MIYU SHINDO grała bardzo dobrze i ładnie. Chętnie pójdę, jeśli będę miał możliwość na jej koncert. Poloneza-fantazję zaczęła zdecydowanie. Zrobiła to jednak po kobiecemu, z dużą dozą czułości, a nie jak np. Malezyjczyk, swobodnie, bez brania pod uwagę, idąc po prostu swoim brzmieniem i tempem. Koncert na wysokim poziomie.
ZITONG WANG podobała mi się jeszcze bardziej niż Japonka. Była dosłowniejsza w swoich uczuciach, mimo, że grała na fortepianie Kawai, a ten by dać wyraz zdecydowaniu pianisty wymaga jakby większego wysiłku. Słuchałem Chinki z zajęciem, z zaciekawieniem, ze szczerym uznaniem. Jest niepozorna. Zdaje się – nie błyszczy – ale jest w niej dojrzała, pełna, kobieca, emocjonalność i niefałszowana bliskość z samym sercem muzyki. Potrafi dźwiękami opowiadać i… może nawet dotykać tego, co w środku człowieka. Bardzo na plus.
WILLIAM YANG – właściwie nie słuchałem go w poprzednich etapach, nie wiem czemu, może za mało czasu. Może zewnętrznie za mało wystrzałowy, bo krótkie włosy, przedziałek, człowiek jak my – się wydaje – a nie wielki artysta. Co można powiedzieć o jego występie? Właściwie trudno to opisać, bo był wypełniony po brzegi delikatnością. Nie tą ślamazarną czy dziecięcą, ale tą poetycką, tą, z którą przesadził Stachura i zaprowadziła go na ciemne manowce, tą, która przewija się przez słowa poetów, przez krople farby impresjonistów. Było w jego grze autentyczne natchnienie. Ze swojego wykonania robił taką platformo-windę, na którą zabierał słuchacza i wiózł go prosto, by stanął twarzą w twarz z samą muzyką, która wszystkimi możliwymi kolorami mieniła się przed nim, ciekawa wrażenia i piętna, jakie zostawia w duszy słuchającego.
PIOTR ALEXEWICZ grał na koniec tej sesji, na finał – można by powiedzieć. I zaczął fantastycznie. Coś pomiędzy odkrywczym przyspieszeniem Vincenta Onga a wykonaniami tradycyjnymi. Gdy WILLIAM YANG zabłysnął tym, że z Poloneza-Fantazji As-dur op. 61 uczynił absolutnie płynną całość i w jego wykonaniu to był strumień mieniący się kolorami i dźwiękami, to PIOTR uczynił ten utwór książką, powieścią, której strony przewracamy, odsłaniamy, zdumieni czytamy, bo nowe, bo inne, bo wynika i łączy się z poprzednimi, ale zaraz następna strona, następna historia, niczym w wierszu – następna strofa. Więc Piotr nadał tym stronom, strofom treść, znaczenie, a wiążąc je razem uczynił z nich – historię, którą słuchający podziwia i ciekaw, co dalej.
A potem koncert. Chopin napisał dwa koncerty, różnie nazywane i klasyfikowane pod względem kolejności, bo czy to kolejność ich napisania czy publikowania? W każdym bądź razie koncert pierwszy jest jakby bardziej standardowy, to e-moll, grany jest przez większość uczestników i na przykład przez zwycięzcę poprzedniej edycji. Koncert drugi f-moll jest trochę inny. Może bardziej osobisty. W tej edycji konkursu tak się złożyło, że wszyscy finaliści do Williama wybierali ten pierwszy z koncertów. Drugi wybrali i Yang i występujący bezpośrednio po nim Alexewicz. I niestety – tego Piotrowi, to znaczy wykonania tego koncertu – nie daruję.
Wykonania naszego finalisty zawsze cechuje pewna powściągliwość, precyzja, może nawet pewien lekki dystans i chłód w relacji do kolejnych nut i dźwięków. Dzięki temu jego podejście ma charakter „architektoniczny”, składa w całość, dostrzega harmonie w całości, które umykają, gdy człowiek się przywiązuje do szczegółu, potrafi bezbłędnie mówić strukturą muzyki o głębokich odczuciach i przeżyciach. Jest racjonalny w tym najlepszym sensie tego słowa znaczeniu. A jednak architektura, racjonalność, spójność to bywa za mało. Bo my ludzie nie jesteśmy wyłącznie racjonalni i nie chodzi tu wcale o uleganie popędom i instynktom, ale chodzi o coś, czego nie potrafimy wytłumaczyć, a co ma wpływ, na to, co robimy, co odczuwamy, jak widzimy, jak przeżywamy. Czasem nasze decyzje i linie postępowania nie są racjonalne, ale są właściwe. Dlaczego? Bo jesteśmy ludźmi, a nie maszynami czy komputerami, jak na chcą widzieć „specjaliści” od sztucznej inteligencji albo biznesmani robiący konkurs Ciliburn.
Do rzeczy. W drugim koncercie fortepianowym Chopina, w jego drugiej części „Larghetto” jest kilka takich drobnych elementów. Kilka chwil. Kilka… tych ofert dla wykonawcy i słuchacza aby wyszli, poza racjonalność, poza konstrukcje, poza wszystko i sam na sam z „niewysłowionym”, a przeglądającym się w dźwiękach, dali sobie bezsłowną odpowiedź na pytanie o piękno, dobro, wielkość, człowieczeństwo.
Oto pierwszy taki moment w wykonaniu Williama Yanga – 31:37 jego występu: {LINK dokładnie do tego momentu} pierwsze 45s:
Jeśli przesłuchałeś te 45 sekund i cię „nie ruszyło”, „nie potrząsnęło”, nie zabrało cię gdzieś indziej, to masz „drewniane ucho” i na muzykę wybierz się do supermarketu albo mc donalda. A teraz te same 45 sekund w wykonaniu Piotra Alexewicza 30:32 sekunda jego występu: {link dokładnie do tego momentu TUTAJ}
Tutaj jeszcze wykonanie Piotra się broni, choć można już wyczuć mniej emocjonalne i bardziej „konstrukcyjne” podejście, wyraźnie szybsze tempo. Gorzej wygląda to przy drugim podejściu, ok. 2 minuty później:
- William 33:41 {dokładny link}
- Piotr 32:20 {dokładny link}
Piotr przyspieszył i ściszył ten emocjonalny fajerwerk, próbując na koniec – tak ja to odbieram – ratować sytuację, jeszcze większym ściszeniem motywu, ale to już było za cicho i w zasadzie musztarda po obiedzie, gubiąca to, co w tym ustępie bardzo – jest. Ale kolejna mijanka, z istotą i fundamentem przytaczanych fragmentów, zdarzyła się przy trzecim podejściu do motywu emocjonalnego w Larghetto. Oto on:
- William 38:02 – widoczna czułość – {dokładny link}
- Piotr 36:37 – widoczny dystans plus pam pam pam – {dokładny link}
Znów Piotr gra to po profesorsku, szybciej, chłodniej, z dystansem. Serio, trzeba spojrzeć w materiale wideo na usta naszego pianisty, gdy uderza w klawisze, on sobie wyraźnie nuci „pam, pam, pam”. Drogi Piotrze, to nie jest „pam, pam, pam”! To jest Konstancja Gładkowska, a konkretniej to, co czuł 19 letni, wrażliwy chłopak-mężczyzna po raz pierwszy zakochany w kobiecie! Więc to jest szaleństwo, przynajmniej jakiś jego odblask i wypadałoby to oddać, tak jak się potrafi, a nie robić z tego ładną, racjonalną i elegancką frazę. Te rzeczy to w innych momentach!
Tak więc – nie mogę, po prostu nie mogę darować tego Piotrowi Alexewiczowi. Był moim absolutnym faworytem i we wszystkich pozostałych elementach takim pozostaje. Ale tę sprawę w moim osobistym odbiorze pokpił, przedobrzył, był zbyt konsekwentny. Więc jak dla mnie, to może 3 miejsce. Niestety. Chociaż, będę się cieszył, gdy wygra. W dniu dzisiejszym dałbym nagrody dwójce, przede wszystkim Williamowi z USA oraz pani Zitong z Chin. Ale dziś jeszcze jeden raz. Ostatni. Potem wyniki, pięć lat przerwy pomiędzy edycjami najlepszego konkursu pianistycznego na świecie. Mówią, że Ciliburn z USA najlepszy. Guzik prawda. Sprawdziłem. To dość bogate przedsięwzięcie o charakterze głównie marketingowym – typowy mainstream, showbiznes. Cały świat zszedł na showbiznes, to znaczy na interes, którzy przynosi złoty pieniądz. Ludzkość stała się jak król Midas, nauczyła się przemieniać wszystko – w tym muzykę – na złoto. Tyle, że tym się nie da nasycić, tego co nas czyni ludźmi, a co choć nieokreślone, to w nas jest, gra, opowiada, tak jak muzyka Chopina, na tym naszym wspaniałym konkursie, który przy okazji następnej edycji, dopiero w 2030 roku, będzie obchodził swoje setne urodziny!
——————————————————–
Poprzednie notki z tegorocznego konkursu Chopinowskiego:
- 1 dzień finałów konkursu chopinowskiego: Ziemianie kontra Kosmici
- Finały konkursu Chopinowskiego
- Tragedia z polonezem As-dur op. 53, czyli Azja ma drewniane ucho?

Nie bądź obojętny, udostępnij dalej...
No nie wiem. Ale wysłuchałem nokturnu w wykonani Zuzanny Sejbuk, zakochałem się bez pamięci w jej wykonaniu i ... przestałem więcej oglądać, bo Zuza dalej nie awansowała. Jak długo można to samo wałkować? Było cudne wykonanie Zuzy, jak Iwo Pogorelicia, ale musieli awansować inni. :)
I po...wygrali ci co trzeba ;-)))
niezalezna.pl
"Choć amerykański pianista Eric Lu został zwycięzcą, opinia publiczna nie kryje oburzenia. W sieci nie brakuje głosów krytyki pod adresem jurorów i organizatorów – wiele komentarzy wskazuje, że tegoroczny werdykt mocno rozmija się z oczekiwaniami publiczności".
kultura.wp.pl
"Zamordował mazurki, uśmiercił poloneza"
Moja faworytka zajęła czwarte miejsce a faworyt melomana @Zbyszka piąte 😉
Wygrał Eric Lu. No i dobrze. Jemu gratulować. Pozostałym - w tym Gruzinowi - gratulować. Tych, których się polubiło - słuchać i się ich wykonaniami cieszyć. Z konkursu Chopinowskiego być dumnym!
Bo to najwspanialszy, najlepszy i najbardziej prestiżowy konkurs pianistyczny na tej planecie.
Moimi ulubieńcami pozostają Vincent, Kevin i William. Ale przesłucham Erica raz jeszcze. Może coś do mnie dotrze, a może zupełnie nic. Czy to jest powód do "frustracji", które chcą w nas budzić szarzy macherzy od naszych emocji i dusz? Nie.
Niech żyje muzyka!
@ Zbyszek
Moim zdaniem pierwsze miejsce w konkursie Chopinowskim powinien dostać Donald Trump, który gra na wielu fortepianach i zeby dostac medal i 60 tysiakow EUR musiałby się pofatygować do Warszawy.
Pod warunkiem że będzie leciał TU 154. Ale nie wsiądzie bo wie dużo a nie powie. Nie żeby Obamę lubił ale ciągłość polityki rolniku. 60 tyś to na waciki dla Prezydentowej. Polityka to nie je bajka.
@papa
Nie byłbym taki pewny, czy na waciki dla Jowanki by starczyło.
Wypić i zakasic w towarzystwie papuasow znad Wisły dobrze by wpłynęło na wysokie ego prezydenta świata.
Nie dostal pokojowego nobla poki co to przynajmniej medal Chopinowski.
Czy w Konkursie ścierały się tendencje konserwatywne i postępowe? Czy żadna z nich powinna dominować? Tego nie przesądzam. Nie znalazłem jednak podobnego przykładu z tak dużą liczbą komentarzy pod podcastami krytyków muzycznych, jak w przypadku XIX Konkursu Chopinowskiego. Nie posiadam ani czułego słuchu, ani wiedzy, jaką prezentują nasi komentatorzy. Wiem jednak, że ten konkurs jest największą polską marką na świecie, a pianiści wykonali ciężką pracę. Konkurs Chopinowski dobrze służy Polsce.Piękne, propolskie wystąpienie Pana Prezydenta Karola Nawrockiego na gali Konkursu Chopinowskiego. youtube.com
Tylko premier Sikorski swoją murzyńskością na gali finałowej próbował ratować to fopa, tfu faux pas 😉
Nasi obywatele uważają, że owszem dzisiaj należy zacieśniać więzi w rodzinie narodów, Grupy Wyszehradzkiej, oraz z państwami bardziej oddalonymi od nas niż Afryka. Być może to jest przyczyna; Mówi się o budowie ostoi dla uchodźców. Jeżeli wyposażymy je w instrumenty klawiszowe, któż to wie? Tyle że, jeżeli ktoś taki zerwie się z Polski, ponieważ nie będzie ona dla niego rajem, to wtedy oprócz inżyniera, stracimy muzyka, a to nie jest bez znaczenia dla kontynentu europejskiego. To ma sens. W tym kontekście, czy osoby, które dostały się do nas nielegalnie i nie posiadają żadnych dokumentów, lub osoby urodzone pierwszego stycznia, pytają o lekcje muzyki? Czytam Henry, że minister sterujący naszą polityką zagraniczną wczoraj wycofał się z bulwersujących wypowiedzi. Co prawda, nie mam czasu, żeby wysłuchać tego, co było wczoraj, ale dla takich informacji warto otworzyć ten portal:) Widzę też, że nowi komentujacy nas odwiedzają! To dobrze, muzyka łagodzi obyczaje. Czyż nie są oni warci uwagi i powitania? Witam ich szczerze, Henry.