To, co dziś nazywamy systemem multi-agentowym AI, nie jest żadną nową metodologią poznania. To cyfrowa rekonstrukcja bardzo starego, cywilizacyjnego wynalazku: sporu dwóch stron przed trzecim arbitrem. Tak działa sąd. Tak działa nauka. Tak – w istocie – działa Zachód.
Nie chodzi o dialog w stylu: wszyscy się trochę zgadzamy. Chodzi o konflikt zaprojektowany tak, by musiał się skończyć rozstrzygnięciem. Nie zgodą. Wyrokiem.
To jest zasadnicza różnica cywilizacyjna. W wielu kulturach Wschodu spór jest traktowany jako błąd systemu – coś, co należy wygasić w imię harmonii i porządku we wspólnocie. Zachód zrobił coś odwrotnego. Uznał, że prawda nie rodzi się z harmonii, tylko z przegranej jednej ze stron. Z eliminacji błędów.
Dlatego nauka nie narodziła się w Chinach czy w Japonii – oni metodologię umieli tylko skutecznie skopiować. Nauka i idąca za nią technologia narodziła się tam, gdzie konflikt był nie tylko dopuszczalny, ale instytucjonalnie premiowany.
Spór jako metoda
Spór wymyślili starożytni Grecy. Uporządkował go św. Tomasz z Akwinu, pisząc Sumę Teologiczną jako sekwencję: pytanie – argumenty za – argumenty przeciw – rozstrzygnięcie. To nie była medytacja. To był protokół starcia.
Scholastycy zrobili z tego metodę pracy. Instytucjonalną formę nadała temu Święta Inkwizycja, wprowadzając figurę adwokata diabła. To był obowiązkowy oponent. Nie po to, by coś zrozumieć, tylko po to, by zniszczyć tezę, jeśli się da.

W XX wieku formalnie opisał to Karl Popper. Teoria jest naukowa tylko wtedy, gdy potrafimy wskazać warunki, w których uznalibyśmy ją za fałszywą. Jeżeli nie istnieje sensowny oponent, nie istnieje sensowna prawda naukowa. Prawda i fałsz powstają parami. Jednak rozstrzygnięcie nie leży pośrodku.
Nie ma żadnej równości między Bogiem a szatanem, żadnego wiecznego ścierania się yin i yang. Jest to, co słuszne i to, co niesłuszne, jest prawda i fałsz, one mają się ścierać, mają walczyć, ale wygrać musi to pierwsze — tak by przypisać walczące strony do właściwych pojęć. Niemniej bez walki tej prawdy nie mamy szans rozpoznać. Wbrew piosence chodzi nie o to, by gonić króliczka, ale by złapać go.
Błąd empatycznego dialogu
Na tym tle widać słabość podejścia proponowanego kiedyś przez Romana Ingardena. Według niego dojście do prawdy wymaga zawieszenia własnych przekonań, wymaga empatii i spotkania się z oponentem gdzieś pomiędzy. To podążanie za filozofią Wschodu.
To jest koncepcja psychologiczna, nie epistemologiczna. Może poprawiać relacje międzyludzkie, ale nie prowadzi do prawdy. Może Chińczycy są szczęśliwsi, bo wybudowali mur, ale to my odkryliśmy Amerykę i to Ameryka dotarła na Księżyc.
Kompromis między prawdą a fałszem nie daje półprawdy. Daje nowy fałsz. Negocjowanie prawdy działa jak targowanie się o cenę – obie strony schodzą ze stanowisk, aż zostaje święty spokój. A święty spokój nie jest kryterium prawdy. By mieć święty spokój trzeba budować mur, a my chcemy wiedzieć, co jest za wzgórzem.
Prawda nie dotyczy wnętrza człowieka. Nie dotyczy emocji, intencji ani szczerości. Dotyczy języka. Zdanie: „śnieg jest biały” jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy śnieg jest biały. Nic więcej. Arystoteles miał rację.
Instytucjonalizacja konfliktu
Zachód nie próbował konfliktu wygładzić. Zrobił coś dokładnie odwrotnego: zinstytucjonalizował go. W sądzie prokurator ma obowiązek za wszelką cenę udowodnić winę. Obrońca ma obowiązek za wszelką cenę ją podważyć. Sędzia nie negocjuje kompromisu. Wybiera, które zdania o świecie lepiej pasują do dowodów.
Prawda ma się ujawnić pomimo ambicji, emocji i złej woli uczestników – a czasem właśnie dzięki nim. Każda strona wyciąga wszystkie możliwe argumenty, by zniszczyć narrację przeciwnika. I bardzo dobrze. O to chodzi.
W nauce działa to identycznie. Autor teorii rzuca tezę i ją udowadnia w eksperymentach. Może to zrobić tylko indukcyjnie, a więc zawsze niepewnie. Reszta świata próbuje ją obalić. Jeżeli przeżyje – przechodzi dalej. Jeżeli nie – odpada. Rozstrzygnięcie nie jest w środku. Jest na jednym z krańców.
U nas w Polsce tę logikę świetnie uchwycili Kurek i Kamiński w sondzie. Jej sens był banalny i zarazem głęboko zachodni. Nie pytamy, kto ma rację. Zmuszamy dwie narracje do zwarcia i patrzymy, która się rozsypie. To nie był dialog. To nie była empatyczna rozmowa. To był kontrolowany konflikt, w którym prawda miała się ujawnić przez eliminację sprzeczności, a nie przez uśrednianie opinii. Dokładnie tak, jak w sądzie. Dokładnie tak, jak w nauce. I dokładnie tak samo działają dziś systemy multi-agentowe AI.
Multi-agenci jako cyfrowy sąd
Modele LLM są modelami językowymi. A prawda – w klasycznym sensie – jest własnością zdań. To dlatego do prawdy można dochodzić językowo, poprzez spór językowy.
Jeden agent buduje tezę. Drugi systematycznie ją niszczy. Trzeci waży argumenty, filtruje narracje i wydaje wyrok roboczy: co przechodzi dalej, a co ląduje w koszu.
Rola takiego systemu nie polega na byciu inteligentnym. Polega na masowej produkcji i selekcji kandydatów na prawdziwe zdania. To, co scholastycy potrafili mielić latami, rozważając, ile diabłów zmieści się na czubki igły, dziś można przelecieć w milisekundach. A arbiter nie jest kompromisem między agentami. Jest ich sędzią.
Emocje i problem nieskończonego sporu
W sądzie emocje są częścią spektaklu. W epistemologii są szumem. Mogą być użyteczne jako interfejs – nie mogą być kryterium rozstrzygnięcia. Jeżeli emocje wejdą do warstwy decyzyjnej, system zamieni się w cyfrowy talk-show.
Pozostaje problem nieskończonej dyskusji. Multi-agenci mają naturalną skłonność do eksplozji argumentów. To cyfrowy odpowiednik scholastyki bez soboru. Bez momentu: „koniec sporu, zapada wyrok” dyskurs nigdy się nie domyka.
Niemniej informatyczny problem stopu jest nierozstrzygalny. I co z tego? Entropia też rośnie i jest to prawo fundamentalne. A jednak życie polega na lokalnym, tymczasowym jej zmniejszaniu. Nie po to, by świat zamienić w kryształ, tylko po to, by utrzymać sensowny ruch.
Agenci AI
Multi-agenci AI nie są science fiction. Są powrotem do korzeni. Do przekonania, że prawda lepiej wyłania się z merytorycznego konfliktu niż z grzecznego potakiwania.
Zadaniem instytucji – dziś ludzkich, jutro cyfrowych – jest to, by ten konflikt był maksymalnie brutalny merytorycznie i maksymalnie bezpieczny cywilizacyjnie.
Prawda nie jest uczuciem zgody. Jest trajektorią – coraz lepszym dopasowaniem języka do twardej rzeczywistości.
Dwaj agenci i arbiter są nową inkwizycją, która pali nie na fizycznym stosie, ale odkłada zadania na informatyczny stos, by do nich potem ewentualnie wrócić. To chodzenie po drzewie. Ci agenci są nową formą starego mechanizmu, który od wieków robi na Zachodzie ważną rzecz: oddziela zdania, które przetrwają, od tych, które muszą umrzeć, bo nie działają w praktyce. Ludzkość zatoczyła wielkie koło i wróciła na drzewa.
Grzegorz GPS Świderski
Kanał Blogera GPS
GPS i Przyjaciele
X.GPS65
PS. Notki powiązane:
Tagi: gps65, AI, agent, spór, cywilizacja, Zachód.