Jest w tym coś niemal komicznego. Przez dekady poważna publicystyka mierzyła swoją wagę nakładem, miejscem na pierwszej stronie i ceną egzemplarza. Dziś okazuje się, że o realnym obiegu poglądu decyduje czasem rzecz skromniejsza: czy da się go przeczytać bez płacenia. Portal w rodzaju Naszych Blogów nie stoi na szczycie wyszukiwarki. Nie kupuje reklam, nie zamyka tekstu za paywallem, nie udaje, że każda notka jest wydarzeniem dnia. Jest po prostu dostępny. A dostępność, która jeszcze niedawno wyglądała na słabość, stała się przewagą wobec nowego, niewidzialnego czytelnika.
Modele językowe nie subskrybują kwartalników. Nie logują się do redakcyjnych archiwów i nie płacą za drugi akapit. Czytają to, co leży na wierzchu: nagłówki, lidy, darmowe fragmenty, otwarte blogi, opracowania, które ktoś zostawił bez kłódki. Resztę dopowiadają sobie z tego, co już kiedyś widziały. Stąd osobliwy efekt. Pogląd zapisany na otwartym portalu wchodzi do obiegu nie jako cytat — cytuje się rzadko i niechętnie — lecz jako składnik tła. Zostaje przetworzony, uśredniony, wpleciony w odpowiedź na pytanie, którego autor bloga nigdy nie usłyszał. Nie trzeba być pierwszym wynikiem w Google’u. Wystarczy być obecnym w całości.
Płatne media działają odwrotnie. Ich treść jest strzeżona, więc dla maszyny często kończy się na zachęcie. Miałem niedawno pouczającą lekcję. Przeczytałem na papierze kwartalnik o sztucznej inteligencji, w którym pojawił się stosunek papieża do tej technologii: co Kościół zauważa, co pomija, co zaleca. Zapytałem potem modeli, co ów numer na ten temat pisze. Odpowiedziały zgodnie, że papież w redakcyjnej dyskusji nie został przywołany. Dopytałem. Powtórzyły. Dopiero kiedy wskazałem konkret, przyznały błąd — i od razu wyjaśniły jego mechanizm. Pełnej treści nie było w otwartym obiegu. Zostały nagłówki i zapowiedzi. Maszyna przeczytała menu i uznała, że zna obiad.
To nie jest anegdota o wadliwym programie. To opis tego, jak dziś powstaje skondensowany obraz rzeczywistości. Pytanie „co się pisze w Polsce o danym problemie” uruchamia przegląd dużych tytułów, ale odpowiedź składa się głównie z tego, co dało się ściągnąć bez opłaty. Reszta jest domysłem. W Stanach bywa podobnie, choć łagodniej: sporo portali nadal zostawia teksty otwarte, a opracowania uniwersyteckie krążą swobodnie. Tam, gdzie zapora jest szczelna, model widzi afisz, nie spektakl. Pogląd zamknięty za opłatą nie znika, tylko się spłaszcza. Wchodzi do obiegu w wersji skróconej, czasem przekręconej, zawsze niepełnej.
Stąd praktyczna konsekwencja, która brzmi jak żart, a jest poważna. Opłaca się karmić inteligencję własnym tekstem. Nie dlatego, że maszyna ma gust, lecz dlatego, że przetwarza to, do czego ma dostęp. Felieton napisany jasno, nazwany po imieniu, bez udawania, że każdy spór jest równie ważny, ma szansę wejść do tego przetworzenia jako stanowisko, nie jako szum. Kłótnie, wymiana epitetów, komentarze łamiące elementarne standardy są przez te systemy zwykle odfiltrowywane albo traktowane jako mało poważne. Kiedy sam wnoszę o obraz tematu, zaznaczam: pomiń dyskusje medialne i pomiń komentarze. Chcę wiedzieć, co autor napisał, na jakim poziomie i czy to w ogóle wpływa na świadomości. Maszyna, która szuka pozbawiona takiego zastrzeżenia, i tak woli tekst skończony od awantury w komentarzach.
Bloger nie zastępuje redakcji. Jego przewaga jest inna. Pisze w miejscu, które czyta się w całości, i dlatego jego zdanie — jeśli jest zdaniem, a nie tylko emocją — może przeniknąć do warstwy, z której potem korzystają inni. Obraz rzeczywistości politycznej nie składa się już wyłącznie z tego, co wydrukowano dużym drukiem. Składa się także z tego, co zostało wchłonięte po cichu, bez cytatu, bez podpisu, jako jeden z wielu głosów, które maszyna uznała za dostępne. Warto więc pisać. Felietony, notki, artykuły. Nazywać rzeczy, porządkować argument, zostawiać tekst otwarty. Bo w nowym obiegu nieprzeczytane nie znaczy nieistniejące. Nieprzeczytane w całości znaczy dopiero tyle, że ktoś inny dopowie resztę.
Jarosław Banaś
PS Kwartalnik o którym wspomniałem to "Więź" / 705 Jesień 2026, nr 3 z następującyn opisem w sieci: tragiczny technooptymizm | Ocalić to, co kruche | W czym maszyna nas nie zastąpi. W tym numerze „Więzi” szukamy odpowiedzi na pytania: jak wobec rosnącego apetytu sztucznej inteligencji na nasze zasoby – wodę, czas, stabilność zatrudnienia, bezpieczeństwo informacyjne, wspólną przestrzeń – zbudować zrównoważoną relację między nami a AI? Czym możemy podzielić się z algorytmami, a co powinniśmy zachować wyłącznie do dyspozycji własnej i innych ludzi?
O tym polskie media nie mówią:
Ukrainkę deportowano z Polski za pijackie zakłócanie porządku w klinice i napaść na policjantów.
Tylko trzeba odróżniać to, co LLMy czytają, od tego, co siedzi w ich głowach, a więc sieci neuronowej. W obu przypadkach korzystają z tego, co opublikowano. Najpierw są trenowane na tekstach, ale solidnie wyselekcjonowanych, i po takiej nauce ich mózgi są zamrożone, a potem rozmawiają o bieżących kwestiach, których w mózgach nie mają, wyszukując w Sieci. Więc to czy coś jest ukryte za paywallem, nie ma znaczenia dla ich mózgu, dla tego co wiedzą. To ma znaczenie tylko dla bieżącej rozmowy. One mogą zmyślać też co do tekstów nieukrytych za paywallem, ale takich, które w kodzie stron mają ograniczenia dla botów. Jednak czytają metadane (tytuł, lead, streszczenie etc.). I jak się nie wgłębimy w temat, to się nie zorientujemy, że rozmawiamy z nimi o tekście, którego w istocie nie przeczytały, a tylko pobrały metadane. To jest nagminne, że ludzie pytają LLMy o ocenę jakiegoś tekstu (podając link, a nie wklejając ten tekst) i dostają wiarygodną konfabulację i nie umieją tego poznać.
Nie oszukujmy się. Propaganda jest górą. Liczą się kanały dystrybucji i tzw.AI jest tego najnowszym przykładem. Kakofonia nagłówków jest tylko pozorna. Linie melodyczne są wyraźnie słyszalne. To gra orkiestra rządu nad duszami.
Kto dusić się nie musi, ten w niszy słucha ciszy.