Otrzymane komantarze

Do wpisu: Polska mogłaby być bogata, ale sama sobie wiąże ręce. Dlaczego stoimy, choć powinniśmy biec?
Data Autor
mjk1
Dzięki za obszerną wypowiedź i za to, że podszedłeś do tematu szerzej. Z wieloma diagnozami mogę się zgodzić:– brak długofalowych strategii,– marnowanie potencjału,– brak ciągłości państwa,– uzależnienie rozwoju od bieżących interesów politycznych.To są realne problemy. Ale w kilku punktach jednak się różnimy i myślę, że ta różnica jest kluczowa, bo prowadzi do zupełnie innych wniosków:Trójmorze istnieje nie „na papierze”, tylko jako platforma, która dopiero szuka treści. Tu nie chodzi o federację czy wspólne decyzje. To inicjatywa infrastrukturalna, która rośnie powoli, jak każdy projekt regionalny.Tak samo wyglądała kiedyś współpraca nordycka czy Grupa Wyszehradzka. To, że coś nie działa „pełną parą”, nie oznacza, że nie istnieje. Oznacza tylko, że ktoś musi wziąć inicjatywę, a Polska mogłaby być tym „kimś”.Rola Niemiec czy Holandii to jeden z czynników, a nie wyrok. Tak, duże państwa zawsze pilnują swoich interesów. Ale równocześnie:– port w Gdańsku rośnie szybciej niż Hamburg,– korytarz bałtycko-adriatycki staje się priorytetem UE,– tranzyt z Azji przesuwa się na Bałtyk,– Ukraina, Słowacja i Czechy potrzebują alternatywnych połączeń.To nie jest bajka, to zmiana geopolityczna, która faktycznie nam sprzyja. Jeśli tego nie wykorzystamy, to nie dlatego, że „się nie da”, tylko dlatego, że nie próbujemy.Fatalizm społeczny to samospełniająca się przepowiednia. Mówienie, że społeczeństwo „ma wszystko w dupie”, niczego nie wyjaśnia i niczego nie zmienia.Jak ludzie mogą mieć świadomość strategii transportowych, jeśli:– media żyją wyłącznie konfliktem,– politycy nie tłumaczą długoterminowych projektów,– nikt nie łączy kropek między transportem, gospodarką i poziomem życia?Świadomość nie bierze się „z powietrza”. Trzeba ją budować i właśnie dlatego rozpocząłem tę serię.Zrzucanie wszystkiego na jedną partię (jakąkolwiek) to fałszywa odpowiedź na prawdziwy problem. Można mieć różne poglądy gospodarcze - wolnorynkowe, konserwatywne, socjaldemokratyczne. Ale problem nie jest ideowy. Problem jest systemowy. Brak ciągłości państwa. Traktowanie projektów infrastrukturalnych jako narzędzi walki. Kasowanie projektów tylko dlatego, że zaczęła je inna ekipa. Krótkoterminowość i brak odpowiedzialności za długofalowe decyzje. To się nie zmieni automatycznie po wyborze jakiejkolwiek partii, bo dotyczy logiki działania państwa, a nie preferencji ekonomicznych. To właśnie dlatego stawiam pytanie inaczej: nie „kto ma rządzić?”, tylko „co musi być ponad rządami?”. Jeżeli jakiś projekt, portowy, kolejowy, tranzytowy, ma być strategiczny, to musi mieć gwarancję realizacji niezależnie od wyniku wyborów. I to jest jedyny sposób, by realnie zbudować pozycję lidera Trójmorza.Reasumując. Potencjał jest ogromny. Dotąd był marnowany, ale nie zgadzam się, że „nie ma szans”. Szanse są, tylko wymagają presji, świadomości i zmiany logiki myślenia o projektach państwowych. I dlatego tę dyskusję zacząłem, żeby przynajmniej nie powtarzać automatycznie, że „nic się nie da”, zanim nie spróbujemy.
mjk1
A ja pod tamtym wpisem zadałem Ci proste pytanie: czy byłbyś uprzejmy wyjaśnić, kto może być wygranym w wojnie z państwem atomowym, ewentualnie, kto zostanie zwycięzcą jeżeli wojna atomowa wybuchnie?Nie odpowiedziałeś do dziś. Tamten wpis zawierał założenie, że Zachód wygra wojnę z Chinami i Rosją. Na razie na to się nie tylko nie zanosi, ale dodatkowo Zachód przegrywa wojnę handlową z Chinami i to z kretesem. Tu też masz odpowiedź dlaczego ASE nie ma szans w starciu z chińskim modelem gospodarczym.
Grzegorz GPS Świderski
Na Twoje dzisiejsze pytanie o to, czy Polska ma potencjał, by być liderem Trójmorza, czy raczej krajem tranzytowym drugiej kategorii, w gruncie rzeczy odpowiedziałem Ci już 2,5 roku temu w osobnej notce: naszeblogi.plTam próbowałem podejść do tematu bardziej konstruktywnie: nie tylko opisać potencjał (położenie, porty, szlaki Północ–Południe), ale też pokazać, jak obecny model państwa i sposób uprawiania polityki systemowo ten potencjał marnują.​Potencjał jest ogromny, ale dopóki nie zmienią się ramy ustrojowe i bodźce dla klasy politycznej, będziemy wracać do tych samych dyskusji co kilka lat z coraz gorszym stanem infrastruktury.​Dlaczego w Polsce nie umiemy wykorzystać naszego potencjału i możliwości, jakie się pojawiają? To proste: bo rządzą socjaldemokraci na zmianę, raz PO, raz PiS. By cokolwiek zmienić, należy przestać na nich głosować i wybrać Konfederację, a zatem ASE, czyli wolnorynkowy kapitalizm. Cały syf, jaki mamy w Polsce, bierze się stąd, że nie wyszliśmy w pełni z socjalizmu.
Alina@Warszawa
Trójmorze, nie wiem czy pod tą nazwą, było pomysłem znanym już przed wejściem Polski do UE. Była to koncepcja unii państw postkomuszych, które oderwały się od ZSRR, kiedy ten się rozpadał, czyli na przełomie lat 80 i 90 XX wieku. Te państwa mogą utworzyć unię niezależną wojskowo, żywnościowo, surowcowo.
Hornblower
Czy Twoim zdaniem Polska ma potencjał, by stać się liderem Trójmorza ? Oczywiście, że ma.Czy jesteśmy skazani na bycie krajem tranzytowym drugiej kategorii? Oczywiście, że tak.Żaden polski rząd nie ma długoterminowej strategii transportowej, ani żadnej innej strategii. Może oprócz jednej, jak zawłaszczyć to państwo i spróbować rządzić jeszcze jedną kadencję.To wynika także z tego, że państwa poważne, jak Niemcy, dbają, by nasz bantustan nie stał się zbytnią konkurencją. Przykładem choćby zniszczenie polskiego przemysłu stoczniowego. Więc nie ma szans na żadne huby i marginalizację portów niemieckich czy holenderskich.Czy międzymorze istnieje? Na papierze może i tak, w praktyce nie. Nie prowadzi żadnych wspólnych działań, nie podjęło żadnej wspólnej inicjatywy. Dodatkowo, nasz bantustan jest skłócony w zasadzie ze wszystkimi krajami międzymorza.Czy efekt może przynieść tzw. presja społeczna? Nie może. Ogłupiane, rozpijane i skłócone społeczeństwo ma w dupie międzymorze i perspektywy związane z jego rozwojem, bo ma inne problemy i inne postrzeganie ważności spraw.
mjk1
Warto oddzielić emocje od faktów Danusiu i przestać patrzeć tylko przez pisowsko-różowe okulary.. Idea Trójmorza była inicjatywą ponadpartyjną. Powstała w 2015–2016 jako wspólny projekt 12 państw regionu, wspierany przez USA i Komisję Europejską. W Polsce różne środowiska polityczne różnie ją oceniały, jedni widzieli szansę, inni sceptycznie podchodzili do skuteczności. To normalne, że każda większa koncepcja geopolityczna ma zarówno zwolenników, jak i krytyków. Najważniejsze jest co innego:Dziś Trójmorze realnie istnieje jako platforma transportowa, energetyczna i infrastrukturalna, niezależnie od tego, kto je kiedyś chwalił czy krytykował.I to jest punkt wyjścia. Jeśli Polska chce być liderem regionu, to warto patrzeć nie wstecz „kto ośmieszał”, tylko do przodu: jak wykorzystać tę strukturę dla naszego interesu i rozwoju.
mjk1
Widzę, że znów emocje Cię ponoszą Spike. Rozumiem, bo temat polityki w Polsce od lat działa jak zapalnik.Ale jeśli mamy rozmawiać serio o rozwoju kraju, to musimy oddzielić fakty od etykiet i obelg, bo inaczej wszystko sprowadza się do tego, kto kogo bardziej obrazi.Sprawa jest prosta. Ani jeden rząd nie zrealizował długoterminowej strategii transportowej, bo w Polsce nie ma ciągłości w projektach ponadkadencyjnych. Władza się zmienia i projekty są zatrzymywane. Nowa władza zaczyna od zera i tak w kółko. To nie jest kwestia tego, kto jest „szajką”, „tyfusem” czy „dewiantem”, tylko tego, żepaństwo działające jak wahadło co 4 lata nigdy nie zbuduje infrastruktury na miarę swojego potencjału. O tym właśnie ma być ta dyskusja. Można się spierać, kto zrobił więcej, kto mniej, ale jeśli chcemy, żeby Polska była hubem Trójmorza i liderem regionu, to trzeba zacząć myśleć bardziej jak państwo, a mniej jak kluby kibiców politycznych.Dlatego zamiast wyzwisk mam jedno konkretne pytanie:Co Twoim zdaniem powinno być pierwszym projektem, który powinien mieć gwarancję realizacji niezależnie od tego, kto rządzi?Bo tylko wtedy zaczniemy rozmawiać o przyszłości, a nie o tym, kto kogo bardziej nienawidzi.
sake2020
A kto  forsował i kto ośmieszał ideę Trójmorza? Warto przypomnieć.
spike
@kolegen, masz rację, tylko że przyczynę szukasz jak zwykle nie tam gdzie trzeba, to jest nie tylko głupie, ale też prymitywne. Spałeś cały ten czas jak choćby w czasach gdy PiSiory rządziły? -.. ..- .--. .- , to wszystko o czym napisałeś, miało być realizowane, dlaczego nie widzisz, bo nie chcesz, że obecna szajka te wszystkie plany zakopała głęboko pod ziemią, oni zadowalają dewiantów, nie Polskę i Polaków, głownie pod dyktando Niemiec, którego Tyfus jest wykonawcą. -.. ..- .--. .- , Co do Covidu, to już jest w swej głupocie żenujące, by tym się podcierać, Polska nie była jedna, która dala się nabić w butlę, ale to wiemy obecnie, wtedy była autentyczna panika, łatwo się wymądrzać po czasie, podobnie jak wystrugani historycy, którzy co roku pieprzą co Polska powinna zrobić gdy Niemcy napadli, albo o strategii Powstania Warszawskiego, ja bym takich lał i patrzył czy równo puchnie.-.. ..- .--. .- ,
mjk1
Sam wielokrotnie pisałeś, że biblioteki omijasz z daleka, ale Ty się nawet do garów nie nadajesz Dżabe. Wystarczy, że palniesz tylko trzy słowa i wychodzi całe twoje nieuctwo. A tak już całkiem poważnie. Trójmorze jak najbardziej istnieje, to formalna inicjatywa 12 państw UE, z własnymi szczytami, funduszem inwestycyjnym i projektami infrastrukturalnymi. To nie slogan, tylko działająca platforma współpracy.Pytanie nie brzmi „czy istnieje”, tylko czy Polska chce w niej odgrywać główną rolę, czy siedzieć na widowni.Jak nie masz nic do powiedzenia, to się przynajmniej nie kompromituj.
mjk1
Widzę, że temat budzi emocje i to zrozumiałe, bo każdy ma prawo do swojej oceny ostatnich lat i obecnej sytuacji. Tylko że jeśli chcemy poważnie rozmawiać o przyszłości transportu, portów i roli Polski w regionie, to potrzebujemy spojrzeć trochę szerzej niż przez pryzmat konkretnych polityków czy bieżących sporów.Dwa fakty są obiektywne:- Żaden rząd, ani poprzedni, ani obecny, nie zrealizował długoterminowej strategii transportowej na miarę potencjału kraju. Powody były różne: pandemia, konflikty polityczne, brak ciągłości, brak priorytetyzacji.- Polska ma realny, geograficzny potencjał, który nadal jest do wykorzystania i to niezależnie od tego, kto rządzi.W tym sensie klucz nie leży w tym, aby wskazywać „kto zawalił”, tylko jak stworzyć taki nacisk społeczny, debatę ekspercką i świadomość publiczną, żeby każdy kolejny rząd, bez względu na barwy, musiał wreszcie traktować ten temat strategicznie. Oskarżenia, etykiety, czy porównania do „pełzania” niczego nie zmienią. To tylko zniechęca ludzi, którzy mogliby chcieć coś poprawić.Ja próbuję rozpocząć rozmowę o tym, co możemy zrobić teraz. Jak odzyskać kierunek. Jak wykorzystać Trójmorze, porty, połączenia kolejowe i geografię. Jak wyjść ponad partyjne emocje i wrócić do myślenia państwowego. Bo jeśli zostaniemy tylko przy wzajemnych oskarżeniach, to niezależnie od tego, kto rządzi, nic się nie zmieni, a czas nam ucieka. Chętnie usłyszę Wasze konkretne propozycje: co według Was powinno być priorytetem, jeśli chcemy, żeby Polska w 2035 faktycznie była hubem Trójmorza?
mjk1
Ano taki Mazurze, że o wielu tych rzeczach mówiono od lat, ale to, że mówiono, wcale nie oznacza, że temat jest „prosty” ani że był kiedykolwiek poważnie realizowany. Wniosek nie jest taki, że „nic się nie da”, tylko że dotychczas brakowało trzech elementów jednocześnie:- ciągłości politycznej,- presji społecznej,- odpowiednich warunków geopolitycznych.I dopiero teraz te trzy rzeczy zaczynają się układać. Kiedy te pomysły pojawiały się 10–20 lat temu, to była głównie publicystyka. Dziś, po wojnie na Ukrainie, rozszerzeniu Trójmorza, wzroście roli portów na Bałtyku i zmianie kierunków handlu, mamy realne okno możliwości, które wcześniej nie istniało. Różnica jest prosta:to nie są już „marzenia”, tylko konieczność strategiczna dla całej Europy Środkowej.Dlatego teraz dyskusja ma sens i dlatego warto ją zacząć od nowa, ale poważniej niż kiedykolwiek.
Jabe
Trójmorze nie istnieje.
rolnik z mazur Waldek Bargłowski
@ itichySkoro dają się wziąć pod but to niech pełzają jak robaki i tyle.Byle piwo w biedrze i dziesięć razy myte mięso na grilla!I czego tu nie rozumieć?
Ijontichy
Była szansa...8 lat przefrymarczono bo Covid19 [pod koniec tych lat] i premier dla którego było wszystko inne ważniejsze [UE i kamienie+podpisy]...teraz ten dostał rozkaz: ZLIKWIDOWAĆ TEN DZIKI KRAJ,KTÓRY PRZESZKADZA W ŁĄCZNOŚCI NIEMIEC I ROSJI! I ten wykonuje ten rozkaz....z przyjemnością...i ma zezwolenie w naszym "społeczeństwie" u "naszych"partii i tych,których Polska przyjęła średniowieczu...
rolnik z mazur Waldek Bargłowski
mjk1To są takie proste rzeczy.O tym pisano już dziesiątki lat temu i nic! Jaki wniosek?
Do wpisu: Jak Śląska Kasa Chorych pokazała, że system może działać i dlaczego właśnie musiała zniknąć.
Data Autor
mjk1
To prawda, że system kas chorych wprowadzono za rządów Jerzego Buzka, a po 2001 r. zlikwidowano, przy szerokim ponadpartyjnym poparciu. Ale warto dopowiedzieć na kilka istotnych elementów, bo bez nich łatwo wyciągnąć fałszywe wnioski.Kasy były likwidowane nie dlatego, że „społeczeństwo było zbyt mało zamożne”, lecz dlatego, że zostały źle zaprojektowane. Przyczyną likwidacji kas był brak realnej konkurencji (kasy nie rywalizowały o pacjentów, tylko o pieniądze z budżetu). Brak możliwości różnicowania składek. Centralne limity i regulacje, które de facto czyniły z kas wydziały urzędów. Gigantyczne różnice w zamożności regionów (Bogaty Śląsk vs. biedniejsze województwa) i brak mechanizmów upadłości i realnej odpowiedzialności finansowej. Kasy chorych były hybrydą urzędu i ubezpieczyciela, czyli konstrukcją, która ani nie odpowiadała logice rynkowej, ani nie zapewniała spójności jak system centralny. To nie był system szwajcarski czy niemiecki - to był półśrodek.„Większość kas była na minusie”, bo nie miała prawa być na plusie. Składka była jednakowa dla wszystkich, a potrzeby zdrowotne regionów skrajnie różne. Kasa chorych nie miała swobody kształtowania planu finansowego. Nie mogła konkurować ani ofertą, ani ceną. Nie mogła odmówić przyjęcia pacjentów. Nie mogła podnieść składki. To tak, jakby powiedzieć, że „szkoły są na minusie” - oczywiście, bo to nie był sektor rynkowy!!To prawda, że prywatyzacja postępuje, ale to efekt słabości państwa, nie dowód na wyższość rynku. Jeśli publiczna służba zdrowia działa niewydolnie, to prywatny sektor naturalnie rośnie. Ale to różnica między uzupełnieniem systemu a jego zastąpieniem. W Polsce mamy dziś system: hybrydowy, bez wyraźnego podziału ról i niedoszacowanym finansowaniem. Z kadrami pracującymi na trzy etaty i brakiem koordynacji i planowania. To nie jest ani model rynkowy, ani model państwowy, tylko znów półśrodek.Przykład z operacją kręgosłupa jest ważny, ale nie może być podstawą polityki. Pacjenci idą prywatnie, bo kolejki są dramatyczne. NFZ nie nadąża za potrzebami starzejącego się społeczeństwa a dostępność świadczeń jest zbyt mała. Ale prywatna operacja nie istnieje w próżni. Operacje prywatne wykonują te same kadry, które pracują w publicznym systemie. Gdyby publiczny system funkcjonował jak należy, prywatny miałby duży popyt tylko w usługach premium, a nie w zabiegach ratujących zdrowie.Kluczowe pańskie pytanie jest trafne, ale wymaga dokończenia. Państwo rzeczywiście musi odpowiedzieć, co refunduje, a czego nie. Jednak musi również odpowiedzieć na dwa inne pytania: Jak zapewnić dostęp dla wszystkich, niezależnie od dochodów? Jak zorganizować system, który będzie efektywny, a nie tylko tani? Bez odpowiedzi na te pytania każdy model, czy centralny, czy kasowy, czy prywatny, utknie w tych samych kolejkach.Ma Pan rację w jednym: trzeba ustalić, co ma być koszykiem świadczeń gwarantowanych. Ale pozostałe tezy są zbyt uproszczone. System kas upadł nie przez „zbyt małą zamożność Polaków”, tylko przez błędną konstrukcję i brak mechanizmów rynkowych. Dzisiejsza prywatyzacja nie wynika z przewagi rynku, tylko z niewydolności państwa. A zdrowa reforma nie polega na powrocie do przeszłości, lecz na zaprojektowaniu logiki systemu od początku.
Piotr Pietrasz
System kas chorych byl pomysłem Unii Wolności wcielonym w życie przez rząd premiera Jerzego Buzka. Po wyborach 2001 r. Ten system zlikwidowano bo wszystkie partie chciały tej likwidacji. Podstawowym argumentem za likwidacją była zbyt mała zamożność polskiego społeczeństwa. Większość regionalnych kas była na minusie.Rywalizacja w służbie zdrowia występuje. Stąd postępująca niezależnie od opcji politycznej formalna i nieformalna prywatyzacja. Przykład z mojej rodziny. Żona na zabieg reoperacji kręgosłupa przewidziany w NFZ musiałaby czekać 7 lat na sterydach. Oczywiście w przypadku operacji prywatnie to byla kwestia paru miesięcy.NFZ nie zastąpi prywatnej służby zdrowia. Pytanie podstawowe to jaki zakres i jakiego rodzaju działania medyczne państwo ma refundować.
Zbyszek
Przyczyny patologii są ludzkie. Większość, szczególnie ta wyżej, to ludzie, którzy:dostali się tam nie ze względów merytorycznych, ale wskutek innych przyczynprezentują niski poziommodus operandi ponad wszystko inne to grabienie do siebieDlatego w Polsce każda jednostka, przedsięwzięcie czy instytucja wyrastające ponad przeciętność będą niszczone, bo zagrażają owej "przeciętności" scharakteryzowanej w punktach powyżej. To niechciana prawda, ale w sensie większości - tacy jesteśmy i tacy przetrwają. Kluska, Śląska Kasa Chorych i wszystko co może być czymś więcej, będzie zaorane przez tych, którzy nie mogę tego znieść. Zaorane dla ich własnego dobra.
mada
Kto wymyślił ten system z limitami?Kasy Chorych mogą bankrytować. Czy inne Kasy będą mogły przejąć pacjentów bez zapaści?, bo przecież wezmą pacjentów bez pieniedzy zmarnowanych przez bankruta?
mjk1
Niekoniecznie Droga Mado. W systemie kas chorych limity wyglądałyby zupełnie inaczej a w wielu przypadkach nie byłoby ich w ogóle. Dlaczego?Kasa chorych kupuje świadczenia „za pacjentem”, a nie „na miesiąc”. To największa różnica.Kasa finansuje leczenie każdego pacjenta, który jest do niej zapisany, ponieważ jej pieniądze „idą za pacjentem”, a nie są sztywnie podzielone na 12 miesięcy i „wyzerowane” po przekroczeniu limitu. Czyli, jeśli w marcu zachoruje więcej osób, kasa musi to pokryć, bo inaczej straci pacjentów i reputację. Tego mechanizmu NFZ nie ma, bo jest monopolistą i nie musi konkurować.Limity nie są potrzebne, gdy płatnicy konkurują. W kasach chorych płatnicy (czyli kasy) konkurują o pacjenta.A więc, kasa, która odrzuca pacjentów z powodu limitów, traci pacjentów, traci składki i traci kontrakty ze szpitalami. W monopolu NFZ takie konsekwencje nie istnieją. W systemie pluralistycznym, jak w Niemczech, kasy muszą kupować tyle świadczeń, ile wynika z potrzeb ubezpieczonych.Lekarz i szpital pracują tyle, ile jest pacjentów a nie tyle, ile NFZ pozwoli. W kasach chorych szpitale i poradnie są wynagradzane za wykonaną pracę. Dlatego, jeśli jest więcej pacjentów, to więcej pieniędzy płynie do szpitala, lekarze pracują normalnie, kolejki maleją, kasy negocjują ceny i jakość. System jest elastyczny. Nie ma „odcięcia” przy końcu miesiąca.Kasy nie mogą ograniczać przyjęć, bo pacjent może zmienić płatnika. To jest najważniejsze. Monopol NFZ może nakładać limity, bo pacjent nie ma alternatywy. W systemie kas chorych, jeśli kasa hamuje dostęp, albo źle zarządza kontraktami, to pacjent przenosi składkę do innej kasy. To dyscyplinuje płatnika, a nie lekarza.Czy kasy chorych uzdrowiłyby sytuację? Tak, i mamy na to praktyczne dowody. Śląska Kasa Chorych była jedyną, która testowała mechanizmy rynkowe. Efekty były udokumentowane: skrócone kolejki, realna kontrola jakości usług, inwestycje w sieć świadczeń, efektywne negocjacje cen, brak sztucznego długu szpitali. Finansowanie szło za pacjentem, nie za „limitem”. Niemcy, Holandia, Szwajcaria i Japonia działają dokładnie na takich zasadach i są to jedne z najlepszych systemów zdrowia na świecie.Limity istnieją tylko dlatego, że mamy monopol NFZ. W systemie kas chorych płatnik musi finansować leczenie każdego pacjenta, bo inaczej straci go na rzecz konkurencji. Dlatego kasy chorych nie tylko ograniczyłyby limity, ale po prostu sprawiłyby, że przestałyby mieć sens, tak jak przestały mieć sens w Śląskiej Kasie Chorych, Niemczech czy Holandii. To nie lekarzy trzeba zmieniać, tylko system finansowania.Na miłość boską, to już wszystko u nas działało. Dlaczego nie możemy do tego wrócić, tylko tkwić przy NFZ albo proponować jakieś bony zdrowotne, których nigdzie nawet nie wypróbowano?
mjk1
Nie wiem dlaczego nie możemy wprowadzić systemu, który działa w kilku państwach i działał też w Polsce, zanim go zlikwidowano? Dlaczego mamy wprowadzać coś eksperymentalnego, gdzie nigdy i nigdzie tego nie wypróbowano nawet pilotażowo?I ostatnia i najważniejsza sprawa. W systemie pieniądza dłużnego, Kasy Chorych nie spowodują zatrzymania dalszego zadłużania państwa, tylko, co najwyżej, go spowolnią. Trwanie przy NFZ doprowadzi jednak, tylko i wyłącznie do jeszcze szybszego zadłużenia.Aby zatrzymać degradację państwa, trzeba zmienić system o czym pisałem wielokrotnie. Pisałem też, jak to zrobić.
Marek Michalski
"Pacjent zwykle nie ma kompetencji ani informacji"Jasne, że lepiej wiedzą urzędnicy i eksperci. Pacjent wystarczy jak odda pieniądze i zagłosuje raz na czas.Nie przekonam Pana, a Pan mnie, ale nie mam nic przeciwko temu, aby Pan się leczył w ten sposób. Wolna wola.Nawet, z racji wieku, nie zależy mi na zmianach zwłaszcza, że i tak się nie spodziewam po nich niczego dobrego. USA jest przykładem na złą, bo przeregulowaną służbę zdrowia, w której płaci się na nią podatki, aby na koniec leczyć się prywatnie. W dodatku system prawno-ubezpieczeniowy generuje koszty, które pacjent ponosi. Pamiętam sprzed 35 lat pytanie do profesora medycyny ile zarabia. Powiedział, ze nie powie ile zarabia, ale ile płaci za ubezpieczenie lekarskie: stokilkadziesiąt tysięcy USD (rocznie?). To oczywiście idzie w koszty leczenia wprost, ale dalej jako koszt procedur - dupochronów, aby w papierach się zgadzało.W systemie amerykańskim działa tez FDA, która doprowadza do nieopłacalności badań nad lekami i wdrażaniu ich na rynek - podobno 1-2mld USD przy 1% szansie sukcesu (wg dyskusji w radio Wnet). Powiela Pan stereotypy, które oparte są na wielokrotnym ich powtarzaniu i polemizuje z nimi:"Pieniądze publiczne dominują w systemach zdrowotnych nie dlatego, że „ktoś nas do tego pcha”. Tylko dlatego, że zdrowie to ogromne koszty skupione w niewielkiej grupie ciężko chorych. Rynek prywatny nie jest w stanie sfinansować tak dużego ryzyka."Nikt nie twierdzi, że system skomunizowany od lat, nagle można zmienić nie licząc się z rzeczywistością. Jednocześnie nikt nie ustalił koszyka świadczeń, ani współfinansowania przez pacjentów z pieniędzy prywatnych i bonów zdrowotnych, aby roszczeniowi pacjenci nie zabierali dostępu do leczenia chorym. Zamiast tego "eksperci" szukają na co by tu nie wydać pieniędzy, aby "interesy na służbie zdrowia były robione" i nie na poziomie mikro uwiedzionej posłanki, tylko na poziomie makro przez wzrost wydatków budżetowych (poszczący rezydenci), do którego pcha nie ktoś, tylko system kreacji pieniądza dłużnego, w którym - jak sam Pan zauważył na blogu Pana Kuźmiuka - deficyt budżetowy jest naturalnym rezultatem. I rezultaty są: zamykamy porodówki, a eksperci gardłują za leczeniem chorób rzadkich (prof.Czauderna).Jest znany i ten rezultat: "Jeśli zatem uszeregujemy mieszkańców Polski pod względem kosztu leczenia od „najdroższych” do „najtańszych”, to koszt leczenia 1% „najdroższych pacjentów” wynosi 31,5 mld zł z analizowanych 110 mld zł." nfz.gov.plJest to wynik braku sprzężenia zwrotnego i szantażu moralnego, który uprzywilejowuje mniejszość, a reszta niech sobie radzi łokciami jak umie.To właśnie jest ideologia dzielenia pacjentów na lepszych i gorszych. Rampa w Auschwitz nasuwa się na myśl. To nie rola ani dla lekarzy, ani działaczy.   
mada
Czyli trzeba zlikwidować limity i płacić za pracę. A płaca wg. umowy?
mjk1
Limity nie wynikają z „lenistwa lekarzy”, tylko z konstrukcji systemu finansowania. NFZ nie płaci za to, ile lekarz realnie pracuje, tylko za określoną liczbę świadczeń, którą sam wcześniej ustala. To jest mechanizm budżetowy, nie medyczny.Po co są limity? Bo państwo (NFZ) z góry ustala, ile procedur może sfinansować, żeby nie przekroczyć budżetu.To limit finansowy, nie organizacyjny ani kadrowy. Czyli NFZ mówi lekarzowi lub szpitalowi - udzielisz tylu i tylu porad w miesiącu, za więcej nie zapłacimy.Co robi lekarz po wykonaniu limitów? Najczęściej… dalej pracuje, ale, albo wykonuje pracę niefinansowaną przez NFZ (czyli za darmo dla szpitala), albo przełącza się na inne obowiązki, procedury lub dyżury, albo po prostu nie może już przyjmować nowych pacjentów w ramach NFZ, bo placówka nie dostanie za to pieniędzy. Lekarz nie ma wpływu na to, ile NFZ kupi jego pracy.Czy lekarz dostaje wynagrodzenie za „puste godziny”?Tak, bo lekarz pracuje na etacie, kontrakcie albo dyżurze czasowym, nie „od porady”. Lekarz nie jest rozliczany jak kasjerka w sklepie - nie dostaje pieniędzy od liczby klientów. NFZ płaci szpitalowi, a szpital płaci lekarzowi za czas pracy. Problem nie jest po stronie lekarzy, tylko po stronie kontraktowania usług przez NFZ.Dlaczego nie pracują „bez limitu”? Bo szpital nie może wykonywać procedur, za które nie dostanie pieniędzy.To tak, jakby firma budowlana miała budować domy bez zapłaty, bo „ma przecież sprzęt i pracowników”.Limity powodują absurd: lekarze są, sprzęt jest, potrzeby pacjentów są, ale pacjent nie zostanie przyjęty, bo… NFZ w tym miesiącu już nie zapłaci. Tak właśnie powstają kolejki, nie dlatego, że lekarze nie chcą pracować, tylko dlatego, że system zabrania placówkom przyjmować pacjentów ponad limit finansowy. Limity są sposobem kontrolowania wydatków NFZ, a nie pracy lekarzy. Gdy płaci się nie za czas pracy, tylko za „liczbę sztuk”, system zaczyna się zachowywać jak fabryka z odgórną normą produkcyjną i pacjent traci najwięcej.Przewróćmy kasy chorych i problem zniknie. Pytanie: dlaczego nikt tego nie chce?