Nic. Wszystko zależy od tego, kto je zapewnia. To pytanie jest pozornie naiwne, ale kryje w sobie fundamentalną pułapkę myślową, w którą wpada większość etatystów — mieszanie skutku z narzędziem jego osiągania. Otóż w pełnym zatrudnieniu nie ma nic złego. To wspaniały stan. Problem pojawia się dokładnie wtedy, gdy państwo postanawia to pełne zatrudnienie zapewnić poprzez regulację gospodarki. I na tym polega clou całego sporu — nie o cel, lecz o metodę.
Rynek sam generuje zatrudnienie — gdy mu nie przeszkadzać
Ludwig von Mises w „Ludzkim działaniu" (Human Action, 1949) wyjaśnił to z żelazną logiką: bezrobocie w wolnej gospodarce rynkowej jest zawsze i wyłącznie efektem interwencji państwa lub związków zawodowych, które utrzymują płace powyżej poziomu równowagi rynkowej. Innymi słowy: gdyby płace mogły swobodnie się dostosowywać, każdy, kto chce pracować, znajdzie pracę. To nie rynek produkuje bezrobocie — to regulacje je utrwalają.
Mises pisał wprost: gdy rządy i związki zawodowe sztucznie windują płace ponad poziom, który rynek jest w stanie udźwignąć, tworzą trwałą nadwyżkę siły roboczej. Bezrobocie to nie wada rynku — to skutek uboczny interwencji w rynek.
Keynesowska pułapka: zatrudnienie jako cel sam w sobie
Koncepcja państwowego pełnego zatrudnienia pochodzi wprost z keynesizmu — z przekonania, że rząd może i powinien zarządzać popytem zagregowanym tak, by utrzymywać gospodarkę blisko stanu pełnego zatrudnienia. Brzmi rozsądnie. W praktyce prowadzi do katastrofy.
Friedrich Hayek w swoim wykładzie noblowskim z 1974 roku — „Pretension of Knowledge" (Pretensja do wiedzy) — uderzył w sam rdzeń tego myślenia. Rząd nie dysponuje wiedzą niezbędną do centralnego sterowania zatrudnieniem. Rynek przetwarza miliony sygnałów cenowych, preferencji, lokalnych uwarunkowań — żaden urząd centralny tego nie odtworzy. Gdy państwo próbuje zapewnić zatrudnienie, nieuchronnie alokuje zasoby błędnie, utrzymując przy życiu nieefektywne sektory kosztem tych, które mogłyby się rozwinąć.
Hayek nazwał to „fatal conceit" — śmiertelną pychą. Przekonaniem, że planista wie lepiej niż miliony uczestników rynku, gdzie praca powinna powstawać.
Błędna alokacja kapitału i cykl koniunkturalny
Mises i jego uczeń Murray Rothbard w teorii cyklu koniunkturalnego (Austrian Business Cycle Theory) pokazali mechanizm, który jest bezpośrednio związany z polityką pełnego zatrudnienia: gdy bank centralny (działając pod presją polityczną, by utrzymać pełne zatrudnienie) sztucznie zaniża stopy procentowe i pompuje pieniądz w gospodarkę, tworzy boom zatrudnienia — ale oparty na błędnych inwestycjach (malinvestment).
Przedsiębiorcy, wprowadzeni w błąd fałszywymi sygnałami cenowymi, inwestują w projekty, które bez taniego kredytu nigdy by nie powstały. Zatrudniają ludzi. Wszystko wygląda świetnie — do momentu, gdy bańka pęka. Recesja jest wtedy nieuchronna i boli tym bardziej, im dłużej trwał sztucznie podtrzymywany boom.
Rothbard w „America's Great Depression" (1963) pokazał, że Wielki Kryzys nie był efektem nieregulowanego kapitalizmu — lecz właśnie polityki taniego pieniądza prowadzonej przez FED w latach 20-tych w imię stabilizacji zatrudnienia i cen.
Hamowanie modernizacji — wprost z programu Tymińskiego
Tymiński pisał w swojej broszurce wprost: „Po co nam nowoczesne maszyny, kiedy to samo można produkować przy użyciu starych maszyn i zatrudnieniu większej ilości ludzi."
To zdanie zasługuje na chwilę skupienia. To nie jest naiwność — to świadomy postulat antyproduktywistyczny. Mises w „Liberalizmie" (1927) i w „Ludzkim działaniu" wielokrotnie omawiał ten błąd: jest to lump of labour fallacy — błąd stałej ilości pracy. Przekonanie, że ilość miejsc pracy w gospodarce jest stałą, którą trzeba dzielić, a nie zmienną, którą wolny rynek nieustannie generuje na nowo w nowych formach.
Historia uczy, że każda rewolucja technologiczna — od mechanizacji tkactwa w XVIII wieku, przez elektryfikację, po automatyzację i komputeryzację — wywoływała panikę o miejsca pracy. I za każdym razem nowe technologie nie likwidowały zatrudnienia netto, lecz przesuwały je do sektorów wcześniej nieistniejących, podnosząc jednocześnie ogólny poziom życia.
Gdy państwo hamuje modernizację, by chronić miejsca pracy, konserwuje ubóstwo. Nie chroni pracowników — skazuje ich na niższe płace realne, bo wydajność ich pracy stoi w miejscu.
Bezrobocie jako niezbędny element rynkowego dostosowania
Henry Hazlitt w „Ekonomii w jednej lekcji" (1946) — książce, którą powinien znać każdy, zanim wypowie frazę „pełne zatrudnienie” — pisał, że polityka ekonomiczna jest dobra tylko wtedy, gdy analizujemy jej skutki nie tylko dla jednej grupy i nie tylko w krótkim terminie, lecz dla wszystkich i w długim terminie.
Tzw. frykcyjne bezrobocie — gdy pracownicy przechodzą między pracami, gdy branże się restrukturyzują — jest objawem zdrowia rynku, a nie choroby. To sygnał, że zasoby się realokują tam, gdzie są bardziej produktywne. Państwowe pełne zatrudnienie ten sygnał zagłusza lub wręcz karze za jego słuchanie.
PRL jako laboratorium pełnego zatrudnienia
Nie trzeba sięgać po modele teoretyczne — mamy własny, bolesny eksperyment historyczny. Polska Rzeczpospolita Ludowa oficjalnie miała pełne zatrudnienie. Konstytucja PRL z 1952 roku gwarantowała prawo do pracy. Bezrobocie było prawnie niemożliwe.
Efekt? Ukryte bezrobocie w zakładach pracy, gdzie trzy osoby robiły robotę jednej. Brak innowacji, bo po co inwestować w maszynę, skoro można zatrudnić człowieka za grosze płacone przez państwo. Permanentne niedobory dóbr i usług, bo gospodarka produkowała to, co nakazał plan — nie to, czego potrzebowali ludzie. I w tle — stały drenaż mózgów tych, którzy chcieli pracować wydajnie, a nie być zatrudnionym.
To jest właśnie ta różnica, której nie rozumieją etatyści: między pracą a zatrudnieniem. PRL produkował zatrudnienie. Wolny rynek produkuje pracę — czyli działalność wytwarzającą realną wartość.
Cel dobry, metoda zbrodnicza
Tak więc: pełne zatrudnienie jako stan — piękne marzenie, naturalny efekt wolnego rynku. Pełne zatrudnienie jako cel polityki państwowej realizowany przez regulacje, subsydia, blokowanie modernizacji i centralną alokację kapitału — to droga prostą linią do PRL-u, stagnacji i ubóstwa.
Mises, Hayek, Rothbard, Hazlitt — wszyscy mówili to samo, różnymi słowami: nie ma drogi na skróty. Prosperity rodzi się z wolności gospodarczej, z prawa własności, z niezniekształconych sygnałów cenowych. Każda próba odgórnego zapewnienia zatrudnienia niszczy dokładnie te mechanizmy, które zatrudnienie w sposób naturalny generują.
Tymiński nie proponuje drogi do pełnego zatrudnienia. Proponuje metodę jego symulacji — metodę rodem z PRL-u. I to jest właśnie istota endokomuny: dobry cel, zbrodnicze narzędzie.
Grzegorz GPS Świderski
Kanał Blogera GPS
X.GPS65
PS. Notki powiązane:
Tagi: gps65, ekonomia, libertarianizm, ASE, Mises, Hayek, pełne zatrudnienie, endokomuna.