Jeśli dane medyczne połowy Polaków dostały się w ręce Putina (albo jakiegokolwiek nieprzyjaznego nam państwa, któremu zależałoby na wywołaniu u nas chaosu), to spodziewajcie się wkrótce takiego scenariusza:
Najpierw ktoś publikuje kilka autentycznych informacji o stanie zdrowia osób publicznych — niekoniecznie najważniejszych. Mamy wielu dziennikarzy śledczych, którym to można podrzucić, a ci to łykną i puszczą dalej, by promować swoje kanały.
To będą przecieki dotyczące jakiegoś posła, samorządowca, pułkownika, wysokiego urzędnika. Dane będą prawdziwe, więc część z nich zostaje potwierdzona przez otoczenie, dokumenty albo same zainteresowane osoby.
W ten sposób źródło zdobywa reputację: oni naprawdę mają bazę!
Potem pojawiają się kolejne przecieki. Część nadal jest prawdziwa, część już nie. Jednak odbiorcy nie mają jak odróżnić jednych od drugich! I wtedy można uderzyć w naprawdę ważne osoby: minister X leczy się psychiatrycznie, generał Y bierze silne leki neurologiczne, prezydent cierpi na chorobę, która wpływa na jego zdolność podejmowania decyzji, dowódca wojskowy jest niezdolny do służby.
W tym momencie nie trzeba już niczego udowadniać. Wystarczy, że wcześniej opublikowano kilka prawdziwych danych. To jest szczególnie niebezpieczne, bo prawdziwy wyciek tworzy parasol wiarygodności dla informacji fałszywych.
Destabilizujący efekt polegałby nie tylko na tym, że ludzie w to wszystko uwierzą, ale że przestaną wiedzieć, co jest prawdą.
Każda autentyczna informacja może zostać uznana za spreparowaną. Każda fałszywa za prawdziwą. Politycy zaczynają zaprzeczać. Media zaczynają weryfikować. Przeciwnicy polityczni podchwytują temat. Wojsko i administracja muszą dementować plotki dotyczące zdrowia swoich ludzi.
A społeczeństwo zaczyna się zastanawiać, czy osoby podejmujące kluczowe decyzje są w ogóle zdolne do pełnienia swoich funkcji. I nie tylko obecnie rządzący, ale też opozycja!
Dlatego wyciek danych medycznych 19 mln Polaków jest czymś znacznie groźniejszym niż zwykła baza PESEL-i.
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS
PS. Tu moje wstępne ustalenie co do firmy MyDr z której wyciekły dane: x.com/gps65/status/2087654643287663049
Problem nie jest w Putinie. Problem jest systemowy.
Nie ma racjonalnych powodów do gromadzenia danych, które mogłyby tłumaczyć interes społeczny - wymóg stanowienia prawa i wydawania publicznych pieniędzy - ponieważ do leczenia ludzi centralizacja gromadzenia danych nie jest potrzebna.
Spotkałem się natomiast z takimi potrzebami i zadowoleniem z gromadzenia danych i ich przepływu. Ostatnio nawet z zadowoleniem, mimo błędnych przekierowań i zablokowania dostępu pacjenta do świadczeń. Różne są więc potrzeby ludzkie, co nie oznacza, że powinny być realizowane przez państwo i za pieniądze publiczne. To są sprawy prywatne i nie ma przeszkód, by prywatne firmy zaspokajały takie potrzeby.
Problem z państwem jest taki, że nie dość, że gromadzi dane pod fałszywymi pozorami, ale jeszcze następstwa swojej nieudolności w ich ochronie przerzuca na obywateli, którzy tego nie chcą.
Następnie, po zaistnieniu przewidywalnego problemu wskazują fałszywe drogi ich rozwiązywania jak zapisywanie się do kolejnych pułapek informatycznych jak MObywatel by blokować w nim pesel, z powodów, które samo wbrew prawu stworzyło. To się chyba nazywa metodą na wnuczka.
Zaistniały epizod w systemowym naruszaniu bezpieczeństwa publicznego może być wojną hybrydową, ale prawdopodobny jest szantaż w celu wymuszenia pieniędzy i przepisów na "doskonalenie systemu".
Podejrzane są firmy informatyczne i międzynarodówka.