Postulat aby sito nie gubiło diamentów towarzyszy nam od czasów realnego socjalizmu. Co roku jesteśmy świadkami podobnego spektaklu. Absolwenci podstawówek usiłują znaleźć miejsce w liceum. Zdesperowani rodzice krążą między szkołami usiłując wepchnąć dziecko najpierw do jakiejś szkoły o ustalonym prestiżu a potem do jakiejkolwiek szkoły średniej. W tym roku sytuacja jest wyjątkowo trudna i wręcz podejrzana. Dla wielu dzieci zabrakło miejsca w jakimkolwiek liceum podczas gdy mamy obecnie podobno do czynienia z niżem demograficznym. Nic dziwnego, że wśród zdesperowanych rodziców i wśród dzieci krążą różne teorie spiskowe. Jedni twierdzą, że bezwzględne pierwszeństwo w przyjęciu do liceum mają dzieci ukraińskie. Bardzo w to wątpię bo łatwo byłoby to sprawdzić śledząc listy przyjęć. Każda szkoła wyznacza liczbę punktów, które musi zdobyć dziecko aby w tej szkole znaleźć miejsce. Punkty są przyznawane za wyniki egzaminu ósmoklasisty, za oceny na świadectwie, za udział w konkursach oraz za wolontariaty. Zamiast uczyć się do egzaminu dzieciaki walcząc o dodatkowe punkty wyprowadzają psy w schroniskach na spacer, startują w konkursach tańca i wycinanek łowickich. Walka o miejsce w liceum staje się rodzajem wolnej amerykanki w której dozwolone są wszystkie chwyty. Czy faktycznie miejsce w liceum powinno być zagwarantowane wyłącznie dla dzieci z szóstkami na świadectwie? Wielu nauczycieli szkół podstawowych nie chcąc zamykać dzieciom drogi do liceum ofiarowuje im na pożegnanie piątki i szóstki nie koniecznie im należne. Potem okazuje się, że dziecko z szóstką z matematyki na świadectwie nie umie dodawać ułamków. Postulat „żeby sito nie gubiło diamentów” oznacza troskę aby system rekrutacji do szkół średnich i na wyższe uczelnie nie eliminował osób wybitnie utalentowanych na rzecz mniej utalentowanych lecz posiadających bardziej znaczące atuty. Przede wszystkim protekcje i koneksje. Uczyłam w tych czasach w szkole średniej, która pomimo przyzwoitej kadry nauczycieli starej daty stała się typową szkołą czerwonej burżuazji. Mocno partyjny dyrektor szkoły miał zwyczaj przed rozpoczęciem rekrutacji mówić otwartym tekstem: „ jeżeli ktoś ma jakieś protekcje proszę to zgłaszać teraz żeby potem nie było pretensji”. Stanowczo zaprotestowałam gdy na miejsce dziewczynki która świetnie zdała egzaminy wepchnął tępą i bezczelną córkę dyrektora znanych linii lotniczych. Przyjął niechętnie również tę pierwszą komentując ironicznie: „ Nie wybierasz się czasem lotem czarterowym gdzieś na zachód?”. Gdybym nawet chciała nie mogłabym się wybrać gdyż nagminnie nie dostawałam paszportu o czym zapewne doskonale wiedział.
W Szkole Teatralnej i w Akademii Sztuk Pięknych listy przyjętych były podobno ustalone na kilka lat naprzód. Oczywiście co roku przyjmowano kilku zdolnych prowincjuszy bo ktoś musiał być mięsem armatnim tych prestiżowych uczelni. Absolwentki Akademii Sztuk Pięknych bez zaplecza w sferach elity, której herbem był sowiecki tank uczyły potem plastyki w szkołach i przedszkolach. Tak było ale wcale nie minęło. Świadczą o tym perypetie obecnych ósmoklasistów. Znam przypadek dziewczynki która z egzaminu z matematyki otrzymała 97% z angielskiego 100% i została przyjęta do peryferyjnego liceum do którego dojazdy zajmą jej dwie godziny dziennie. Inne dzieci z jej szkoły nie dostały się nigdzie. Staranie o miejsce w liceum to strategia wymagająca nie tyle wiedzy i talentu lecz przede wszystkim cierpliwości i zapobiegliwości. Nie chcę rozwodzić się na temat metod pozaprawnych ale pewien rodzić powiedział mi z całą otwartością: „ Wolę zainwestować w miejsce w liceum publicznym niż płacić cztery lata za miejsce w liceum prywatnym o wiele gorszym od publicznego”. To dobry przykład zjawiska o którym Boy Żeleński pisał: „Oto jak nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi” Jak twierdzą dzieci i ich trzeźwo myślący rodzice dobra szkoła publiczna to taka, która nie uczy ale wymaga. Kiepska szkoła nie uczy i nie wymaga. Optymalna strategia to dostać się do szkoły z dobrą renomą. W Warszawie będzie to Staszic, Batory czy Jeziorański. Natomiast uczyć się trzeba na korepetycjach w trakcie których nauczyciele prezentują talenty dydaktyczne jakich brakuje im często w miejscu pracy. Szkoły prywatne chcąc nie chcąc stały się przechowalnią dla dzieci, które nie znalazły miejsca w szkołach publicznych. Bardzo często są to dzieci z defektami intelektualnymi czy osobowościowymi. Poziom nauczania i wymagań jest na ogół z konieczności niższy niż w liceach publicznych. Zwolennicy prywatyzacji oświaty i służby zdrowia twierdzą, że droższa usługa to lepsza usługa i że po krótkim okresie fluktuacji zapanuje rynek usług oświatowych i medycznych honorujący prawa rynkowe a przede wszystkim prawo popytu i podaży. Stąd szumne hasła: „ pieniądz idzie za uczniem” czy ostatnio: „ pieniądz idzie za pacjentem”. Nie potrafią zinterpretować zdumiewającego dla nich faktu, że na uczelniach prywatnych gorszych od publicznych ( a miały być lepsze) studiuje na ogół młodzież niezamożna ( a mieli studiować bogaci) z małych ośrodków, której nie stać na korepetycje, utrzymanie w wielkim mieście uniwersyteckim czy na łapówki. Okazało się, że nie uruchomił się mechanizm mający w założeniu dogmat „ droższe =lepsze”. Wręcz przeciwnie, plaga kiepskich prywatnych uczelni, których jedynym przeznaczeniem jest drukowanie dyplomów, wydała rożne Collegium Tumanum obsługujące sfery polityczne i rządowe. Podobnie utopijne jest hasło „ pieniądz idzie za pacjentem”. Dla lekarzy optymalna jest możliwość leczenia prywatnych pacjentów w publicznych placówkach bez ponoszenia kosztów utrzymania budynku, zakupu aparatury i odpowiedzialności związanej z własnością. Pacjentom też łatwiej jest zapłacić za kilka wizyt w prywatnej przychodni a potem korzystać z bezpłatnej opieki w szpitalu. Jak mówią ludzie wschodu: „ Dopóki można coś załatwić dając bakczysz nie jest jeszcze źle, tragedia zaczyna się gdy nie ma komu dać łapówki albo nikt nie chce jej brać”.
"Zwolennicy prywatyzacji oświaty i służby zdrowia twierdzą, że droższa usługa to lepsza usługa i że po krótkim okresie fluktuacji zapanuje rynek usług oświatowych i medycznych honorujący prawa rynkowe a przede wszystkim prawo popytu i podaży. Stąd szumne hasła: „ pieniądz idzie za uczniem” czy ostatnio: „ pieniądz idzie za pacjentem”. Nie potrafią zinterpretować zdumiewającego dla nich faktu, że na uczelniach prywatnych gorszych od publicznych ( a miały być lepsze) studiuje na ogół młodzież niezamożna ( a mieli studiować bogaci) z małych ośrodków, której nie stać na korepetycje, utrzymanie w wielkim mieście uniwersyteckim czy na łapówki. Okazało się, że nie uruchomił się mechanizm mający w założeniu dogmat „ droższe =lepsze”."
A gdzie, proszę Pani, miał się ten mechanizm uruchomić? Nie mamy sytuacji gdzie bon i gotówka są w rękach rodzica i pacjenta nawet przy zachowanej dominacji własności państwowej. Wskazała nawet Pani wymuszony kierunek przepływu trudnych uczniów do szkół prywatnych.
"dogmat „ droższe =lepsze”" nie jest dogmatem wolnego rynku, tylko mechanizmem psychologicznym u niektórych konsumentów.
Proszę zauważyć, że zarówno "bon oświatowy" jak i "bon medyczny" pzostają od lat w sferze poboznych życzeń. Dlaczego? Czy to opór lekarzy żerójąchch na systemie? Czy nieskuteczność tego rozwiązania załozona bez sprawdzenia?
Nie kwestionuję stwierdzenia, że wśród lekarzy są „lekarze żerujący na systemie”. Wątpię natomiast, aby w gronie lekarzy byli realni decydenci (o ile w ogóle w Polsce rezydują realni decydenci). Ludzie układu jedynie go konserwują w zamian za pierwszeństwo w kolejności dziobania. I aktualizują system stosownie do mądrości etapu.
Podejrzewam, że ogół lekarzy (jak i ogół pacjentów) nie chce zmian, bo lepszy wróbel w garści, niż ryzyko wolnego wyboru. Osobiście też nie mam (z racji wieku) motywacji do zmian, ale nie wyznaję zasady, że po mnie choćby potop.
System bonów, po pierwsze jest protezą, ponieważ jesteśmy wierzycielami systemu. Z różnym stażem i saldem, ale jesteśmy. Po drugie system bonów w medycynie i szkolnictwie wymagałby reformy podatkowej, aby w kieszeni pacjenta oprócz bonu pojawiła się gotówka do wydania, bo inaczej nie przyniosłoby to urealnienia potrzeb i cen.
..........................................................................................
I nauczyciele do tej edukacji:
dakowski.pl
oraz programy nauczania dla niemieckich POtrzeb:
dakowski.pl
Do zbierania w Niemczech szparagów wystarczy umiec podpisać się trzema krzyzykami. A poziom nauczania? Byłam świadkiem gdy przewodniczący CKE na zebraniu oświadczył: " Koledzy musimy podniesc poziom obniżając wymagania". Czy to paradoks? Wcale nie. Obniżjąc wymagania otrzymujemy w efekcie wiekszy procent osób uzyskujących większy procent z egzaminu. A wiec podniesienie poziomu.
No, coż, jako ojciec ucznia, ktory w tym roku właśnie walczył o miejsce w renomowanym wrocławskim liceum, dodać mogę, że system naboru jest skomplikowany. Wymaga umiejętności planowania sukcesu w niesprzyjającym środowisku.
Punktowe kryteria naboru są łatwo weryfikowalne więc teorie spiskowe nie mają racji bytu - jeśli przyjęto Ukraińca przed Polakiem, to znaczy, że miał więcej punktów.
Proszę nie wprowadzać w błąd czytelników, że te liczące się punkty były za wyprowadzanie psa. Punkty były wyłacznie za to, co było na kuratoryjnym wykazie. Generalnie największą wagę w punktacji miał egzamin ósmoklasisty, wolontariaty, osiągnięcia innego rodzaju, szóstki na świadectwie to czynnik ważny, ale nie najważniejszy. Punkty windują nie psy, a pierwszeństwo przyjęcia (bez względ na punkty) zdobywane w licznych konkursach. I tak jedna z klas 3 liceum w ubiegłym roku złożona była z samych olimpijczyków, dla nikogo innego nie było miejsca, choćby wyprowadzał tysiąc psów dziennie po sto punktów za nogę.
A wybór liceum? No cóż. Trzeba było mieć strategię i determinację, potem właściwie ułożyć swoją listę preferencji, zidentyfikować zagrożenia i określić plan minimum. Didaskalia jak dostęp do komputera, profile zaufane, telefony i mobywatele, to szczegóły wykluczające jakiś wieśniaków czy babcie wychowujące diamenty.
No i warto może napisać, że to p. Zalewska zrobiła, prawo i sprawiedliwość.
Wyprowadzanie psów odbwa się w ramach wolontariatu więc za to są własnie punkty. Nikt nie neguje miejsc dla olimpijczyków. Natomiast watpliwy sens mają punkty za szóstki z wszystkich mozliwych przedmiotów. Pisałam o dziewczynce która z egzaminu z matemetyki, zewnetrznego czyli wzglednie obiektywnego otrzymała 97% i z angielskiego 100%. Zabrakło jej punktów własnie za szóstki z chemii czy biologii, za wyprowadzanie psów i za konkurs wycinanek łowickich. Ma Pan rację, że wybór szkoły to strategia. Wiem to dobrze bo jestem nadal czynnym belfrem. Wolę nie opisywać niektórych, znanych mi nie z autopsji lecz z bezposredniej obserwacji elementów tej strategii. Ani insynuować ich komukolwiek. Uczę potem osoby z szóskami z matematyki które nie umieją w liceum dodawac ułamków. Trzeba mysleć o systemie a nie pretendować do roli sześdziesiony czyli sygnalisty któa dla sygnalisty konczy się na ogół nie najlepiej. ( Patrz sygnalista wyczynów Kasprzyka czy Kasprzaka nie mam głowy do tych nazwisk) A system jest zdecydowanie zły.
Skoro nie neguje Pani miejsc dla olimpijczyków (ja neguje, o czym niżej) to godzi się Pani na wyścig szóstek z każdego przedmiotu.
Rzecz jest dość prosta jeśli weźmiemy pod uwagę wzrost mobilności rodziców i nauczanie dzieci poza Polską, ktore po powrocie mierzą się z polską edukacją. Nie mając większych szans do dobry wynik egzaminu ósmoklasisty z języka polskiego, którego nie nadrobią setki wyprowadzonych psów, kierują swoje dzieci na olimpiadę z języka angielskiego lub choćby konkurs typu "Zdolny Ślązak" który daje wstęp do dowolnego liceum poza punktacją.
I mamy w klasie durniów matematycznych ładnie mówiących po angielsku, bo tego się akurat nauczyli przez lata pobytu za granicą.
To dlatego liczą się wszystkie szóstki, bo z czegoś trzeba nazbierać punkty do tego fragmentu klasy, który pozostawili "angliści". Wyścig jest wśród dzieci zwyczajnych i dlatego uczy Pani dzieci mające szóstki, bez wiedzy na te szóstki.
Polska to żerowisko. Tutaj mowa o wyławianiu diamentów jest wystąpieniem w szpitalu wariatów z teoriami, że to pacjenci nie są radą nadzorczą tylko pacjentami właśnie. Bakszysz to cywilizacja wschodu. Owszem, tak tam funkcjonuje, a i u nas częściowo się przyjęła. Ale teraz to zwykłe żerowisko. Każda grupa społeczna żeruje ile i jak potrafi. Nauczeni jesteśmy wieloma wiekami dość bezwzględnej niesprawiedliwości, no ale tak pewnie musiało być.
Na szczęście są Stany Zjednoczone, więc nasze diamenty nie muszą zostać zadeptane przez żerowników tylko mogą tam błyszczeć pełnią blasku jak Pachocki czy Wolski. W sumie to nic osobistego ani złego. Taka sytuacja, jak z tym prywatnym przyjmowaniem na państwowym.
Mawiało się kiedyś, że w świecie realnego biznesu przedsiębiorca kupuje kochance brylanty a do pracy zatrudnia dobrą specjalistkę, nie koniecznie ładną. W krajach Europy Środkowo Wschodniej kochance zamiast brylantów ofiarowuje się stanowisko i dlatego jest tak jak jest. Proszę się zastanowić nad nastepującym fenomenem. Szkoły aktorskie wypuszczją co roku wielu absolwentów. Zdolnych przystonych pałających pragnieniem pracy w zawodzie. Dlaczego od kilkudziesięciu lat na ekranach pojawiają się te same ograne do niemozliwosci twarze? Niewiele mnie to obchodzi bo nie lubię kina. Ale gdy widzę staruszka który przed laty był idolem nastolatek i ikoną patriotyzmu a teraz za role w serialach i reklamach szczeka na Polskę wyłączam telewizor. Nie ratuje go w moich oczach fakt, że faktycznie jeździł kiedyś dobrze konno a nie na desce do prasowania jak jego filmowa partnerka. Nepotyzm, protekcja, bakczysz to mechnizmy selekcyjne w naszym kraju. Jak to mówią- możesz wyjść z PRL ale PRL z ciebie nigdy nie wyjdzie.
"możesz wyjść z PRL ale PRL z ciebie nigdy nie wyjdzie"
Ani Unia Europejska.
"42,5 proc. Polaków w wieku od 25 do 34 lat posiada skończone studia wyższe. "
bankier.pl
To pokolenie PRLu już nie zna, ale zostało wykształcone wg doktryny unijnej.
O czym my nawet mówimy jeśli w Warszawie funkcjonuje fabryka Dzieci prowadzona przez funkcjonariuszki z Ukrainy? Jak można nawet dopuścić by wbrew prawu jakieś baby z Ukrainy prowadziły ,,nielegalną'' działalność w Warszawie pod okiem Trzaskowskiego który teraz będzie się zajmował Campusami? Przecież chyba wie co jest w polskim prawie i nie reaguje? Jeżeli teraz można łamać prawo to kto zagwarantuje,że w klasie znajdą się uczniowie o innych niż polscy pojęciu historii?
strategie przyjmowania kandydatow do zakladow edukacyjnych tak jak byly za komuny tak maja sie jeszcze lepiej za IIIRP, i ewoluuja w kierunku wykluczenia niezamoznych.
opowiadal mi pewien artysta-grafik z usa, absolwent liceum plastycznego, jak w roku 1979 razem z kilkoma uzdolnionymi kolegami probowali sie przyjac do krakowskiej ASP. podczas skladania dokumentow i plastycznych prac konkursowych, pani sekretarka zadala tylko jedno pytanie: czy juz odbyli konsultacje przedegzaminacyje z profesorem-celebryta- pieszczochem resortu na odcinku kultury, ktory zreszta nigdy nie byl pracownikiem ASP tylko uczelni technicznej.
kolega bedac juz na emigracji dowiedzial sie, ze bez wzgledu na talent, nie mial zadnych szans na to zeby ktokolwiek zajrzal w jego dossier. strategii autopromocji nauczyl sie jako emigrant ale tam zaden smieciowy dyplom ukonczenia ASP nie byl potrzebny
W rewanżu autentyczna historia. Pewna moja uczennica zdawała na wydział elektroniki PW. Były wówczas egzaminy wstepne. Jednego dnia wywieszano listę wyników, a drugiego zdejmowano wyniki i wywieszano listę przyjętych. Nigdy nie było tych list równocześnie. Dlaczego? Odpowiedzmy sobie sami. Dziewczyna była przebojowa i uparta. Przepisała listę wyników własnoręcznie. Nie było wówczas telefonów komórkowych ani komputerów. Ku swemu zdumieniu przekonała się, że nie została przyjęta choć przyjęto kilkanaście osób o gorszych wynikach. Zgłosiła się z interwencją do dziekana. Chciał ją spławić ale była nieustępliwa. Wtedy powiedział, że aby było sprawiedliwie najpierw przyjmuje się osoby z początku listy rankingowej a potem od końca tej listy czyli osoby z najgorszymi wynikami. Po wygłoszeniu tego kuriozalnego wyjasnienia położył się na kozetce i zmarł. Zabił go zawał. Dziewczyna ukończyła studia. W dziekanacie niodmiennie witano ją słowami. "O to pani która zabiła naszego dziekana". Starsi na wydziale pamietają tę historię,. Nazwisk nie ma sensu przypominać. Chodzi o problem nie o osoby.
O ile renomowane szkoły na pewno w jakiś sposób ułatwiają edukację i rozwój ucznia, jednak większość szkół jest przeciętna podobnie jak przeciętna jest większość uczniów, kończąc taką przeciętną wrocławską podstawówkę - wg. pań z jednej poradni pedagogicznej nie nadawałem się do niczego - technikum, szkoły zawodowej ani liceum, gdzie z perspektywy czasu, moi nauczyciele jawią się jako zmęczeni życiem frustraci, co wcale nie dziwi, gdybym miał uczyć dzieci tylko dlatego że odbyłem dwu semestralny kurs na piątym roku, byłbym pewnie taki sam. Dostawszy się do jednej z rzekomo lepszych szkół ogólnokształcących (XII LO) po namyśle rodzice zdecydowali się na inną szkołę z ponoć dużo niższym poziomem - znacznie wyższym numerem - ale lepszym dojazdem.
Okazało się że to nie do końca tak - szkoła przy zespole szkół techniczno-zawodowych poziom nauczania: mat-fiz-chem miała taki, że bez bez korepetycji wujka będącego małomiasteczkowym (to nie jest zarzut) nauczycielem przedmiotów ścisłych zaliczanie kolejnych semestrów nie było by możliwe, nieważne ze wg. wujka nie był potrzebny taki poziom nauki w takiej szkole. Po ukończeniu tego, jak by nie było nie dającego perspektyw liceum dostałem się na UWr - (stara matura i wewnętrzne egzaminy na uczelnię). Studentem byłem takim sobie i w trybie "jakby" eksternistycznym obroniłem pracę dyplomową z wynikiem bardzo dobrym.
Czy gdybym chodził do lepszych szkół moja nauka przebiegała by lepiej? Czy może wybrał bym inną uczelnię i miał inne perspektywy co do pracy i życia. Być może tak, ale to wcale nie jest takie pewne. Samodzielna nauka wedle własnych możliwości, wsparcie rodziców w rozwoju dziecka na takim poziomie na jaki ich stać i na ile mają rozeznanie co dziecko może a czego nie, równie dobrze przygotuje je do życia, może nawet lepiej niż renomowane szkoły i wieloletni wysiłek.
A co punktów i ocen - to weryfikuje życie, kto i jak sobie w nim poradzi. Szczególnie jeśli nie ma protekcji ze strony rodziców w postaci zapewnienia stanowiska a musi wypracować je sobie sam.
To bardzo ciekawe co Pan pisze. Kiedy uczyłam w liceum imienia Żmichowskiej wszyscy musieli zdawać maturę ustną i pisemną z matematyki. Zapamietałam pewien egzamin. uczennica opowiadała takie bzdury że profesor Krüger (ojciec znanej alpinistki Haliny Krüger-Syrokomskiej) był siny na twarzy. Był to niezwykle uczciwy człowiek, doskonały nauczyciel, dla mnie niedoscigły wzór. Egzaminowi przysłuchiwał się dyrektor romanista. Bez słowa wystawilismy dziewczynie najnizszą ocenę pozytywną. Nigdy tego nie żałowaliśmy. Została wybiyną tłumaczką, posiada kilka mieszkań, wydała kilka książek i radzi sobie lepiej niż większośc belfrów. Po co było uczciwie ją oblać ? Nie zmarnowała szansy którą otrzymała a matemetyki i tak nie nauczyłaby się zapewne.