Jak poinformował unijny urząd statystyczny Eurostat w porównaniu z III kwartałem 2024 r. pod koniec III kwartału 2025 r. 16 państw członkowskich odnotowało wzrost relacji długu publicznego (łącznie budżetowego i samorządowego) do swojego PKB, a 11 państw członkowskich odnotowało spadek.
Niestety Polska znalazła się w tej pierwszej grupie. Największy wzrost wskaźnika odnotowano bowiem w Rumunii (+5,5 punktów proc.), Polsce (+5,0 p.p.), Finlandii (+4,7 p.p.), Bułgarii (+4,1 p.p.) i Francji (+4,0 p.p.). Dodajmy przy tym, że największy spadek odnotowano w tym samym czasie w Grecji (-8,9 p.p.), Irlandii (-7,1 p.p.), na Cyprze (-6,1 p.p.), w Danii (-3,1 p.p.) i na Łotwie (-2,3 p.p.).
Przy tym wszystkim dla nas mało pocieszający jest fakt, że obecnie duża część państw unijnych ma wyższą od Polski wysokość długu publicznego w relacji do PKB. Bowiem najwyższe wskaźniki długu publicznego do PKB odnotowano w Grecji (149,7%), we Włoszech (137,8%), we Francji (117,7%), w Belgii (107,1%) i Hiszpanii (103,2%), zaś najniższe - w Estonii (22,9%), Luksemburgu (27,9%), niedawno przyjętej do UE Bułgarii (28,4%) oraz w Danii (29,7%).
Znajdujemy się w całej UE pod tym względem (na koniec III kwartału 2025 r.) na 15 miejscu. Przy czym Eurostat wyliczył wysokość tego wskaźnika u nas na 58,1%. A to oznacza, że aż w 12 krajach członkowskich UE jest on niższy od naszego.
Zaś gdyby okazało się, że przyrastanie długu publicznego w relacji do PKB będzie z kwartału na kwartał postępowało w dotychczasowym tempie (tj. o 5 punktów procentowych w ciągu roku), to z pewnością już niedługo może dojść do sytuacji, że czekają nas ostre cięcia w wydatkach – tych największych: w tym emerytalnych i dotyczących publicznej służby zdrowia. I to niezależnie od tego, jaka ekipa polityczna będzie sprawowała w danym momencie władzę.
Jednocześnie wątpliwe jest, by w tym samym czasie można było się spodziewać jakiegoś nadzwyczajnego wzrostu dochodów budżetowych, który zrównoważyłby skutki ograniczania wydatków.
W niepublikowanym jeszcze wywiadzie dla naszego portalu ekonomicznego filarybiznesu.pl prof. Zbigniew Krysiak z Instytutu Myśli Schumana stwierdził m.in., że: - Przez najbliższy rok- dwa rząd, który ma nadzieję rządzić przynajmniej do końca kadencji, chce moim zdaniem utrzymać na obecnym poziomie deficyt, czy też dbać przynajmniej o niepowiększanie relacji długu publicznego do PKB. Aczkolwiek trzeba powiedzieć, że jeśli deficyt budżetowy pozostanie na obecnym poziomie, to nie liczę, że nastąpi w związku z tym jakiś istotny wzrost naszego PKB. A przy jego mniejszym wzroście ten sam poziom deficytu będzie powodował przyrastanie wskaźnika długu w relacji do PKB.
Jak słusznie zauważa portal businessinsider.com.pl „przekroczenie przez zadłużenie państwa progu 100 proc. PKB oznacza, że kraj jest winien swoim wierzycielom więcej pieniędzy, niż wynosi całkowita wartość wszystkich dóbr i usług, jakie jest on w stanie wytworzyć w ciągu całego roku. Taka sytuacja sugeruje, że państwo żyje ponad stan, a jego roczny dochód narodowy nie wystarczyłby na jednorazową spłatę wszystkich zaciągniętych pożyczek”.
We wspomnianym wywiadzie prof. Zbigniew Krysiak zwrócił także uwagę m.in. na fakt, że: - w naszym kraju, niestety, przy zachowaniu generalnie struktury wydatków budżetowych, przy zachowaniu programu 800+, 13- i 14 emerytury czy konieczności łatania budżetu NFZ i publicznej służby zdrowia, dług będzie wciąż wzrastał. I to bardzo mocno. Dlatego, że wzrost deficytu budżetowego w pierwszej kolejności będzie się przekładał na rosnący wskaźnik długu publicznego w stosunku do PKB. Dlatego, że zagrożone są dochody budżetowe. Wynika to z prowadzenia przez obecny rząd swoistej antypolityki gospodarczej. Na to się nakładają wysokie ceny energii wynikające z „zielonej” i zarazem szaleńczej transformacji energetycznej narzucanej przez Brukselę. Ale w tej sytuacji polski rząd chce się bronić przed dalszym powiększaniem się zadłużenia poprzez chęć usunięcia 800+, lub przynajmniej bardzo mocnej redukcji tego programu, a także innych świadczeń socjalnych państwa. Kosztują one łącznie budżet kilkadziesiąt mld zł rocznie.
Niestety kolejne miesiące raczej nie przyniosą zmian na lepsze. Rządzący zabrnęli bowiem bardzo mocno w ślepą uliczkę zadłużania naszego kraju. Jak napisał prezydent Nawrocki w uzasadnieniu skierowania projektu budżetu na obecny, 2026 rok: „to budżet oparty na gigantycznym zadłużeniu! Zadłużeniu, które w żaden sposób nie przekłada się na lepsze życie obywateli. Budżet na 2026 rok jest drugim z rzędu, w którym deficyt stanowi blisko 1/3 całkowitych wydatków państwa. Oznacza to, że każda, co trzecia wydawana złotówka pochodzi z długu. Jest na kredyt”.