|
|
Dark Regis Tak, miałem ten wykład u Przytyckiego. Wymiar fraktalny, twierdzenie Besicovitcha, zbiory kantora, kostki Hilberta, dywany Sierpińskiego ;) Dynamika nieliniowa. Inny jego wykład dotyczył wielowymiarowej analizy zespolonej.
cybra.lodz.pl |
|
|
Dark Regis Tak, każde zagadnienie matematyczne ma swój aspekt lokalny oraz globalny. Najlepiej to zaobserwować na przykładzie kategorii i funktorów, które porządkują myślenie o strukturach matematycznych. Zdarza się tak, że jedna kategoria (obiekty i morfizmy, jak zbiory i funkcje) zachowuje się bardzo podobnie do innej kategorii w tym sensie, że dla dwóch funktorów (odwzorowań pomiędzy kategoriami) można znaleźć jakieś zależności i powiązania. Mówi się wtedy o teorii z nazwiskiem.
Przykładowo teoria Galois, to teoria wiąże hierarchię podgrup grupy automorfizmów ciał z rozszerzeniami ciał. Chodziło o to, żeby wyjaśnić, które wielomiany maja pierwiastki wyrażalne za pomocą pierwiastników (które można uważać za różne wyrażenia z pierwiastkami n-tego stopnia). Okazuje się, że takie, których grupa Galois jest nomem omen rozwiązalna. Już poziom podstawowy jest tu dostatecznie skomplikowany, a jeszcze do tego można tę teorię uogólnić na inne kategorie. Krótko mówiąc: dualna kategoria (odwrócenie strzałek morfizmów) do kategorii skończeniewymiarowych przemiennych półprostych k-algebr (gdzie k ciało), czyli (k-Alg)*, jest równoważna kategorii G-zbiorów G-Set (grupa G działając na zbiorze rozkłada go na rozłączne podzbiory - orbity elementów g z G).
Kolejną teorią może być teoria Poincare grupy podstawowej π1 przestrzeni topologicznych. W skrócie jest to grupa klas równoważności pętli w tej przestrzeni, które oplatają różne dziury. W szczególnie przyjaznym przypadku mówimy o rozmaitościach. Wtedy kategoria nakryć rozmaitości jest równoważna kategorii π1-Set, czyli π1-zbiorów. Podobna sytuacja jak wyżej, ale dziedzina matematyki kompletnie różna.
Teoria Gelfanda zaś mówi, że kategoria dualna do jednaj z kategorii specjalnych algebr Banacha z inwolucją (Ban*), będzie równoważna kategorii zwartych przestrzeni Hausdorffa (Haus). To jest bardzo ważny wynik i natychmiast przenosi nas znów do tematu mechaniki kwantowej ;)
W ten właśnie sposób matematyka dotyka zagadnienia nielokalności, czyli opisu obiektów który nie idzie z dołu do góry, ale z góry na dół. Przykłady można mnożyć, ale chyba najbardziej spektakularnym jest konstruowanie punktów "przestrzeni", po uznaniu pewnego pierścienia za pierścień funkcji na tych "punktach". Wtedy pojawić mogą się "punkty" wielokrotne (Spec, spektra), ale to już dotyczy tematu przestrzeni upierścienionych i schematów jak w jednym z postów wyżej. |
|
|
jazgdyni Coś niecoś miałem z tego w teorii stabilności układów dynamicznych. Pamiętam też twierdzenie Banacha o punkcie stałym zastosowanym do pewnej przestrzeni krzywych spełniających określone warunki.
No i te wszystkie ścieki, sidła, źródła...
Polecam (może znane) Dyfeomorfizmy Morse’a-Smale’a i zbiory hiperboliczne
mst.mimuw.edu.pl |
|
|
jazgdyni Każdy jest w swoim świecie i mówi swoim językiem.
To chyba jest teraz bardziej zrozumiałe, dlaczego ja tak parłem o wspólne zdefiniowanie pojęć. To jest podstawa dobrej dyskusji. Także nie zrobiliśmy tego, by zawęzić temat. Stąd rozbieganie treści. Uwzględnić też należy "akademicką" metodę dochodzenia do sedna. A już typową wadą narodową jest brak dyscypliny. Nic mnie tak nie wkurza w dyskusjach polityków,jak nieustanne wtrącanie -ja panu nie przerywałem. Nie mamy tutaj tego problemu.
Ale chyba widzisz pozytywy - jak na ten portal, to duża i poważna dyskusja. I zobacz ilu ciekawych obserwatorów jest z boku. To pocieszające.
Tak, czy inaczej : inżynier i humanista, matematyczny świat, umysłowy kreacjonizm, świadomość, edukacja -to wszystko dotyczy stanu umysłu. |
|
|
Dark Regis W fizyce i matematyce polem nazywamy wszystko, co przyczepimy do każdego punktu danej przestrzeni z szeregu innych podobnych możliwości. Zwykle taka przestrzeń ma już pewne własności, czyli strukturę, a więc interesuje nas co z tego dziedziczy pole i to, co zawiera w sobie owo pole, a co nazywamy wiązką. Przykładem jest pole wektorowe, które można otrzymać poprzez tzw. cięcie wiązki wektorowej. Taka najbardziej znana fizykom i mechanikom wiązka, to wiązka styczna do jakiejś powierzchni. Każdy jej element jest wtedy wektorem stycznym. Gdy dla każdego punktu wybierzemy z tej wiązki po jednym wektorze w taki sposób, że wektor będzie pochodził dokładnie z tej przestrzeni stycznej do tego punktu, to otrzymamy pole wektorowe (czyli cięcie wiązki stycznej).
Jeżeli przykleimy do punktów coś o większym wymiarze od wektora, ale podobnego własnościami do macierzy albo raczej form takich jak iloczyny skalarne (chodzi o dwuliniowość), to otrzymamy pole tensorowe, czyli takich obiektów uogólniających wektory. Najprostszym polem jest pole skalarne, czyli po prostu taka funkcja. Można rozważać pole normalne, którego wektory są prostopadłe do powierzchni, aż wreszcie po połączeniu pola stycznego z normalnym po prostu pole dowolnych wektorów we wszystkich kierunkach przestrzeni. Pewnie wielu fizyków i inżynierów kojarzy takie cuda jak gradient (∇ nabla, Grad), rotacja (Rot), dywergencja (Div). Są to właśnie przykłady pól wektorowych i skalarnego. Gradient wskazuje kierunek najszybszego wzrostu albo opadania powierzchni, a więc są to wektory styczne.
Najważniejsze w takim przyczepianiu obiektów do punktów przestrzeni jest aby obiekty przyklejone dla bardzo bliskich punktów niewiele się od siebie różniły. To jest ciągłość. Na przykład istnieją dwie nieizomorficzne wiązki liniowe (wektorowe jednowymiarowe) nad okręgiem. W obu z nich do punktu okręgu doklejono prostą rzeczywistą R. Pierwsza wygląda jak nieskończony cylinder (powierzchnia boczna walca), zaś druga jak nieskończenie rozciągnięta wstęga Mobiusa.
Obiekty więcej niż jednowymiarowe można doklejać do rozmaitości (w tym sfer) jeszcze dziwniej. Znane rozwłóknienie Hopfa, to w taki sposób gładko "uczesane" doklejenie okręgów do punktów sfery, które tworzy sferę 3-wymiarową. Zwracam uwagę, że samą sferę można rozumieć na dwa sposoby: 1) jako dwuwymiarową powierzchnię rzeczywistą, 2) jako jednowymiarową prostą rzutową zespoloną. To dalej prowadzi do pól spinorowych, czyli jeszcze dziwaczniej zakręconych niż wektory, a z użyciem kolejnego rozwłóknienia czterowymiarowego, do pola twistorów. To własnie odkrył wspomniany Roger Penrose.
en.wikipedia.org
Potem są jeszcze rozwłóknienia dla oktonionów (8) i sedenionów (16), ale nie mają już tak dobrych własności algebraicznych. |
|
|
Ptr A jednak pogląd ,że istnieje tylko teraźniejszość już jest tylko literaturą ( dla mnie). Istnieje kilka doświadczeń, a nawet dużo , wskazujących , że procesy nie zachodzą jednoznacznie w czasie rzeczywistym. Można tak było powiedzieć w konwencjonalnej fizyce ( jakiej nie ma ) , gdzie każdemu obiektowi można byłoby przyporządkować wekor stanu z liczb rzeczywistych. To znaczy na przykład : czas względem czegoś, położenie, pęd, ładunek, coś tam.... W rzeczywistości coś co już zaszło dziwnie wpływęł na coś, co zaszło wcześniej. Jeżeli mierzymy coś , to okazuje się , że natychmiast znikają alterantywne warianty rozwoju tego układu, a one istnieją.
Na chwilę obecną szukam co ma do powiedzenia fizyk polski pan Żurek, bo zdaje się wymyślił coś ciekawego na temat dekoherencji. Ale jeszcze nie wiem czy to się broni.
|
|
|
Ryszard Surmacz @ Janusz
Na temat polskiej cywilizacji już kiedyś rozmawialiśmy. N. Davies napisał, że Polacy wytworzyli "prawie cywilizację". Ja twierdzę, że ten fakt można udowodnić. Tylko musi się tym zająć jakiś poważny instytut, a nie poszczególny obywatel.
Reasumując, mam wrażenie, że mówimy tym samym językiem, używamy tych samych terminów, a inaczej je rozumiemy. Waszeć ma rację. Każdy z nas ma swój świat, do którego trudno przeniknąć. I jest to zły znak czasów nam współczesnych. Rozszerzając ten problem na populację Polaków, inaczej mówiąc jest to stan umysłu. To wina szkoły.
Przed nami wielka dyskusja nie tylko na polskim obszarze, lecz na całym terenie zachodniej cywilizacji. Polacy, którzy nie podjęli idei końca ideologii, mają więcej tu do powiedzenia, niż inni. Tylko, że nikt nie jest w stanie nas do tego przekonać. Na tym poległ nawet JPII.
Dyskusja toczyła się na temat zależności inżynier-humanista, a skończyła się na tym, że Bóg musi istnieć. A więc na tym, co każdego z nas aktualnie "dusi". Tak być nie powinno. Wydaje mi się że z nas trzech "w temacie" najbliżej stoi Waszeć. On ma najczulszy węch - dzięki muzyce. I to właśnie ten obszar jest chyba jedynym, w którym można bezkarnie i bez cenzury zakodować to prawdziwe tętno i każde brzmienie nadchodzącej przyszłości. Zrozumiałem to dość późno, chciałem nadrobić stracony czas, rzuciłem się w sam środek, tak, jak robiłem to wcześniej... I poległem. A przyczyna? Kilka: 1. bariera finansowa, 2. aby zrozumieć, trzeba na czymś grać, 3. i najważniejsza- nie chcą uczyć, lecz chcą brać pieniądze. |
|
|
jazgdyni Einstein nazwał to czasem subiektywnym, żartobliwie opisując,że jeśli siedzisz na kuchence elektrycznej, to minuta wydaje ci się godziną, a jak jesteś z ukochaną osobą, to godziny biegną jak minuty.
Co do teraźniejszości to są nawet dwa skrajne nurty: -pierwszy, jak opisałeś, to jej praktycznie nie ma. To cienka linia przez którą przyszłość staje się natychmiast przeszłością. I druga skrajność - istnieje tylko teraźniejszość, bo tylko w niej czegoś doświadczamy. Przeszłość i przyszłość są dla nas niedostępne.
Ciekawe co? |
|
|
jazgdyni To feromony. Wyjątkowo prywatny osobniczy zapach. Generalnie celem jest dobór naturalny. Ale to materia, a nie pola. Cząsteczki chemiczne do komunikacji.
Raczej w komunikacji pozawerbalnej, gdzie na dodatek jeszcze mamy język ciała i te właśnie zapachy istnieje coś, jak umysłowa synchronizacja, powodująca, że dwa niezależne umysły podążają tym samym torem, a nawet reagują identycznie. Było tysiące badań na bliźniakach szczególnie. Robiono też naukowe doświadczenia, że taką parę umieszczano w oddzielnych pokojach, a na dodatek w klatkach Faradaya. W ten sposób wykluczano łączność falą eketromagnetyczną i interakcję jakichś pół. I były efekty pozytywne łączności (o ile dobrze pamiętam 4 na 10). |
|
|
jazgdyni @Ryszard
Ale ja tylko wybiegam myślami o Bogu daleko naprzód i kolekcjonuję dowody naukowe, że nie ma siły - BÓG MUSI ISTNIEĆ!
I staram się zerwać paradygmat świata materialistycznego i to, że wszystko bierze się z materii.
A nie. Teraz jestem przekonany, że świadomość jest fundamentem wszelkiego istnienia. I w tym kierunku myślę. I to, że świadomość jest poza czasem i poza przestrzenią. Czyli nasz Dobry Pan, to nie starzec z siwą brodą siedzący na tronie, tylko wszechobecna, nieskończona Świadomość.A umysł nadaje znaczenie interakcji świadomości i materii. A mózg wytwarza reprezentacje mentalnych sensów. Taki translator - komunikator -interface.
Pytanie - kulturę oryginanalną bez wątpienia,lecz czy również wytworzyliśmy cywilizację polską? U Konecznego nie znalazłem. |
|
|
Ryszard Surmacz Jakiś analogiczny ślad może wskazać tzw zapach, jaki każdy z nas wydziela z siebie. Szczególnymi ekspertami w tej dziedzinie są kobiety, czyli przekładając na jeżyk przyrody - samice, które wyczuwają właściwego sobie samca. I teraz pytanie, czy mammy do czynienia z zapachem, czy z polem? |
|
|
jazgdyni Żuk Maldebrota? Ja znam ludzika Maldebrota ;). to pewnie tylko kwestia wyobraźni.
Przychylam się do twierdzenia, że cała natura (żywa i martwa) zbudowana jest na fraktalach. Dlatego nauka o nich jest tak fascynująca. Podobnie jak fuzzy logic z tej samej stajni.
A kwestia stosowania iteracji to też wielka przyszłość. Czyli jak mniemam, proszę mnie poprawić, jak się mylę, przejdziemy do matematyki dyskretnej.
A co z moim pytaniem o nielokalności? Nawet, czy samo to pojęcie jest w matematyce obecne.
Ps. Te prace Collatza znam od dawna. Gdzieś mam nawet ciągle nierozpakowany po przeprowadzce album o świecie fraktali w związku z fascynacją chaosem "Chaos Wonderland".Polecam. |
|
|
Ryszard Surmacz @jazgdyni
Coś się dzieje z moim komputerem, ponownie uciekł mi komentarz.
Ale, krótko. Widzę, Janusz, że masz swój świat, który uprawiasz. To dobrze, ale przyszłość przed którą stoimy jest nam nieznana, tak inna, i tak nieprzewidywalna, że żadne narzędzia, które posiadamy nie są odpowiednie. Na polu filozoficznym można porównać świat grecki ze światem Angelusa Silesiusa czy Jakuba Boehne. JPII mówił, że Kościół mogą zniszczyć kapłani, ale jak się ich czyta, to okazuje się, że Bóg żyje życiem wiernych. A wiec to wierni decydują o życiu Boga.
Czy to się mieści w przeciętnej głowie - no nie. A skoro jesteśmy aż tak bezbronni, to jedyne, co możemy zrobić, to skoncentrować się na tym, co dotychczas stworzyliśmy, głównie na polu kulturowym. Bo to kultura, w szerokim sensie, wyznacza parametry i wektory rozwoju, także technicznego. Czy jesteśmy w stanie to zrobić? Nie, bo nie znamy odpowiedzi na podstawowe pytania: skąd się wzięliśmy, po co żyjemy i dlaczego musimy umrzeć. Brak odpowiedzi do tego stopnia rozprasza nam koncentrację, że odwracamy uwagę od zagrożenia, które sami odkryliśmy, a które nazywamy wielkim postępem... Kwanty, molekuły skalary itd dotyczą świata, którego człowiek zmienić nie może. My powinniśmy się skoncentrować na naszym życiu duchowym, bo na niego mamy wpływ. Żyjemy bardziej duchem, niż materią, choć nam się wydaje odwrotnie.
Najważniejsze w naszym przypadku są więc stosunki kulturowe. To one zadecydują o spokoju lub wojnie na świecie. A jak się zacznie wojna, to już w grę będzie wchodziło to, co może małpa zrobić, jak dostanie brzytwę. Przebywałem jakiś czas w Brazylii i tam zauważyłem coś, co pozwoli im zachować gotowość twórczą i koncepcyjną. Oni wiedzą, że pośród nich są biali, czerwoni i czarni (każda mutacja ma swoja nazwę), ale spaja ich przeświadczenie, że za jakiś czas wszyscy będą brązowi. I to jest ten mechanizm spokoju, którego brakuje w Europie. Zresztą, Europa jest już nieboszczykiem. Tak więc stosunek inżynier-humanista przekłada się na postrzeganie świata w szerszym jego kontekście. Zabawkami można się bawić, ale trzeba jeszcze wiedzieć którymi. A mamy ich od cholery, i wszystkie oszałamiające, nowe i wspaniałe. Pozostał nam jeszcze rozum. Co z nim zrobimy? |
|
|
Dark Regis A tak na marginesie, to proszę jeszcze rzucić okiem na obrazki związane ze wspomnianą hipotezą Collatza. Przecież to są właśnie te wspomniane fraktale i dlatego jest to taki trudny problem. Wspominałem kiedyś o tym, jak Roger Penrose szukał nierekurencyjnych parkietaży i ogólnie rozważał nierekurencyjność związaną z fraktalami. Wszystko to ze sobą się wiąże.
1) Collatz conjecture: en.wikipedia.org
2) Collatz fractal (trochę przypomina Całun Turyński;): yozh.org
3) Aperiodic tiling: en.wikipedia.org |
|
|
jazgdyni @Imć Waszeć
Sorry, przeczytam po powrocie do domu.
Teraz tylko małe pytanie:
- czy matematyczne instrumentarium zajmował się gdzieś problemem nielokalności?
Słyszałem, że Poincare kiedyś nad tym rozmyślał.
Na razie |
|
|
Dark Regis Odkąd matematyka zarzuciła manierę zajmowania się głównie własnymi podstawami (których nota bene i tak dotąd nie ma), a zajęła się zastosowaniami, to stała się pełnoprawną nauką. W końcu fizyka matematyczna jest to właściwie matematyka, tak samo jak zaawansowana kosmologia z teorią strun na czele. Podobnie metody numeryczne są pełnoprawną matematyką. W ten sposób matematyka poprzez rozmaite hybrydy nabrała z czasem charakteru eksperymentalnego.
Fraktale nie są czymś obcym dla matematyki, bo były badane na długo przed ich odkryciem. Problemem było tylko to, że większość społeczności matematyków nie zgadzała się z konsekwencjami takich badań oraz ich celowością dla dokonania postępu w matematyce. Ślad tej maniery pozostał do dziś w formie niechęci do komputerowego dowodzenia twierdzeń oraz jako hipoteza Collatza, która ujawnia, że dotychczasowa praktyka matematyki pominęła jeden istotny szczegół - nie potrafi stworzyć pojęcia warunku stopu dla dowolnej procedury (to zresztą dotyczy także wyliczeń fraktali). Właśnie dlatego ja postuluję uzupełnienie tego fragmentu kawałkiem informatyki i stąd moje żywe zainteresowanie logikami niestandardowymi oraz toposami.
Przykładem jednego z najstarszych fraktali jest zbiór liczb wymiernych, który podobnie jak zbiór Cantora ma własność samopodobieństwa. Dostrzeżenie fraktali zwanych zbiorami Julii i żukiem Maldebrota, również nie było związane z jakimś postępem w fizyce, choć w ten właśnie sposób można patrzeć na fakt odkrycia komputerów. Jest to przecież znana od zarania logiki matematycznej iteracja prostej funkcji (wielomian kwadratowy w dziedzinie zespolonej). Przełomem było jedynie odkrycie obrazu, który się rysuje w wyniku obliczeń, a jak wiadomo matematyka raczej nie studiowała obrazów i nie dzieliła ich względem liczby ruchów pędzla. Zresztą podawałem tu na forum inny ciekawy przykład, który również doprowadziłby niechybnie do odkrycia tych samych fraktali. Chodzi o szukanie miejsc zerowych wielomianów o określonej formie (Littlewood polynomial), a sprawa wygląda właśnie tak:
math.ucr.edu
Wie Pan co to jest? To coś rozcapirzone na tych obrazkach to jest właśnie wizualizacja pewnych cech liczbowych dla podstawowej koncepcji we współczesnej fizyce/kosmologii - rozmaitości Calabi-Yau (to znaczy tych zwiniętych dodatkowych wymiarów). Okazuje się więc, że obiekty fraktalne są przyszłością nauki w ogóle, w tym matematyki, a nie tylko sprytną koncepcją do żonglowania w polemikach. Dlatego więc podałem powyżej ten przykład z wykładu prof. Meissnera oraz nawiązałem do koncepcji rachunku różniczkowego na zbiorach dyskretnych (grafy) oraz na fraktalach:
diva-portal.org
To wszystko dzieje się już teraz na naszych oczach i nie trzeba tu nic przyspieszać ani mieszać do tego Boga.
arxiv.org
|
|
|
Ptr @Jazgdyni
Odnośnie trajektorii - tutaj oczywiście abstrachowałem od Mechaniki Kwantowej , aby opisać do czego prowadzą oświeceniowe idee determinizmu. Tylko po to. Natomiast jest kwantowa nieokreśloność , której wyrazem jest m in. nieokreśloność Heisenberga. Ale w ramach Funkcji falowej wszystko jest deterministyczne. Tutaj dochodzimy do nierozwiązanego na dzień dzisiejszy problemu wpływu świadomości, interferencji kwantowej i dekoherencji na to jakiej rzeczywistości doświadczamy. Ciekawe ,że może wcale nie musimy doświadczać jednej rzeczywistości. Ani nie musi być ona w czasie aktualnym , bo czas aktualny ma zerową "szerokość" udziału w przeszłości i przyszłości. To TERAZ nie trwa nic. A wieć jesteśmy zawsze trochę w przeszłości i przyszłości dzięki kwantowej niezonaczoności i to się może rozciągać na całkiem długie czasy przecież.
|
|
|
Ryszard Surmacz @Imć Waszeć
No i w ostatnim akapicie Waszmość zgadzamy się co do joty. Tylko powstaje pytanie retoryczne, skąd brać mistrzów. Zgoda, jeszcze są, ale już jest ich niewielu. Natomiast wielu (delikatnie) tak samo boi się mistrza, jak dawnej polskiej inteligencji, bo może podnieść poziom, bo robili tylko powstania, bo, bo, bo... Gdy zabrakło szlachty i inteligencji, to pozostali ci, którym do głowy nie przyjdzie, ze można o coś walczyć, chyba, że podwyżki.
Podam też jeszcze jeden przykład - geopolityka. To jest dziedzina w której liczą się określona prawa, wypadkowe, syntezy i duża perspektywa. Rozgraniczanie inżynier-humanista, też musi być oglądane z dużej perspektywy. |
|
|
jazgdyni @Ptr
Świetne pytania,sam je sobie zadaję i tylko szkoda, że tak niewielu chce złamać paradygmat świata materialnego.
Parę uwag, czy pytań:
- każdy obiekt ma dokładnie określoną trajektorię ruchu w czasoprzestrzeni. Otóż nie. Nie w mechanice kwantowej. Mamy tu już niejednoznaczność w stosunku do badań zwykłego elektronu. A na dodatek jeszcze nikt nie mówi o wpływie obserwatora na badanie fizyczne.
- ...od big bangu... No dobrze, a co było przed big bangiem? Determiniści uciekają w sprytne wytłumaczenie, że czasu też nie było i zaczął się dokładnie w momencie 0,000... (00) sekundy. Więc jakiż to impuls spowodował big bang? Jak rozumiem, był wg. nich jeden, jedyny wielki big bang dla całego wszechświata, który od tej chwili nadal jest w wybuchu i się rozprzestrzenia. Więc gdzie jest to miejsce we wszechświecie, gdzie wszystko się zaczęło.
I słusznie - i inżynierowie i humaniści, a nawet matematycy są potrzebni, by przełamać obecny materialistyczny paradygmat. Mogą być jeszcze rolnicy i marynarze. Wszyscy, co tylko mają chęć i odwagę zadawać pytaniai być kreatywni, czyli rozważać nowe potencjalne znaczenia w dążeniu do prawdy. |
|
|
jazgdyni Panie Marku
Jasne,że mózg jest organem anatomicznym człowieka, mającym kolosalne znaczenie. Jest to obiekt materialny. Lecz zastanówmy się, czy, bądź co bądź, zlepek czy sieć biologicznych komórek, wysoce specjalizowanych, produkuje tak ulotne, niematerialne byty, jak myśli, emocje, poglądy, decyzje itp. Więc dobrze, co się tam dzieje? Co wiemy na pewno, to następuje szereg reakcji chemicznych i elektrycznych, w sumie elektrochemicznych procesów. Nie możemy uchwycić, gdzie i jak rodzi się myśl. Na całym świecie nikt nie wie gdzie znajduje się pamięć i jak jest zmagazynowana. Co wytwarza percepcję i interpretację odczuć zmysłowych, co konstruuje ego - tożsamość, jaźń, uwagę i najbardziej tajemnicze - świadomość i samo-świadomość.
Są poważne rozważania naukowców i to nie byle jakich, że móżg jest tylko pośrednikiem - interfejsem do umysłu i reszty. Sferę umysłową należy poszukiwać na poziomie kwantowym, czyli subatomowym. A to implikuje, że nasza świadomość może znajdować się poza naszą cielesną powłoką. Najśmielsze hipotezy głoszą, że istnieje wspólna nadrzędna świadomość w całym Wszechświecie, która dla nas jest Bogiem i która jest również nadrzędna i sprawcza w stosunku do całej materii. A nasz kontakt, nasze sprzężenie z tą świadomością (w chrześcijaństwie Duch Święty) odbywa się na poziomach kwantowych.
Przeprowadza się doświadczenia naukowe, które potwierdzają takie możliwości.
Mówi pan o polach i falach. Wbrew pozorom są to zjawiska materialne (energia i masa są tożsame wg. Einsteina). Pola i fale jakie znamy są zawsze zjawiskami energetycznymi.
Telefony komórkowe działają na falach o określonych częstotliwościach. EEG rejestruje elektryczną aktywność mózgu związanych z biochemiczną aktywnoscią. I tyle. Tomograf pokazuje obszary, gdzie wzrasta zapotrzebowanie na pokarm - krew. Rezonans podobnie. Żaden aparat nie wskazuje sygnałów towarzyszących myśleniu, czy nawet silnym emocjom. Więco jakich polach i o jakich falach może być mowa? A telepatia jest bezsporna. Doświadczam ją wielokrotnie, lecz tylko z osobami związanymi ze mną emocjonalnie (synchronizacja?)
100 lat przekonywano nas, że rządzi materia i wszystko od niej zależy. A jednak może nie? Dlaczego dotychczas mimo wielkich wysiłków nie udało się stworzyć sztucznego życia? |
|
|
Anonymous Mózg jest mózgiem (anatomicznie), ale trudno oczekiwać, aby nie wytwarzał pola i nie odbierał pola skoro telefon (nomen omen komórka) to potrafi.
Każdy doświadczył telepatii w jakiś sposób, a że ułomny to trudno: sięgamy po komórkę i w dodatku dopiero gdy zadzwoni. |
|
|
Admin Naszeblogi.pl Dzięki bo już miałem dość tłumaczenia tego w kilkudziesięciu mailach. Ale ostatnie osoby z problemami na szczęście dostały się na portal. Ale węszenie spisku jest widzę nadal.. |
|
|
jazgdyni Obaj panowie
Mnie chodzi o coś zupełnie innego. O pojęciowy przełom.
Czy można rozwiązać poważny problem stosując narzędzia i metody istniejące na poziomie tego problemu? Nigdy. Musi zostać dokonany przełom myślowy, a do tego niezbędna jest kreatywność oparta na fundamentach głównych archetypów. Albert Einstein nie dokonałby swoich epokowych odkryć, gdyby nie przełamał dotychczasowej wiedzy o strukturze czasu. To jest podstawowy kreacjonizm, tak jak teoria heliocentryczna.
Dlatego powyższe rozważania, za wyjątkiem tych dotyczących edukacji, są dla mnie mało warte i mówią, że się kompletnie nie rozumiemy.
Wymiana zdań Ryszarda i Imć Waszecia to ciągle mieszanie w tej samej zupie. To założenia i dyskusja o postępie liniowym. Z użyciem aparatu pojęciowego, który istnieje już od bardzo wielu lat (to co chłonie z matematyki Imć, powiedzmy od Diraca).
Wykazują Szanowni Panowie rozumowanie żaby, którą się powoli gotuje. Nie pojmuje ona, że czeka wkrótce ją potężny przełom - zostanie ugotowana. Mnie się taki stosunek do coraz cieplejszej wody nie podoba, choćbyśmy od opisów stosowali coraz bardziej wyrafinowany aparat matematyczny.
O co mi więc chodzi? Konieczna jest zmiana paradygmatu w stosunku do świata materii. I rozpoczęcie poważnych rozważań nad przewagą świadomości nad materią. I zrozumienia wreszcie, że wszystko co wydaje się nam liniowe i daje się rozwiązać całką i różniczką, w rzeczywistości jest dyskretne - świat jest kwantowy, umysł jest kwantowy, a cała dynamika tego jest nieliniowa, co oznacza, że decydujący jest chaos. Który już ma swoją matematykę. Zresztą Imć Waszeć swobodnie, mimochodem korzysta z fraktali, jakby to już było coś należącego do całej tej waszeciowej matematyki.
Konieczny jest przewrót mentalny. Jeżeli oczywiście najważniejszy jest dla nas podstawowy archetyp, czyli prawda.
I jeszcze raz szanowny Imci -matematyka nie jest sensu stricte nauką. I tyle. |
|
|
Dark Regis Poprawka: Chodzi o zbiór zadań pt. "Zadania z równań różniczkowych cząstkowych" M.M. Smirnowa, który jest taką cegiełką dla bardziej wścibskich inżynierów. Dla matematyków z UW jest to rodzaj literatury technicznej. Podam przykład zadania z tego zbioru:
"148. Dana jest cienka prostokątna płytka o bokach n i m (pokrywających się z osiami współrzędnych), dla której znany jest początkowy rozkład temperatury. Boki x=0, x=n podtrzymywane są przez cały czas obserwacji w temperaturze 0, a obie podstawy mają dany rozkład temperatury: u|y=0 = f0(x) , u|y=m = f1(x) dla x z przedziału (0,n). Znaleźć temperaturę dowolnego punktu płytki w chwili t>0."
Jak widać jest to literatura czysto techniczna, która skutecznie zaciera istotną różnicę pomiędzy umiejętnością rozwiązywania zadań, a zrozumieniem teorii. Oczywiście matematyk przede wszystkim musi umieć liczyć, ale nie powinien zadowalać się "zrozumieniem" tematu w formie "zadanko X rozwiązujemy metodą Y". Dlatego właśnie owa głębokość refleksji istotnie przesuwa matematykę w kierunku humanizmu, zaś powierzchowność rozumienia ma głównie ten cel, żeby szybko liczyć konkretne zagadnienia i mieć w ręku wyniki. Sztabowcy i musztrujący, to mniej więcej taka różnica.
Myślę, że konieczność podziału na inżynierię i humanistykę musi być utrzymany z trochę innego powodu. Chodzi o to, że dość pochopnie nadaje się dziś, w naszej wypłaszczonej rzeczywistości, tytuły, przez co ludzie osiągają szczyt hierarchii na długo przed dogłębnym zrozumieniem swojej własnej dziedziny. O ile w ogóle mają oni aspiracje dążyć do zrozumienia. Taki jest sens mojej wypowiedzi. Po otrzymaniu papierów nikogo już nie obchodzi utrzymywanie klasy. To jest właśnie błąd i stąd mamy zalew różnych Śród, Piątków i innych Baumanów. Nie wiem jakie jest rozwiązanie, bo nawet powrót do relacji "mistrz i uczeń" nie gwarantuje pełnego sukcesu. Nie można bowiem już tego rozległego problemu rozwiązywać punktowo jak w średniowieczu, kiedy na cały kontynent w danym czasie było kilkunastu mistrzów i kilkuset uczniów. Ponieważ jednak humanistyka jako taka daje gwarancję ciągłego wracania do źródeł i odkrywania na nowo rzeczy już znanych, czy raczej "znanych", więc taka mała hybryda i odpowiednio długi okres wylęgania "mistrzów" mógłby coś zmienić. Chodzi o przywrócenie właściwego znaczenia pojęciu "mistrz" i roli edukacji w życiu społeczeństwa. Nie można już dłużej stosować "edukacji" w formie spędów do teatru lub do MacDonalda. Musi być z tym związana jakaś realna wartość. |
|
|
Ryszard Surmacz Na początek dwie rzeczy: 1. postmodernizm narobił nieprawdopodobnego bałaganu na każdym poziomie. Nikomu się to nie opłaciło, również architektom tego bałaganu, 2. "słabość wykształcenia proponowanego w Polsce i rozdawanie tytułów na prawo i lewo. To powoduje, że nie opłaca się nic wiedzieć, a jedynie gdzieś zasiadać i dużo gdakać. Czysty ideał związku sowieckiego". To zdanie uważam za prawdziwe. I teraz:
Chciałem już dokonać jakiegoś podsumowania. Ale może po kolei... Prof K. Meissner zauważył, że w sprawach dotyczących odkrywania tajemnic Boga niekoniecznie badania matematyczne pokrywają się w fizycznymi. Powstaje więc punkt widzenia: inżyniera, humanisty, matematyka, fizyka itd. Powinniśmy więc pomijać szczegóły techniczne czy metodologiczne, a skupić się na wynikach badań zrozumiałych dla każdego. Na tym powinna polegać nauka, nie jest ona dla samej siebie, lecz musi mieć jakiś jakiś czynnik kontrolny, a więc przekaz odkryć do opinii publicznej i przez to ogólne podnoszenie poziomu wykształcenia i ogólnego zrozumienia. I to jest pole do dyskusji. Humanista, czy nawet jakaś grupa inżynierów, nie będzie zajmował się zbiorami Smirnowa czy równaniem Schroedingera. Być może dla matematyka, takie podejście to profanacja, ale dla fizyka, prawdopodobnie już nie. Dla humanisty też. Ale może być tak, jak Pan pisze: "I tu właśnie wkracza na scenę "matematyk" w roli "humanisty", czyli kogoś takiego, kto powstrzymuje rozentuzjazmowanych "inżynierów" i mówi jak jest". Jak by nie patrzył matematyk nie ma takiego wyczucia "boga", jakie ma humanista, a przynajmniej powinien mieć.
Ja zaproponowałem podział na inżyniera, który nie może brać pod uwagę: "Bóg powiedział słowo i padamy na twarz" i na humanistę, którego zadaniem jest rozumieć potrzeby rozwoju człowieka, a jednocześnie nie może on zapominać o dziele Boga, czy jak kto woli - Natury. Matematyk jest bliższy inżynierowi, być może może być tą syntezą humanisty i inżyniera, nie mniej jednak jego sposób myślenia bliższy jest inżynierowi, niż humaniście. A dziś świat potrzebuje głównie ideologii, powrotu do źródeł, do wartości. Do tego potrzebni są humaniści: filozofowie, historycy, socjologowie, geopolitycy. Inżynierowie i matematycy mają to wszystko sprawdzać i podawać wyniki badań - humanistom i opinii publicznej.
Jaka by nas nie czekała niesamowita przyszłość, to podziała na humanistykę i inżynierię utrzymany zostać musi, chociażby dla porządku i utrzymania logiki oglądu.
Co Ty Waszmość na to? |