Wyborny facecjonista, Frantz Fischer, zwykł mawiać, że najskuteczniej zniechęca do wizyt w lupanarze, wizyta w lupanarze. W jego spostrzeżeniu pobrzmiewa analogia do opinii Bismarcka o kiełbasie i polityce. Przekształcając ten dwugłos w triadę uważam, że najskuteczniejszą odtrutką na brednie elyt 3 RP jest pozwolić im bredzić bez opamiętania.
Gdybym zajmował się zarobkowo analizą treści chlustających z armatek, rzygulców i korkowców cyngli syndykatu wolnych mediów, od internetowej brei, po gigantofony TVN 24 i wyrastającej na liderkę watahy, TVP Info w likwidacji, zażądałbym od szefostwa rekompensaty za pracę w zagrażającą zdrowiu psychicznemu.
Politycy wygadujący dyrdymały już tak mnie nie rozsierdzają, ot, specyfika zawodu. Bo redukując cynicznie utopijne cnoty obu profesji, dziennikarstwa i polityki do minimum, wybrańcy narodu powinni być skuteczni, zaś żurnaliści rzetelni.
A wymiar sprawiedliwości? Nie przepadam za międleniem w kółko, że królowa Bona umarła, dlatego niechętnie wracam do spraw, o których już pisałem i nie palę się do wtrącania swoich trzech groszy do tematów tak przenicowanych, że trudno wcisnąć do nich choćby jedną oryginalną myśl.
Cóż na przykład nowego mógłbym wtrącić do relacji z pola walki o Trybunał Konstytucyjny, jeśli finalny cel tej grandy wydaje się oczywisty, a deliberacja o metodach stosowanych prawem KADUKA, jałowa? Przecież to, że koalicja 13 grudnia zintensyfikowała polowanie na prezydenta Karola Nawrockiego, które stanowi ważną część przygotowań do utrzymania władzy po przegranych wyborach, staje się coraz bardziej oczywiste. Bo ekipa Tuska bynajmniej nie dmucha na zimne, lecz czarno widzi perspektywy na sukces.
O paradoksach związanych ze związkami homoseksualnymi też wspominałem już wielokroć. Znów zmarnuję akapit na banalną refleksję jedynie dlatego, że właśnie minister finansów, Andrzej Domański zszargał ekwilibrystyką podatkową konstytucyjne pryncypia. I od tej pory mariaże homoseksualne zadzierzgnięte zagranicą, są nad Wisłą pełnoprawnymi małżeństwami.
Wbrew pozorom nie zamierzam wykorzystywać argumentacji przeciwników takiej urawniłowki do krytyki lewackich wynaturzeń skrywanych pod hasłami praw człowieka i ludzkiej godności. Wręcz przeciwnie Przypomnę bowiem, że nawet zatroskani o szczęście ludzi o wszelkich preferencjach seksualnych ortodoksi spod znaku LGBTitd, nie kwestionują konstytucyjnej normy, że małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, znajduje się pod szczególną pieczą państwa. Ale, dodają, ten zapis nie ogarnia wszystkich możliwych więzów międzyludzkich.
No właśnie. Mozaika układów uczuciowych, erotycznych, sentymentalnych, ekonomicznych, itd, rozkwita wieloma barwami. Czemu więc nowe przepisy ograniczają certyfikowane związki do dwóch osób? A co z jednopłciowymi trójkątami czy wielopłciowymi kwartetami? Co z precedensem małżeństwa singielskiego, które pewna Japonka zawarła sama z sobą? Do rozstrzygnięcia pozostawałoby tylko gdzie kończy się związek, a zaczyna klub swingierski.
Na koniec krótkiego przeglądu sucharów sprzed lat zalegających moją blogerską spiżarnię, poświęcę nieco więcej uwagi wspominanemu ostatnio prze zemnie jedynie epizodycznie, Lechowi Wałęsie. Do tej refleksji skłoniła mnie decyzja prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie podejrzeń o agenturalną współpracę lidera Solidarności, który kapował jako Bolek, z esbecją. Na marginesie uważam, że za okrągłymi formułkami typu: sąd wydał wyrok, prokuratura umorzyła, czyniącymi zadość poprawności politycznej, kryją się konkretni ludzie, którym, zwłaszcza w ostatnich czasach, trzeba patrzeć na ręce. Zatem sprecyzuję, że dochodzenie umorzyła pani prokurator Małgorzata Seroczyńska.
Otóż mocą swego autorytetu zakwestionowała ekspertyzę grafologów z Instytutu Zena, placówki naukowej o znakomitej renomie. Specjaliści stwierdzili, że kilkadziesiąt podpisów pod trefnymi kwitami, złożył Lech Wałęsa. Ten zaprzeczył. A pani prokurator dała mu wiarę argumentując, że nie potrafił się w ogóle podpisywać, bo był wtórnym analfabetą. Tyle groteski.
Niestety jednak dla historii nie ma znaczenia czy Wałęsa był Bolkiem. Bo od tamtych czasów stał się dla świata legendą. Mały człowiek wytypowany najprawdopodobniej przez esbecję do roli figuranta, taki Konradek Wallenrodek a rebour, wyrósł na symbol walki z komuną. Człowieka należy rozliczyć z niegodziwości. Pomnik można zburzyć. Ale symbol pozostaje poza zasięgiem bieżących racji i interesów. Ot, proza życia, od groteski po wzniosłość i vice versa.
Sekator
Ps.
– Nie sądzisz, że Tusk stracił polityczną czujność popierając w wyborach na prezydenta Krakowa kandydatkę bez szans? – pyta mój komputer.
– Jest jeszcze druga tura – studzę emocje Eustachego. – Ale zapewne masz rację. W ogóle dla premiera polska z Ziemi Obiecanej przeistacza się coraz szybciej w Ziemię Ognistą. Po prostu pali się mu pod stopami.