Otrzymane komantarze

Do wpisu: Wojna o wszystko, rozmowa o niczym. Dlaczego szkoda, że usunięto ten wpis?
Data Autor
mjk1
Widzę tu częściową zgodę i częściowy spór Panie Mirosławie.Zgadzam się, że obecna klasa polityczna bardzo często reaguje na bieżące wydarzenia zamiast prowadzić własną, konsekwentną strategię państwową. Widać też, że polska polityka bywa nadmiernie uzależniona od zmian nastrojów w Waszyngtonie, Brukseli czy Berlinie.Nie zgadzam się jednak z tezą, że wystarczyłoby zastąpić obecne elity, aby naturalnym kierunkiem stało się zbliżenie z Rosją. Polska i Rosja mają dziś nie tylko sprzeczne interesy strategiczne, ale również zupełnie odmienne spojrzenie na bezpieczeństwo Europy. Trudno budować trwałe partnerstwo wyłącznie na zasadzie „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”.Mam też wątpliwości, czy potencjalny konflikt z Niemcami i Ukrainą jest dziś bardziej realny niż konflikt interesów z Rosją. Każde państwo prowadzi własną politykę i każde realizuje własne interesy. Problemem nie jest samo istnienie sojuszy, tylko brak polskiej strategii określającej, czego Polska chce od tych sojuszy i gdzie przebiegają nasze granice ustępstw.W gruncie rzeczy wracamy do tego samego problemu, o którym pisałem wcześniej. Zamiast dyskutować o tym, jak rozwijać gospodarkę, energetykę, przemysł, demografię czy bezpieczeństwo państwa w perspektywie 20–30 lat, bardzo często sprowadzamy politykę do wyboru „czyj wpływ jest mniej zły” a to trochę za mało jak na kraj liczący prawie 40 milionów ludzi. Państwo nie powinno funkcjonować wyłącznie jako przedmiot cudzych strategii. Powinno mieć własną.
spike
" istnieją stabilne partie ale ciągle jest walka o przywództwo" - - - - Szanowny, to zdanie właśnie jest potwierdzeniem tego co napisałem, przywództwo jest wpisane w każdą grupę, czy stado. Nic nie pisałem o wieczności wodzowskiej, od ludzkości po zwierzęta stadne, wódz ulega wymianie, Kaczyńskiego czy Tuska itp. też wybierają, pomijam zasadność. Powiem tak, całkiem możliwe, a wręcz pewne, że odejście Tuska czy Kaczyńskiego, może skutkować rozpadem tych tych partii, jedno mogę powiedzieć, że rozpad PO, byłby z korzyścią dla Polski, podobnie jak odsunięcie Mentzena z Konfy.
mjk1
Myślę, że jest w tym sporo racji Jabe, ale jednocześnie trochę za łatwo zwalniasz polityków z odpowiedzialności. Rzeczywiście można odnieść wrażenie, że część polskiej klasy politycznej bardziej reaguje na sygnały płynące z Waszyngtonu, Berlina czy Brukseli niż tworzy własną długofalową strategię. Problem w tym, że nie dotyczy to wyłącznie jednej partii. Nie zgodziłbym się też z tym, że wszystko sprowadza się wyłącznie do wykonywania cudzych poleceń. Często mamy do czynienia raczej z czymś innym: politycy dostosowują swoje stanowiska do oczekiwań własnego elektoratu i bieżącej sytuacji międzynarodowej. To nie zawsze jest godne pochwały, ale też nie zawsze oznacza pełną zależność.Natomiast zgadzam się z drugim akapitem. Być może największym problemem nie jest sama klasa polityczna, ale to, że wyborcy coraz częściej oczekują od swoich partii przede wszystkim lojalności plemiennej. W efekcie polityk, który zmieni zdanie po analizie faktów, bywa uznawany za zdrajcę, a polityk, który nigdy nie zmienia zdania mimo nowych okoliczności, uchodzi za człowieka zasad. I chyba właśnie dlatego tak trudno rozmawiać o konkretnych problemach państwa. O energetyce, demografii, zadłużeniu, inwestycjach czy konkurencyjności gospodarki. Znacznie łatwiej jest dyskutować o tym, kto komu bardziej służy: Berlinowi, Moskwie, Brukseli czy Waszyngtonowi.A przecież najważniejsze pytanie powinno brzmieć nie „komu kibicujemy”, tylko „jakie rozwiązania są korzystne dla Polski”.
Alina@Warszawa
@mjk1  A jakieś konkrety potrafisz napisać, oprócz tego, że w 2 linijkach "upraszczam problem"? Na to pytanie NIE OCZEKUJĘ odpowiedzi, bo widzę, że Ty w kilkudziesięciu linijkach nie napisałeś niczego konkretnego, tylko jak zwykle pustosłowie. 
mjk1
Obydwoje, zarówno Alina jak i MSkalski  dotykacie ważnego problemu, ale jednocześnie upraszczacie go do zbyt prostego i niestety bardzo jednostronnego obrazu. Rzeczywiście transformacja po 1989 roku miała swoją cenę. Część zakładów została zlikwidowana, część sprzedana za ułamek wartości, wiele decyzji prywatyzacyjnych do dziś budzi uzasadnione kontrowersje. Trudno też zaprzeczyć, że niektóre środowiska polityczne i biznesowe skorzystały na tych zmianach bardziej niż zwykli obywatele. Nie uwzględniacie w ogóle sytuacji geopolitycznej w tym czasie. Nie chcę tutaj rozwijać tematu, ale np. Serbia nie chciała sprywatyzować swojego przemysłu i nagle Jugosławia się rozpadła i wszyscy zaczęli się tłuc miedzy sobą. Tak sami od siebie się tłukli bez zewnętrznej przyczyny.Równie trudno zgodzić się z tezą, że Polska miała w 1989 roku silny, nowoczesny przemysł, a dziś nie ma żadnego. Wystarczy spojrzeć na eksport, produkcję przemysłową, sektor motoryzacyjny, meblarski, AGD, logistykę czy nowoczesne usługi. Polska nadal produkuje bardzo dużo, tylko często są to inne branże niż 40 lat temu.Podobnie z zadłużeniem. Dług publiczny jest realnym problemem i powinien być przedmiotem poważnej debaty, ale sam fakt istnienia długu nie oznacza automatycznie upadku państwa. Pytanie brzmi, na co są wydawane pożyczone pieniądze. Jeśli na inwestycje zwiększające przyszły potencjał gospodarki, to jest to zupełnie inna sytuacja niż finansowanie bieżącej konsumpcji.Mam natomiast wrażenie, że od lat tkwimy między dwiema skrajnościami. Jedni opowiadają historię o wielkim sukcesie transformacji bez żadnych kosztów. Drudzy o całkowitej katastrofie i ruinie kraju. Tymczasem prawda jest bardziej skomplikowana: Polska odniosła ogromny sukces cywilizacyjny, ale jednocześnie popełniła wiele błędów, za które płacimy do dziś. I właśnie o takich sprawach warto dyskutować. O strukturze gospodarki, inwestycjach, długu, energetyce, innowacyjności czy demografii. Znacznie bardziej niż o tym, czy całe ostatnie 35 lat było wyłącznie pasmem sukcesów albo wyłącznie pasmem zdrad i spisków.
Alina@Warszawa
Dokładnie tak! I główną postacią tego wielkiego przekrętu jest L. Balcerowicz i całe otoczenie rządowe i UB-eckie, które go do tej fuchy zatrudniło. PPP - program powszechnej prywatyzacji to przekręt tysiąclecia. 
Mirek Skalski
"faktem jest, że Polska przez te dekady stała się krajem bogatszym, bezpieczniejszym i bardziej rozwiniętym infrastrukturalnie niż była wcześniej." - Nie zgadzam się. Polska w 89' miała własny przemysł, ziemię a teraz ma 2,5 biliona długu i zero przemysłu.
Mirek Skalski
"Polska i Rosja mają dziś nie tylko sprzeczne interesy strategiczne" - Na czym polegają te sprzeczności?"ale także ogromny bagaż historyczny oraz całkowicie odmienne postrzeganie bezpieczeństwa w Europie." - Z Ukrainą mamy także ogromny bagaż historyczny (plus pretensje terytorialne z ich strony) a nasi politycy deklarują się i występują jako "słudzy Ukrainy". Co do bezpieczeństwa w Europie to zmiany są konieczne, USA nie są wiarygodnym sojusznikiem a potencjalnie czeka nas konflikt z Niemcami i Ukrainą."Trudno mi sobie wyobrazić, by w przewidywalnej przyszłości mogło powstać trwałe partnerstwo polityczne między Warszawą a Moskwą." - Zgadzam się, bez pozbycia się kompradorskich elit z polskiej polityki trudno to sobie wyobrazić. Miejmy nadzieję, że przyszłe wybory coś zmienią."Problemem jest brak własnej, konsekwentnej strategii rozwoju państwa." - To wiąże się m.in z redefinicją sojuszy. " czy polska klasa polityczna potrafi w ogóle zbudować długofalowy plan rozwoju kraju wykraczający poza jedną kadencję?" - Ta klasa nie potrafi.
Jabe
Obecna „klasa polityczna” nie myśli. Drze koty i wykonuje obce wytyczne.Na przykład, Trump obraził się na Ukrainę, to PiS zrobił woltę (choć ociągając się). Trzeba będzie, to i Putina pokocha. Niemcy są przeciw Moskwie, to i Tusk jest. Tyle.Kłopotem jest jej elektorat, który niczego innego nie oczekuje.
mjk1
Bardzo ciekawy dialog i mam wrażenie, że zarówno MSkalski jak i Spike mają częściowo rację, ale każdy upraszcza problem w inną stronę.Z jednej strony rzeczywiście trudno znaleźć organizację całkowicie pozbawioną przywództwa. Ludzie od tysięcy lat tworzą struktury, w których ktoś podejmuje ostateczne decyzje. W tym sensie całkowicie „bezwodzowska” polityka jest raczej teorią niż praktyką. Z drugiej strony istnieje ogromna różnica między partią mającą lidera a partią zbudowaną wokół niekwestionowanego wodza. W Wielkiej Brytanii czy USA liderzy się zmieniają, bywają kwestionowani, przegrywają wewnętrzne rywalizacje i odchodzą. Partia trwa dalej. W Polsce często odnoszę wrażenie, że część ugrupowań jest tak silnie związana z jednym nazwiskiem, że trudno sobie wyobrazić ich funkcjonowanie bez obecnego lidera.Nie zgodziłbym się również z tezą, że „toniemy od 37 lat”. Można bardzo krytycznie oceniać kolejne rządy, ale faktem jest, że Polska przez te dekady stała się krajem bogatszym, bezpieczniejszym i bardziej rozwiniętym infrastrukturalnie niż była wcześniej. Problem polega raczej na tym, że rozwój mógł być większy, a wiele szans zostało zmarnowanych przez partyjne wojny, krótkowzroczność i brak długofalowego myślenia. I właśnie dlatego od początku próbuję zwracać uwagę na coś innego. Nie na to, które plemię jest lepsze, ale dlaczego tak mało rozmawiamy o państwie, gospodarce, demografii, edukacji czy inwestycjach. Ostatecznie żadna partia nie będzie rządziła wiecznie, ale problemy Polski zostaną z nami niezależnie od tego, kto akurat wygra najbliższe wybory.
mjk1
Jestem naprawdę pod wrażeniem Jabe, bo tym razem Twój wpis jest ciekawszy niż większość internetowych sporów. Przynajmniej próbuje patrzeć na politykę przez pryzmat interesów państw, a nie wyłącznie sympatii i antypatii partyjnych.Mam jednak wątpliwości wobec tezy o realnym bloku polsko-rosyjskim. Polska i Rosja mają dziś nie tylko sprzeczne interesy strategiczne, ale także ogromny bagaż historyczny oraz całkowicie odmienne postrzeganie bezpieczeństwa w Europie. Trudno mi sobie wyobrazić, by w przewidywalnej przyszłości mogło powstać trwałe partnerstwo polityczne między Warszawą a Moskwą. Zgadzam się natomiast z czymś innym: rzeczywiście od lat obserwujemy w Polsce spór dwóch obozów, które często więcej energii poświęcają wzajemnej walce niż dyskusji o długofalowej strategii państwa. I właśnie dlatego tak łatwo schodzimy na poziom emocji, symboli i historycznych sporów, a tak rzadko rozmawiamy o gospodarce, demografii, energetyce, innowacjach czy miejscu Polski w zmieniającym się świecie.Moim zdaniem podstawowym problemem nie jest dziś wybór między Berlinem, Waszyngtonem czy Moskwą. Problemem jest brak własnej, konsekwentnej strategii rozwoju państwa. Silna gospodarka, nowoczesna infrastruktura, bezpieczeństwo energetyczne i sprawne instytucje zwiększają podmiotowość bardziej niż najbardziej efektowne deklaracje geopolityczne. Dlatego zanim zaczniemy rozważać egzotyczne scenariusze nowych bloków i sojuszy, warto odpowiedzieć sobie na prostsze pytanie: czy polska klasa polityczna potrafi w ogóle zbudować długofalowy plan rozwoju kraju wykraczający poza jedną kadencję?
Mirek Skalski
"jakakolwiek organizacja zawsze jest wodzowska" - Nieprawda. Są państwa gdzie istnieją stabilne partie ale ciągle jest walka o przywództwo w nich (np. USA albo Wielka Brytania). Porównajmy to z PiS albo KO."Dana organizacja, np. partia ma swój cel, program, każdy kto do niej wstępuje, oznacza że go podziela". - Zgadza się, ma cel i program ale nie musi mieć wiecznego wodza."teraz mamy tego obraz - toniemy." - Toniemy od 37 lat a właściwie dłużej.
spike
"Dopóki będzie istniał system partii wodzowskich ..." - - - to zdanie jest jaskrawo utopijne, jakakolwiek organizacja zawsze jest wodzowska, tak się dzieje od zarania ludzkości. Dana organizacja, np. partia ma swój cel, program, każdy kto do niej wstępuje, oznacza że go podziela, jak nie odpowiada tu występuje, innej drogi nie ma. Wskaż którąkolwiek partię, którz nie jest wodzowska, przypomnę że zawsze jest wybierany jakiś przywódca, który prowadzi swoją partię, organizację do założonego celu. Wyborcy mają łatwiej, mają wybór, kwestią jest, czy jest pragmatyczny, czy emocjonalno-ideologiczny, jak w przypadku PiSu, dla sporej części wyborców nie jest istotne, że kolejny wybór Tuska, to powtórka z klęski gospodarczej, jaką już nam zafundował, ważniejsze, by Kaczor nie rządził, a potem choćby potop, teraz mamy tego obraz - toniemy.
Mirek Skalski
"dlatego nie rozumiem, dlaczego rozwiązaniem miałoby być przejście do kolejnego plemienia." - Bo takie są, niestety, realia. Dopóki będzie istniał system partii wodzowskich to jakakolwiek dyskusja może odbywać się jedynie w obrębie jednego plemienia. "A to właśnie ten brak rozmowy o konkretach był główną tezą mojego tekstu." - Pańskie postulaty są jak najbardziej słuszne ale utopijne.
Jabe
Mam wrażenie, że coraz więcej osób po internetach zastanawia się nad polską polityką. Oczywiście nie wśród plemion Kaczyńskiego i Tuska, które spór toczą jedynie o wybór metropolii, która nami pokieruje. (Co do innych spraw, jak służba narodowi ukraińskiemu, była dotąd zgoda.)Wojna irańska jest trochę zbyt odległa. Dlatego dodam tylko, że wobec rysującego się sojuszu ukraińsko-niemieckiego, realny staje się blok polsko-rosyjski. Kto tu jest nań mentalnie gotów?! Naturalnie konieczne jest wpierw odzyskanie przez Polskę sprawczości.
mjk1
Ten komentarz też dobrze pokazuje problem, o którym pisałem. Z jednej strony zgadzam się, że politycy często świadomie podgrzewają plemienne emocje, bo łatwiej mobilizować własny elektorat niż prowadzić trudną debatę o gospodarce, demografii, edukacji czy bezpieczeństwie państwa. Z drugiej jednak strony sam wpada Pan w dokładnie ten sam schemat.Pisze Pan, że „drugie plemię ma 100% racji”. Skoro jedno plemię ma 100% racji, a drugie 100% się myli, to gdzie miejsce na analizę faktów? Przecież właśnie przed takim myśleniem próbowałem przestrzegać. Podobnie z sugestią o „więzach krwi”. To jest bardzo wygodne wyjaśnienie, ale zwykle zastępuje argumenty. W ten sposób można każdemu przypisać ukryte motywacje i nie trzeba już dyskutować z jego poglądami.Najciekawsze jest jednak zakończenie komentarza. Pisze Pan, że politycy budują plemiona, żeby utrzymać elektorat i ja się z tym częściowo zgadzam. Tylko że dokładnie dlatego nie rozumiem, dlaczego rozwiązaniem miałoby być przejście do kolejnego plemienia. Jeżeli problemem jest polityka oparta na emocjonalnej identyfikacji grupowej, to odpowiedzią nie jest zmiana sztandaru, lecz próba powrotu do rozmowy o konkretnych interesach państwa, bo inaczej nadal będziemy rozmawiać o tym, kto jest bardziej patriotyczny, bardziej polski, bardziej antysystemowy albo bardziej narodowy, a nie o tym, jak rozwijać kraj, zwiększać bezpieczeństwo czy budować dobrobyt. A to właśnie ten brak rozmowy o konkretach był główną tezą mojego tekstu.
mjk1
To jest właśnie jeden z problemów o którym pisałem Jabe a Ty jak zwykle nieświadomie to potwierdziłeś. Jeśli z góry zakładamy, że Polska zawsze działa wyłącznie „pod dyktando” kogoś silniejszego, to automatycznie rezygnujemy z rozmowy o własnych interesach. Tymczasem polityka nie polega na wyborze między Waszyngtonem, Berlinem, Moskwą czy Pekinem, tylko na maksymalnym wykorzystaniu relacji z każdym z nich dla realizacji polskich celów. Nawet państwa znacznie słabsze od Polski potrafią prowadzić własną politykę i twardo negocjować swoje interesy.Poza tym zwróć uwagę na pewną sprzeczność. Jeśli rzeczywiście „każdy instynktownie czuje”, że nie ma sensu mówić o polskim stanowisku, to dlaczego nieustannie dyskutujemy o tym, czy powinniśmy być bardziej proamerykańscy, proniemieccy, prorosyjscy, proizraelscy albo proukraińscy? Sam fakt tych sporów pokazuje, że ludzie jednak oczekują jakiejś polskiej polityki.Moim zdaniem problem nie polega na tym, że Polska nie może mieć własnego stanowiska. Problem polega na tym, że coraz mniej osób próbuje je definiować. Znacznie łatwiej jest wybrać sobie zagraniczne plemię i kibicować jego interesom niż zastanawiać się, co w danej sprawie jest korzystne dla Polski.
Mirek Skalski
"Drugie plemię zajęło dokładnie przeciwne pozycje. Tutaj Izrael urastał do roli głównego agresora, a Iran stawał się niemal wyłącznie ofiarą zachodniego imperializmu." - Tak dokładnie było. "Drugie plemię" ma 100% racji."I dokładnie to samo wydarzyło się pod tekstem o Iranie. Jedni odruchowo stanęli po stronie Izraela." To oczywiste, plemienne związki krwi są najsilniejsze i najważniejsze. Nie można mieć do nich o to pretensji. A  że posługują się w miarę poprawnie językiem polskim?"A kiedy polityka staje się wyłącznie wojną plemion, nie wygrywa ani prawda, ani rozsądek." - Taki (zły) schemat nie dotyczy jedynie Polski. Sami politycy podgrzewają taką sytuację bo myślący obywatel mógłby przestać głosować na określoną partię. Dlatego kopanie takich okopów jest betonowaniem własnego elektoratu, widać to zwłaszcza na przykładzie PiS ale nawet oni już trzeźwieją i przechodzą głównie do partii Pana Brauna.
Jabe
Polska pod rządami Kaczyńskiego prowadziła politykę pod dyktando Ameryki, a pod rządami Tuska prowadzi pod dyktando Berlina. Każdy instynktownie czuje, że nie ma sensu rozprawiać o własnym polskim stanowisku.
Do wpisu: Zakaz, który działa tylko wtedy, gdy dotyczy naszych przeciwników.
Data Autor
Zofia
Przeczytałam pański wpis dwukrotnie i wyciągnęłam z niego dwa wnioski: 1. Dlaczego pan broni umowy między Niemcami a Polską o "wzajemnej pomocy" a nie broni pan naszej Konstytucji, którą łamią obecnie rządzący ( przykładem są polskie sądy, próba tworzenia jakiś urojonych ślubów między tymi samymi płciami itp). 2. Podejrzewam , że może jest pan z Konfederacji, bo zapomina pan , że obecnie rządzi KO a nie PiS ale wypomina i obciąża za wszystko tą partę. Dam panu przykład z mojego ostatniego przeżycia. W mojej miejscowości ma dojść do konsolidacji szpitala powiatowego z wojewódzkim. Chcąc się dowiedzieć więcej o tej sprawie uczestniczyłam w proteście. Nie wiedząc kto go zorganizował. Okazało się, że to Konfederacja ( dzięki im za to). O wielu nieprawidłowościach dowiedzieliśmy się i o przygotowaniach do referendum odwołującego Radę Powiatu. Stojąc wśród ludzi usłyszałam rozmowę jako za to wszystko co się dzieje w naszym szpitalu odpowiadają "piżdziory", a oni już nie rządzą 3 lata. Za ich rządów szpital nie miał długów. A obecna władza zrobiła "dziurę" na parę milionów złotych, bo pewnie przygotowywała szpital na sprzedaż (nie mam zaufania do obecnej władzy więc mam takie podejrzenia). Chciała się wpisać w narrację rządów PO.
Tomaszek
A co ? Mam dyskutować o technice wbijania gwoździ cegłą ? Ty na prawdę poyebany jesteś . Spierdalaj .
spike
zakładam, że z pośpiechu umknął ci jeden istotny szczegół, że to była niemiecko-tuskowa prowokacja, a że po czynach ich poznacie, Tyfus z Tygrysem publicznie to swoimi wystąpieniami potwierdzili. Ponoć ta prowokacja ma być zaskarżona w niemieckim sądzie, całkiem możliwe, że Tyfusa sypną, że to jego sprężyna.
Do wpisu: Jak wygrać wybory, przegrywając rzeczywistość.
Data Autor
mjk1
Jest w tym sporo racji Panie Zbyszku, ale tylko do pewnego momentu. Oczywiście, że każda partia potrzebuje własnego, lojalnego elektoratu. Bez ludzi gotowych pójść do urn i zagłosować „na swoich” nie da się wygrać żadnych wyborów. W tym sensie plemienność rzeczywiście działa. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się jedyną strategią.Plemienność świetnie mobilizuje już przekonanych, ale bardzo słabo przekonuje niezdecydowanych. A wybory najczęściej rozstrzygają właśnie ludzie stojący pomiędzy dwoma obozami albo ci, którzy normalnie zostają w domu. Dlatego nieprzypadkowo partie mające 8–15% poparcia często opierają się głównie na silnej tożsamości plemiennej. Wzorcowym wręcz przykładem jest Konfederacja i ugrupowanie Brauna. Jednak ugrupowania zdobywające władzę muszą wyjść poza własną bańkę. Nie wystarczy utrzymać swoich. Trzeba jeszcze zdobyć cudzych.Podobnie z wiarygodnością. Nie twierdzę, że jest jedynym czynnikiem. Gdyby tak było, polityka wyglądałaby znacznie lepiej niż wygląda. Ale trudno wskazać ugrupowanie, które przez dłuższy czas wygrywałoby wyłącznie dzięki plemiennej mobilizacji, nie poszerzając swojego poparcia o ludzi mniej zaangażowanych ideowo. Moim zdaniem właśnie tu część prawicy ma dziś problem. Potrafi bardzo skutecznie mobilizować własnych zwolenników, ale znacznie słabiej przekonuje tych, którzy nie są już członkami plemienia. A bez nich nie zdobywa się większości.
Zbyszek
"niezdolności części prawicy do zrozumienia, że wybory wygrywa się nie tylko racją, ale również wiarygodnością. A wiarygodność zaczyna się tam, gdzie kończy się plemienna ślepota."Nie. Wybory wygrywa się zdolnością do mobilizowania ludzi do głosowania na siebie. Wiarygodność nie jest tu najważniejsza - patrz atak Malcolma X na jego pryncypała. Plemienność jest szalenie ważna. Jeśli 'my" nie będziemy się nawzajem i bezwarunkowo popierać, to "my" przegra ze światem, z otoczeniem, a celem jest zwycięstwo np. wyborcze. Plemienność jest skuteczna, dlatego jest stosowana. Jakby nie była skuteczna, to wygrywałyby partie "nieplemienne".
mjk1
Jak zawsze bardzo merytoryczny komentarz Uboot.