Podwójne zwycięstwo PiS w 2005 roku co prawda jeszcze wielu z nas pamięta, ale niewiele osób przypomina sobie ówczesny język zwycięzców. Był on ostry zdecydowany i nie brakowało w nim dosadnego nazywania rzeczy po imieniu bez szukania na siłę łagodnych eufemizmów i obłych sformułowań. Systemowe media szybko zauważyły, że taki twardy język komunikowania się ze społeczeństwem porywa tłumy i staje się zagrożeniem dla „grupy trzymającej władzę”, dlatego też próbowano przedstawić Jarosława Kaczyńskiego jako tego, który „dzieli” i posługuje się „językiem nienawiści”.
Zastanawiam się, dlaczego Jarosław Kaczyński i jego otoczenie przyjęli dzisiaj warunki salonu i na tych jego warunkach prowadzą polityczny bój? To już nie jest bitwa prowadzona na śmierć i życie, ani nawet pojedynek odbywany do tak zwanej pierwszej krwi. To jest jakaś pseudo potyczka na drewniane albo styropianowe miecze. Norwidowskie przesłanie mówiące, że Kto prawdę mówi ten niepokój wszczyna zostało zupełnie zapomniane, choć to właśnie ono pozwoliło odnieść tamto zwycięstwo z 2005 roku.
Tak zwani zaprzyjaźnieni z prawicą eksperci podszeptują i podrzucają Jarosławowi Kaczyńskiemu kolejne ich zdaniem ważkie tematy, wokół których powinna toczyć się debata publiczna. Tymczasem mało kto zwraca uwagę, że dzisiejszy język prezesa PiS jest tylko cieniem tego, co prezentował już niemal dziesięć lat temu. Cóż stanowiło wtedy o jego chryzmie? Oczywiście wiedza, inteligencja doświadczenie, ale przede wszystkim twardy ostry język, którym się posługiwał i który do furii doprowadzał salon III RP i jego dziennikarskich lokajów.
Wypowiedziane w Stoczni Gdańskiej w 2006 roku przez Jarosława Kaczyńskiego słowa „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO” pamiętane są mu do dziś i traktowane jako wielka zbrodnia. Czyżby te lata tresury zdołały „ucywilizować i wychować” prezesa PiS w duchu poprawności politycznej? Czy Jarosław Kaczyński nie zauważył, że jego ostry ton systematycznie i z premedytacją przejmowali Tusk i jego ferajna na dodatek cynicznie domagając się od opozycji języka kultury i miłości? Doskonale pamiętam jak ci wszyscy polityczni i medialni pedagodzy załamujący ręce na językiem, jakim posługuje się Jarosław Kaczyński wybuchnęli radością po tej wypowiedzi Tuska wygłoszonej w 2009 roku podczas sejmowej debaty nad wnioskiem PiS o odwołanie ministra Rostowskiego.
- Kiedy jest sztorm, kiedy wszyscy na statku powinni sobie pomagać, żeby przez ten sztorm przepłynąć, znajduje się grupa ludzi, która w tym czasie-kiedy wszyscy bez wyjątku ciężko pracują-plądruje walizki pasażerów
Panie prezesie Kaczyński czy pan nie widzi, że dzisiaj, kiedy Polacy ciężko pracują banda rzezimieszków i oprychów plądruje im walizki?
Chce Pan zwyciężyć i ocalić Polskę? Jeżeli tak to proszę pamiętać o tej myśli zawartej w słowach Ludwika Hirszfelda: Żeby innych zapalać, trzeba samemu płonąć
Tekst opublikowany w ogólnopolskim tygodniku Warszawska Gazeta
Nowy numer od jutra w kioskach

