Wczorajsze spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego nie przyniosło rozstrzygnięcia, którego wielu się obawiało - nie doszło do rozpadu. I dobrze. Bo w obecnych realiach politycznych byłby to scenariusz katastrofalny. Ale nie oszukujmy się, to nie było rozwiązanie problemu. To było jego odsunięcie w czasie. Konflikt nie zniknął. Różnice nie zostały zasypane. Udało się jedynie zatrzymać proces, który, gdyby wymknął się spod kontroli, mógłby zakończyć się trwałym pęknięciem całego obozu. W tym sensie wczorajszy wieczór był bardziej politycznym „zawieszeniem broni” niż nowym otwarciem. A zawieszenia broni mają to do siebie, że bez realnego planu prowadzą często do jeszcze większych starć w przyszłości. Dlatego właśnie dziś bardziej niż wczoraj potrzebna jest nie tylko refleksja, ale i konkretna propozycja wyjścia z impasu.
I tu pojawia się scenariusz, który jeszcze niedawno wydawał się czysto publicystyczny, a dziś - w obliczu narastającego napięcia - zaczyna nabierać pewnego politycznego sensu: powrót Zbigniewa Ziobry. Dalsza część tej historii nie musi być ani prostą kopią przeszłości, ani polityczną fantazją. Ale może być próbą odpowiedzi na realny problem: jak zatrzymać proces rozpadu, zanim stanie się nieodwracalny.
Powrót z politycznego wygnania? Między mitem a ostatnią szansą na scalenie obozu.
Polityka zna momenty, w których rzeczywistość zaczyna przypominać historię - nie dlatego, że jest taka sama, ale dlatego, że desperacko szuka podobnych punktów zwrotnych. Dziś, gdy obóz skupiony wokół Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego balansuje na krawędzi pęknięcia, pojawia się pokusa myślenia kategoriami „powrotu”, „przełomu”, „nowego otwarcia”. I tu pojawia się nazwisko: Zbigniew Ziobro.
Między Anderssem a realną polityką.
Porównania do Władysława Andersa, Stanisława Mikołajczyka czy Witolda Pileckiego są oczywiście nie wyrost, bo dzisiejsza Polska nie jest ani państwem okupowanym, ani totalitarnym. Ale polityczna wyobraźnia działa symbolami. „Powrót” zawsze znaczy coś więcej niż fizyczne pojawienie się w kraju. Oznacza moment przesilenia. Różnica polega na tym, że dziś taki powrót nie miałby obalać systemu, lecz próbować uratować spójność własnego obozu.
Zarzuty polityczne, decyzja strategiczna.
Nie da się pominąć faktu, że wokół Zbigniewa Ziobry narosły poważne zarzuty. Ale równie oczywiste jest to, że są one, nie tylko przez jego środowisko postrzegane jako w dużej mierze polityczne. W takiej sytuacji ewentualna decyzja o dobrowolnym powrocie, zanim zostanie do niego zmuszony, nie byłaby ucieczką do przodu, lecz świadomym ruchem strategicznym. To zmienia narrację z „ściganego polityka” na „tego, który sam staje do konfrontacji”. Z defensywy na próbę odzyskania inicjatywy.
Nie eskalacja, lecz potencjalne spoiwo.
Najczęstszy argument przeciw takiemu scenariuszowi brzmi: powrót Ziobry oznacza eskalację. Ale to założenie nie jest oczywiste. W sytuacji, gdy konflikt między Jarosławem Kaczyńskim a Mateuszem Morawieckim grozi rozpadem całej formacji, pojawia się paradoks: potrzebny jest ktoś trzeci, kto nie jest bezpośrednią stroną tej konkretnej rywalizacji. I właśnie tu rola Ziobry mogłaby wyglądać zupełnie inaczej niż kiedyś. Politycy się zmieniają - czasem wymusza to sytuacja, czasem doświadczenie. Okres politycznej izolacji, presji i niepewności może skłaniać do przewartościowań. Ziobro jako polityk konfrontacyjny jest postacią znaną. Ale Ziobro jako potencjalny mediator i organizator nowej równowagi, to scenariusz mniej oczywisty, ale nie niemożliwy.
Scalenie zamiast rozpadu.
W wariancie najbardziej realistycznym jego powrót mógłby zatrzymać proces dezintegracji PiS, zanim stanie się nieodwracalny. Mógłby stworzyć przestrzeń do kompromisu między frakcjami i wzmocnić strukturalnie obóz, który dziś traci spójność. To szczególnie ważne w kontekście mechaniki wyborczej - rozbicie na mniejsze byty oznacza stratę mandatów, chaos i odpływ wyborców. Jedność, nawet trudna i wymuszona, daje znacznie większe szanse przetrwania.
Wzmocnienie prezydenta.
Jest jeszcze jeden wymiar, często pomijany. Karol Nawrocki - funkcjonujący w trudnym układzie politycznym wobec rządu Donalda Tuska - potrzebuje zaplecza. Realnego, zdolnego do mobilizacji, a nie pogrążonego w wewnętrznych sporach. Powrót Ziobry i ewentualne zbliżenie z obozem prezydenckim mogłoby wzmocnić jego pozycję, stworzyć bardziej spójny blok polityczny i nadać kierunek działaniom zamiast reaktywności. Czy to realne? Nie w pełni. Ale też nie całkowicie niemożliwe. To scenariusz z pogranicza politycznej kalkulacji i wyobraźni - taki, który wymagałby od wszystkich stron rzeczy najtrudniejszej: ograniczenia własnych ambicji na rzecz przetrwania całości.
Historia uczy, że „powroty” rzadko wyglądają tak, jak w legendach. Ale polityka uczy też czegoś innego: czasem wystarczy jeden nieoczywisty ruch, by zatrzymać proces rozpadu. Jeśli dziś ktoś miałby odegrać taką rolę, to nie jako bohater na białym koniu, lecz jako ktoś, kto potrafi zszyć to, co inni właśnie rozrywają.
Pytanie tylko, czy jeszcze jest co zszywać?
Cała prawda i tylko prawda Es, ale tu nie warto opisywać każdego błędu " stratega nad strategami", bo zamiast skupić się nad rozwiązaniem głównych problemów, dyskusja przeniesie się na najmniej istotną: "niesłuszną krytykę, jedynie słusznej".
A nad jakimiż to problemami pan się tu skupił? Jakoś nie widzę ani podanego problemu do rozważenia ani jego rozwiązania. Paradne. Dyskusja na temat ,,jedynej słusznej ( cóż za subtelna ironia) pomimo że wg pana najmniej istotna jest ciągnięta w nieskończoność. Jak widzę pana targają sprzeczności w tych trzech zdaniach które pan napisał. ,,Strateg nad strategami'' popełnia błędy jak inni liderzy innych partii,no ale w przypadku błędów innych wyznaje pan zasadę ,,tylko nie mów nikomu''. Czyżby wziął pan sobie do serca apel Tuska ,że ,,rozliczenia ida za wolno'' i razem z pozostałymi panami udziela mu pan wsparcia? No to do dzieła,do wieczora jeszcze daleko.
O 14.11 napisałem takie zdanie: "Jeżeli tego nie potrafisz zrozumieć, to już niczego nigdy nie zrozumiesz". Nawet nie przypuszczałem, że tak szybko, bo już o 14.34 potwierdzisz.
Nie twierdzę, że Zbigniew Ziobro jest dziś w idealnej sytuacji, zdrowotnej czy politycznej. I nikt rozsądny nie pomija też zarzutów czy jego ostrych wypowiedzi pod adresem Mateusza Morawieckiego. Tylko że mój punkt widzenia jest prostszy. Przy obecnym konflikcie Kaczyński-Morawiecki nie ma dziś naturalnego mechanizmu, który ten spór rozwiąże. Jest tylko zawieszenie broni i to na bardzo krótki okres. W takiej sytuacji nawet ktoś obciążony i skonfliktowany może, paradoksalnie, odegrać rolę stabilizującą, jeśli uzna, że stawką jest przetrwanie całego obozu. Alternatywą nie jest idealna jedność, tylko dalsze tarcia i w końcu rozpad. A wtedy nie będzie już czego scalać, ani kto ma z kim się godzić. Masz lepszą propozycję, to ją przedstaw, chętnie podyskutuję?
Rozumiem Twój tok myślenia Spike i faktem jest, że większość zarzutów, o ile nie wszystkie, wobec Ziobry są czysto polityczne. W obecnym klimacie trudno się dziwić, że wiele osób widzi w tym element szerszej gry, a nie wyłącznie czysto prawny spór. Ale zostawiając na chwilę ocenę zarzutów, bo to i tak rozstrzygnie się gdzie indziej, kluczowe jest coś innego. Właśnie w takim kontekście ewentualny dobrowolny powrót Ziobry całkowicie zmienia jego pozycję polityczną. Z polityka pod presją na polityka, który sam podejmuje ryzyko i wchodzi do gry. A to w polskiej historii i wyobraźni politycznej zawsze działało. Oczywiście nie wprost jak u Andersa czy Pileckiego, bo to inne czasy, ale pewien mechanizm jest podobny: powrót jako symbol przełomu. Taki ruch mógłby ustawić Ziobrę w roli tego, który nie ucieka, tylko staje do walki. Mógłby zmobilizować część elektoratu a samemu Ziobrze nadać realną siłę polityczną, a nie tylko defensywną pozycję.
I wtedy wracamy do sedna mojego wpisu, ktoś, kto wraca na fali, nie musi już być tylko uczestnikiem konfliktu. Może próbować go porządkować, a nawet narzucać warunki gry. Czy to się wydarzy? Nie wiadomo. Ale jeśli w ogóle szukać scenariusza, który wyrywa obóz z obecnego impasu, to właśnie taki ruch ma w sobie potencjał zmiany dynamiki. Może wreszcie, po latach ciągłych sporów i defensywy, polska polityka rzeczywiście potrzebuje kogoś, kto zamiast się cofać, zrobi krok do przodu.