U cioci na imieninach są goście i jest rodzina. Dyskusja się więc zaczyna, a stryj moderatorem jest. – nie sądzicie – toczy wzrokiem po zebranych – że te miny odpalono za wcześnie? Przecież elektorat ma pamięć złotej rybki.
- Elektorat być może tak – chrząka przełykając kęs korniszona, mecenas D., emerytowany barman z baru „pod Papugami”, ulubionej mety adwokatów, stąd jego ksywa. – Naszym targetem jest naród. A ten nie zapomni.
- Niby o czym? – pyta zaczepnie stryj. – O tym, że Bartoszewski junior w wieku oldboya, podgrandził jakieś miliony ze skarbu państwa, o szpitalu grozy na Ursynowie, o umorzonych przewałach szarej, wróć, już odpicowanej na błysk, eminencji Platformy, o czym rozpisywał się periodyk „Koń Polski. Za rok to już będą przebrzmiałe echa po wyschniętej krwi.
- Jak to stryj ujął – piszczy Justynka, której trzy kryminały grasują po Storytelu, wyciągając z kieszeni dżinsów notesik. Podobno nie rozstaje się z nim nawet w toalecie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy człowieka olśni jakaś złota myśl. – przebrzmiałe echa po wyschniętej krwi? – upewnia się notując frazę.
Z niepokojem zerkam na panią Barbarę, bibliotekarkę z naszej nadbużańskiej metropolii. Ta zacna dama nazywa bowiem niemal wszystkich polskich autorów piszących wypracowania kryminalne, żółwiami, z których dwa, nie żałując sił własnych i cudzej fatygi, wystartowały do wyścigu na nieokreślonym dystansie. I JAK donosił sprawozdawca sportowy, biskup Ignacy Krasicki, nim dotarły do mety, wszyscy spektatorowie posnęli. A cały epizod spointowała jaskółka: „lepiej się pogodzić, prędzej niżeli biegać, nauczcie się chodzić”
Miała rację. W dziełach naszych Agat Christien i Arturów Conan Doyleów, pokraczność liczby mnogiej adekwatna do okoliczności, aż roi się od błędów logicznych, merytorycznych, kompozycyjnych i tych najbardziej drażniących, językowych. Niemal wszystkie postaci zamiast się uśmiechać, rozciągają usta w uśmiechu, oglądają się do tyłu, tupią nogami, mrugają oczami, klaszczą w dłonie i co najbardziej zabawne, niczego na siebie nie zakładają, nie wzuwają butów, tylko wszystko ubierają, od stringów, po kurtki. Jedynie o choinkach cicho. Bo po co progresywnym bohaterom, oglądającym TVN 24 i czytającym wybroczną, konserwatywna choinka.
W istocie największą niechęć pani Basi budził zestaw antagonistów wielu powieści, waleczna policjantka lesbijka i klecha obsadzany w roli czarnego charakteru. Ale tym razem wzdycha jedynie ironicznie. – No to masz dziecko rozbiegówkę na miarę: „ogary poszły w las”.
- Chyba pobiegły – wtrąca z pełnymi ustani pan Czesio, sąsiad z za płotu, krawiec obszywający całą okolicę. – Psy nie chodzą, tylko biegają.
- To czemu swego Miglanca woła pan: chono tu? – odcina się pani Barbara.
- Basiu, przecież dobrze wiesz, zresztą jak wszyscy - wzdycha żona Czesława. – Miałam satysfakcję wołając do naszego jamnika: Donald, chono tu, łajzo. Ale taki tekst nie mógł kojarzyć się z Trumpem, więc sama rozumiesz.
- Zdrowie prezydenta Trumpa – woła wstając organista Amadeusz i wznosi kieliszek. Wszyscy idą za jego przykładem, niczym w kościele, gdy intonuje: „upadnij na kolana, ludu czcią przejęty”, a skołowana babcia Ludwika usiłuje nawet przyklęknąć i śpiewają „Sto lat”.
- Oj, przyda się wsparcie sternikowi wolnego świata - oświadcza z niepokojem w głosie stryj, ciężko opadając na krzesło. – Eksperci z „Wyborczej” już przebąkują o jego impeachmencie po jesiennych cząstkowych wyborach do kongresu i senatu. A to gazeta nader wiarygodna.
- O tak – wchodzi mu w słowo pani Barbara. – wzorzec dziennikarskiego metra… jak całe wolne media.
– I zerka prowokacyjnie na powiatową radną KO, koleżankę ciotki, panią Gertrudę. Ta jednak trzyma fason, bo jak na początku imienin teatralnym szeptem wyznała ciotce, przyrzekła mężowi, że będzie rozmawiać wyłącznie o pogodzie. Nie może wszak puścić płazem ironii pani Barbary.
- A zdrowie trampka, och ta dykcja, Trumpa naturalnie, istotnie jest zagrożone, zwłaszcza jeśli Kanadyjczycy nie ulegną jego presji i nie wypłacą USA odszkodowania za zatrucie środowiska pożarami lasów.
- Do czego to doszło – śpieszy ze wsparciem Gertrudzie milczący dotychczas pan Konstanty, programista komputerowy, członek Klubu Inteligencji Katolickiej, podobno gej. – żeby taki wielki naród wybrał na prezydenta kretyna.
- Teraz rozumiem – chichoce organista Amadeusz – czemu o waszym klubie powiadają, że przypomina świnkę morską, która nie jest ani świnką, ani morską. Ostatnio wasi działacze podpisali się wspólnie z kodomitami i obywatelami RP oraz Agnieszką Holland, pod jakimś elaboratem, jak znam życie, prawno-człowieczym…
- Obywatele RP, cóż za seksistowska nazwa – prycha pani Barbara. – A gdzie obywatelki i obywaleciątka?
- To jeszcze nic – wtóruje jej organista. – Prezydent Nawrocki notorycznie dyskryminuje mniejszości narodowe, zaczynając swe przemówienia od inwokacji: polki i Polacy, a gdzie Ślązacy i Ślążaczątka, Kaszubi, Łemkowie, Tatarzy, Białorusini?
- Określenie prawa człowieka także ociera się o dyskryminację – usiłuje przekrzyczeć wszystkich Gertruda.
- Skarbie, może wystarczy już tej nalewki – szepce jej do ucha mąż. Ale ona zbywa go krótkim – cicho być! I precyzuje myśl. – Istnieje feminatywum słowa człowiek.
- Baba – rzuca ktoś.
- Czło-wie-czka – skanduje Gertruda.
- A ja tam jestem Europejczykiem pochodzenia polskiego – z kabotyńską miną oświadcza stryj. – Ten antropologiczny kierunek wytyczył pewien dyrektor poznańskiego teatru.
- To chyba jakiś naturszczyk, mogący grać z marszu idiotę w spektaklu na kanwie prozy Dostojewskiego - domniemywa pani Barbara.
- śmiem przypomnieć – z przekąsem zauważa programista Kostek, - że ten idiota nazywał się Myszkin i był księciem, wrażliwym, empatycznym epileptykiem. A tytuł jest prowokacją Dostojewskiego.
- To był greps, panie Kostku – pobłażliwie wzdycha pani Barbara. – Bo ma pan rację Myszkin nie był idiotą, a Stefcia Rudecka nie chorowała na trąd.
- Skąd pani wie, że ona nazywała się Rudecka? – pyta Justyna. – W wierszyku było tylko imię: „Dostał takiej dziwnej manii, że chciał tylko od Stefani””.
- Znam pikantniejszą wersję – już dosyć bełkotliwym głosem wtrąca programista: „Kiedy z żądzą ruszał w szranki, wziąłby i od nimfomanki”.
- To jak wypisz, wymaluj, Tusk – cieszy się stryj. – Zgarnia pod swoją kuratelę każdego, kto się nawinie, byle słupki poparcia nie flaczały. Marszałkiem sejmu zrobił faceta z szemraną przeszłością, szefującego jakiemuś zydlowi, z poparciem w wyborach niemal identycznym jak Marek Woch, traktowany przez elity 3 RP na równi z Braunem.
- Pan by się lepiej zainteresował degrengoladą w PiS – gdyby syk zabijał, Gertruda właśnie popełniłaby morderstwo. – Do wyborów was już nie będzie. A my zwieramy szeregi.
- Duszko, nie szarżuj – sapie mąż Gertrudy. – Sama wspominałaś, że na szkoleniu ostrzegali was przed podziałem dychotomicznym w przyszłorocznych wyborach, na my i oni. A oni to nie osamotniona reduta Kaczyńskiego, ale cała prawica. Wy zaś, no cóż…
W trakcie tej tyrady stryj wymyka się na chwilę z salonu i wraca wymachując średniej długości laską kaszanki. Kładzie przysmak dawnej klasy robotniczej, po której to symbiozie pozostał dowcip o facecie w drelichu, zwracającym się do ekspedientki w spożywczaku: „człowiek pracuje, to se nie żałuje, proszę 10 deka kaszanki” i oświadcza patetycznie – oto symbol victorii KO w nadchodzących wyborach. Po czym kroi kaszankę na dwie nierówne części. – Ten większy kawałek to PO z zaanektowanymi do niej błędami statystycznymi – wyjaśnia. – A to – kroi resztę na plasterki – rosnące szeregi koalicjantów. Z samej groteskowej pamięci Trzeciej Drogi da się wykroić przynajmniej kilka solidnych ugrupowań. I żadne nie spocznie, póki nie wygeneruje z siebie paru kolejnych…
- Aż w każdym pozostanie po jednej osobie – pokpiwa pani Barbara.
- I tu się mylisz – droga sąsiadko – uśmiecha się stryj. – Przecież tam niektóre, a i niektórzy, noszą po dwa nazwiska. Zatem na przykład taka Chemik-Kloska może obsadzić aż dwa zydle. Doktor Kosiniak również. Tej sile nikt się nie oprze.
- I bardzo dobrze – bełkotliwy głos Gertrudy potwierdza destrukcyjną moc nalewki ciotki. – Bo wreszcie złapią Ziobro.
- Jeśli już, to Ziobrę, bo jego nazwisko się odmienia, biernik: kogo, co, rozumiesz Trudo? – wyjaśniając pani Barbara nie tłumi dezaprobaty.
- A mnie się coś zdaje, że za rok to Ziobro będzie gonił – odzywa się nagle ciotka budząc moje zdumienie, gdyż od kiedy pamiętam, nigdy na własnych imieninach nie wypowiadała się politycznie. I wówczas, gdy należała do PZPR, potem, gdy była działaczką Solidarności i wreszcie, jako przewodnicząca koła Rodziny Radia Maryja…
Tu urywa się film, nie mnie bynajmniej, lecz z powodu rozładowania baterii w komórce.
Sekator
Ps.
– To my moglibyśmy założyć trzy partie – cieszy się mój komputer.
- A potem doprowadzić do zjednoczenia – potwierdzam koncepcję Eustachego.
"A potem doprowadzić do zjednoczenia"
Zjednoczenie dobre jest do przeprowadzenia czystek i usuniecia niewygodnych osób. Patrz, zjednoczenie PPR i PPS w PZPR w 1948. A trzy partie to już były w PRL-u, właśnie PZPR, ZSL i SD. Tylko SD nie przetrwało końca PRL, choć nazwa przypomina UD. ZSL zmienił się w PSL, a PZPR w SLD, obecnie Nowa Lewica. :) I jak w PRL-u nadal rządzą w Bolanda, the Banana Republic of Miranda :)
KO to nie kaszana - to KLOAKA OBYWATELSKA!
Złodziej pogania złodzieja, złodziejskie sądy zapewniają wszystkim członkom tej mafii zupełną bezkarność! Okazuje się, że złodziejskie partie mają teraz większość sejmową i kradną co chcą! Czy wybrali ich tacy sami złodzieje i oszuści, czy tylko idioci stworzeni przez TVN24?
Uważam, że PiS powinien zadbać o rozszerzenie swoich wpływów poprzez tworzenie mniejszych podmiotów partnerskich, tak jak zrobiła to Platforma Obywatelska, a później Koalicja Obywatelska pod jej kontrolą. To stary polityczny zabieg, dzięki któremu Donald Tusk przejął władzę. Aby być liderem, trzeba potrafić poruszać się po politycznej szachownicy. Pamięć oraz preferencje wyborców są zmienne, a politycy są od tego, aby to rozumieć i skutecznie kontynuować swój program dla Polski. Niestety, PO pod wodzą Tuska działa jak szabrownicy – gromadzą wokół siebie podobnych sobie ludzi i likwidują suwerenność kraju. Kto tego nie widzi i ulega złudzeniom materialistycznego postępu, ten obudzi się jako europejski niewolnik przy rozpadającym się korycie. Stanie się tak pod warunkiem, że nie wybuchnie wojna, która całkowicie zmieniłaby bieg tych wydarzeń.