Pewien mój znajomy zgromadził archiwa- jak to nazywaliśmy - „stalinianów”, czyli utworów będących zapłatą artystów za konfitury, którymi karmiła ich władza ludowa. Na teczce z wycinkami kolega umieścił napis „ Who is who?” z dodaną na końcu drugiego who literką czytaną po angielsku jako dżej. Prymitywny dowcip a jednak nas cieszył. Mieliśmy zamiar wydać fragmenty tych utworów jeszcze za konspiry ale wydawca się wycofał, a nam zabrakło rozpędu. Ubiegł nas Stefan Kobierzycki wydając „Liber Lizusorum”, małą książeczkę z nie najlepszym wyborem tekstów. Chyba niesłusznie i odrobinę megalomańsko uznaliśmy, że to wydanie ma działać jak wypalanie traw przed pożarem lasu. Faktycznie po wyśmienitej, wyczerpującej „Czerwonej mszy” Bohdana Urbankowskiego oraz tym skromnym „ Liber Lizusorum” Stefana Kobierzyckiego niewiele można już pozornie dodać. A jednak w naszych zbiorach są utwory publikowane tylko w latach pięćdziesiątych, tak kompromitujące, że nobliwi ( u mnie ten przymiotnik wywodzi się od nagrody Nobla, a nie od zasady „noblesse oblige”) twórcy starannie usuwali je z bibliotek. Czy do kogokolwiek dzisiaj przemawia jednak drukowany tekst? Ja jestem – jak to się mówi - z epoki Gutenberga co oznacza, że przemawia do mnie wyłącznie drukowany tekst. Nie oznacza to natomiast że mam przeszło 600 lat jak to insynuował pewien dowcipny słuchacz seminarium poświęconego tym problemom. Mam odrobinę mniej. W nadziei że przytaczane teksty również do kogoś przemówią na pierwszy ogień biorę Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Oto jego wiersz drukowany w kalendarzu Szpilek z 1955 roku.
Powiastka o czterech wytrwałych reakcjonistach
„Czterej wytrawni reakcjoniści
Postanowili urządzić wyścig
na ciemnogrodzkim stadionie, lecz nie
naprzód, jak trzeba, tylko w tył, wstecznie.
Cały Ciemnogród wyległ na wały,
ażeby widzieć bieg pełen chwały,
jak się tych czterech do tyłu ściga,
rozkoszna rzec by można, fatyga.
Ponure ciotki, badaczki kałów,
I dwa tysiące stu klerykałów,
I spekulanci, i organiści-
Wszystko to chciało oglądać wyścig”.
Pewna młoda polonistka zapewniała mnie, że jest to pastisz. Twierdziła, że Gałczyński przewrotnie sobie kpi z partii, rządu, zadań socjalistycznego artysty i komunistycznych dogmatów. Atmosfera czasów stalinowskich w Polsce jest faktycznie trudna do uchwycenia i opisania. Próbował to zrobić Sławomir Koper, ale nie do końca mu się to udało. Te czasy czekają na wnikliwego obserwatora i świadka epoki, lecz świadkowie niestety nadal boją się ujawniania tajemnic, a poza tym nieodpowiedzialnie wymierają nie pozostawiając swego świadectwa.
Wracając do Gałczyńskiego. Był on typowym człowiekiem żyjącym w rozkroku. Wiedział dobrze, że komunistycznej władzy trzeba coś rzucić w rewanżu za przywileje. Za wczasy w Nieborowie, wysokie nakłady, czy willę w Aninie. Jego tęsknoty czy aspiracje były jednak zupełnie nie komunistyczne ani nawet nie socjalistyczne. Nie obchodziła go w najmniejszym stopniu jakaś tam sprawiedliwość społeczna. Ze wszystkich sił manifestował przynależność do elity i to nie tylko twórczej lecz nawet rodowej. Jego żona, znana z jego licznych wierszy Natalia, była jak obydwoje twierdzili ( sama to słyszałam) jakąś tam księżniczką, gruzińską czy może inną. Trudno w to uwierzyć gdyż Natalia z domu nazywała się Awałow, a jej ojciec był zwykłym ruskim sołdatem. Bezsporny wielki talent Gałczyńskiego faktycznie pozwalał mu igrać językiem i znaczeniami własnych utworów. Wiedział jednak dobrze na której półce stoją konfitury.
Drugie miejsce w dzisiejszym konkursie lizusostwa przypada Wisławie Szymborskiej. Podaję fragment jej wiersza pod tytułem „Malowidło w Pałacu Zimowym” ze zbioru „Kraj Rad w poezji polskiej”, Wydawnictwo Łódzkie.
„Więc zapadaj się jak w topiel w głąb zwierciadła,
Jazdo moru, jazdo głodu, pańska jazdo,
z każdą chwilą podobniejsza do widziadła
kawalerio kapitału, na dno, na dno”.
Nie cytuję całego wiersza bo jest tak kiepski, że szkoda wysiłku na przepisywanie gniotów . Nie zamierzam też przeprowadzać pełnej szacunku egzegezy tego wiersza. Mamy tu nie tylko służalczość wobec systemu, służalczość bezsporną, której Szymborska dała pełny wyraz poparciem dla prześladowania biskupa Kaczmarka. Widać tu przede wszystkim głębokie, prostackie resentymenty, nienawiść wobec „ pańskiej jazdy”, którą noblistka uporczywie wysyła na dno.
Trzecie miejsce w moim konkursie otrzymuje Ryszard Kapuściński za wiersz pod tytułem „ Brygada Dzierżyńskiego”
„Chce
poszarpać wróg
naszą zwartość
Zwalić to co jak ciało bliskie
Przyszedł
w słowach Sekretarza Partii
na hutę- Towarzysz Dzierżyński
Nie postacią w płaszczu skórzanym
Nie twarzą z siwiejącą bródką
lecz
uporem
czujnością nieznaną
ludzką wiarą-
w pamięci im utkwił”.
Nie będę nudzić czytelników całością tych bredni. Pomyślmy, że Kapuściński tak nieporadnie sławiący czerwonego kata Dzierżyńskiego jest nam przedstawiany jako ikona rzetelnego, niezależnego dziennikarstwa? Kiedy to stał się rzetelny? Od kiedy był niezależny?
Rozważając rolę jaka odegrali tak zwani artyści w instalowaniu stalinizmu w Polsce na ogół usiłuje się pomniejszyć ich winy przypisując im heglowskie ukąszenie, czyli ślepą i naiwną wiarę w nowy ustrój mający zapewnić sprawiedliwość społeczną. Pojęcie to wprowadził czy spopularyzował Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle”. O wiele surowiej ocenia się na ogół koniunkturalistów, którzy służyli totalitarnemu systemowi dla wygody, dla zysku, dla przywilejów. Ich oskarża się o hipokryzję i o nich śpiewał Kazik „ Wszyscy artyści to prostytutki”. Ja skłaniałabym się raczej do zdania François de La Rochefoucauld, który twierdził, że „hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie”. Stokroć wolę człowieka który za bohaterką „Metamorfoz” Owidiusza powiada „video meliora proboque deteriora sequor” ( wiem co jest dobre niestety idę za gorszym) od tych, którzy wiernie służyli komunie tłumacząc się fascynacją jej ideami, czyli miłoszowym heglowskim ukąszeniem i nadal chcą być na świeczniku, odgrywać rolę społecznego autorytetu.
Witam Panią!
Własnie wróciłem do "dzieł wszystkich" W Łysiaka i na chybił trafił wpadła mi w ręce książka pt.
KARAWANa LITERATURY tam są prawie wszystkie nazwiska miłujących PZPR,Stalina et consortes.
Polecam uzytkownikom NB...
Gdzie?
W 1951r. Miłosz napisał o innych "Zniewolony umysł" chyba tuż po tekście Piaseckiego "Były poputczik Miłosz":
"Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego "samobójcy", który wybrał gorzki chleb emigracyjny, byle tylko nie iść na kompromis ze swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, oparta na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu".
Trudno nie znaleźć współczesnych analogii wśród mniej lub bardziej udanych artystów, ale i wśród polityków mamy podobne przemiany. Póki byli u władzy prowadzili Polskę w krainę szczęśliwości, a po przejściu do opozycji nagle stali się krytykami problemów, które sami stworzyli.