Od wielu lat obserwuję polską politykę i coraz bardziej utwierdzam się w jednym przekonaniu, że partie polityczne najczęściej przegrywają nie dlatego, że przeciwnik jest wyjątkowo silny, ale dlatego, że same przestają rozumieć, jak odbierają je zwykli wyborcy. Prawo i Sprawiedliwość jest dziś najlepszym przykładem tego zjawiska. Nie dlatego, że nie ma racji w wielu sprawach. Nie dlatego, że nie potrafi punktować błędów obecnej władzy. Problem polega na czymś znacznie poważniejszym. PiS od lat nie uczy się na własnych błędach.
Historia, która niczego nie nauczyła.
W polskiej polityce propaganda wielokrotnie obracała się przeciwko swoim autorom. Przypomnijmy sobie kampanię Aleksandra Kwaśniewskiego. Wyciągnięto sprawę jego zachowania podczas uroczystości w Katyniu. Wydawało się, że to polityczny nokaut. Efekt? Kwaśniewski wygrywa wybory już w pierwszej turze. Kilka lat później pojawił się słynny "dziadek z Wehrmachtu". Kampania miała pogrążyć Donalda Tuska. Efekt? Tusk wygrywa wybory. To nie były pojedyncze przypadki. To była lekcja, której najwyraźniej nikt nie odrobił, bo przeciętny wyborca bardzo często nie reaguje tak, jak zakładają sztabowcy. Jeżeli ma poczucie, że kampania staje się zbyt agresywna, zaczyna współczuć atakowanemu.
TVP też nie wygrała PiS wyborów.
Przez lata słyszałem, że wystarczy mocniejszy przekaz, ostrzejszy język i więcej propagandy. Tymczasem doświadczenie pokazało coś dokładnie odwrotnego. To właśnie sposób prowadzenia przekazu przez dawną Telewizję Polską był jedną z rzeczy, które najbardziej odstraszały umiarkowanych wyborców. Nie dlatego, że ci wyborcy kochali Donalda Tuska. Po prostu nie lubili propagandy. Każda telewizja może mobilizować własny elektorat. Znacznie trudniej przekonać ludzi niezdecydowanych a właśnie oni rozstrzygają wybory.
Powrót do starych metod.
Dzisiaj odnoszę wrażenie, że część kierownictwa PiS ponownie sięga po dokładnie te same metody. Zamiast zastanawiać się, jak odzyskać wyborców, którzy odeszli do Konfederacji albo przestali głosować, rozpoczyna się wewnętrzna wojna. Pojawiają się oskarżenia. Insynuacje. Publiczne rozliczenia. Coraz ostrzejszy język. Tylko komu ma to pomóc? Na pewno nie wyborcom.
Problem wiarygodności.
Najgorsze w polityce jest to, że bardzo łatwo stracić wiarygodność. Jeżeli jeden polityk zarzuca komuś współpracę z Donaldem Tuskiem, a internauci przypominają jego wcześniejsze wypowiedzi, w których sam przedstawiał zupełnie inną wersję wydarzeń, to problemem przestaje być przeciwnik. Problemem staje się wiarygodność oskarżyciela. Podobnie jest z każdą próbą przypisywania przeciwnikowi poglądów, których publicznie nie prezentował. W czasach Internetu archiwa są bezlitosne. Kilka minut wystarczy, żeby odnaleźć stare nagranie, wywiad albo wpis i cała narracja rozpada się jak domek z kart.
Największy błąd Jarosława Kaczyńskiego.
Najbardziej boli mnie jednak coś innego. Jarosław Kaczyński przez lata zbudował największą partię prawicy po 1989 roku. To jego historyczna zasługa, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że coraz częściej otacza się ludźmi, którzy nie mają odwagi powiedzieć mu, że pewne metody przestały działać. Każdy lider potrzebuje współpracowników, którzy potrafią powiedzieć: "Prezesie, tym razem to zły pomysł." Jeżeli wokół lidera zostają wyłącznie ludzie potwierdzający każdą decyzję, partia przestaje się rozwijać. Zaczyna się zamykać.
Morawiecki jako symbol zmiany.
Nie twierdzę, że Mateusz Morawiecki jest politykiem bez błędów. Nie jest. Sam wielokrotnie krytykowałem jego decyzje dotyczące polityki unijnej czy innych spraw, ale w obecnej sytuacji widzę w nim coś, czego w PiS dramatycznie brakuje. Próbę zmiany sposobu myślenia. Próbę wyjścia poza własną bańkę. Próbę dotarcia do młodszych wyborców. Czy odniesie sukces? Tego nie wiem, ale wiem jedno. Bez próby zmiany sukces jest niemożliwy. Nie wygra się przyszłością, walcząc przeszłością Polityka nie polega na nieustannym udowadnianiu, że przeciwnik jest zły. Polityka polega na przekonaniu ludzi, że samemu będzie się lepszym gospodarzem państwa. Jeżeli cała energia partii idzie dziś na wewnętrzne wojny, wzajemne oskarżenia i odgrzewanie dawnych sporów, to największym zwycięzcą nie jest żadna frakcja PiS.
Największym zwycięzcą jest Donald Tusk.
Każda godzina poświęcona na walkę między sobą jest godziną, której nie poświęcono na przekonanie wyborców. I być może właśnie to jest największa tragedia dzisiejszej prawicy. Nie brak ludzi. Nie brak doświadczenia. Nie brak kompetencji, lecz brak odwagi, by przyznać, że stare metody przestały działać. Można wygrać wiele bitew propagandowych, ale wybory wygrywa się zaufaniem a zaufania nie buduje się coraz głośniejszym krzykiem.
Oczywiście. Propaganda zjada wlasny ogon. Nie pierwszy i nie ostatni. Czy mozna to przerwac? Nie! Taki taniec. Czy zostaje z tego cos dobrego? Coraz mniej. Fajny tekst. Samo się pisze. Samo sie czyta.