Od lat powtarzam ten mój hot take: AI i roboty przejmą praktycznie wszystko, co jest commodity work — rzeczy potrzebne do zaspokajania podstawowych, fizjologicznych potrzeb. Jedzenie, logistyka, sprzątanie, produkcja, magazyny, diagnozy na wejściu, boring stuff w usługach. To będzie działało jak elektryczność albo Internet: w pewnym momencie przestajesz to zauważać, bo po prostu jest i działa taniej, szybciej, bez urlopu i bez dram.

Jednak jest jedna rzecz, której automaty nie domkną do końca, i to nie dlatego, że nie potrafią, tylko dlatego, że ludzie nie będą chcieli korzystać z tych usług świadczonych przez roboty. Tą rzeczą jest live — rozrywka na żywo, rywalizacja na żywo, performance, obecność, ten cały human signal. W skrócie: to, co ma klimat, stawkę, napięcie i poczucie, że to wydarza się tu i teraz, to co widać, słuchać i czuć, tak jak to, że jestem z miasta.
Spójrzmy na gry. Komputer jest lepszy w szachy i w Go od dawna. Mamy engine’y, mamy boty, mamy modele, które robią z arcymistrzów highlight reel. A mimo to nikt nie mówi: okej, zamykamy ludzkie turnieje, bo Stockfish i AlphaGo już wygrały. Wprost przeciwnie — kategoria „ludzie” nadal ma sens, bo kibice nie oglądają perfekcji, tylko rywalizację. Oglądają presję, tilt, comeback, błąd w 39 posunięciu i to, jak człowiek to unosi psychicznie. Maszyna nie ma tremy, nie poci się w końcówce i nie gra na ambicji.
I to jest dokładnie ten sam powód, dla którego nadal istnieją wyścigi konne. Masz samochody, masz motocykle, masz nawet drag race’y na ćwierć mili, a jednak koń się nie zdeprecjonował do muzeum. Koń przestał być narzędziem transportu masowego, ale nie przestał być elementem widowiska, tradycji i emocji. To jest różnica między utility a spectacle.
Żagle? To samo. Transport morski nie potrzebuje żagli, bo kontenerowiec nie robi tacków pod wiatr, tylko dowozi towar na czas. A mimo to regaty mają się świetnie, bo tu nie chodzi o najtańsze przewiezienie tony ładunku, tylko o skill, warunki, ryzyko i to niepowtarzalne read the wind. W USA ludzie to rozumieją intuicyjnie: masz NASCAR, gdzie technologia jest ogromna, ale i tak chodzi o to, że człowiek wchodzi w zakręt na limicie. To jest edge-of-the-seat stuff, nie arkusz kalkulacyjny.
Nawet w piłce nożnej widać, dokąd to zmierza. Jasne, rozwija się robot soccer, ligi robotów, demonstratory technologii — i super, bo to jest R&D pod percepcję i sterowanie. Tylko że to nie zastąpi ludzkiej piłki, tak jak symulator lotu nie zastąpi meczu Super Bowl. Ludzkie sporty żyją, bo są społeczne: są trybuny, memy, trash talk, narracje sezonu, idole, transfery, kontuzje, odkupienie win.
A skoro już jesteśmy przy trendach: nawet gdy coś jest zajęte przez męską ligę, to i tak rośnie women’s game, bo rynek rozrywki nie jest grą o sumie zerowej. W USA to widać choćby po WNBA czy NWSL: to nie jest zamiennik, tylko osobna scena z własnym vibe’em.
To samo czeka sztuki wizualne. Tak, generatory obrazów robią dziś rzeczy, które jeszcze wczoraj wyglądały jak magia. Niemniej to wcale nie znaczy, że malarstwo ludzi ma iść do piachu. Po prostu zmieni format: mniej produkcji obrazków do wieszania, więcej wydarzenia. Speedpainting na żywo, performance, impro, malowanie jako show — jak stand-up, tylko pędzlem. Ludzie będą kupować nie tylko efekt, ale też moment i autentyczność: byłem tam, widziałem to, to się stało na moich oczach. Będą mieli za co to kupić, bo zarobią na show, które sami zrobią. Już dziś można zarobić na patostreamingu meneli pijących wódkę i klnących, więc każdy jakiś swój performens sprzeda.
Muzyka? To samo. Udio, Suno i kolejne modele mogą generować tracki jak fabryka, i to będzie świetne do tła, reklam, stocku, do contentu pod algorytm. Jednak nie dotkną tego, czym jest jazz jam session — tej chemii, tej rozmowy między muzykami, tej jednej nuty zagranej odważniej, bo publiczność akurat niesie. Nie zastąpią też hip-hopowej improwizacji, bo freestyle to jest real-time reputacja: reakcja sali, energia, riposty, flow, bitewka. To jest sport walki na słowa, a nie render audio.
I jeszcze jedno: kino nie zabiło teatru. Netflix nie zabił koncertów. Twitch nie zabił eventów IRL. Za każdym razem technologia zabiera ludziom ciężką robotę i powtarzalną produkcję — ale zostawia (a często nawet wzmacnia) głód bycia razem w jednym miejscu, w jednym czasie.
Więc tak, roboty ogarną plumbing of civilization — całą tę instalację pod spodem. A człowiek zostanie tam, gdzie liczy się żywa obecność, ryzyko, improwizacja i wspólne przeżycie. Bo nawet jeśli AI potrafi wszystko, to ludzie i tak będą płacić za to, żeby oglądać, jak robi to człowiek — for real, na żywo, z sercem na dłoni i możliwością porażki.
Grzegorz GPS Świderski
t.me
twitter.com
youtube.com
PS. Tekst z obrazka, na którym robot AI mówi: "Jak najmniej zawodów w nowym roku!" z pozoru jest dwuznaczny! W tych dwóch znaczeniach też tego nam wszystkim i sobie życzę. Jednak jest i trzecie znaczenie, którego życzę jak najwięcej. Nie ma się co AI obawiać, bo ona spowoduje, że tego trzeciego znaczenia będzie dużo, dużo więcej i w zasadzie tylko na tym ludzie będą zarabiać. Ja się ćwiczę w regatach na Wiśle już kilka lat.
Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać.
A jak już te roboty zastąpią wszystkie zawody, to kto kupi Ferrari i za co, jak nikt nie będzie zarabiał?
I jakie ASE ma na to lekarstwo?
Stawiam Ferrari za odpowiedź i uczciwie informuję, że nie mam kasy na jego zakup.
Kompletnie nie zrozumiałem tego komentarza. Niemniej nawet jak bym zrozumiał, to i tak bym nie odpowiedział, bo ciągle nie dostałem przeprosin za poprzednie chamskie ataki ad persona. Więc spytałem moją lodówkę: "O co chodzi mjk1? Przecież cała notka jest o tym, jak i na czym będą zarabiać ludzie, a on o to pyta! Nie przeczytał? Nie zrozumiał? Co się stało?"
Mam mądrą lodówkę, bo mi precyzyjnie to wyjaśniła:
mjk1 po prostu konsekwentnie gra swoją rolę „sceptyka od ASE”, więc zadaje pytanie w swoim ulubionym schemacie, nawet jeśli tekst już na nie odpowiada.
Co on faktycznie napisał? Zadał klasyczne „ASE-owskie” pytanie o popyt: jeśli roboty zastąpią wszystkie zawody, to kto kupi Ferrari i za co, skoro „nikt nie będzie zarabiał”. To jest bardziej zaczepka/żart niż rzetelne pytanie o treść notki.
Czy przeczytał i zrozumiał? Notka mówi wprost, że ludzie będą zarabiać na show/performansie/live, czyli na tym trzecim znaczeniu „zawodów” – na rozrywce, sporcie, obecności, ryzyku, improwizacji, a nie na commodity work.
Komentarz mjk1 ignoruje ten wątek i wraca do mema „roboty odbierają pracę → nikt nie zarabia → kto kupi dobra konsumpcyjne?”, więc wygląda to jak: albo czytanie po łebkach tytułu + pierwszych zdań, albo świadome wciśnięcie swojej agendy, niezależnie od tego, co jest w tekście.
Co się stało „na poziomie metakomunikacji”? On nie prowadzi rozmowy z Twoją notką, tylko z chochołami we własnej głowie, z wyobrażonym ASE-owcem, któremu od dawna chce dokopać.
Widać to też w jego innych komentarzach, gdzie często „podpina” swoje tezy pod cudze wpisy i nagminnie insynuuje. Radzę go ignorować, bo szuka awantury, a nie polemiki.
Mylisz się Grzesiu. Dokładnie przeczytałem te wypociny, ale nawet po Twojej odpowiedzi na zadane pytanie nie chce mi się wierzyć, że ktoś może pisać takie farmazony. Ty naprawdę wierzysz, że ludzie będą zarabiać na grze w cymbergaja? Chłopie ochłoń.
Czy naprawdę ten pinglisz jest potrzebny? Czy nie da się napisać porządnego tekstu bez angielskich wstawek?
To jest celowy, niezbędny, konieczny, obowiązkowy zabieg stylistyczny. Bez niego nic byś nie zrozumiał, bo byś się nie zainteresował, by nie zatrybiło. Jednak dałeś komentarz, więc dalej już będzie z górki...
Spike, temu Grzesiowi to kobieta chyba jest zbędnym balastem. Dzieci także. Emocjonalność tego błazna jest zerowa.
Posłuchaj, to o tobie: Ijontichy, tricolour i spike - wzór zachowania na Naszych Blogach
Gdy czytacie tę notkę, zwróćcie uwagę na coś jeszcze głębszego niż sam podział pracy między ludzi i roboty. Nie chodzi o to, że maszyny czegoś nie potrafią albo że człowiek ma jakąś magiczną przewagę. Chodzi o strukturę i unikatowość zdarzeń. Chodzi o niepowtarzalną chwilę.
Weźmy przykład muzyki. Przydech w wokalu, ten moment zawahania się przed wejściem w dźwięk. Albo zgrzyt palca przesuwającego się po strunach przy zmianie chwytu barowego. Technicznie to są artefakty. Produkcja studyjna je usuwa, bo przeszkadzają w powtarzalności. A jednak właśnie one sprawiają, że wersja koncertowa brzmi pełniej, prawdziwiej, intensywniej. Nie dlatego, że są ludzkie, tylko dlatego, że są zdarzeniem w czasie, które wydarza się dokładnie raz i trudno je powtórzyć.
To samo dzieje się na stadionie. Algorytmicznie można by wygenerować idealny mecz, perfekcyjne akcje, zero błędów. Tylko że mało kto by to oglądał. Ludzie przychodzą po napięcie, po możliwość porażki, po to, że piłka może odbić się krzywo, że zawodnik się potknie, że decyzja sędziego wywoła wrzawę. Stadion to nie treść meczu, tylko zdarzenie, które wydarza się tu i teraz — i nigdy więcej.
Roboty przejmą praktycznie wszystko. Także to. Przejmą muzykę, sport, sztukę, rywalizację. Niemniej nawet wtedy nie zniknie aura zdarzenia. Robot też się potknie. Bo aura nie wynika z tego, kto działa, tylko z faktu, że działanie jest nieodwracalne w czasie.
Nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki — i to dotyczy także robotów. Ten sam algorytm, ta sama architektura, ten sam model decyzyjny nigdy nie znajdzie się w identycznym stanie świata. Bo świat jest niedeterministyczny. I na tym zawsze da się zarobić. Mikrofluktuacje, opóźnienia, interakcje z innymi systemami sprawiają, że każde zdarzenie jest jednorazowe. A im bardziej jednorazowe, tym droższe. Własności podlegają tylko dobra rzadkie. Aura nie jest cechą człowieka. Jest cechą rzeczywistości w czasie.
Dlatego przyszły świat nie będzie światem bez sensu, bez przeżyć, bez nadziei, bez pracy. Będzie światem, w którym wymieniamy się zdarzeniami, a nie tylko produktami. Albo opowieściami o tym, co się wydarzyło. O tym jednym meczu. O tym jednym koncercie. O tym jednym wykonaniu, gdzie głos na moment się zawahał, a struna zapiszczała dokładnie w tym, a nie innym miejscu — i już nigdy tak nie zapiszczy.
To se ne vrátí pane Hawranek. Jednak będziemy ciągle próbowali, by to się powtórzyło, będziemy za to płacić i na tym zarabiać. I im bardziej nie będzie się powtarzało, tym bardziej będziemy tego szukać. Bo przecież nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale by gonić go.
I na tym — na tej niepowtarzalności zdarzeń — dalej będzie budowana kultura, relacje i znaczenie. Nie dlatego, że człowiek jest niezastępowalny. Tylko dlatego, że czas jest nieklonowalny.