Od rana w całej okolicy nie ma prądu, a bateria Eustachego na wyczerpaniu. Energii wystarczy zaledwie na krótki tekst. Ale to żaden kłopot, bo o czym tu pisać, gdy w centryfudze bieżączki od dawna wciąż wirują te same ochłapy, a z dostawani świeżonki krucho.
Krótko zatem. Niektórzy pytają czy Donald Tusk zdecyduje się, wbrew powszechnej opinii, już nie tylko opozycji, lecz także takich wyroczni progresu, jak Helsińska Fundacja Praw Człowieka czy Fundacja Batorego, zgłosić kandydaturę Macieja Berka na stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego? Co bardziej dociekliwi szacują czy premierowi wystarczy marionetek, wróć, kresek w sejmie, by przeforsować ten pomysł? Naiwni nie dowierzają, że doktor Berek, ponoć państwowiec z krwi i kości, przystanie na tę drwiącą z kanonów politycznej przyzwoitości propozycję.
Mnie zaś frapuje ukryty cel przeflancowania Berka do TK wprost z ministerialnego stołka. Przecież Tusk mógł wybrać jakiegoś równie sprawnego prawnika, ale nie obciążonego wątpliwościami proceduralnymi, spośród sprzyjających władzy elyt 3 RP. Widocznie jednak misja, jaką zamierza powierzyć nadministrowi, wykracza daleko poza zwykłe obowiązki sędziego. I wiele wskazuje na to, że Maciej Berek ma być w TK buldożerem, a nie arbitrem. Wszak co to konkretnie oznacza, aż strach pomyśleć. Lecz jeśli wierzyć zaciekłym przeciwnikom reżymu koalicji 13 grudnia, realizacja , ba, nawet próba realizacji jego misji sprawi, że wkrótce będzie nazywany w mediach Maciejem B., podobnie jak premier Donaldem T., nie mylić z Trumpem.
Chociaż być może czasy się zmieniają, bowiem Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski wciąż występują w generatorach rzeczywistości urojonej w pełni zdekonspirowani. Wyjątek stanowi ksiądz Olszewski, uparcie nazywany księdzem O., co akcentuje jego przestępczą działalność.
A spoglądając ma sprawę tożsamości szerzej, często kamuflaż typu Jarosław K. czy Karol N., bywa bardziej czytelny niż pełne personalia anonimowych w istocie statystów na scenie politycznej. Oni zyskują swoje 5 minut tylko wówczas, gdy wespół w zespół próbują stworzyć jakąś partyjną wioskę potiomkinowską, pół biedy, jeśli pod wymyśloną na chybcika nazwą w rodzaju Czwarte Bezdroże, Lewicowe Centrum czy Bezpruderyjni Samochwalcy. Gorzej, gdy przywłaszczają sobie te zapisane w dziejach, jak PPS, a na upartego i PSL, wywodzące się raczej z peerelowskiego ZSL, niż z tradycji Piasta czy Wyzwolenia.
Tylko patrzeć, gdy stosowne środowiska wznowią działalność ugrupowań mniejszości narodowych międzywojnia, na przykład Żydowskiego Demokratycznego Bloku Ludowego, partii Agudat Isreel, Bundu czy Ukraińskiego Zjednoczenia Narodowo-Demokratycznego.
W tym kontekście zastanawiam się czy nie należałoby objąć ochroną, nazwijmy to patentową, historycznego dziedzictwa, nie zawsze wprawdzie godnego naśladowania, inicjatyw politycznych
Prądu nadal nie ma, bateria zapada w letarg, więc już nie zdążę napisać czy pociechy moich znajomych władają lepiej francuskim czy mandaryńskim, bo według raportu firmowanego przez ministerstwo sportu „Polaków portret własny”, są to ulubione języki naszej młodzieży.
Sekator
Ps.
– Czyżby praindoeuropejski już zupełnie wyszedł z mody? – zastanawia się mój komputer.
– Na szczęście starocerkiewnosłowiański trzyma się jeszcze mocno, przynajmniej na polonistyce – pocieszam Eustachego.
.................................................................................
Senna mara Tuska poniżej:
dakowski.pl
😎
"Jarosław K. czy Karol N., bywa bardziej czytelny niż pełne personalia"
Ale już Donald T. nie za bardzo. Dlatego dodaję literkę do nazwiska i piszę Donald Tu. Co zresztą wskazuje na pewien związek z Tu-polewem, niekoniecznie młodego Stuhra :)