Oczywiście wszystkie kategorie, albo przynajmniej te nieduże są obiektami kategorii Cat, a funktory to ich morfizmy. Jeszcze inaczej można jako obiekty potraktować funktory, a morfizmami będą tzw. transformacje naturalne funktorów. Nie będę tego dalej rozwijał.
Języka kategorii możemy używać, do badania podobieństw pomiędzy teoriami matematycznymi. Możemy na przykład określić funktor pomiędzy jakimiś zakręconymi przestrzeniami, które kawałkami przypominają np. płaszczyznę par licz rzeczywistych (rozmaitości), a grupami, czyli takimi porządnymi i dobrze zbadanymi algebrami. Możemy na różne sposoby przypisać każdej rozmaitości jakąś grupę i potem porównując te grupy twierdzić, że te rozmaitości mają własność taką lub inną. Najbardziej znane funktory z kategorii rozmaitości do kategorii grup, to są homotopie (zanurzenia sfer ze względu na ściągalność do punktu) oraz homologie (dzieli się przestrzeń na prostsze klocki np. sympleksy i bada ich strukturę). To już wyższa matematyka, ale chodzi tu po prostu o zastąpienie informacji o topologii przez informacje o algebrze (grupie).
Imć Waszeć

Dark Regis

04.11.2017 00:05

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Jestem pod wrażeniem, jak Pan

Topologia jest po prostu znacznie bardziej zawikłana niż algebra, a więc jest to uproszczenie. Tymczasem Alexander Grothendieck dostrzegł pewną analogię pomiędzy konstrukcjami geometrii algebraicznej, które wprowadza już się na bardzo wysokich poziomach abstrakcji i wysublimowanej algebry, kiedy już mało kto orientuje się o czym mowa (np. przestrzenie upierścienione), z tymi podstawowymi przestrzeniami topologicznymi. Skoro jednak mamy przestrzenie topologiczne, to abarot mamy funktory jakichś homologii i tak w kółko. Problem stanowiło tylko to, że te wyższe topologie, które zwykle określało się dla spektrum jakiegoś pierścienia wcale nie chciały być porządne, podobne do tych, od których wychodził. To go wkurzyło i zaczął szukać przyczyny. W ten sposób stworzył pojęcie topologii abstrakcyjnej, którą zadaje się za pomocą schematów, a nie rodzin zbiorów otwartych.
Te schematy są o dziwo dość proste do zrozumienia. Najpierw bierzemy jakiś zbiór wierzchołków, które są obiektami jakiejś małej kategorii z produktami (wyżej), z tym, że tu jest specjalny typ prod. włóknistych. Mamy więc już jakieś morfizmy, czyli strzałki jak dla grafów (wyżej). Potem dla każdego obiektu U z tej kategorii określamy rodzinę wszystkich jego morfizmów P(U) ={U(i)->U}, które stanowią tzw. pokrycie. Tu jest ten trudniejszy fragment, bo trzeba powiedzieć o snopach i presnopach, co pominę. Powiem tylko, że zachowują się one tak jak "rodzina zbiorów otwartych w topologii". To właśnie wykoncypował Grothendieck, że toposy będą takim uogólnieniem topologii na snopy.
Z drugiej strony Lawvere i Tierney stworzyli kompletnie inną konstrukcję toposu, która podchodziła do zagadnienia od strony logiki i stanowiła uogólnienie algebry fukcji. Rozpoczęli oni od określenia tzw. klasyfikatora podobiektów. W pewnym sensie jest to uogólnienie na kategorie znanej z matematyki klasycznej koncepcji funkcji charakterystycznej podzbioru. Funkcja ta dla dla elementu należącego do podzbioru przypisuje jedynkę, a dla wszystkich pozostałych zero. A co się stanie, gdy będziemy mieli {0,1,X} i jeszcze jakąś wartość X? Albo romb z jedynką na górze, zerem na dole, a pomiędzy nimi dwa nieporównywalne  ze sobą X i Y? No właśnie. Wygląda na głupią zabawę, a okazało się, że jest tożsame z podejściem Grothendiecka. Tyle tylko, że te zbiory wartości z jedynka na górze i zerem na dole muszą mieć szczególną strukturę tzw. kraty lub algebry Heytinga. O dziwo jest tak wtedy, gdy stanowi ona model dla pewnej logiki, w której jednak nie musi zachodzić zasada wyłączonego środka (albo podwójnej negacji). Logiki modalnej.
W ten oto sposób z poziomu wyższych teorii algebraicznych wyłonił się koncept, który przestał być zgodny z podstawami teorii mnogości ZFC.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

04.11.2017 00:52

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Topologia jest po prostu

No to teraz już wszystko jasne.
Proszę nie mieć za złe, ale pojechał Pan po bandzie. Takie zagęszczenie pojęć i ich rozumienie wymaga nieco wolniejszego tempa nawet dla kogoś, kto z podstawami topologii i teorii grup czy innych struktur algebraicznych już zetknął się.
Imć Waszeć

Dark Regis

04.11.2017 01:24

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na No to teraz już wszystko

No jeszcze nie wszystko. Teraz trzeba sobie uświadomić, że arytmetyka jest pochodną logiki, czyli, że za pomocą operatorów logicznych można liczyć tak, jak w algebrze. To z kolei stanowi podstawę do tego, że w ogóle konstrukcje algebr i bardziej skomplikowanych systemów relacyjnych oprzeć na formułach logiki. Tak właśnie robi algebra uniwersalna.  Z tego wynika, że jeżeli w danej logice nie mamy sposobu zapewnienia, żeby dane formuły przyjmowały wartości zgodnie z wartościami logicznymi swoich składowych, to problemy przenoszą się od razu na możliwości zdefiniowania porządnej arytmetyki. W szczególności obiekt liczb naturalnych jest utożsamiany z jednym tylko aksjomatem arytmetyki - z zasadą indukcji. Oczywiście zawsze w dowolnej kategorii można określić schemat, który wygląda jak nieskończony ciąg morfizmów  0->1->2->3->... z tym, że najczęściej nie ma on własności uniwersalności.
Takim dobrym przykładem na to, co się wtedy może wydarzyć jest kategoria grup, choć nie jest ona toposem. Znajdujemy tzw. grupy proste, które są czymś analogicznym do liczb pierwszych. Tak jak każdą liczbę naturalną możemy rozłożyć na czynniki pierwsze, tak samo każdą grupę skończoną można rozłożyć na kawałki będące grupami prostymi. Problem w tym, że grupy, które przypominają choć trochę obiekt liczb naturalnych, czyli cykliczne nie są wcale szczególne. Co prawda można je zbudować tylko z grup prostych cyklicznych, czyli tych o rzędzie (liczności) będącym liczbą pierwszą, ale większości innych grup już nie. Potrzebne są jeszcze pewne inne nieskończone rodziny grup prostych oraz 26 tzw. grup sporadycznych. W tym takie grupy, którymi żywo interesuje się fizyka i kosmologia. Ktoś kiedyś pokusił się o to, żeby zebrać te wszystkie wyniki do kupy i wyszedł niemal układ okresowy pierwiastków: irandrus.files.wordpress.com
Nic zatem dziwnego, że teraz pewne grupy lub raczej formacje podgrup (ma to związek z danym rozkładem na grupy proste) nazywa się atomami symetrii. Jeszcze jest tam rodzina schematów zwanych diagramami Dynkina. Dynkin badał i klasyfikował arytmetyki niestandardowe, czyli takie co spełniają aksjomaty Peano ale różnią się klasycznej arytmetyki. Jest ich nieskończenie wiele. Ich tworzenie opiera się właśnie na sprytnym zbudowaniu ultraproduktu czyli takiego podzielonego przez dany ultrafiltr (tak jak wyżej pokazywałem w przypadku wszystkich zbiorów utożsamianych gdy różnią się o zbiór miary zero). Okazuje się, że to ma pewien związek z greckim mitem o obcinaniu głów Hydrze. Pisałem też o Henkinie i jego zmaganiach z logikami niestandardowymi.
Imć Waszeć

Dark Regis

04.11.2017 02:22

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na No to teraz już wszystko

Nie wiem czy ta prezentacja coś wyjaśni: knm.katowice.pl
jedna z teorii wielu światów jest również motywowana teoria toposów (Chris Isham), gdyż jest to po prostu naturalne spojrzenie na logikę modalną. Zamiast określać, które formuły są spełnione lub prawdziwe zawsze, określa się tylko w których światach są one prawdziwe. Światy są związane pewną strukturą Kripkego, czyli określony jest na nich częściowy porządek. Dla logik temporalnych na przykład określa się, czy formuła jest spełniona w każdym następnym świecie, albo czy jest spełniona w jakimś następnym świecie.
Przy okazji tu jest strona faceta, który jest koneserem ciekawostek z dziedziny nauki i matematyki: golem.ph.utexas.edu
Ptr

Ptr

03.11.2017 21:18

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Odwołuje się tu Pan do

Przepraszam, ale nie jestem zawodowym fizykiem i nie słyszałem o teorii toposów, a jak można to podejście streścić w trzech zdaniach ? 
Natomiast pojęcie dualizmu korpuskularno-falowego tkwi bardzo w paradygmacie klasycznej mechaniki, bo zakłada jakiś niezrozumiały dualizm, prowadzący jakby do mechaniki Bohma, który chce zachować falę i cząstkę. 
A propos przemiany kopernikańskiej - zadaje się , że przemiana dokonywała się ta dokonywała się z pomocą wymiany pokoleniowej. 
Geniusz narodu - wspaniała myśl.
Imć Waszeć

Dark Regis

04.11.2017 02:05

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Przepraszam, ale nie jestem

Topos należy rozumieć jako miejsce, gdzie można przejść od zewnętrznego opisu typowego dla teorii kategorii, czyli obiektów i morfizmów, do języka przypominającego język logiki, w którym można zapisać dalej aksjomaty przypominające znane nam aksjomaty teorii mnogości, teorii algebraicznych (gdy nie mieszamy elementów różnych typów) i geometrycznych (gdzie różne typy, takie jak punkt i prosta mogą być związane funkcją albo relacją). W logice mówimy o formułach, w których występują symbole zmiennych indywiduowych, stałych, symbole funkcji, symbole predykatów (relacji w modelach), operatory logiczne i kwantyfikatory. Po prostu zaczynamy od symboli zmiennych, potem z każdym obiektem zwanym teraz typem wiążemy tak zwane termy (term to taka formuła, która ma tylko zmienne i symbole funkcyjne, a nie ma np. symboli predykatów), z każdym morfizmem X->Y wiążemy termy f(t) typu Y, gdzie t był termem typu X, z produktem kojarzymy produkty termów czyli pary typu X i typu Y. Potem termy typu Omega (klasyfikator podobiektów, czyli uogólnione wartości logiczne) nazywamy formułami. Predykat "=" sygnatury (X,X) definiujemy jako obraz pary termów typu X przy morfizmie klasyfikującym podobiekt diagonalny, czyli przekątną w produkcie XxX->Omega. Predykat "należy do" sygnatury (X, Omega^X) definiujemy podobnie za pomocą morfizmu XxOmega^X->Omega. Symbole logiczne "i", "lub", "implikacja", negacja" są indukowane z obiektu Omega, który jest przecież algebrą Heytinga. Kwantyfikatory i reszta, to trochę więcej roboty, a na koniec mamy pełnoprawny język logiki. Z tym, że z tego powodu, że Omega jest algebrą Heytinga nie możemy miec normalnej implikacji i normalnej negacji, tylko tzw, implikację Heytinga i pseudodopełnienie.
Modelem teorii jest każdy zbiór, funkcje na tym zbiorze i relacje, którymi zastępujemy te symbole. Jeśli teoria jest niesprzeczna, to ma model. Podobnie jest w toposach, ale raczej w tym przypadku nie mamy zbiorów i funkcji, tylko obiekty i morfizmy toposu. W ten sposób możemy zdefiniować teorie, których aksjomaty będą formułami wewnętrznego języka toposu i w ten sposób otrzymujemy jakieś  "zbiory", przy odrobinie szczęścia "elementy" oraz relację "przynależności". Wygląda to jednak bardzo dziwnie. Podobnym zagadnieniem zajmował się Henkin, ale on aproksymował pewne teorie w logikach nieklasycznych za pomocą modeli logiki klasycznej i wtedy często rozwalały się klasyczne pojęcia zbioru, elementu i relacji przynależności do zbioru.
Ptr

Ptr

06.11.2017 16:15

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Topos należy rozumieć jako

Rozumiem,że topos  może być dobrym narzędziem matematycznym do opisu zjawisk kwantowych. Takie narzędzia jednak będą czymś pomiędzy nami a istotą zjawiska , nami  a rozumieniem tych zjawisk wprost. Czymś czego działanie trzeba będzie najpierw zrozumieć, tak jak formalizm mech. kwantowej
Zakładając ,że możliwy jest jakiś postęp w rozumieniu zjawisk kwantowych wprost. Nie miałbym nic przeciw temu, aby był możliwy. I obok formalizmu uważam takie rozumienie za istotne.
Imć Waszeć

Dark Regis

06.11.2017 18:41

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Rozumiem,że topos  może być

Tak. Aparat toposów staje się tu rodzajem mikro- lub teleskopu, za pomocą którego obserwujemy zjawiska. Mniej formalnie, ale chyba bardziej sugestywnie można to wytłumaczyć jako rozszerzenie języka opisu zjawisk, w celu pozbycia się paradoksów związanych ze zwykłym językiem dotąd używanym. Zresztą fizycy sami zakładają, że taki język lub aparat musi dawać możliwość nowego wglądu w szereg zjawisk, ale żadne z tych zjawisk nie może być związane tylko z jednym rodzajem wglądu. Musi być możliwa translacja. Cytuję:
"Zasada towariancji (N.P. Landsman, 2007)
Teorie fizyczne powinny być niezależne od wyboru toposu - zawsze istnieje możliwość (formalnego) ”przekształcenia” ”klasycznej” MK, opartej na pewnym toposie, do MK opartej na modelach standardowej teorii mnogości [ZFC] (i odwrotnie)."
To jest to, o czym mówiłem w znaczeniu wzajemnych odbić w Perłach/Sferach Indry. W translacji opisu teorii fizycznej z jednego języka na inny, można chwilowo stracić ostrość widzenia szczegółów z powodu ograniczonej siły ekspresji tego języka, ale nie można wprowadzić sprzeczności.
Pamięta Pan może jeszcze Davida Bohma z jego  teorią holistyczną ukrytego porządku w mechanice kwantowej? On też nawoływał do zmiany języka, poprzez zdynamizowanie go, żeby lepiej pasował do specyfiki tej teorii.
Imć Waszeć

Dark Regis

06.11.2017 19:27

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Rozumiem,że topos  może być

Właśnie znalazłem sugestywny przykład, który pozwoli Panu zrozumieć o co chodzi z tym rozszerzeniem języka.
W teorii równań różniczkowych mówi się, że w przestrzeni rozwiązań w zasadzie nigdzie nic ciekawego się nie dzieje, prócz punktów krytycznych (bodaj twierdzenie Frobeniusa, istnieje lokalny dyfeomorfizm wypłaszczający linie rozwiązań). W punktach krytycznych zaś dostajemy coś ekstra (przypadek rezonansowy). Obraz fazowy dla równania w otoczeniu punktu krytycznego (po obcięciu wyrazów wyższych rzędów), zależy od wartości własnych macierzy dla układu zlinearyzowanego. Mamy kilka typów obrazów, ale nie będę ich tu literalnie wymieniał.
Dwóch facetów wpadło na idiotyczny pomysł, żeby wziąć te obrazy fazowe i chyba sobie trochę poobracać strzałkami tak dla jaj. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dotąd nikt tego nie robił, bo był za poważny. A tu nagle odkrycie "Kosterlitz–Thouless Transition", przy takim obracaniu różne typy portretów fazowych przechodzą cyklicznie w siebie. Proszę popatrzeć tylko na obrazki:
johncarlosbaez.wordpress.com
Skutek? Nobel z fizyki w 2016: nobelprize.org
Imć Waszeć

Dark Regis

03.11.2017 17:18

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Proszę wybaczyć, ale średnio

Otóż do tej pory paradygmat nauki premiował, a nawet wymuszał patrzenie na problem tylko z jednej strony. Budowano właśnie taki ciąg kolejnych, coraz to lepszych teorii, wyjaśniających dany fenomen, niczym ta serresowska seria linearna, szereg uogólnień, w których szczeliny zapełniają stosownie opowiedziane analogie (na przykład za pomocą metafor). Dotąd to wystarczało i działało, więc nie było potrzeby tego zmieniać. Tymczasem wraz z pojawieniem się teorii kategorii zaczęto zauważać, że matematyka podzieliła się nagle na dwie połówki i do tego nie pasujące do siebie. Do niedawna jeszcze zajmowano się ulepszaniem aksjomatów, badaniem ich zależności i niesprzeczności, aż tu nagle ktoś powiedział "czniajmy na aksjomaty i zbadajmy ogólne schematy". Tak pojawił się paradygmat kategoryjny. Do tego momentu matematycy mogli jeszcze dzielić się na dwa obozy, klasyków i intuicjonistów, czyli konstruktywistów, ale obecnie to już zaczyna pachnieć wstecznictwem. Intuicjonizm bowiem okazał się uogólnieniem klasycznej matematyki z klasyczną teorią mnogości. A co śmieszniejsze wchłonął w siebie sporą część nowej fizyki oraz informatykę. Teoria kategorii jest bowiem rodzajem wglądu zewnętrznego w świat matematyki i obiektów matematycznych, zaś aksjomaty są wglądem od wewnątrz. Gdyby posłużyć się tu kalką stosowana niegdyś przez wyznawców holizmu, są one jak Jin i Jang, tyle tylko, że - jak wspomniałem - te połówki do siebie nie pasują. Czy coś poszło nie tak? Nie, wszystko jest w porządku. Tyle tylko, że patrząc od strony zewnętrznej, język matematyki musimy sobie dopiero zdefiniować (Mitchell, Benabou), żeby opisać na nowo takie obiekty jak punkt, zbiór, funkcja, formuła albo relacja. Natomiast patrząc od strony wewnętrznej, widzimy jak schematy się wyłaniają z kontekstu i zaczynają być toposami (geometria algebraiczna, teoria spektralna, przestrzenie mierzalne, topologie T1 i przestrzenie bezpunktowe), z tym tylko, że są niczym słynne odbicia w Perłach Indry, czyli w pewnym sensie są wyrażone w języku wewnętrznym matematyki klasycznej (aksjomaty). Najciekawsze jest to pogranicze pomiędzy niepasującymi połówkami matematyki. Widać bowiem, że mamy do czynienia nie tyle z monadą (w sensie filozoficznym), ale z całym wszechświatem pełnym matematyk, w których zmieścić się może właśnie zarówno nowa fizyka (toposy), jak i informatyka. Informatyka nie mieściła się w matematyce klasycznej właśnie dlatego, że ta (arytmetyka Peano) nie umiała zdefiniować choćby warunku stopu dla funkcji Collatza "3x+1", a także nie umiała radzić sobie z zagadnieniami czasu, następstwa zdarzeń oraz równoczesności, czyli dynamiką zmian. Do tego trzeba było napisać nowe logiki - modalne, w szczeg. temporalne. Dotąd uważano, że należy patrzeć na topos pod kątem tzw. klasyfikatora podobiektów, czyli takiego uogólnienia zbioru {true,false} i definiować wszystko za pomocą odpowiedniej logiki (algebry Heytinga/Boolea). Obecnie są próby użycia do tego celu odpowiedniej arytmetyki.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

06.11.2017 13:13

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Otóż do tej pory paradygmat

Przejrzałem sobie wstępnie obszary, po których Pan się tu poruszał, internet przydał się, pozostały dla mnie arcyciekawe. Gdyby jeszcze udało się Panu przedstawić je językiem zrozumiałym dla wszystkich - pewnie próba była, ale się nie udało.  Pańska gotowość zgłębiania rzeczy i próba ogarnięcie myślami (wszech)świata jest u Gasseta przymiotem stanowiącym  dla arystokracji ducha i umysłu, ale nie jedynym.  Poza tym, nie jest to jedyne możliwe spojrzenie, niczego mu nie odbierając, a zatem trudno mówić o jego zupełności. Nie wskazuje też ścieżki, którą cywilizacja mogłaby kroczyć skazana na niezupełność i inne ułomności wzrostu szczytów wiedzy i średniej zamożności. 100 lat szukamy z tego wyjścia, ale na razie nie widać. Przeciwnie, następuje niezwykle groźne umacnianie się wyginanego w różne strony, podszytego hedonizmem postmodernizmu. Nie bardzo widzę w jaki sposób piękno i tajemnice matematyki, którą Pan tu przywołuje miałyby przekładać się na jakiś zdrowy nurt, którym podążałaby cywilizacja.
Imć Waszeć

Dark Regis

06.11.2017 14:41

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Przejrzałem sobie wstępnie

To proste. Matematyka od zawsze wprowadza rygor i porządek w wyrażaniu treści, natomiast wynalazki pokroju postmodernizmu usiłują nobilitować rozbicie, pesymizm i bełkot. Na przykład schyłkowy dekadentyzm lub dadaizm. Dobre strony postmodernizmu, o których wspominałem, to np. intertekstualność (hipertekst). Logiczne prawo wyłączonego środka nie dopuszcza istnienia trzeciej wartości, ale ja ją dostrzegłem i nawet powyżej wskazałem. Matematyka wydaje się nieatrakcyjna, niestrawna, bo jest trudna i stawia wymagania. Bełkot za to jest popularny, gdyż jest prosty i może to czynić dosłownie każdy. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami jednak znajduje się obszar, w którym można zacząć coś w rodzaju prozelityzmu, czyli nawracania na właściwe cywilizacyjne tory. Tak, po latach panowania - przepraszam za wyrażenie - pojęciowej sraczki, musimy jakoś ucywilizować się na nowo, odkurzyć retorykę i podjąć wysiłek prowadzenia przedmiotowej dyskusji, a nie dwóch monologów. Pan Karoń bardzo dobrze odczytał tę potrzebę, ale - z całym szacunkiem - zbiegiem okoliczności ja byłem pierwszy ;) Dziwi się Pan zapewne skąd takie myśli u matematyka i bardzo słusznie. Matematycy raczej tacy nie bywają. Ja jestem czymś, co nazwałem za Frankiem Herbertem (powieść Diuna) "Paskudztwem". Czyli samorodnym tworem na pograniczu matematyki, filozofii i humanistyki. Wiele mi dało kilkunastoletnie rozmawianie z czystej wody humanistami, w tym polonistami. Ja od nich czerpałem język i umiejętność ubierania myśli w słowa, zaś oni brali umiejętność ścisłej matematycznej argumentacji i porządku. Bez rygoru i porządku nauka zaczyna uprawiać formę promiskuityzmu sama ze sobą, czego ewidentnym wykwitem jest taki choćby genderyzm. Wpadłem na ten pomysł już bardzo dawno temu, prowadząc na przełomie wieków szereg rozmów z ludźmi poprzez czata. Pewna poetka zapytała mnie kiedyś czym się zajmuję w życiu, a ja odparłem, że aktualnie pracuję jako informatyk, ale udzielam wsparcia dla humanizmu bez namaszczenia. To były trochę inne czasy i inni ludzie - artyści, fantaści, niespełnieni naukowcy, na wpół poeci, zarówno romantycy, jak i pragmatycy. Po prostu czat był czymś nowym, obiecującym medium, które znosiło bariery auli wykładowych i zgromadzeń seminaryjnych. Szybko jednak w to środowisko zaczęła wpełzać nijakość i bezruch. Wiele osób zaczęło przesiadywać tam głównie po to, żeby poinformować świat o tym, że jest im źle lub właśnie wcięli kaszankę. Tę funkcję szybko przejęły Facebook (2004) oraz Tweeter (2006) (u nas też Gadu Gadu - od 2000, Nasza Klasa - 2006). I właśnie już około 2004 roku ja też zauważyłem, iż było po wszystkim, a więc już nie miałem tam więcej źródła inspiracji, zniknąłem z czata, zamknąłem bloga. Była to typowa wymiana pokoleniowa. Już nikt nie chciał rozmawiać o Tofflerze, mechanice kwantowej, końcu historii, czy teorii metafory. Internet zdominowały tematy prymitywne, by nie rzec prymitywy.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

13.11.2017 14:20

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na To proste. Matematyka od

Powyższy fragment z pewnością napisałby Gasset, gdyby żył.... Odziera Pan postmodernizm z szamaństwa i głupota w stanie czystym bije po oczach. Dalej, w następnych częściach swojego wspaniałego wywodu mnoży Pan powody, dla których zachwycać będzie się światem ktoś tak jak Pan swobodnie poruszający się po świecie cudownych symetrii wskazując je tam gdzie inni nawet nie podejrzewaliby, że istnieją. Jest w tym podziw, a podziw oznacza pokorę. Ta ostatnia otwiera nas na rzeczy zupełnie proste. Kiedy pierwszy raz słyszałem "Kamień" Herberta, gdy Czesław Niemen wyśpiewał ten piękny wiersz,  nic nie rozumiałem. Pasjonowałem się wówczas granicami poznania, nie widząc, że to co wydaje się banalne też jest niezwykłe. Szeroko rozumiany lud chodzący po ziemi a nie tworach ludzkiej wyobraźni jakże ubogiej w porównaniu z ziemią, zachował zachwyt kamieniem! Czy ograniczenie zachwytu do granic poznania nie definiuje modernizmu? To już przerabialiśmy. Włącznie kamienia, wody, powietrza, prawa Coulomba - jedynego oddziaływania, które uczyniło świat namacalnym dla człowieka, tak prostego że trudno wymyślić prostsze. To ten zachwyt zakwitający czasem miłością, którego źródłem jest pokora, napędza ciekawość, chęć poznania, postęp, rozwój cywilizacji. Jest dostępny każdemu, niezależnie od wiedzy i osobniczych możliwości poznania. Każdego pobudza do rozwoju, każdemu daje wartość i znaczenie.
Może więc wyjście z dyktatury człowieka masowego jest banalne: przywrócić pokorę, ponownie wtoczyć ją na najwyższy pułap, tak by ludziom w małość, w próżność, w pychę przeszkadzała wpadać.
Imć Waszeć

Dark Regis

13.11.2017 14:47

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Powyższy fragment z pewnością

No i cóż ja mogę jeszcze dodać. W pełni się zgadzam z Pańskim zdaniem. Ale nawet gdybym się nie zgadzał, to właśnie tak powinna wyglądać cywilizowana rozmowa ludzi rozumnych. Tymczasem niech Pan obejrzy "rozmowę" zalinkowaną dalej, toczoną pomiędzy zwolennikami tezy, iż nauka czyni Boga zbędnym, a jej przeciwnikami, którzy słusznie podnoszą to, co my tu właśnie dyskutujemy - niejednoznaczność przeciwieństwa tak postawionej tezy. Niejednoznaczność ta jest jednocześnie naocznym podważeniem zasad prymitywnej dialektyki marksistowskiej. Proszę zobaczyć jak pyszny i butny jest przedstawiciel humanistów, ateistów i "wolnomyślicieli" prof. Hartman i dla kontrastu jak pokorny jest prof. Meissner. Chociaż w przypadku tego ostatniego nie mamy do czynienia z pokorą w rodzaju chrześcijańskiego zawierzenia Bogu. Zdanie Hartmana, że można o czymś dyskutować tylko wtedy, kiedy się tkwi n lat w dziedzinie, najlepiej ze stopniem profesora, jest właśnie tym, co psuje naukę polską i cofa w stosunku do zachodniej. W świecie Hartmanów wybitny amerykański fizyk Leonard Susskind nadal by chodził z kluczem francuskim jako hydraulik. Wspominałem już tutaj o problemie niemożności znalezienia prostego przeciwieństwa dla nieistnienia, gdyż na samo istnienie można patrzeć w podobny sposób, jak patrzymy na uogólnioną relację przynależności w uogólnionej teorii mnogości. Muszę tu dodać jeszcze, że elementy w toposie są ściśle związane z własnościami i dostateczną ilością monomorfizmów. Może kiedyś jeszcze się do tego odniosę, bo trafiłem na ciekawy wątek w rozmowie dwóch badaczy teorii toposów, którzy mówią w tym kontekście o potrzebie założenia "odrobinę mniejszego wyboru" zamiast klasycznego aksjomatu wyboru.
Janko Walski

Zbigniew Gajek vel Janko Walski

13.11.2017 18:21

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na No i cóż ja mogę jeszcze

Prof. Hartman porusza się poza obszarem dyskusji. Wystarczy poczytać jego prace, nie publicystyczne - bo to kuriozum, tylko w zamierzeniu naukowe, podobnie jak prace Baumana. Tam roi się od elementarnych sprzeczności wewnętrznych. Ten człowiek jest zaprzeczeniem swojego ojca, Stanisława, wybitnego matematyka, który przyzwoicie zachował się w 1968 roku, a później włączył się w obronę prześladowanych robotników po 1976 roku.  To niewyobrażalne, jak dalece można się wyrodzić. Rodzice Petru to także wspaniali ludzie z pięknymi kartami solidarnościowymi ze stanu wojennego...
Wątku toposowego nie podejmę, bo nie mam wiedzy, ale tak jak wspomniałem zainteresował mnie na tyle by włączyć do zamierzeń przyjrzenie się bliżej, szczególnie kontekst filozoficzny, w którym próbował Pan znaleźć rozmówcę.
Dyskusja przerosła moje oczekiwania, za co serdecznie dziękuję, także innym uczestnikom, których stuletni tekst Gasseta i pańskie rozważania wywołały.
Imć Waszeć

Dark Regis

13.11.2017 21:34

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Prof. Hartman porusza się

Chciałbym jeszcze wspomnieć o jednym tekście, z którym warto się zapoznać w kontekście postmodernizmu: cla.purdue.edu To jest świetne uzupełnienie tematu. W kwestii matematyki, to właśnie czytam o pracach Johna Milnora, czyli o klasyfikacjach rozmaitych przestrzeni topologicznych, rozmaitości oglądanych przez pryzmat teorii homotopii (zanurzanie sfer i klasy równoważności tych zanurzeń). Jest to funktor z kategorii przestrzeni topologicznych w kategorię grup. Pojawiają się tu tak dziwne ciągi liczb, że aż dech zapiera: en.wikipedia.org pagine.dm.unipi.it uni-math.gwdg.de Sfery nie są najdoskonalszym kształtem w topologii, nawiasem mówiąc. Doskonalsze są przestrzenie z prostszymi grupami homotopii, tzw. soczewkowe: mimuw.edu.pl Przestrzenie soczewkowe są punktem wyjścia do zrozumienia zagadnienia wymiarów ukrytych w teorii strun, gdyż właśnie tak podobno wygląda to ich zwinięcie poniżej granicznej długości Plancka.
Imć Waszeć

Dark Regis

06.11.2017 17:17

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Przejrzałem sobie wstępnie

Mówienie o tych zagadnieniach językiem prostym nie jest wcale takie proste. Polega to na dogłębnym zrozumieniu tematu, intencji oraz problemów, z jakimi twórcy próbowali się zmierzyć, pisząc swoje prace. Musiałbym to wszystko zrobić jeszcze raz sam, choćby w znaczeniu symbolicznym przemierzyć tę samą drogę, a na koniec dobrać zestaw przykładów i metafor, które będą najlepiej aproksymować sens i znaczenie danej teorii. Tak, aby uczynić ją zrozumiałą także dla niematematyka. Czuje Pan zapewne delikatną ironię, bo właśnie tym na polu literatury zajmuje się poezja, zaś w muzyce aranżacja.
Podam nietrywialny przykład. Weźmy trygonometrię i wyobraźmy sobie, że chcemy ją uogólnić ze względu na wymiar przestrzeni. W wymiarze 3 nasz znany trójkąt prostokątny staje się czworościanem prostokątnym, który można sobie wyobrazić jako trzy odcinki o długościach a,b,c, odłożone na osiach współrzędnych Ox,Oy,Oz. Przeciwprostokątną jest tu trójkąt, którego wierzchołki są końcami tych odcinków. W tym momencie wyobraźnia wielu ludzi już zaczyna zawodzić, bowiem nawet dla a=b=c=1, gdy weźmiemy kopię tego czworościanu, to nie złożymy z nich sześcianu tak, jak w wymiarze 2 dostajemy kwadrat. Prosze zauważyć jakie to jest podstępne: jeśli skleimy te dwa czworościany trójkątami "przekątnymi", to dostaniemy "sześć-ścian" ale z dziewięcioma krawędziami; sześcian ma 12. To są takie właśnie glitche w wyobraźni, że użyję terminu z zakresu programowania gier.
Teraz widać, że możemy utworzyć aż trzy różne funkcje, które są analogami funkcji trygonometrycznych sin i cos, a także sześć funkcji odpowiadających konstrukcji tg i ctg. Te pierwsze sugerują, że w wymiarze 2 tak naprawdę mamy tylko funkcję sin, a ta druga, to tylko sin drugiego kątą. Tak samo mamy tylko tangensy, które tworzymy dla każdej pary ścian "przyprostokątnych". Funkcje te możemy po prostu określić jako stosunek pól trójkątów stanowiących ściany czworościanu. Zwiększając jeszcze wymiar do n będziemy mieć odpowiednio n oraz n(n-1) funkcji typu sin i tg. Wszystkie są równoważne, ale już w wymiarze nieskończonym symetria ta się załamuje, bo w sumie zawsze jakaś oś będzie tak daleko, że nie da jej się traktować tak samo, jak pozostałych. No ale z nieskończonością i jej wyobrażeniem zawsze był problem.
Proszę zauważyć, że mimo iż używam znanych chyba każdemu słów ze szkoły średniej, to większości i tak nie uda się tego sobie wyobrazić. Brakuje wyobraźni, bo nie została ona na to przygotowana w szkole i wytrenowana. A to dopiero pierwszy krok w naszej podróży.
Teraz będziemy robić w zasadzie to samo, tylko funkcje będą odnoszone do rodzaju mieszaniny sfery i hiperboli, a nie okręgu (stąd cyklometryczne). Dzieje się tak na przykład w przestrzeni Minkowskiego, gdzie forma dwuliniowa określająca iloczyn skalarny ma sygnaturę (+++-), minus na końcu. Tu też mamy rodzaj uogólnionej "trygonometrii", czyli pewne związki i wzory. (...)
Imć Waszeć

Dark Regis

06.11.2017 18:17

Dodane przez Janko Walski w odpowiedzi na Przejrzałem sobie wstępnie

W tym przypadku jednak nie będziemy już się zawsze tylko "obracać" w klasycznym sensie, ale pojawi się dziwne pojęcie "spinu". Dlatego właśnie niemal każdy zaawansowany podręcznik teorii względności jednym tchem mówi o przestrzeni Minkowskiego, grupie Lorentza, a zaraz potem o macierzach Pauliego lub spinorach. Ale to był tylko jeden z najprostszych takich przypadków. Ogólnie iloczyn skalarny będzie miał powiedzmy k plusów i m minusów w sygnaturze dla przestrzeni n=m+k wymiarowej. Co żyje w takiej dziczy to aż trudno sobie wyobrazić.
No tak, ale wiadomo jest, że nie wszystkie iloczyny skalarne mogą być wyrażone w takiej bazie wektorów, że będą miały formę z tego typu sygnaturą plusów i minusów. Doszliśmy zatem do pierwszej stacji, którą zwą trygonometrią Grassmanianów. Nie zawsze będzie tak, że w sposób liniowy wyrazimy przestrzeń jako produkt iluś kopii osi rzeczywistych. Najczęściej da się to zrobić tylko lokalnie, czyli w pewnym małym otoczeniu każdego punktu. Tu wkraczamy na teren tzw. rozmaitości. Jedne są bardziej regularne w kształcie, inne nie. Ogólniejsze konstrukcje z takimi formami dwuliniowymi, będącymi formą iloczynu skalarnego, zwą się rozmaitościami lub powierzchniami Riemanna. Nie jest tajemnicą, że na niektórych z nich też daje się zadać pewną "trygonometrię". Czyli, że są takie funkcje i takie wzory, które moglibyśmy podciągnąć pod pojęcie "sinusów" i niektórych własności typu "wzór sinusów" itp. Możemy też skonstruować za ich pomocą jakąś dziką funkcję Exp, która w zwykłym przypadku wiąże sin, cos, Exp dla liczb zespolonych.
To nie jest przypadek. Takie niektóre bardziej regularne rozmaitości, czyli posiadające pewne symetrie pozwalające na uzyskiwanie ciekawych wzorów, zwą się grupami Liego. Czyli jest to rozmaitość będąca grupą, albo grupa ze strukturą rozmaitości. Wśród nich są oczywiście zwykłe przestrzenie liniowe, niektóre sfery, torusy, przestrzenie macierzy i różne zamotane konstrukcje ilorazowe, ale nie wszystkie. Działanie grupowe musi być określone i ciągłe w topologii tej rozmaitości. Funkcje Exp, są zaś podstawowym narzędziem łączącym świat grup Liego ze światem algebr Liego. W skrócie Exp łączy świat funkcji ze światem ich pochodnych i różniczek, dlatego więc jest tego zawsze pełno w wykładzie o równaniach różniczkowych.
Ponieważ nie każda fajna powierzchnia dopuszcza działanie grupowe, to mamy kolejny problem. Topologia ogólnych rozmaitości też zna pewne funkcje Exp, które nie mają już tak dobry własności i regularności, jak w grupach Liego, ale to już zupełnie inny temat i bez teorii kategorii wytłumaczenie go będzie graniczyło z cudem.
Widzi więc Pan, że przeszliśmy niemal całą matematykę, ale już wcześniej zacięliśmy się na najprostszych analogiach. To właśnie reprezentuje ten wysiłek, który musiałbym włożyć w wytłumaczenie każdego jednego kroku. Jednak wierzę, że dzięki pewnym intuicjom i metaforom jesteśmy już krok bliżej prawdy.
Ptr

Ptr

04.11.2017 14:16

Ponieważ miałem chwilkę czasu policzyłem to załamanie w atmosferze i dyspersję względną dla rozmiaru Słońca nad horyzontem i wychodzą jednak małe wartości tej dyspersji , tak jak było widać szczątkowe zielone Słońce, to ewidentnie jej wynik. Kątowo mniejsza niż rozmiar  tarczy słonecznej. 
Ale ciekawe jest ,że kątowa rozbieżność położenia Słońca może być ok.  1 deg. , a rozmiar Słońca to 31 min. kątowych. Czyli Słońce "jest" pod horyzontem , a jeszcze jest widoczne nad.
Imć Waszeć

Dark Regis

04.11.2017 16:36

Dodane przez Ptr w odpowiedzi na Ponieważ miałem chwilkę czasu

Jest jeszcze pewne zjawisko zwane kaustykami (caustic), albo bloody sky: youtube.com youtube.com
Ptr

Ptr

05.11.2017 11:51

Dodane przez Imć Waszeć w odpowiedzi na Jest jeszcze pewne zjawisko

W tych dociekaniach, chciałem zwrócić uwagę, że popularne modele niektórych zjawisk są bardzo uproszczone do tego stopnia, że tracą walory naukowosci. 
Obraz nieba jest zlożeniem wielu dyspersji z każdego punktu oświetlonej ćwierć-sfery. A więc nie zwykłą tęczą. A rozpraszanie bez rozbijania fotonów niebieskich na niższe częstości dałoby obraz nieba zachodzącego niebieski. W kosmosie obraz nieba np. 20deg obok Słońca jest czarny, gdyż nie widać fotonów lecacych w bok.  Teraz przyjmijmy ,że w atmosferze niebieskie rozpraszają się silnie, a czerwone bardzo słabo. Jaki powinien być kolor nieba ? Powinien być niebieski, gdyż czerwone przelatują tak jak w kosmosie. Im grubsza warstwa atmosfery , tym bardziej niebieski obraz. A więc nie rozpraszanie jest przyczyną, ale rozbicie niebieskich i reemisja czerwonych plus złożony efekt dyspersji, jeszcze wzmocniony na goracych warstwach powietrza.

Stronicowanie

  • Wszyscy 1
  • Wszyscy 2
  • Następna strona
  • Ostatnia strona
Zbigniew Gajek vel Janko Walski
Nazwa bloga:
Dobrze działa w państwie Tuska tylko to o czym nie wiemy, że dobrze nie działa
Zawód:
Największy zawód to Mazowiecki i Michnik jesli jesteśmy przy literze "M"
Miasto:
nie jestem z miasta, jestem ze wsi

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 404
Liczba wyświetleń: 2,304,877
Liczba komentarzy: 3,421

Ostatnie wpisy blogera

  • Piotr Zychowicz był w Smoleńsku
  • Orędzie
  • Czy są uczciwi dziennikarze? (aktualny) wpis z 18.05.2011

Moje ostatnie komentarze

  • Odp. na kom. 25-11-2023 [18:24] - Jabe Stoi to jak byk w tytule.  Właśnie najbardziej porażające jest to, że nie tylko wszystko co pisze prof.Legutko jest dzisiaj jeszcze bardziej…
  • Odpowiedź na kom. 25-11-2023 [19:07] - Pers Nie ilość przeglądanych źródeł jest lekarstwem na dezinformacje. Gorzej, może wzmocnić fałszywe widzenie. W dodatku 2/3 populacji czyta jedno, a…
  • 12 lat temu ten półpasiec był zlokalizowany. Dziś rozniósł się po całym organizmie naszej wspólnoty. Daje o sobie znać, gdzie się nie ruszyć.  

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Człowiek nauki jest prototypem człowieka masowego***
  • Janda i Gajos radośnie nie widzą***
  • Kraśko w pełnej krasie.

Ostatnio komentowane

  • paparazzi , Tomaszek, ależ to oczywista prawda. Zauważ jak bełkoczą do do swoich ich językiem nakręcając ich "inteligencje" . Wykształceni inaczej, abstrahując od tych z Collegium Thumanum to dopiero elita…
  • sake2020, @Paparazzi....To niezrozumiałe poparcie dla Tuska i jego ferajny jest wynikiem nagłego uderzenia chamstwem, kłamstwami, działaniami i dyktaturą w społeczeństwo.Z niedowierzaniem wtedy oglądaliśmy i…
  • spike, Kolego, litości, podajesz info, którego nie ma, nic nie wspomniałeś o linach etc. więc dlaczego mam opowiadać cały film Koli? Opowiedz co pamiętasz, porównamy, może coś ciekawego się dowiemy.

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności