Otrzymane komantarze

Do wpisu: Jak to się robi w Otwocku
Data Autor
Izabela Brodacka Falzmann
Kilka osób zgłaszało się do mnie  z opowieściami o prywatyzacjach uzdrowisk i szpitali. Szanowni Państwo, potrzebne są dowody. Albo przynajmniej zapewnienie, że w razie sprawy sądowej ( odstukać) osoba informująca zgodzi się być świadkiem. Jeżeli ktoś uczciwie mówi, że nic w sądzie nie powie, bo boi się o pracę, a spłaca kredyty, to ja to rozumiem. Rozumiem również jak działa ten mechanizm powszechnego zniewolenia. W jaki sposób możliwa jest omerta, bez sycylijskiej mafii. To jest omerta nadwiślańska.
Izabela Brodacka Falzmann
Szpital w Otwocku prezentuje się mało okazale, ale ma doskonałe izolatki. Dla żłobów z PO czy PSL wartość ma działka. 3 ha to 30 000 metrów kwadratowych. Wystarczy obliczyć ile to wyniesie w cenach ziemi w Otwocku. Model prywatyzacyjny jest klasyczny. Ktoś kupuje za grosze z przeznaczeniem na dom opieki. Potem likwiduje dom opieki i sprzedaje działki pod domki. Działka 500 metrów jest uważana za dobrą. Pozdrawiam serdecznie.
Pani zupełnie przypadkowo trafiła w temat o którym ostatnio wiele myślałam. Miałam na to czas, gdyż mnie zatrzymali na oddziale zakaźnym w pewnym krakowskim szpitalu. Oczywiście sprawa była zupełnie błaha i mogłam spokojnie w domu zostać, ale straszyli mnie jako przyszłą mamę, że dziecko narażam i muszę swoje odleżeć. Tymczasem ja - kompletnie zdrowa tak jak im mówiłam (co potwierdziły zresztą badania) przebywałam w zaawansowanej ciąży obok dzieciaków z meningokokami i rota wirusami (wspólny przedsionek do pokoju), nie mówiąc już o innych dorosłych pacjentach, ale to te wirusy dziecięce są groźniejsze na tym etapie. Higiena i środki ostrożności żadne. Myjąc się przypominałam sobie wykłady pewnego naszego Profesora o pleśniach i grzybach w budownictwie. Wtedy właśnie stwierdziłam, że gdyby na tym oddziale mieli jakąkolwiek bardziej agresywną infekcję wszyscy byśmy po kilku dniach poumierali. Smutne, ale cieszę się,że uciekłam z oddziału jak najszybciej. Taki szpital jak w Otwocku to było do tej pory moje wyobrażenie o tym jak oddział zakaźny wyglądać powinien. Jeśli likwidują takie placówki, a mimo niby kontroli w innych szpitalach jest tak źle jak tego właśnie doświadczyłam to módlmy się, żeby nigdy nie dotarła do nas prawdziwa epidemia. Pozdrawiam serdecznie!
Izabela Brodacka Falzmann
Zmiany to wycięcie ( przenośne)  tej formacji i wykarczowanie. Tak jak zmienia się sad. Albo jeszcze lepiej. Tak jak likwiduje się barszcz Sosnowskiego.
NASZ_HENRY
Tusk ewakuował sie z bagna. Nam zostawił chasło wyborcze tylko ZMIANY mogą nas uratować ;-)
Izabela Brodacka Falzmann
Ktoś zwrócił mi uwagę więc uzupełniam. Mam wszelkie dokumenty ale nie w domu. "Taka głupia to ja już nie jestem. Może głupia ale taka to już nie".
Izabela Brodacka Falzmann
Miejmy nadzieję, że obywatele wystawią im rachunek przy wyborach. Nie zwalajmy wszystkiego na Niebiosa. Załatwmy to sami.
Izabela Brodacka Falzmann
Miejmy nadzieję, że to ostatnie podrygi zdychającej ostrygi, ale chłopcy nie odpuszczą. Bez ceremonii chcą wyrwać co się da. Pod różnymi pretekstami przejmowane są nieruchomości. Tak jak Pan pisze, na przykład uzdrowisko Inowrocław ze wszystkim, z tężniami, budynkami , gruntami zostało sprzedane za 5 milionów jakiemuś peowiakowi. Podobno sprzęt w gabinecie rehabilitacji jest więcej wart. Peowiak zarabia teraz na kontraktach z NFZ ale nie o to chodzi. Sprzedaje grunty, urządza koncerty, wynajmuje punkty usługowe. A w Warszawie w domkach na Jazdowie, z których wyprowadzono lokatorów pod pretekstem samowolnych przeróbek założono ni mniej ni więcej tylko KIBUC. Tak. Mam zamiar o tym wszystkim szerzej napisać.
Izabela Brodacka Falzmann
Nie dziwię się, jest mi bardzo miło. Pozdrawiam serdecznie.
Stan
Co za szambo robią ci POpaprańcy w naszym ukochanym kraju.Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz? Pani Izabelo,jest Pani Wielka.Dziękuję.
Od dawna obserwuje co prawda powierzchownie proces przejmowania placówek medycznych przez lokalną sitwę. Ma to wielowymiarowy cel. Pierwszy to przejęcie wyremontowanych i doposażonych z podatków rozkręconych placówek za ułamkową wartość. Dwa: zamiana placówek na coś innego np. ośrodek wypoczynkowy, hotel dla znajomych królika. Po trzecie bedzie cały czas ubywało środków na leczenie w ramach NFZ więc publiczne osrodki bedą drażniły obywateli, ze ich nie chca leczyć z braków kontraktów. W przypadku prywatnego osrodka takie roszczenia staja się bezpodstawne.
marsie
Pani Izabelo, kocham Panią, ale dlaczego Pani się dziwi?
Do wpisu: Ginące słowa: szaber
Data Autor
Izabela Brodacka Falzmann
W czasach PRL moi znajomi ( byli) ze sfer literackich zawieźli mnie do pewnego dworku w okolicach Warszawy. Dwie staruszki, ziemianki prowadziły coś w rodzaju nieformalnej knajpki. Podawały różne potrawy na pięknej zastawie. Do dziś zapamiętałam, że był to móżdżek w kokilkach. Powiem, że bardzo mnie to zabolało. odebrałam to jako formę prostytucji. Literaci nasładzali się atmosferą i wyraźnie cieszyło ich, że posługują im byłe ziemianki. Byłam wstrząśnięta tym, że dla chleba biedne staruszki muszą czy chcą posługiwać rozpartym w ich fotelach - powiedzmy- socrealistom. Traktuję te ostatnie słowo jako obelgę.
W owych wspomnianych latach 60-tych, moja dobrze ustawiona matka wpadła na pomysł kupna i odrestaurowania jakiegoś starego dworku. Jeździłyśmy wtedy po okolicach Warszawy i oglądałyśmy różne mniej lub bardziej zdewastowane obiekty. Dwory do obejrzenia wskazywała konserwator zabytków p. Izabela Galicka odkrywczyni obrazu Francisco Goyi na malutkiej plebanii. Nota bene obraz zaraz po odkryciu zniknął jak kamfora ... Oglądane dwory i dworki najczęściej "własność" pegieerów były zwykle mocno zdewastowane i remont ich był poza zasięgiem mojej matki. Niewiele Lepiej wyglądały tzw resztówki. O każdym z tych miejsc można by napisać książkę. Na wyobraźnię dziewczynki, którą wtedy byłam, działały poniewierające się gdzieniegdzie fragmenty zabawek, nart a raz- resztki malutkiego, kiedyś pewnie czerwonego siodła na kucyka. Jedną z wizyt zapamiętałam szczególnie. Było to gdzieś w okolicach Wiązownej. Piękny dwór był bardzo zniszczony. Połowa dachu zapadła się zupełnie. Większość okien była powybijana. Po parku zostały pnie ściętych drzew i dziko rosnące krzewy bzu i jaśminu. W tej ruinie jakimś cudem egzystowała bardzo stara schorowana pani. Oczywiście o kupnie tak zdegradowanego budynku matka nawet nie pomyślała, ale widząc wokół zalewane wodą piękne meble, obrazy i gnijące stare książki, zaproponowała właścicielce kupno choćby ich części. Stara pani popatrzyła smutno i rzekła: "Ja wiem ile one są warte. Mogłabym sprzedać je w "Desie". Sporo było też chętnych poza panią. Nie sprzedam ich. Nie chcę żeby trafiły w ręce ....hmmm... w złe ręce. Ja umieram, dom umiera, wszyscy już umarli z mojej rodziny. Te wszystkie rzeczy które były częścią tamtego świata - powinny też umrzeć" Zapewne tak to się właśnie skończyło. Czy tamta pani miała rację?...
Izabela Brodacka Falzmann
Masz rację, ja też pamiętam wozy z cegłą na odbudowę stolicy. Była wśród nie cegła gotycka z klinkierem. Zastanawiałam się zawsze co rozebrano w tym celu. W Holandii, we Francji można znaleźć na pchlich targach rzeczy ewidentnie wywiezione z Polski. Jedyna rada- odkupić. Widziałam portrety podpisane polskimi nazwiskami. Zapewne wywieźli je szeregowi Niemcy jako łupy wojenne. A ile uległo zniszczeniu i spaleniu. Na Mazurach w rewanżu władze PRL likwidowały ślady niemieckie wysadzając pałace . Na przykład pałac w Pomielinie nad Jeziorakiem. Najpierw mieszkali w nim robotnicy z PGR, potem zdewastowano linię elektryczną, a potem pałac. Było to w latach 70- tych. Nie miało żadnego sensu.
Izabela Brodacka Falzmann
Doświadczenie uczy, że nie kupując od szabrowników skazujemy te przedmioty na zagładę. Gdyby na Białorusi był rynek na wyszabrowane w dworach i pałacach przedmioty przetrwałyby zapewne do dziś. A z drugiej strony mój mlecznik z napisem Bunzlau na pewno zostałby dawno wyrzucony na śmietnik gdyby nie moja troska o ten przedmiot. Jest trochę wyszczerbiony. Nie ma żadnej realnej wartości. Oczywiście, że wolałabym oddać go właścicielom, ale na to nie ma szans. Uświadommy sobie, że największym szabrownikiem był po wojnie PRL i jego instytucje. Muzeum Narodowe gromadziło i oddawało w ręce prominentów skradzione dobra. Lista depozytów jak pisałam zaginęła. Czerwona nomenklatura posiada cudze portrety, do ktorych dorabia legendy o rzekomych przodkach i cudze meble i naczynia. Ja też krzywiłam się na bric-à-brac u Strumiłły ale zmieniłam zdanie po wizycie w Mankiewiczach. Szkoda, że dla tubylców na Białorusi te wszystkie przedmioty wydawały się bez wartości i je powyrzucali czy zniszczyli. Mówią o tym z całą otwartością. Przeszli niewyobrażalną nędzę za czasów sowieckich. Za Łukaszenki jest im dobrze. "Zawsze może być gorzej"- mówią. Przy takiej filozofii życiowej trudno troszczyć się o zabytki. Ale i tak odbudowali Nieśwież i Mir. Remontują kościoły i cerkwie. Tyle, że nie bardzo mają czym wypełnić te obiekty. Dlatego nasi historycy sztuki marudzą. Chcieliby konsultować remonty i scenografię wnętrz. Białorusini tego nie chcą. Są świadomi swoich ograniczeń.
jazgdyni
Witaj Izo! Dwa sprzeczne stanowiska: - ocalić od zapomnienia, - kupowanie od szabrowników czyni z nas pasera. Często gęsto nie jest to już nabywanie od szabrownika, bo dobra dworskie były rozkradane w czasie wojny i tuż po wojnie. Już w latach 60-tych i 70-tych trudno było wyśledzić cały łańcuch kolejnych posiadaczy. Oczywiście, było to możliwe w przypadku dzieł sztuki. Ale muszę Ciebie zapewnić, że wszystkie te naprawdę wartościowe, wyszabrowane w Polsce, są już daleko poza granicami. Niemcy, Austria, Holandia i Szwecja. Nawet Włochy. Tam właśnie mój przyjaciel z dzieciństwa, dr Józiu Grabski ( irsa.com.pl ), zdobywa na powrót dla Polski rozkradzione dobra narodowe. Co pozostało w kraju? Marne skorupki, jakieś oleodruki, trochę sreber i tyle. Czy pozostawiać takie np. miśnie, czy ćmielowy w rękach nieświadomych posiadaczy? Nie wydaje mi się, że to najlepsze wyjście. To są małe cudeńka, które powinny znaleźć posiadacza, który potrafi je docenić. I obdarzyć należnym szacunkiem, dając tym gwarancje, że nie zostanie coś zniszczone, lub bezrozumnie wyrzucone na śmietnik. Pozdrawiam serdecznie
Izabela Brodacka Falzmann
To ciekawe. Chciałbym wiedzieć. Może wybiorę się żeby to ustalić. 
Proponuję Pani udanie się do Sztokholmu - Muzeum Narodowe. Na co drugim eksponacie można by zawiesić karteczkę - WYWIEZIONO Z POLSKI. Do ustalenia pozostaje kiedy wywieziono.
Do wpisu: Goście Nieborowa
Data Autor
Bardzo ciekawy artykuł. Tyle lat odwiedzam już Nieborów, Arkadię i okolicę, a o wielu faktach nie miałem pojęcia. Tym którzy nie byli w Nieborowie, a pasjonują się historią Polski polecam wizytę osobiście. My co roku jeździmy nawet i na tydzień. Zatrzymujemy się na kilka noclegów w jednym z niedrogich gospodarstw agroturystycznych ( lubimy "u Basi" niebrow.com.pl, ale jest w okolicy więcej podobnych ) i zwiedzamy okolicę piesho, rowerem lub konno.
Do wpisu: Dziewczynka z zapałkami
Data Autor
Izabela Brodacka Falzmann
Wolności są po prostu asymetryczne. Obrażanie KK jest w porządku, wynika z wolności słowa. Natomiast za obrazę jakiegoś wiejskiego homoseksualisty została skazana starsza kobieta. A za obrazę Alicji 25 Tysięcy euro ( chyba tyle zarobiła za odmowę skrobanki, ale może się mylę) został skazany ksiądz i był szarpany dziennikarz.
To jest ta właśnie delikatna różnica pomiędzy demoliberalnym zwrotem "wolno wszystko, co nie narusza wolności innej osoby", od starej zasady wynikającej z nauczania Kościoła "nie rób drugiemu co tobie niemiłe" Bo w przypadku "wolno wszystko ..." nie wiadomo kto i w jaki sposób ma określać gdzie są naruszane wolności innych. A najczęściej jest to określane przez stronę silniejszą - tu HGW i PO. O kwestiach estetycznych nie będę wspominał, bo to jest kwestia wychowania - jakie wychowanie, taka estetyka.
lala
niestety całkowita niewrażliwość estetyczna sprawiła, że pomników takich jest setki (bodaj 800 w całym kraju, tęcza jest jedna,hehe), wiele z nich stoi na publicznych terenach i za pieniądze również niewierzących jest budowane (do tzw. świątyni opatrzności miliony dokłada państwo z podatków nie tylko katolików) - i świątynia i pomniki wielkiej czasem ohydy - pech polega na tym, że tęczę łatwo zdemontować, ale ruszyć taki pomnik????
Izabela Brodacka Falzmann
Dając na tacę płaci Pan dobrowolnie. Może Pan protestować nie dając. Natomiast ja dobrowolnie nie dałabym peowiakom ani grosza na ich tęcze i inne gminne rozrywki. Na przykład na zegarki pewnego pana i pociągi, które zawsze będą stały, bo nie nadają się do naszych torów.
Jak najbardziej płacę. Jako Katolik i członek wspólnoty parafialnej dający na tz. tacę. Paskudztwo to z brązu, pomimo wielu sprzeciwów postawiono co prawda na "prywatnym" - parafialnym ogródku, ale w przestrzeni publicznej.