Bołt

 
Mają być zmiany w systemie emerytalnym. Zarówno ten, jak również system opieki zdrowotnej, jaki by on nie był, nigdy nie znajdzie pełnego poparcia społeczeństwa. Zawsze będą zadowoleni i zawsze pokrzywdzeni, bo w taka jest natura ludzkich dokonań. Nigdzie na świecie nie wypracowano idealnego rozwiązania, ale zaniechanie miłości bliźniego ma swoje minimum, poniżej którego mieszka sam diabeł.
                      
                                                                                                                                                                                                                       

Bołt

Dżordż zaprosił mnie na „bołta”.  Niedawno „wyratejował,” jak większość moich znajomych. Decydując się na wcześniejsze zakończenie kariery zawodowej wziął pieniądze za to, że nie będzie już więcej chodził do” firmy”, a w zamian otrzyma mniejszą emeryturę. Nie bardzo wierzyłem, że  znudziła mu się praca, bez której do tej pory nie mógł żyć, ale nieodwzajemniona miłość zawsze kończy się rozłąką i tak było w tym przypadku.
„Bołt” był czerwony, z białym pokładem o długości dwudziestu siedmu „fitów”. Lśnił lakierem, pachniał świeżą farbą jakby przed chwilą opuścił salon wystawowy. Dżordż kupił go w zeszłym sezonie, a miesiąc później nabył auto marki Lincoln.  Mówił, że gdy będzie „cienko” i nie będzie w stanie zapłacić za leczenie, to rząd zapłaci za każdą operację, każdą interwencję lekarzy, ale potem zabierze mu wszystko, gdyby coś miał, na pokrycie długów;  ale domu i auta zabrać mu nie mogą.  „U nas w Stanach tak jest”- dodał.
O „bołcie” nie wspomniał, ale co tam...
Staliśmy na przystani czekając na resztę pasażerów.  Nie wiedziałem kto ma przyjść, ani dokąd popłyniemy, ale perspektywa pływania kilkanaście godzin po wodach Wielkich Jezior obudziła dawne marzenia i otworzyła listę niespełneń.
Pogoda była wymarzona. Wiatr wiał w zdłuż kanału przy którym staliśmy, jakby chciał pospieszać  łódki, łodzie, jachty - różnej marki, różnych kolorów i rozmiarów  - pchając je wszystkie w  stronę jeziora Saint Claire, łączącego Detroit River z jeziorem Huron.
Wreszcie wszyscy w komplecie. Dżesika – żona Dżordża, prezentowała się wyśmienicie. Ubrana była obcisłą sukienkę plażową dopasowującą się wiernie do nierówności powierzni, a na głowie niosła obszerny kapelusz w kwiaty z powiewającą na wietrze kolorową wstążką. Przywitała się z nami przerywając nucenie piosenki ” Baby love” – w oryginale, po czym przedstawiła dwie panienki   w wieku  późnomłodzieżowym, jako córki kuzyna z Chicago. W ostaniej chwili dołączył do nas Joe - stary kolega Dżordża, z którym ten ostatni przepracował 30 lat w zakładzie Forda.    
Podpłynęliśmy pod stację paliw. Nerwowość jaką znam z podjeżdżania na stację benzynową w pierwszym etapie „proszonej” wycieczki, nie ominęła też rejsu po wodzie. Dżordż oznajmił głośno, że musi zatankować, bo bak jest pusty.-„ Ju noł, to duży motor i dużo źre, ale za to ma pałer”...
Stefania zerkała na nas kątem oka nie mówiąc nic, Joe zpytał czy jest ubikacja na” bołcie”, bo on chyba będzie musiał „się udać”, bo bierze tabletki na odwodnienie, a późnomłodzieżowe panienki stały niewzruszone ze słuchawkami na uszach trzęsąc się w rytm, prawdopodobnie tej samej, piosenki.
Wyciągnąłem 10 dolarów i podałem Dżordżowi.
- To mój dodatek do paliwa- powiedziałem.
-  Nie wygłupiaj się. Jakoś sobie poradzę. Jeszcze tak źle ze mną nie jest - odparł Dżordż kładąc pieniądze obok koła sterowego.
Gdy licznik na pompie osiągnął wielkość 100.00 Dżordż prerwał tankowanie i ruszyliśmy w rejs.  
Byłem w siódmym niebie. Oto za chwilę wpłyniemy na jezioro Saint Claire, a potem już tylko błękitne wody jeziora Huron – jednego z Pięciu Wielkich.
Panny przebrały się w  kostiumy kąpielowe i umiejscowiły na deku, z nogami co leżały posłuszne geometrii  łodzi - wygięte w stronę dziobu.  
Atmosfera radości, beztroski, zabawy unosiła się nad nami, naszym „bołtem” i wydawało się, że rozprzestrzeniła się ona nad całym akwenem, całym Detroit i Windsor, całym Michigan.
Pomyślałem o emerytach w Polsce. Zwyczajnych - takich jak Dżordż, Joe, czy wkrótce ja. Pomyślałem o wizytach u lekarzy, wykupieniu lekarstw, rozrywkach w czasie bezruchu,po latach pracy. O nachalnej propagandzie sukcesu i pewnej rencistce - siostrze mojej znajomej, z 700 złotową rentą.  O rodzicach mojego znajomego, którzy ciągle przypominają mu o tym, z czego wyrósł, czego ma pilnować, o co walczyć, co jest wspólną troską i biedą, ale on wie lepiej, bo jest nowoczesny, bo ma własną koncepcję dobrobytu i własne poczucie wartości, ufundowane pracą za biurkiem w dużej zagranicznej korporacji. „Wy tam sobie uprawiajcie ziemniaczki motyczką i grabiami, a ja projektuję części do ogromnych traktorów sterowanych przez GPS. Tak się zmienia Polskę”- tłumaczył . Za każdym razem, gdy to mówił, przypominały mi się fragmenty książki Janiny Broniewskiej, napisanej w czasach stalinowskich,  pt. „Ogniwo”. Czyżby umysł ludzki zawsze reagował tak samo na takie same bodźce? Jeśli tak,  jest to kolejny dowód, że ewolucja jest nieprawdą.   
Joe wypił juz „sikspaka” Budwaisera i namawiał teraz Stefanię na wspólny „kruz” oceanicznym luksusowym statkiem za jedyne „siedemset dolary” od osoby.  Dżordż,w czapce kapitańskiej na głowie, skupiony przy sterze, manewrował między rozlicznymi łodziami szukając miejsca do pokazania osiągów swego „bołta”. Wreszcie, gdy otworzyła się odpowiednia przestrzeń, nacisnął na dźwignię gazu. Ryk silnika, panienki usiłujące usiąść, by zobaczyć co się stało, rzucone impetem na plecy chwytały się relingu, Joe  uderzył głową o rozkładany stolik, a Stefania, która dzięki bezwładności swego ciała zdążyła się złapać czegoś, wrzeszczała teraz na cały głos pod adresem męża brzydkie słowa angielskie i polskie naprzemian.
Po tej demonstracji zeszliśmy wszyscy pod pokład, zostawiając Dżordża przy sterze. Stawało się nudno.  Nikt nie kwapił się do rozmowy. Lake Saint Clair nie jest dużym jeziorem, więc niedługo powinniśmy już osiągnąć Lake Huron.
I oto silnik zaczął zmniejszać obroty, aż w końcu zgasł.
- Co się stało, Dżordż?- zawołałem
- Nic. Dats yt. – odparł George spokojnym głosem.
Wyszliśmy na pokład. Widok, jaki mi się ukazał był szokujący. Wokół nas, jak okiem sięgnąć stały zakotwiczone łodzie. Słychać było rozmowy, śmiechy, stuknięcia kieliszków i szklanek, czuć było zapach smażonych hamburgerów,  bo odległości między łodziami wynosiły kilkanaście metrów.  Dżorż szamotał się z liną kotwiczną, a widząc moją zdziwioną minę wyjaśnił, że „wszystkie tak robią, zobacz”.
-Tu jest płytko, nie ma więcej niż cztery stopy. Możesz się kąpać. Zaraz zjemy coś.  Dżesika!  Wyciągnij kiełbasę i coś do przepicia.
Z kabiny dochodziło chrapanie Joe.
Dziewczyny  ułożyły się czym prędzej z powrotem na deku - prosto do słońca, które lubi rysować cienie, tam gdzie one być powinny, a rozjaśniać fragmenty i tak najjaśniejsze- prawie do przesady.
Jedliśmy i pilli do zmroku. Potem, powrót do przystani, a pływanie po jeziorze Huron musiałem odłożyć na inną okazję i nie żałowałem pobytu na "bołcie", bo tu „wszystkie tak robią”.

Kmeehow  4- ty Września 2013