Nic tak nie łączy polityków jak pieniądze, a dokładnie zgoda na dostęp do atrakcyjnych dóbr, przywilejów i świadczeń finansowanych z budżetu państwa. Znakomitym przykładem potwierdzającym tę tezę jest sytuacja polskich parlamentarzystów. Oprócz przyzwoitej kilkunastotysięcznej pensji, otrzymują oni kilka tysięcy nieopodatkowanej diety, okazały ryczałt na organizację, wynajem, wyposażenie i utrzymanie biur poselskich oraz telefony służbowe bez limitu połączeń i z pełnym dostępem do Internetu. Za pieniądze z naszych podatków, kupują meble, komputery, ekspresy do kawy i wszystko czego dusza zapragnie. Ostatnio emocje rozgrzał temat tak zwanych poselskich kilometrówek, czyli pieniędzy otrzymywanych za jazdę własnymi samochodami. Niezorientowanym śpieszę wyjaśnić, że chodzi o deklarowaną przez posłów liczbę przejechanych kilometrów, za które otrzymują pieniądze. Za każdy kilometr jest określona kwota. Jest też suma maksymalna jaką można dostać. To jest około pięćdziesięciu tysięcy złotych w skali roku. Ergo, cała masa posłów dokonuje trudnego zadania matematycznego.( Robi, to z powodzeniem także, o dziwo, pani poseł Anna Żukowska, która w rozmowie z redaktorem Jackiem Prusinowskim z Kanału Zero, wykazała się brakiem znajomości tabliczki mnożenia.) Dzielą oni owe pięćdziesiąt tysięcy przez stawkę za kilometr i wychodzi im gigantyczny dystans. Tę odległość deklarują jako drogę przejechaną i otrzymują górę pieniędzy. A jako, że nie muszą przedstawiać celu swych podróży, wystarczy zwykłe oświadczenie. Oczywiście taka sytuacja nie dotyczy zwykłych śmiertelników. Każdy obywatel gdy wybiera się w podróż służbową musi wypełnić rutynowy formularz delegacji. Pisze w nim dokąd pojechał, po co, o której wyjechał i kiedy wrócił. Posłowie papierka z opisem delegacji wypełniać nie muszą.
To dorabianie kilometrówkami do poselskiego uposażenia obiecał zlikwidować pan marszałek Szymon Hołownia. Nie zlikwidował. Później zadeklarował koniec tego zjawiska, towarzysz marszałek Włodzimierz Czarzasty. Też mu się nie udało. Nie chcieli, nie umieli, tego nie wiem. A może uznali, że musi być jakiś obiektywny, a atrakcyjny element integracji braci poselskiej. Rzeczywiście, kilometrówki łączą. Niemal wszyscy je biorą, wielu w maksymalnym wymiarze, a przynależność partyjna nie ma tu znaczenia. W pierwszej dziesiątce, pięciu posłów jest z PIS, dwóch z PSL: lider rankingu Jarosław Rzepa i Mirosław Maliszewski. Jeden jest z KO: Piotr Kandyba. Jeden, po wyrzuceniu z PIS, niezrzeszony Łukasz Mejza. Jeden z SLD: Tomasz Trela. Poza dwoma pierwszymi w tym zestawieniu, którzy przytulili odpowiednio 49 808 i 49 100 złotych, kolejna ósemka złożyła oświadczenia na sumę, dokładnie 48 300 złotych. Czyli wszyscy przejechali w skali roku dokładnie taki sam dystans! Co do kilometra! Co to znaczy? Otóż dokładnie to, że jest to lipa i bujda, nomen omen, na kółkach. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest mniejsze niż wygrania szóstki w totolotka.
Trzeba wiedzieć, że parlamentarzystom przysługuje prawo do bezpłatnego przejazdu wszelkimi środkami komunikacji publicznej na terenie Polski. Samolotami, pociągami, autobusami dalekobieżnymi i miejskimi, tramwajami i trolejbusami, a nawet…promami morskim i rzecznymi. Mogą też jeździć za darmo taksówkami na podstawie rachunków za przejazd. Dlaczego więc deklarują horrendalne liczby przejechanych kilometrów własnymi samochodami? Odpowiedź jest taka, jakiej z rozbrajającą szczerością udzielił znany holenderski trener piłki nożnej Leo Benhakker na pytanie: „Leo, why?- For money” Pieniądze stanowią główną motywację udziału w polityce. Redaktor Robert Mazurek z Kanału Zero, zestawił ceny posiłków serwowanych posłom w stołówce sejmowej z cenami w studenckim barze Uniwersytetu Warszawskiego „Buwbar”. Dla przykładu porcja parówek w Sejmie kosztuje 2 złote i 50 groszy, a bigos całe 8 złotych. W barze dla studentów cena burgera to 38 złotych, a samych frytek, złotych 16. Dlatego, że posiłki w Sejmie są dotowane z budżetu państwa.
Jak posłowie tłumaczą swoje przejazdy? „Lider”, poseł Jarosław Rzepa milczy.
Podróże Łukasza Mejzy kosztowały w ubiegłym roku podatników ponad 200 000 złotych. Poseł KO, Piotr Kandyba, twierdzi natomiast, że jest posłem pielgrzymującym. Twierdzi, że peregrynuje do wyborców. Problem polega na tym, że mieszka w Piasecznie, które faktycznie styka się z Warszawą. Do Sejmu ma blisko. A jego podwarszawski okręg wyborczy jest bardzo mały i obiektywnie nie ma gdzie odbywać dalekich podróży.
Są w tej historii także bohaterowie super groteskowi. Pani minister Barbara Nowacka, która pobiera okazałą kilometrówkę mieszka w Warszawie, przy ulicy Wiejskiej. Tak, przy tej samej ulicy, przy której jest gmach Sejmu. Ponadto, jako minister jeździ służbową limuzyną z kierowcą. Nawet gdyby bardzo chciała zadeklarowanej liczby przejechanych kilometrów nie miałaby czasu, ani miejsca zrealizować. Zresztą ministrowie i wiceministrowie, których z racji istnienia rządu koalicyjnego jest tłum, też pobierają kilometrówki. Podobnie jest z szefami Klubów Parlamentarnych. Maja oni służbowe samochody z kierowcami, a pomimo tego rozliczają przejazdy samochodami prywatnymi. Ministrom z najwyższą wśród nich kilometrówką przewodzi minister Spraw Zagranicznych, Radosław Sikorski. Ale prawdziwą „gwiazdą” tej historii (afery?) jest pani posłanka SLD Anna Maria Wanna Żukowska. Ona deklaruje ogromną liczbę przejechanych kilometrów samochodem prywatnym, z tym, że … nie ma samochodu. Zdolna kobieta. W dodatku jako szefowa Klubu Parlamentarnego SLD. Jeździ samochodem służbowym prowadzonym przez opłacanego z budżetu kierowcę.
Sprawa kilometrówek bulwersuje społeczeństwo. Ma długą historię. Jest, jako się rzekło, sprawą ponadpartyjną. Tłumaczy ją ludzka zachłanność i pazerność, chęć nachapania się bezwstyd polityków. W sprawie kasy, politycy wszystkich partii łączą się ponad podziałami. Pamiętajmy o tej liście liderów kilometrówek, kiedy będziemy przy urnach wyborczych. Możemy tylko tyle i aż tyle.
coś się pogubiłeś, wiadomo że kratka nie robi z osobówki ciężarówki 3,5 tonowej, ale jako samochód dostawczy, warunkiem była kratka, nie dla ozdoby, a bezpieczeństwa, do tego tylne fotele musiały być zdemontowane, nie wolno było z tyłu wozić pasażerów, policja widząc to wlepiłaby mandat, nie wiem czy te przepisy dalej obowiązują, z uczciwością nie ma to nic wspólnego, to był pewien system i warunek, po co masz kupować dostawczaka, jak można z osobówki mieć ten sam efekt.
Nie wiem czy był osobny dowód rejestracyjny z osobówki na dostawczy, można poszukać w sieci, mnie to nie interesuje.
Tak, masz racje, dostawczy, nie ciężarowy.
Oszklony naokoło, z drucianą siatką na cztery blachowkręty do blachy 0,8.
Ale odliczenie było !!!
no nie, nawet z ciekawości nie sprawdziłeś o co tu chodzi, napisałem że ma być krata, bez foteli z tyłu, a kratka z pewnością nie byle jaka, ale spełniająca wymogi bezpieczeństwa, całkiem możliwe, że auto zarejestrowane jako ciężarowe, więc nie można z tyłu przewozić pasażerów, nawet przeglądy były dokonywane w wydzielonych stacjach kontroli.
Co do odliczeń, to były i są, jako koszt przychodu firmy, gdzie w tym przekręt, taki samochód musiał się rozliczać z kilometrów, jak każdy ciężarowy czy dostawczy w firmach.
Opcją było korzystanie z samochodów osobowych prywatnych na działalność gospodarczą, tu fiskus poszedł na kompromis, nie wymaga rozliczeń km, ale tylko połowę kosztów mozna było wrzucić w firmę i to (chyba) brutto za paliwo.
Gdzie tu przekręt, nieuczciwość itp. ??
PS. okazuje się, że rozliczenie kosztów sam.prywatnego trochę bardziej złożone, ale nie całość, tylko część.
Ale ja nie mówię ogólnie tylko konkretnie, bo Makowiecki się żali o tą kratkę pisząc jednocześnie, że składał fotele.
Nie demontował na stałe, by mieć samochód "dostawczy" do prowadzenia DG tylko składał i udawał dostawczaka.
Tak samo poseł udawał, że jeździł...
"Kto bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem",
jesteś ?
tylko nie mów, że powinien kupić sam. towarowo-osobowy :))))))
skala tego "przekrętu" nie kwalifikuje się na określenie "szkodliwości społecznej", ci co tym decydują, mają dużo więcej na sumieniu.
Przecież po to właśnie napisałem, ze gdybym znalazł milion w worku, to bym serio rozważył rok odsiadki.
Mnie chodzi o to, że gdy ktoś wygraża paluchem naciągającym posłom, a sam montuje kratkę do składanych siedzeń, co ma z rzadka udawać dostawczaka, a realnie ma służyć większym odpisom, to robi z siebie taniego hipokrytę, a nie wzór cnót, za jaki się uważa.
Jakiego "hipokrytę"? Po prostu zamontowanie kratki ratowało ładnych parę groszy w domowym budżecie. Idiotą byłby każdy, kto by tego nie zrobił, chociażby dla swoich dzieci, bo wówczas żadnych 800+ nie było... Cnota oszczędności się tu pojawia, nie hipokryzja.
No i po prostu poselska kilometrówka także ratuje domowe budżety. Idiotą byłby ten, który by ani razu nie okrążył - chociażby dla swoich dzieci - Ziemi na cudzy koszt.
Cnota przedsiębiorczości się tu pojawia.
Ale ktoś za to wszystko musi słono zapłacić:-)
To My właśnie Wyborcy. Cześć Naszej Pamięci!
"Komentarze: 13, Odsłony: 404, czytaj"
"A imię jego 40 i 4"
Dobrze,że temat uposażeń i przywilejów parlamentarzystów i rządu wszedł w orbitę zainteresowań społeczeństwa, źle że tylko za sprawą kilometrówek.Kiedy na serio zaczniemy się przyglądać ,,pracy'' posłów,ich przydatności do bycia posłem,czy rozliczaniem lawinowo rosnących nieprawidłowości.Wielkość długu publicznego nikogo jakoś nie przeraża, posłowie zaś zachowują się tak jak by stanowili kastę nadludzi którym się wszystko należy.Gdyby zsumować marnotrawstwo, nieuzasadnione dodatki ,efekty niekompetencji, brak szacunku do pracy sejmowej to okaże się jak wielkie są to pieniądze.Dlaczego więc milczymy zamiast nieprawidłowości sygnalizować i rozliczać nie poprzestając jedynie na kilometrówkach i rozliczaniu PiS-u.I jak i gdzie mamy to robić,skoro już zaczyna się szczucie na TV Republika i Sakiewicza tutaj na NB.?
"Ryba psuje się od głowy".
Mało, właściwie wcale nie mówi się o kilometrówkach, dietach itp. przekrętach w UE, tam kwoty na lewiznę idą w miliardy Ojro.
Pewien dziennikarz, chyba z Austrii badał te przekręty i ujawnił mechanizm, pamiętam że wspomniał, że najwięcej przekręcają e-posłowie z Niemiec.
Po jakimś czasie słyszę w mediach, że ten dziennikarz nie żyje, niby miał popełnić samobójstwo.
Przypomnieć należy afery z łapówkami, jakoś nie słychać losu tych śledztw, sama won Ursula jest w to zamieszana, łącznie z przekrętem szczepionkowym, klika w tym POlszewicka nie dopuściła do jej dymisji, więc dalej rządzi.