Jedną z najbardziej charakterystycznych cech polskiej debaty publicznej nie jest wcale podział na prawicę i lewicę. Nie jest nią nawet rosnąca agresja. Najbardziej rzuca się w oczy coś zupełnie innego: zdumiewająca zdolność do zmieniania zasad w zależności od tego, kto akurat stoi po naszej stronie barykady. Jeżeli protest organizują nasi, jest to wolność. Jeżeli organizują przeciwnicy, to prowokacja. Jeżeli policja interweniuje wobec nich, jest to obrona porządku. Jeżeli interweniuje wobec naszych, to represje, zamordyzm, dyktatura. Przykład z Berlina pokazuje ten mechanizm niemal podręcznikowo.
Z nagrań wynika, że uczestnicy mogli składać kwiaty, śpiewać pieśni patriotyczne i oddawać hołd ofiarom. Policja nie rozpędzała uroczystości, nie zabraniała modlitwy ani składania wieńców. Spór dotyczył czegoś konkretnego: grupowego przemarszu oraz ustawienia symbolu w miejscu, na które nie było zgody. Można uważać ten zakaz za głupi. Można uważać go za przesadny. Można nawet uważać go za niesprawiedliwy, ale nie można jednocześnie twierdzić, że zakazu nie było.
Jeżeli funkcjonariusze wydają polecenie, a grupa demonstracyjnie postanawia je zignorować, to nie mamy już do czynienia ze „spacerem”, lecz świadomym naruszeniem decyzji policji. W tym miejscu pojawia się pytanie, którego wielu nie chce sobie zadać. Co powiedzieliby ci sami komentatorzy, gdyby identyczną metodę zastosowała grupa ideologicznych przeciwników? Gdyby aktywiści klimatyczni postanowili zignorować zakaz? Gdyby niemiecka Antifa postanowiła przejść przez Warszawę mimo decyzji policji? Gdyby środowiska lewicowe ustawiły własny symbol w miejscu objętym zakazem? Czy wtedy również usłyszelibyśmy, że policja ma nie reagować? Czy może nagle okazałoby się, że porządek publiczny jednak istnieje?
Najciekawsze jest jednak coś innego. Obrońcy całej akcji powtarzają często: „Przecież oni nic złego nie zrobili”. To zdanie brzmi rozsądnie tylko do chwili, gdy zastanowimy się nad jego konsekwencjami. Adam w Raju też nie zrobił nic szczególnie dramatycznego. Zerwał owoc. Raj od tego nie zbankrutował. Drzewo nie uschło i nie zabrakło jabłek. Istotą całej historii nie był jednak rozmiar szkody. Istotą było złamanie zakazu. Można oczywiście uznać, że zakaz był bezsensowny, ale nie można jednocześnie twierdzić, że zakaz nie miał znaczenia, bo wtedy każda norma przestaje istnieć.
I właśnie tutaj ujawnia się polska hipokryzja. Kiedy zakaz uderza w naszych przeciwników - jest potrzebny. Kiedy dotyczy naszych - staje się tyranią. Kiedy policja działa przeciwko przeciwnikom - wzorowo wykonuje swoje obowiązki. Kiedy działa przeciwko naszym - nagle staje się gestapo.
Nie jest to jednak spór o Berlin. Nie jest to nawet spór o krzyż. To spór o coś znacznie głębszego. O to, czy chcemy oceniać zdarzenia według tych samych zasad dla wszystkich, czy według zasady znacznie prostszej:
„Nasi mają rację zawsze. Obcy nigdy.”
A kiedy dochodzimy do tego punktu, kończy się myślenie, a zaczyna plemienność. I wtedy nie interesuje nas już, co naprawdę się wydarzyło. Interesuje nas tylko, po której stronie stał człowiek, zanim wydarzenia w ogóle nastąpiły.
Tak działa normalna policja:
youtube.com
A tu kobiece równouprawnienie:
youtube.com
Naprawdę myślisz, że polska policja mogła by podjąć jakąś akcję bez nakazu niemieckiej Antify? Ale kino.
dakowski.pl
Przeciętny wyborca PiS jest w stanie zauważyć, że PiS mu nasrał na twarz i bierze pod uwagę, że zagłosuje na kogoś innego.
Ale przeciętny wyborca KO to inny poziom.
Ten przeciętny wyborca jak KO mu nasra na twarz to przeciera to gówno gołą dłonią i się uśmiecha bo PiS nie rządzi