Otrzymane komantarze

Do wpisu: Psychiatra, psycholog, psychol
Data Autor
Anonymous
Pani Izo! Obowiązkowe procedury, a także standardy, pozwolenia i rejestracje mają sens póki są stosowane z umiarem i nie ingerują w rzeczywistość przenosząc ją do świata absurdu. Ta granica została dawno przekroczona. System ma zwolenników, którym odpowiada, że nie muszą myśleć i za nic odpowiadać póki stosują się do przepisów. Taka postawa jest intensywnie propagowana. Nie ma wiadomości aby dziennikarze nie zachłystywali się uchybieniami w procedurach w nierzadko tragicznych sytuacjach, do których doszło bez związku z tymi procedurami. Ostatnio słyszałem np. o sytuacji przypadkowego postrzelenia pasażera samochodu zaparkowanego w lesie. W tej tragedii kluczowe dla dziennikarza było, że kierowca samochodu (którego kula minęła o kilka cm) był trzeźwy a myśliwy (który jak twierdzi potknął się co spowodowało przypadkowy strzał) miał pozwolenie na broń. Konsekwencją tego bałwochwalczego stosunku do procedur jest znieczulica maskowana politycznie poprawną egzaltacją.
Wszystkie wspomniane czynniki wyeliminowane. Obserwujemy dalej.
"Nie wiem czy nie chodzi też o lepsze notowania w rankingach szkół po testach trzecio- i szóstoklasistów." Zapewne. Bo ocen jako takich to nie podnosi. Ło. Kiedyś.
Tak, faktycznie, nie wiem czemu mi to do głowy nie przyszło. Skutki takiego procederu są później opłakane. Efekt jest taki, że część czuje się zwolniona ze wszystkiego a część (ta mniejsza) i tak ma niezłe wyniki, często lepsze niż uczniowie bez zaświadczeń. W sumie dziwi mnie ta reklama, to żadna przyjemność pracować z zespołem, gdzie każdy ma inny dys- przecież wymóg formalny zakłada dostosowanie do każdego przypadku osobnych ćwiczeń, testów itp. Lepiej byłoby wyciągnąć dziecko z tego jak najszybciej bo znam przypadki, które podjęły ćwiczenia same lub z nauczycielem już w szkole średniej i szybko wyszły na prostą. Samobój.
Kisiel napisał tę swoją wywrotową powieść o żydzie anderkawer i tam stało jak byk: Jedyną bronią człowieka jest mózg!" :)
Tak, rzeczywiście historia miała korzenie jeszcze w PRL. Cóż może było wtedy więcej zdrowego rozsądku niż dziś. Już się boję co mnie czeka jak moje maleństwa urosną na tyle żeby iść do szkoły. Śmieszne to może, ale już się zastanawiam gdzie je wysłać żeby wyrosły na mądrych ludzi i żeby ktoś im nie robił na siłę wody z mózgu. Zwłaszcza, ze dojrzewanie to taki głupi okres, gdzie szaleją hormony, podejmuje się irracjonalne decyzje i często ufa niegodnym tego ludziom. Wystarczy wtedy taki domorosły psycholog i mamy piekielną przeprawę z młodym, który chce wieść "studenckie życie" w wieku lat 12 :)
"99% zaświadczeń o dys ... to bzdura. Powinno być zamiast tego zaświadczenie o nieudolnym/cwaniackim rodzicu." Nie zgadzam się odnośnie tego nieudolnego rodzica. Otóż rodzice w większości w zaufaniu postępują jak każe/radzi nauczyciel. Pierwsza klasa w szkole podstawowej to rodzice wpatrzeni w nauczyciela. U mnie nauczyciel po 15- dniowej znajomości dziecka zalecił starania o stwierdzenie dysleksji, dosłownie je reklamował. Odmówiłam. Z kolei mojemu starszemu dziecku też nauczycielka zaleciła starania o zwiększony czas na testach czyli też jakąś dysfunkcję. Natomiast rozmawiając z jedną z nauczycielek w gimnazjum dowiedziałam się, że nie powinnam odmawiać takiego starania się dla dziecka: nie chce Pani by córka miała piątki i szóstki? - usłyszałam. Ta pani cieszyła się, że nauczyciele, do której chodzą moje dzieci tak chętnie chcą wykorzystać te formy pomocy. Przy okazji dowiedziałam się, że 10 lat temu w szkole mojej rozmówczyni było kilkoro dzieci z dysfunkcją, natomiast teraz jest kilkoro w każdej klasie. Dzieci,które są przeciętne lub jeszcze gorzej to kłopot. A dysfunkcja to furtka, lepsze noty dzieci i wyniki na testach. Nie wiem czy nie chodzi też o lepsze notowania w rankingach szkół po testach trzecio- i szóstoklasistów.
Izabela Brodacka Falzmann
"Żadne prawo nie zwalnia człowieka od myślenia". Jakiś mądry człowiek to napisał. Czy to było za PRL? Uważam że za PRL ludzie czuli się mniej zwolnieni od myślenia. Nie wyobrażam sobie na przykład, żeby jakiś milicjant wyrywał matce siłą dziecko, wiązał mu nogi i odnosił do samochodu, jak to było w Kobylej Górze. Nie wyobrażam sobie, żeby za PRL psycholog odważył się w ramach terapii proponować dziewczynce masturbację i jeszcze omawiać techniki tej czynności. A może psycholog cierpiał na tak zwaną "lepkość tematu" czyli nieumiejętność powstrzymania  się od gadulstwa seksualnego.  Psychologowie są teraz panami życia i śmierci. A psychiatrzy - jak się skarżą- leczą potem farmakologicznie  dzieci uszkodzone przez psychologów.
Pani Izabelo to niestety nie tylko kwestia psychologów, ale ogłupiającej ludzi i bezdusznej biurokracji. Na przykład komitet do spraw dziecka z ramienia ONZ to prawie sami prawnicy, a ich raporty to ostatnio największe bzdury jakie czytałam. Przypomnę naciski w sprawie likwidacji okien życia, które to naruszają prawo dziecka do poznania rodziców czy też zapewnienie niekontrolowanego przez dorosłych dostępu do aborcji dla nieletnich rodziców. I to są ich główne postulaty, zamiast walki z wykorzystywaniem dzieci do niewolniczej pracy, dziecięcej pornografii czy choćby biedy i niedożywienia wśród najmłodszych... Pracując u pewnego znanego krakowskiego architekta starszej daty usłyszałam taką anegdotę. Swego czasu nie mogli dogadać się z urzędnikami, którzy tak bardzo trzymali się litery prawa, że doprowadzili żądania odnośnie projektu do poziomu absurdu i zażyczyli sobie, żeby do niewielkie służbówki w teatrze prowadziła gigantyczna klatka schodowa jak dla obsługi całego reprezentacyjnego holu. Architekt ten napisał do ówczesnego ministra od spraw budownictwa prosząc o odpowiedz w sprawie tego co powinni zrobić. Zaraz potem urząd otrzymał list, w którym znajdowało się znamienne zdanie; "Żadne prawo nie zwalnia człowieka od myślenia". Wtedy podziałało natychmiast. Dziś wszyscy uważają, że procedury zwalniają ich z obowiązku używania mózgu, a pośrednio również z odpowiedzialności za swoje czyny.
Ja za to kocham koszmary. Należy je tylko ,we śnie, jak najszybciej rozpoznać. Ile się z nich o sobie można dowiedzieć, to szok. To reminiscencja życia. Ale przedszkolak, to zbyt szybko, aby nad tym, w pełni zapanował, współczuję. Może warto z nim porozmawiać, aby inaczej na te sny spojrzał. Niech o nich opowie, ale od razu po przebudzeniu, później większość ulegnie zatarciu. Może ma typowe problemy: boi się zwierząt (pies go kiedyś ugryzł, albo ostro nastraszył); spieszy się gdzieś, ale wszystko go spowalnia (wie, że ma coś do wykonania, ale się boi, że sobie nie poradzi); czuje się osaczony przestrzenią (gdzie się nie uda, to jakieś przeszkody terenowe)- nie mam pomysłu na interpretację, choć pewnie ona jest, itp. Niech Mu Pani zasugeruje całkowitą pasywność we śnie. W tym wieku to chyba optimum. Ja za to uwielbiam aktywność, olewając wszystkie zagrożenia. A w czym haczyk? Zachowanie we śnie oraz zachowanie w realu niosą inne konsekwencje. Można podjąć radykalne decyzje, nawet pasywność, tylko wtedy, kiedy się rozpozna sen. Tu wracam do drugiego zdania. Jest to stosunkowo łatwe. Świat snu często odbiega od realu i nie jest spójny (może to złe słowo). W pierwszym przypadku są to rozbieżności między tym co powinno być, a jest. Ale to dotyczy tylko snów pokazujących znane nam miejsca, no chyba,że widzimy delfiny spacerujące po chodniku. Jeśli zaś znajdujemy się w nieznanym miejscu, co samo przez się sugeruje sen, to warto przyjrzeć się kilku szczegółom, odejść na pewien dystans i wrócić, o ile się da. Świat powinien się zmienić. To mnie jeszcze nie zawiodło, a różne jaja się działy, np. sny kaskadowe, to dopiero koszmar. Pozdrawiam! Pani Magdaleno. Odpuść strach, bo przyjdą koszmary.
Izabela Brodacka Falzmann
Rozsądny człowiek wie, że w tak delikatnej materii jaką jest los cudzego dziecka trzeba być wyjątkowo ostrożnym. Ale dziś jest tak jak Pani pisze. Dziecko badane jest za pomocą testu plam albo rysowania drzewa. Diagnozy są najdelikatniej mówić arbitralne. Ale dla sądu są wiążące. Mój znajomy często leczy farmakologicznie dzieci po "terapii psychologicznej" zleconej przez sądy. Nie może każdej sprawy kierować do wyższych instancji. Kieruje się zasadą jak najmniej szkodzić. W starciu z biegłymi, z sądami rodzice i dziecko nie mają szans.
Izabela Brodacka Falzmann
Naprawdę lepiej radzić się tylko w sprawdzonej placówce. Psychologów obowiązują procedury. Jak wszystkich zresztą, lekarzy również. Zdrowy rozsądek nie obowiązuje. Jeżeli coś się stanie ale procedury były honorowane pracownik nie ma kłopotów. Jeżeli nawet nic się nie stanie, ale złapią pracownika na łamaniu procedur- ciężki jego los. Jestem indywidualistką. Ogromną satysfakcję sprawiło mi słynne lądowanie na rzece Hudson. Pilot zrezygnował z sugestii wieży, nie pozwolił sobie narzucić procedur i wyratował wszystkich pasażerów. Wracając do psychologów. Państwo Bajkowscy sprawdzili co oni potrafią. Sami zgłosili się na terapię, ale z niej zrezygnowali, bo im nie odpowiadała.  Tak jak mamy prawo zrezygnować z zakupu zjełczałego masła, albo krawata, który nam się po prostu nie podoba. W rezultacie ich dzieci spędziły pół roku w domu dziecka. Radzę zapoznać się z tą sprawą przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji.  Co do przedszkolaka. Może w pokoju jest za gorąco. Albo za zimno. Może zbytnio się najada przed zaśnięciem. Jest jeszcze możliwość, że karcą go panie w przedszkolu. Trzeba spokojnie to sprawdzić.
Pani Izabelo,mimo iż psychologia była moim przedmiotem zawodowym -a to znaczyło dużo godzin lekcyjnych- to tak naprawdę,tę rzeczywistą,praktyczną wiedzę otrzymałyśmy od cudownej Nauczycielki pedagogiki.Przeszła Ona przez wszystkie stanowiska pracy zawodowej,aż dotarła do nas jako wykładowca.Nauczyła nas,że zanim powiemy jakiekolwiek słowo o dziecku (a przez pierwsze 10 lat nigdy autorytatywnie !) najpierw należy je wnikliwie obserwować.Minimum to dwa,trzy miesiące,w każdej,dosłownie każdej sytuacji : w zabawie indywidualnej,w grupie,dowolnej,zorganizowanej,zajęć,nauki,podczas posiłku,kontaktu z mamą i tatą,spaceru itd.itd.itd.Koniecznym też było robienie notatek,wyłącznie dla siebie,bo pamięć jest zawodna i żeby nie przypisać zachowań innemu dziecku. Nauczyła nas też,że nigdy nie powinnyśmy mówić rodzicom słów "dziecko jest niegrzeczne",bo dla niego takie słowa oznaczają coś złego.Jeśli już uznajemy,że należy o czym rodziców powiadomić,to trzeba zachowania nazywać "po imieniu",czyli np.dziecko pluje ... To tak w dużym skrócie. Ale rozmowy z rodzicami to ostateczność i w sytuacjach naprawdę wyjątkowych,kiedy zachowanie dziecka w sposób ewidentny odbiega od normy. Dzisiaj pół godziny "rozmowy" i dzieciak "sklasyfikowany". Na taką psychologię się nie zgadzam,tyle,że kto by mnie dzisiaj słuchał. O życiu dzieci decydują jakieś rządowe cymbały.I jakie te cymbały,taka "psychologia". Pozdrawiam serdecznie.
ADHD nie ma, tak? :) 99% zaświadczeń o dys ... to bzdura. Powinno być zamiast tego zaświadczenie o nieudolnym/cwaniackim rodzicu. Pamiętam osobiście znany mi przypadek: uczeń leczony był ciężkimi psychotropami na ADHD. Po odstawieniu nie panował nad językiem a wystarczyło, że matka odseparowała go od ciężko pijącego ojca i znalazła sobie faceta, który był dla chłopca oparciem. Skończyły qrwy latać po klasie a średnia była bliska 4,0. Ad. 4 "4) „”15-latek w ramach buntu przeciw regułom obowiązującym w domu zgłosił psychologowi w Poradni Psychologiczno -Pedagogicznej, że rodzice ograniczają jego wolność nakazując wracać do domu przed 22.00." W podręczniku z j. ang o tytule "Choices" do szkoły ponadgimnazjalnej jest taki ohydny dialog: 15-letnia smarkula awanturuje się z matką o powroty o północy, matka w końcu ustępuje bo smarkula deklaruje, że będzie wynosić śmieci!!!! AAAAAA!!! W audio i na video! I drugi o synku, który uważa ojca za idiotę bo niespecjalnie zna się na IT. Pani Iza wie jak postraszyć. Ja mam problem z przedszkolakiem bo ma koszmary nocne. Strach w ogóle komukolwiek się przyznać.
Do wpisu: Nie wszystko złoto co się świeci
Data Autor
Izabela Brodacka Falzmann
"Doktrynę szoku" też znam. Znam również młodego człowieka, którego zniechęciła do wszystkiego. Tak w każdym razie ten młodzieniec  twierdzi. Trudno mu wytłumaczyć, że z tego,że  przemyślenia Naomi są naszym zdaniem (w dużej mierze) słuszne nie wynika, że można nie wstawać z łóżka. Pozdrawiam serdecznie.
Izabela Brodacka Falzmann
Bardzo dziękuję. Myślę, że jak ten proletariusz Marksa nie mam już nic do stracenia. Serdecznie pozdrawiam.
Pisze ciekawie; o pewnych rzeczach - zakładam, jak Pani, że nie zmyśla - nie miałem pojęcia. Jej 'Doktryna szoku' ukazała się w Polsce już rok po wydaniu (odpowiednio 2007 i 2008). Może skutecznie zniechęcić do kapitalizmu. (Nie wierzę, że to napisałem.)
Magia Pani przemyśleń,wspomnień,refleksji jest niesamowita.Jest w Pani ten luz o którym mogą tylko pomarzyć ci młodzi,wykształceni z wielkich miast.W oczekiwaniu na następne notki serdecznie pozdrawiam.
Izabela Brodacka Falzmann
Ciekawie pisze o tym wszystkim Naomi Klein w książce "No Logo". Wydanie pierwsze 2000, wydanie polskie 2004. Czyli tylko 4 lata opóźnienia. Jak na nasze standardy mało. Różne mody w tym intelektualne docierały do nas czasem po 30 latach.   Naomi Klein nazywana jest Marksem antyglobalistów. Nic mnie to nie obchodzi. Zakładając, że nie zmyśla . Nie jestem w stanie tego sprawdzić. I wątpię czy ktokolwiek jest w stanie. Musiałbym mieszkać kilka lat w Stanach i łazić po różnych instytucjach i agendach sprawdzając kwity. Niewykonalne.
Izabela Brodacka Falzmann
Podejrzewasz mnie o snobizm à rebours . Napiszę prawdę- jest jeszcze gorzej. To zwykłe lenistwo i abnegacja,które chciałoby stać się- jak zwykle-  cnotą. Prawdą jest, że nienawidzę zakupów. Jak kobiety mogą poprawiać sobie nastrój czynnością, którą nazywają shopping? Zakupy doprowadzają mnie do depresji. Nie wchodzę do sklepów odzieżowych. Moje dzieci kupują mi czasem coś na siłę. Mówię im zawsze, że nie warto już inwestować. Ale tak naprawdę nie znoszę nowych rzeczy. Kiedyś przystaniowy w Iławie wyraził zdumienie wiekiem mojej łódki. Powiedziałam mu, że łodzie, wino i kobiety-  im starsze tym są lepsze. Długo myślał i odparł, że na wino ewentualnie  jest skłonny się zgodzić. Szowinistyczna męska świnia. Pozdrawiam
Dobry wieczór, browar Bass twierdzi, że to oni są pierwszą zarejestrowaną marką (1777). Ale zostawmy Anglików z ich sporami o pierwszeństwo. Smuci mnie fakt, że obie marki zostały przejęte przez międzynarodowe koncerny, Unilever w przypadku Pears'a (o ile pamięć nie zawodzi). Podśmiewała się Pani ostatnio z certyfikatów pochodzenia, kopalnia soli w Wieliczce już w XIII wieku oznaczała swoją sól jako "wielicką". Chcę wrócić na chwilę do sprawy ochrony prawnej symbolu Polski Walczącej. Podejrzewa Pani pomysłodawców o wyłącznie złe intencje i chęć "monetyzacji" kotwicy. Chociaż niechętny HGW - niezależnie od stawianych jej zarzutów, ja baby zwyczajnie nie lubię - nie uważam, że wszystko co robi jest złe. Powtórzę moje argumenty z poprzedniego wpisu: HGW nie zostanie w ratuszu dożywotnio, i następny lokator będzie raczej Pani człowiekiem. HGW do domu kotwicy nie zabierze. Natomiast ochrona prawna symbolu uniemożliwi posługiwanie się nim każdemu komu się spodoba. Czy naprawdę nie razi Pani posługiwanie się kotwicą przez kibiców stołecznego klubu piłkarskiego? Dresiarze wyobrażają sobie, że ich ustawki, czy potyczki z policją są porównywalne z ulicznymi walkami powstańców? Wiem, że niektórzy w "środowisku" poczuli jakąś dziwną sympatię do "grup kibicowskich", ponieważ kibice postawili się urzędującemu premierowi (wolno mi tak pisać?). Jego następcy też będą się stawiać, bo żyją od jednej rozróby do następnej, nieważne kto jest przeciwnikiem. Partia, która w swojej nazwie odwołuje się do prawa, tym bardziej powinna zrobić z nimi porządek (metodami sprawdzonymi w Wielkiej Brytanii, okazały się bardzo skuteczne). Ochrona prawna symbolu kotwicy uniemożliwi jakiemuś projektantowi, który "w swoich projektach dekonstruuje historię" drukować ją (kotwicę) na koszulkach (to byłaby "monetyzacja"). Zdaje się, że już pojawiła się moda na "powstańczy szyk", więc nie jest to tak nieprawdopodobne jak mogłoby się wydawać. Bardzo chciałbym poznać Pani przemyślenia. Dobranoc.
jazgdyni
Jeszcze chwilka... to mydełko, które na mnie wywarło wrażenie i które cenię do dzisiaj (oczywiście, męskie wersje) Kurcze... Nie mogę wrzucić w komentarzu nawet małego obrazka, więc tylko napiszę, że nazywa się ROGER & GALLET. Ha!
jazgdyni
Jako, że nie załapałem się na pierwszy komentarz, na co zazwyczaj poluję, zostawiłem sobie ten cymesik na wieczór. I po raz pierwszy lekko wątpię, czy jesteś zupełnie szczera. Jesteś? Bo teraz zesnobowałaś się aż do szczytowego poziomu. Wiadomo, że najściślejsze przepisy etykiety, wszystkie tam black tie, formal i kapelusze w Ascot wypełniają parweniusze i nuworysze. Natomiast na samym szczycie tej wymarzonej drabiny snobizmu siedzą ci, co już w głębokim poważaniu mają dekoracje, muśliny i jedwabie, oraz buty Manolo Blahnika. Właśnie tak! Rozklapane kapcie z łyka, to własnie to, co lubię i to co jest cool. Wiesz co dobre i co jest "na topie". Serdeczności
Do wpisu: Zawłaszczanie słów i symboli
Data Autor
Ciekaw jestem ilu takich specjalistów od patriotyzmu, którzy nie wiedzą jak traktować barwy narodowe poucza mnie na tych blogach i odmawia mi prawa do nazywania się Polakiem.
Izabela Brodacka Falzmann
Pewnie w wojsku nie byli. Ale poradziliby sobie z flagą tak jak radzą z kocykiem na plaży, gdyby wiedzieli jak trzeba. Brak kindersztuby objawia się właśnie w tym, że ktoś nie wie,jak trzeba. Nie wie, że nie zwija się flagi jak zużytej szmaty. Nie wie,  że nie mówi się na przykład  " O czym pani gada?". Nie wiem czy przyczyną tych braków są hemoroidy czy platfus. To Pan tezy.