Działo się to podczas nocy muzeów. Rodzina Hiobowskich wybrała się zwiedzać centrum dyspozycyjne numeru alarmowego.
Oczywiście, centrum nie było muzeum, tylko normalnie funkcjonującym obiektem. Więcej było takich obiektów i instytucji, które tej nocy udostępniały swoje podwoje zwykłym osobom. A ci chętni szli oglądać miejsca zazwyczaj dla nich niedostępne, no i co najważniejsze: za darmo.
Hiobowscy co roku chodzili na to wydarzenie, a w tym roku wybrali się do centrum dyspozycyjnego.
Zastanawiali się czy uda im się wejść do obiektu, bowiem sytuacja w mieście była dość napięta. Przyjechał prezydent Polski, który objeżdżał po kolei miasta wojewódzkie Polski. I za każdym razem, kiedy zatrzymywał się w którymś z nich, były w nocy telefony o alarmie bombowym. Służby musiały interweniować, przerywać prezydentowi sen, wchodzić, przeszukiwać. Oczywiście nigdy niczego nie znaleziono. Sprawców też. Kiedy pytano ministra policji dlaczego służby nie potrafią tego dokonać, on odpowiadał, że to wina poprzedniego rządu i że sytuacja ulegnie drastycznej poprawie, kiedy tylko przyspieszą rozliczenia a poprzedni minister zostanie ściągnięty z Tuvalu na pokazowy proces.
Sytuacja była zatem nerwowa i napięta, a rząd, żeby ją załagodzić, wysłał za prezydentem ministra policji ze swoją obstwą, który podczas każdego noclegu prezydenta monitorował lokalne centrum.
Dużo zwiedzających pomyślało zatem, że w takim razie nie warto kierować się do centrum i kolejka chętnych pod tym obiektem była stosunkowo niewielka. Hiobowscy ustawili się, odczekali, weszli i o godzinie pierwszej czternaście w nocy Łukaszek zasiadł w fotelu dyspozytora. Pracownik nałożył mu słuchawki, sprawdził mikrofon, pokazał którym przyciskiem odbiera się połączenie i cofnął się o krok. Łukaszek pokręcił się na fotelu, powiedział głośno do mikrofonu "dupa" i już miał schodzić z fotelu, gdy nagle stało się coś zaskakującego.
Ktoś zadzwonił.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Łukaszek powiedział:
- Ja odbiorę - i nacisnął przycisk.
W głośnikach rozległ się szum i młody, zdenerwowany, męski powiedział:
- Chciałem poinformować, że w hotelu "Pod niemieckim dobrobytem", w którym zatrzymał się prezydent, jest podłożona bomba.
Wszystkich zamurowało. Jedynie Łukaszek zachował przytomność umysłu.
- A ja chciałem poinformować, że w tym mieście nie ma takiego hotelu. Jest w Gdańsku, gdzie prezydent będzie jutro. To znaczy dziś wieczorem, bo jest już po północy - poinformował Łukaszek patrząc na wiszącą na ścianie tablicę świetlną i dodał miękko:
- Popierniczyły ci się kartki, nędzna fiucino.
Zapadła straszna cisza. Po drugiej stronie ktoś naradzał się gorączkowym szeptem i ten sam głos rzekł:
- A w jakim razie zgłaszam podłożenie bomby w hotelu "Hakata".
- Bardzo proszę - odparł uprzejmie Łukaszek. - A czy mogę wiedzieć z kim rozmawiam?
W głośnikach rozległ się przerywany sygnał, rozmówca zakończył połączenie.
- Teraz - powiedział dyspozytor drżącym głosem i oblizał spierzchnięte wargi - Teraz trzeba sporządzić raport i przekazać szefowi. Ale wątpię, żeby go złapali. On już telefonował wiele razy i ani policja, ani ludzie ministra nie są w stanie go namierzyć. Zaraz zawołam szefa.
Łukaszek szybko nagryzmolił coś na formularzu i kiedy do sali wszedł jakiś pan, podał mu swoją kartkę. Pan szybko przebiegł spojrzeniem treść i zaklął brzydko:
- Murwa Kać! Kiedy dzwonił?
- Przed chwilą - odparł Łukaszek.
Do sali wpadła policja, w dalszej części budynku widać było ministra w otoczeniu jego ludzi. Policja zaczęła sprawdzać komputer, przy którym siedział Łukaszek.
- Mamy jego numer - szepnął technik. - Co dalej?
- Zadzwonię do niego na bezczela - zaproponował jeden z policjantów. - może się wygada?
Sięgnął po komórkę i wpisał numer.
Po chwili zaczął grać telefon jednego z ludzi ministra. Ktoś stojący obok członka rządu wyjął go z kieszeni i uniósł do ucha.
- Halo - rozległ się w całym budynku znajomy, młody, zdenerwowany głos.
W kierunku człowieka z telefonem runęła lawina policjantów. Przydusili go do ziemi.
- Bezczelny gnoju! Telefonów ci się zachciewa! - ryczał szef centrum.
- Zostawcie go! To mój człowiek! - wrzeszczał minister.
- Przed chwilą dzwonił na sto dwanaście!
- No tak, ale nigdy nie ścigaliście ludzi, którzy dzwonią, że jest bomba w hotelu, gdzie zatrzymał się prezydent! - tłumaczył się młody człowiek przyduszony do podłogi.
- Bomba? - spytał zdumiony szef centrum. - Ten mały gnojek powiedział mi przed chwilą, że zadzwonił ktoś, kto powiedział, że Orzy-?Jewsiak nie rozliczył faktur za ostatnią zbiórkę! Nawet napisał to w raporcie!
Wszyscy powoli spojrzeli na Łukaszka, który pracowicie ruszał szczękami.
- W jakim razie? - zapytał niewyraźnie i przełknął.
- Bezczelny smarkaczu! - doskoczył do niego jeden z policjantów. - Otwieraj gębę!
Łukaszek otworzył szeroko usta.
- Nic nie widać. Połknął wszystko - zameldował policjant.
- Puśćcie go - rzucił wściekle minister do policji wskazując swojego człowieka. Hiobowskim powiedział:
- A wy lepiej już stąd idźcie.
- A co z tą bombą? - zapytał lękliwie szef centrum
- Nie ma żadnej bomby i nie było, jasne?
Kiedy Hiobowscy wychodzili, tata Łukaszka zapytał:
- Naprawdę zjadłeś ten raport?
Łukaszek sięgnął do kieszeni i wyjął złożoną kartkę papieru.
- Ale gdzie tam. Będę miał piękną pamiątkę.
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
- Odsłony: 112
Portret pamięciowy:
dziennikzarazy.pl
Zobaczycie, że w tym tygodniu straż albo policja wjedzie do Kasi Tusk lub kogoś z drugiej strony sporu politycznego i to tylko dlatego, że wejście do mieszkania rodziny prezydenta przegięło pałę i PRowo Tusk będzie potrzebował papierka, że to nie zemsta i zastraszanie.
Już nawet w TVNie nie mają pojęcia, jak grać tym tematem, bo to jest totalna kompromitacja służb. Nie martwcie się. Kasi będą współczuć na potęgę