Wczorajszy jednodniowy post udało się zakończyć. Podstawowe pożywienie to ogórek. Ja widzę jak na grupach „postowych” szczególnie dziewczyny takie cudowne dania z tych warzyw komponują, że to oczami można jeść. A ja to ogórka obiorę i zjem. Coś strasznego. No ale mam inne inklinacje, to jest skłonności. Wczoraj rozkminiałem czytanie pliku zmiennych środowiskowych w projektach pythona, szczególnie gdy stają się pod-projektami. Nie pytajcie. Trochę można się pogubić, a rozwiązania z kolei są piękne, eleganckie, prawie jak te śliczności na talerzu jakie tworzą poszczący na Dąbrowskiej. A ja… ogórka… o matko. No były jeszcze pomidory i cebula czerwona – a co – i jeszcze kalafior. Do picia woda plus ziołowo – owocowe herbatki i jako poszło. Łeb przestał dokuczać za co mu nie podziękowałem, a powinienem, bo my to tacy niewdzięczni jesteśmy, że jak coś dobrego nas spotka i zobaczymy to machamy ręką, a jak coś przykrego to zaraz tam się przejmujemy, że to wielka sprawa.
Tak mi przyszło do głowy, że jak siedziałem w środku tego rozwalającego bólu głowy to myślałem „to już koniec” i jedyne, co mnie jakoś popchnęło to „byle do końca dnia”. Ale serio tak myślałem albo może czułem, że to kicha i tak już będzie i muszę coś zrobić, żeby przestało. No a przestało, a ja nic nie zrobiłem, a przestało „samo”. Więc jak najdzie człowieka taki cień, taki tydzień, taka noc czasem, co się do serca wsącza, jakimś bólem, zwątpieniem czy zmartwieniem, to człowiek myśli „tak już będzie”. A taki zespół polski śpiewał, że „po nocy przychodzi dzień”. Niby to wszyscy wiemy. Niby to jasne, ale cholernie nam tego trzeba, gdy wydaje nam się, że to kaplica, koniec, że tak już będzie, że ten cień bez końca i będzie tylko gorzej. Nie. To też nauka z postu Dąbrowskiej, ale może i z życia? Po nocy przychodzi dzień. Okoliczności zmieniają się także na lepsze. Wiara w to, to jakby – nadzieja. To jest takie przekonanie, które trochę nas pojaśnia, a przecież jest prawdziwe.
Kupiłem jeszcze selera. Leży teraz sobie i czeka. Zastanawiam się w jakiej formie do niego podejść. Na początek surówka. Zetrę go na tarce z marchewką i będzie wyżerka że hoho. Nawet jak jem takiego ogórka to czuję, że jem. Tak haps, haps. Gryzę, mielę zębami. Ale… to nie jest kiełbasa ani mięso, więc… nie czuję się ociężały! Tylko leciutki kurcze blade. W sumie to nie wiem właściwie dlaczego to kurcze jest blade w przysłowiu. Nie mogłoby być kurcze szare albo czerwone? Na szczęście ogórki są zielone i dobre. Kiedyś jak jadłem to czułem nieprzyjemny smak. Bo my rzadko jemy ogórki bez przypraw, a wtedy próbowałem. Dzisiejsze stokrotkowe są ekstra. Takie lekko orzeźwiające. Nic w brzuchu nie zalega, można się najeść „do syta” i człowiek jest nadal skowronkiem.
No to wszystkim czytającym życzę właśnie dnia. Słonecznego i ciepłego. I tej świadomości, gdy przyjdzie cień, że po nocy przychodzi dzień. Bo przychodzi, czy nam się to podoba czy nie. I dla nas lepiej, żebyśmy to wcześniej dostrzegali. Smacznego!