W małych i średnich miastach Polski, bez własnych teatrów czy filharmonii, kultura przestała być żywym procesem społecznym, a stała się towarem sprowadzanym z zewnątrz. Choć zdarzają się chlubne wyjątki wśród włodarzy i instytucji realnie wspierających lokalnych twórców, statystyka jest nieubłagana: od 60 do nawet 90 procent miejskich funduszy na kulturę (poza płacami) pochłania organizacja masowych imprez plenerowych i opłacanie zewnętrznych wykonawców. Podczas gdy metropolie produkują i eksportują sztukę, mniejsze ośrodki ograniczają się do jej dystrybucji, zamawiając u agencji gotowe, „bezpieczne” produkty.
Model ten dominuje, ponieważ jest prosty i nie wymaga od decydentów specjalistycznej wiedzy. Samorządowcy często nie mają własnej wizji polityki kulturalnej, powielając schematy poprzedników z obawy przed ryzykiem. Kultura rzadko jest ich światem – w przeciwieństwie do sportu, który oferuje natychmiastowy aplauz i sukcesy. Podczas gdy na stadionie polityk może ogrzać się w blasku zawodników, na koncercie fortepianowym pozostaje anonimowym widzem, co dla osób budujących wizerunek w mediach społecznościowych bywa mało atrakcyjne.
Obserwowalny jest także mechanizm „telefonu z góry”. Wybór oferty kulturalnej rzadko wynika z realnych potrzeb mieszkańców. Często decyduje o nim łańcuch politycznych zależności. Scenariusz bywa powtarzalny: polityk szczebla centralnego sugeruje burmistrzowi zaangażowanie konkretnego artysty lub menedżera. Włodarze, licząc na przychylność partyjnej góry przy tworzeniu list wyborczych czy podziale środków, ulegają tym sugestiom. Problem w tym, że taki system promuje najczęściej twórców przeciętnych, którzy nie radzą sobie na wolnym rynku i potrzebują politycznej protekcji, by zdobyć zlecenie.
Nawet system dotacji centralnych cierpi na strukturalną wadę: promuje eventowość. Powstają dzieła „na raz”, spełniające wymogi formalne, które po jednej premierze lub rejestracji znikają z obiegu. W przeciwieństwie do tradycyjnego teatru, gdzie spektakl żyje w repertuarze, współczesny model wymusza na twórcy natychmiastowe myślenie o kolejnym wniosku grantowym, zamiast o trwałości dzieła.
Dominacja modelu „hurtowni kultury” prowadzi do systematycznego wyjaławiania lokalnych społeczności. Gdy samorządy wybierają najłatwiejszą drogę – zarządzanie kulturą przez telefon do agencji i realizowanie politycznych poleceń – tracą z oczu swój najważniejszy cel: budowanie autentycznej tożsamości. Choć w najmniejszych miejscowościach kultura bywa skromniejsza, to dzięki oparciu na lokalnych twórcach pozostaje autentyczna. W miastach średnich ten własny „rdzeń” zanika, zastępowany przez sieć zależności i polityczną wygodę.
Jeśli polska kultura lokalna ma zdobyć autonomię, konieczna jest rezygnacja z „kultury jednorazowej” na rzecz inwestowania w proces i repertuar. Prawdziwa kultura nie polega bowiem na bezrefleksyjnej konsumpcji zewnętrznych produktów, ale na prawie do tworzenia i odtwarzania własnego świata tam, gdzie się żyje. Wybór komfortu zamiast wizji to droga, która ostatecznie prowadzi do utraty tego, co w małym mieście najbardziej unikalne – jego własnej duszy.
Jarosław Banaś
Te same patomechanizmy centralne i lokalne działają w służbie zdrowia.
naszeblogi.pl
Stąd też propaganda sięga po "iventy" w medycynie: spektakularne, drogie terapie i choroby rzadkie.
A może prawdziwa kultura jest tworzona niezależnie od dotacji?
Z drugiej strony celem władz jest zadowolenie większości. Zadowolenie większości zdobywa się przez sprowadzenie "markowych produktów 'artystycznych'". Tak? Nie? Władza, która nie zdobywa zadowolenia większości będzie zastąpiona przez taką, która zdobywa? Tak? Nie? Kto winien?