W końcu stycznia 2026 r. w urzędach pracy zarejestrowanych było 934,8 tys. bezrobotnych - wynika ze wstępnych szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Co istotne, według ministerstwa, wstępne dane wskazują, że stopa bezrobocia rejestrowanego zwiększyła się tym samym do poziomu 6 proc. Podczas gdy w grudniu ub. roku sięgała jeszcze poziomu 5,7%.
Eksperci PKO Banku Polskiego zdają się bagatelizować owo zwiększenie stopy bezrobocia z miesiąc na miesiąc. Ich bowiem zdaniem „wzrost ten nie oznacza pogorszenia się sytuacji na rynku pracy, lecz wynika z dwóch czynników technicznych. Po pierwsze, reforma urzędów pracy spowodowała zmniejszenie liczby automatycznych wyrejestrowań z bezrobocia. Po drugie, styczeń charakteryzuje się sezonowym wzrostem stopy bezrobocia, gdzie średni wzrost w tym miesiącu w ostatnich latach wynosił właśnie 0,3 pp, co odpowiada wzrostowi w styczniu bieżącego roku”.
Optymizm zachowują także analitycy Santander Banku Polska. Ich bowiem zdaniem wzrost liczby bezrobotnych, która w styczniu br. wzrosła o prawie 100 tysięcy (dokładnie o 97,2 tys.) w porównaniu ze styczniem 2025 r., był „pokłosiem wzrostu liczby osób w rejestrach w okresie czerwiec-październik 2025 r. w wyniku zeszłorocznej reformy procedur urzędów pracy”. Jednak, ci sami analitycy oceniają, że „liczba zgłoszonych ofert pracy nieznacznie wzrosła, z 20,8 do 25,4 tys., co jest nadal bardzo słabym wynikiem”. A co więcej „w skali roku ofert z urzędów ubyło 71,3% po spadku o 65,4% r/r w grudniu”.
Tym niemniej „spodziewamy się, że na wiosnę stopa bezrobocia ponownie obniży się poniżej 6% i pozostanie na podobnym poziomie do końca roku” - dodają eksperci Santandera.
Sytuacja na rynku pracy zdaje się jednak nie wyglądać zbyt dobrze, skoro jednocześnie z danych firmy rekrutacyjnej Personnel Service wynika, że liczba nowych ofert pracy spadła na koniec ub.r. do zaledwie 20,8 tys., co jest najgorszym wynikiem od co najmniej 2010 r.
- Faktycznie nowych ofert pracy jest mniej, bo biznes, po okresie kiedy poszukiwał pracowników, przy obecnych zmianach technologicznych, zmniejszył liczbę ofert pracy na tzw. stanowiskach juniorskich, których wcześniej było najwięcej. Jest tych ofert obecnie rzeczywiście mało. Mniej jest nowych, nowo tworzonych miejsc pracy: w centrach usług wspólnych, w sektorze finansowym, czy w szeroko pojętych usługach, gdzie zapotrzebowanie na takie miejsca pracy jest niższe. Jest to problem dla absolwentów szkół, którzy wkraczają na rynek pracy. Bo może się okazać, że nie tak łatwo będzie im znaleźć wymarzoną pracę. Owszem, być może znajdą, ale mniej prestiżową od tej przez nich wymarzonej. Przy czym mówimy tu o kategorii nowych miejsc pracy, sięgającej kilkudziesięciu tysięcy ludzi, których będzie dotykać gorsza sytuacja na rynku pracy - mówi w niepublikowanym jeszcze wywiadzie dla naszego portalu ekonomicznego filarybizesu.pl Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku.
Co przy tym wszystkim istotne nie maleje istna przepaść w wynikach dotyczących bezrobocia pomiędzy największymi ośrodkami miejskimi w naszym kraju, z Warszawą, Trójmiastem, Poznaniem, czy Wrocławiem, a małymi miastami i wsiami rozsianymi po całej Polsce - zwłaszcza z województw z tzw. ściany wschodniej, ale także np. znajdujących się w woj. mazowieckim (Radom), czy świętokrzyskim (Skarżysko-Kamienna).
Jak wynika z danych GUS, a także wspomnianych - resortu rodziny i pracy - o ile stopa bezrobocia w wymienionych największych metropoliach sięga nie więcej niż poziomu do 3% - w tych najmniejszych wynosi kilkanaście proc.
Niestety, jak powiedział to nam we wspomnianym wywiadzie dr Piotr Arak, taka sytuacja, obserwowana niestety od lat stanowi oznakę tzw. dywergencji w rozwoju regionalnym. - Z jednej strony rosną centra wzrostu, takie, jak Warszawa, Poznań, Wrocław czy Trójmiasto, które przyciągają nowych pracowników i nie ulegają istotnej depopulacji - co się potwierdza w prognozach ich rozwoju na kolejne lata. Ponadto w tych ośrodkach odnotowywane są wysokie środki wynagrodzeń, czy - w praktyce niezauważalne - 2-3% bezrobocie. A z drugiej strony w naszym kraju są miejsca - odległe od tych największych ośrodków, gdzie rynek pracy znajduje się na zasadniczo gorszym poziomie niż w wymienionych wcześniej największych metropoliach - zwraca uwagę ekspert.
Najwyższe bezrobocie w skali województwa, według wspomnianych danych MRPiPS za styczeń br., bo niemal 10-procentowe, odnotowano w dwóch województwach: warmińsko-mazurskim (9,9%) oraz podkarpackim (9,6%). Zaś najniższe w tym samym czasie - w woj. wielkopolskim (3,8%), mazowieckim (4,5%) oraz śląskim (4,7%).
Jeszcze większe zróżnicowanie w poziomie bezrobocia, w odniesieniu do powiatów, czy też subregionów, wykazały dane GUS za grudzień ub.r. (danych na ten temat za styczeń br. GUS jeszcze nie opublikował). Wówczas bowiem największe bezrobocie panowało w podregionach: radomskim, szczecinecko-pyrzyckim i przemyskim (odpowiednio: 12,9%, 12,8% i 12,6%). Zaś najniższe w Poznaniu (1,4%), w Warszawie (1,5%), Wrocławiu (2,3%), Krakowie (2,5%) i Katowicach (2,8%).