|
|
Izabela Brodacka Falzmann Ja chodziłam do szkoły dla bananowej młodzieży i potem uczyłam w tej szkole. Dysproporcje były ogromne. Niektóre dzieci urządzały prywatki na 50 osób z zaopatrzeniem zdobytym za żółtymi firankami właśnie. Kilka razy , podczas wycieczek szkolnych pogoniłam dzieciaki " do pola". Jeden z nich, z dużą dozą samoświadomości tłumaczył mi : " bo proszę pani najgorsze jest pierwsze pokolenie inteligencji, jak mój ojciec" .Odpowiedziałam: "zapomniałeś dodać inteligencji partyjnej". Też chętnie się zgodził. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Jakiś czas temu recenzowałam tu książkę Doroty Paśko -Sawczyńskiej o niemieckiej dziewczynie z Mazur. jej rodzice byli bogatymi chłopami. Mieli 200 ha ziemi i prawo do połowu ryb na całym Jezioraku. Kilkadziesiąt krów i koni. A jednak wszyscy członkowie rodziny ciężko pracowali choć mieli parobkow. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Jeździłaś na Służewcu więc nie broniłaś się od wywożenia gnoju. Ja to robiłam pasjami. Ta praca jest konkretna, widać jej wyniki. W przeciwieństwie do wielu innych prac - tym razem umysłowych- które wykonywałam. W młodości chodziłam z zaprzyjaźnionymi gospodarzami do młócenia. Był tam system rotacyjnej pomocy, dobrowolna komuna. Młóciło się po kolei u wszystkich, a maszyna była wspólna. Wytrzymywałam cały dzień. Byłam traktowana jako pełnoprawny pracownik i bardzo mi to imponowało. Potem była kolacja dla zasłużonych- jajecznica na ogromnych skwarach, za którymi nie przepadałam ale nawet nie pisnęłam. Nie przepadałam również za hebatą z cukrem i za winem porzeczkowym, ale to był cały rytuał. Byłam w zeszłym roku w Ochotnicy. Gospodarz po zawale, wysokie pola ugorowane. Świat się zmienia. |
|
|
Izabela Brodacka Falzmann Dziękuję za przypomnienie. Podsunę wnuczce i sama chętnie przeczytam. Pozdrawiam. |
|
|
Marcin Gugulski Motyw złotego (a przynajmniej: nie narzekającego na brak rodzicielskich pieniędzy) młodzieńca piorunem wychowywanego na mężczyznę poprzez ciężką pracę (na kutrze rybackim / na farmie) jest główną osią "Kapitanów zuchów" Rudyarda Kiplinga i ważnym wątkiem początkowej części "Łowcy szpiegów" Petera Wrighta.
Nieznających tych książek zachęcam do lektury.
Pozdrawiam |
|
|
Bez względu na to, jaką pracę wykonujemy w dzieciństwie/młodości musimy być przekonani o jej sensie i pożytku. To truizm, jednak moim zdaniem wcale nie rzadko ludzie młodzi nie wiedzą, nie są poinformowani, nie czują, nie przyjmują do wiadomości, nikt ich dostatecznie nie przekonał, odrzucili argumenty - ich zdaniem bałamutne, nie wierzą w żadną przyszłość , a tylko "tu i teraz", "tyranie za friko im nie pasi" . Celowo wymieniłam wiele powodów i wykrętów, które mogą spowodować, że praca fizyczna jak i każda inna będzie powodowała bunt i poczucie krzywdy. Moje osobiste doświadczenia bardzo ciężkiej i w 80% bezsensownej pracy od wczesnego dzieciństwa - zaowocowały niechęcią do wszelkiej "tyry", abnegacją intelektualną i teraz to wszystko się na mnie mści. |
|
|
przymusowo u bauera w Niemczech i widział tam córki okolicznych notabli pracujące przy dojeniu krów i wszelkich innych robotach rolniczych. Może "wódz" wydał taki nakaz? W każdym razie dziadek bardzo chwalił ten system i gonił nas do pracy fizycznej od najmłodszych lat.I chociaż byłam molem książkowym (w siódmej klasie umiałam na pamięć wszystkie opisy przyrody z "Chłopów" Reymonta) to nigdy się nie ociągałam.Same z tego korzyści, także świadomość swojego ciała,dbania o formę- masz satysfakcję z ilości "odwalonej" roboty ale musisz mieć do tego siłę.(I świetnie wyrabia nosa do wyczuwania nierobów i wszelkiej maści obiboków) |
|
|
Teresa Bochwic Bardzo słuszne uwagi, szczególnie z tą pracą salowego - bo ciężka praca studenta powinna być związana z jego przyszłym zawodem. To samo, co praca dla pieniędzy na zwrot długu, jak w opisanym przypadku. Bo jednak zdrowo jest, kiedy praca ma sens.
W 68 roku używana przez część władz i prasę nazwa "bananowe dzieci" oznaczała dzieci ludzi władzy, uprawnionych do zakupów w sklepach specjalnych, tzw. za żółtymi firankami, czyli w jedynym miejscu, gdzie można było kupić banany, do czasów Gierka nieznane w PRL. Pierwszy raz w życiu miałam w ustach skrawek banana kiedy miałam 11 lat, od koleżanki, której rodzice wrócili właśnie z "placówki" w Egipcie, czyli ambasady lub czegoś w tym rodzaju. Posady dostępnej tylko dla bardzo wąskiego grona. |
|
|
Jak zwykle, walka o "common sense", czyli zdrowy chłopski rozsądek, jest mottem pani kolejnej notki. I jeszcze, aby ludzie byli ludźmi. Tak niewiele i tak dużo, że aż niemożliwe. Trzeba by zmienić DNA połowy świata.
Podobno ludzi złych i dobrych żyje po równo na tym świecie, lecz czy ci źli nie mogliby żyć sobie na innej planecie? "Na każdych trzech mądrych i głupich jest trzech" powtarzam za Bułatem, lecz czy tych głupich nie można by powstrzymać przed rządzeniem światem? ... bo mnie się marzy lepszy świat, gdzie ludzie dobrzy i weseli i gdzie nie walczy z bratem brat...i marzę, aby chociaż raz wszyscy marzenie takie mieli.
Pozdrawiam serdecznie. |