Czy to, że III Rzesza za Hiltera doznała boomu gospodarczego, świadczy o tym, że socjalizm jest ekonomicznie korzystny i prowadzi do dobrobytu? Sprawdźmy to na niewolnictwie.
Przez bardzo długi czas plantacja bawełny oparta na pracy niewolników była świetnym biznesem. Niewolnicy byli aktywami właściciela, wykonywali prostą, pracochłonną czynność, a właściciel przejmował efekt ich pracy. System działał, zarabiał i konkurował z gospodarką opartą na pracy wolnej, a nawet wygrywał.
Czy wynika z tego, że niewolnictwo było ekonomicznie doskonalszym ustrojem? Nie! Wynika tylko tyle, że przy ówczesnej technologii taki sposób organizacji pracy był opłacalny.
Potem pojawił się mechaniczny zbieracz bawełny. Jedna z pierwszych takich maszyn wykonywała pracę nawet stu ludzi. I nagle ekonomia się zmienia. Nie potrzebujesz już setki tanich ludzi, których trzeba utrzymywać, pilnować i zmuszać do pracy. Potrzebujesz kilku ludzi, kapitału, maszyny, kwalifikacji i bodźców do efektywnego działania.
To samo rozróżnienie trzeba zastosować do III Rzeszy. Niemcy w 1933 roku miały miliony bezrobotnych, niewykorzystane moce przemysłowe i gospodarkę leżącą po wielkim kryzysie. Państwo uruchomiło ogromne wydatki, kredyt, roboty publiczne, a przede wszystkim zbrojenia i zaczęło bardzo szybko wykorzystywać te wolne zasoby. Oczywiście, że produkcja wystrzeliła.
Jednak z tego nie wynika, że odkryto lepszy ustrój gospodarczy. Tak samo, jak wysoka rentowność plantacji w 1850 roku nie dowodziła wyższości niewolnictwa. Pokazuje jedynie, że konkretny system dobrze działał przy konkretnym zestawie warunków: ogromnym bezrobociu, niewykorzystanych fabrykach, możliwości administracyjnego kierowania zasobami i gigantycznym popycie państwa finansowanym kredytem.
Prawdziwy test zaczyna się dopiero wtedy, gdy kończą się wolne zasoby. I wtedy w III Rzeszy zaczęły pojawiać się problemy z surowcami, dewizami, finansowaniem i inflacją, a gospodarka była coraz bardziej podporządkowywana zbrojeniom.
III Rzesza nie jest dowodem na to, że socjalizm, czy to narodowy, czy międzynarodowy, czy oparty na walce klas, czy walce ras, jest lepszym systemem gospodarczym od wolnorynkowego kapitalizmu. Tak jak opłacalność farm bawełny w XIX wieku i prosperity, jakie zapewniała właścicielom, nie jest dowodem na sensowność i opłacalność niewolnictwa. Pomijając oczywiście kwestie moralne, bo nawet jak coś jest bardziej opłacalne, ale niemoralne, to nadal powinno być cywilizacyjnie tępione.
Jednak tak się akurat składa, że dziś socjalizm jest już całkowicie ekonomicznie nieopłacalny i jednocześnie jest, bo zawsze był, niemoralny. Hitler go stosował, bo nie miał oporów, by stosować niemoralne metody. Jak się uprzeć, to można by uzasadnić, że kanibalizm jest ekonomicznie korzystny, bo się mięso nie marnuje.
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS
PS. Źródło tego plagiatu: x.com/gps65/status/2098187396609200255
Twój wpis jest bardzo efektowny Grzesiu. Piszesz o niewolnictwie, żeby dowieść, że fakt, iż jakiś system potrafi generować zysk czy wzrost produkcji, nie oznacza jeszcze, że jest dobry. Oczywiście. Tylko kto twierdzi coś przeciwnego? Problem zaczyna się wtedy, gdy z tego robisz całą analizę gospodarki III Rzeszy. Piszesz: było bezrobocie, były niewykorzystane moce produkcyjne, państwo zaczęło wydawać pieniądze i gospodarka ruszyła. Znakomicie. Tylko skąd wzięły się pieniądze i jak to sfinansowano? Tu zaczyna się ekonomia, a kończy szkolna opowieść o tym, że państwo wydało, więc gospodarka wzrosła. Były między innymi weksle MEFO Schachta, czyli konkretny mechanizm kredytowania ogromnych zamówień państwa i zbrojeń poza normalnym, jawnym finansowaniem budżetowym. I właśnie to jest ciekawe. Nie dlatego, że Hitler był geniuszem gospodarczym. Nie był. I nie dlatego, że III Rzesza była wzorem. Nie była. Tylko dlatego, że pokazuje bardzo brutalnie prostą rzecz:
pieniądz można uruchomić, produkcję można uruchomić, ludzi można zatrudnić a potem trzeba jeszcze zdecydować, co właściwie za to wyprodukujemy.
Można mieszkania, kolej i elektrownie. Można czołgi. I tutaj Twoje „socjalizm kontra kapitalizm” niewiele wyjaśnia. III Rzesza nie była ani marksistowskim socjalizmem, ani liberalnym wolnym rynkiem. Była gospodarką z prywatną własnością, ale coraz mocniej sterowaną przez państwo i podporządkowaną wojnie.
A Twoje tysiąc Liechtensteinów też brzmi pięknie, dopóki nie zapytamy, kto w tych tysiącu Liechtensteinów zbuduje porty, kolej, energetykę, sieci i strategiczny przemysł. Rynek? Oczywiście. Tylko, że rynek jest mechanizmem, a nie inwestorem z własnym portfelem. I tu dochodzimy do sedna Grzesiu. Gospodarki nie opisuje się słowami: „kapitalizm dobry, socjalizm zły”. Trzeba zapytać:
kto tworzy pieniądz, kto daje kredyt, gdzie płyną pieniądze, co za nie powstaje i czy to zwiększa przyszłą zdolność produkcyjną kraju.
Dopiero wtedy zaczyna się poważna rozmowa. Reszta to już tylko etykietowanie a z etykietami jest ten problem, że świetnie zastępują myślenie - pod warunkiem, że człowiek nie zamierza zadawać zbyt wielu pytań.
Na wolnym rynku waluty i kredyt tworzy kto chce, jak chce, płynie ona od tych, co chcą kupić do tych, którzy chcą sprzedać, powstają za to inwestycje, który ktoś potrzebuje i to zwiększa zdolność produkcyjną kraju.