Nieokreślona przyszłość. Wszystko się wali. Katastrofy, kataklizmy, internet od roku działa i nie działa. Ludzie wszystko rzucają. Jakby jakiś koniec się zbliżał. Kalifornia odrywa się od Ameryki i tonie, Floryda zalana oceanem. To samo na całym świecie i tylko te bilboardy w małym mieście - "Chuck - 39 lat, dziękujemy" z sylwetką księgowego w okularach.
Właściwie nic się nie zgadza, ale poczucie końca "wszystkiego" jest dominujące. W finalnej scenie pierwszego (trzeciego?) aktu on ją bierze za rękę. Siedzą na dworze. Przed nimi morze gwiazd jaśniejszych niż zwykle. Po kolei gasną. Wokół nich, w oknach domów upiorne nieco jakby reklamy tego księgowego. On mówi do niej - "Kocham cię" - i nastaje ciemność.
Film jest zrobiony bardzo dobrze. Tempo jest idealne. Prowadzenie uwagi widza bez zarzutu. Film jest inteligentny, zaskakuje widza i go uczy. To niespotykane dzisiaj w powodzi tępych przebojów kasowych, jak to superheros, o przepraszam teraz heroina, walczy i walczy i żeby nie ziewać, trzeba ładować popcorn do ust.
Świetna jest ścieżka dźwiękowa. Doskonale wpasowuje się w obraz, w zdarzenia, w historie i konkretne momenty. Film wciąga, budzi zainteresowanie, wzrusza.
Ostatecznie jest to film o śmierci i... o życiu. Bo może jest tak, że każdy z nas, swoim życiem, w swojej świadomości ogląda wszechświat - zupełnie unikalny. Nie ma takiego drugiego wszechświata i nie ma takiego drugiego człowieka. Najdrobniejsza rzecz jaką widzimy, odczuwamy jakiej doświadczamy czy ją robimy, jest właśnie jedyna, unikalna, ma wartość - to niemożliwe - ostateczną. Ten świat wokół nas wpiera nam coś zupełnie innego, odwrotnego. A jednak. Ten ból, który przeżywamy, to zniechęcenie albo smutek. Te nasze nałogi czy radości. To drzewo, ten kształt chmur, ten właśnie kolor nieba - nie ma takiego drugiego. I cały ten wszechświat być może kiedyś... zgaśnie. Być może nie - ale to już odrębna sprawa. To, co film zdaje się mówić, to jak bardzo wiele jest warte nasze życie. Moje życie, twoje życie. Jesteśmy, tymi 7-latkami. Ze wszystkim, co wtedy doświadczaliśmy. I tymi 10-latkami. I dalej, i później. Przynosimy na ten świat siebie i go współtworzymy.