Od kilku dni obserwuję kolejne internetowe spory o energetykę. Jedni twierdzą, że przyszłość należy do wielkich elektrowni. Inni, że wystarczy pokryć dachy panelami fotowoltaicznymi i problem zniknie. Jeszcze inni są przekonani, że rozwiązaniem jest atom, wodór, wiatraki albo magazyny energii. W tych wszystkich sporach najbardziej zadziwia mnie jedno. Prawie nikt nie zauważa, że największym problemem przyszłej energetyki nie będzie technologia. Największym problemem będzie człowiek.
Słońce każdego dnia dostarcza Ziemi tysiące razy więcej energii, niż cała ludzkość jest w stanie zużyć. Problem nie polega więc na tym, że energii brakuje. Problem polega na tym, że nie umiemy jej przechowywać wtedy, kiedy jest jej za dużo, i dostarczać wtedy, kiedy jest potrzebna. To trochę tak, jakby deszcz padał przez trzy dni w miesiącu, a przez pozostałe dwadzieścia siedem dni panowała susza. Wody byłoby pod dostatkiem. Potrzebne byłyby jedynie zbiorniki.
W energetyce jest podobnie. Dlatego od lat trwa poszukiwanie wielkiego magazynu energii przyszłości. I paradoksalnie być może już go mamy. Stoi pod naszymi domami. Na parkingach. W garażach. Nazywa się samochód elektryczny. Wyobraźmy sobie Polskę za dwadzieścia lub trzydzieści lat. Miliony domów posiadają własne instalacje fotowoltaiczne. Każdy budynek produkuje część energii samodzielnie. Na osiedlach działają lokalne magazyny energii. A przed domami stoją miliony samochodów elektrycznych. Przez większość czasu samochód przecież nie jeździ. Stoi. Przez dziewięćdziesiąt kilka procent swojego życia jest po prostu zaparkowany. A skoro stoi, to może być jednocześnie magazynem energii. W dzień ładuje się z nadwyżek energii słonecznej. Wieczorem oddaje część energii do domu lub lokalnej sieci. Brzmi pięknie i technicznie jest to możliwe już dziś.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy do równania wprowadzimy człowieka. Bo człowiek nie myśli kategoriami systemu. Człowiek myśli kategoriami własnego interesu. Jeżeli ktoś kupi samochód za dwieście tysięcy złotych i baterię wartą kilkadziesiąt tysięcy, natychmiast zada pytanie: „Dlaczego mam oddawać energię innym?” „Kto zapłaci za zużywanie mojej baterii?” „A jeśli rano będę chciał jechać do pracy?” „Dlaczego mam ponosić koszty stabilizacji całego systemu?” I będzie miał rację. Dokładnie tak samo myślą miliony ludzi. I właśnie dlatego największym problemem energetyki przyszłości nie będzie magazynowanie energii. Największym problemem będzie pogodzenie interesu jednostki z interesem wspólnoty.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej przypomina mi to politykę. W polityce każdy chce korzystać z państwa. Mało kto chce ponosić koszty jego funkcjonowania. Każdy chce lepszych dróg, ale nie chce podatków. Każdy chce bezpieczeństwa, ale nie chce wydatków na wojsko. Każdy chce dobrej służby zdrowia, ale nie chce składek. Każdy chce taniej energii, ale nie chce elektrowni pod własnym oknem. Tak samo będzie z energetyką rozproszoną. Wszyscy będą chcieli korzystać z jej zalet. Znacznie mniej ludzi będzie chciało uczestniczyć w kosztach budowy systemu.
Dlatego nie wierzę ani w całkowicie scentralizowaną energetykę, ani w całkowicie rozproszoną. Przyszłość wg mnie będzie wyglądała inaczej. Będzie przypominała internet. Internet nie składa się wyłącznie z wielkich centrów danych, ale nie składa się też wyłącznie z domowych komputerów. Istnieją wielkie serwerownie, światłowody, centra przetwarzania danych a jednocześnie miliardy urządzeń końcowych. To właśnie połączenie obu światów daje jego siłę.
Dokładnie tak samo będzie z energetyką. Będziemy mieli duże elektrownie jądrowe. Będziemy mieli elektrownie szczytowo-pompowe. Będziemy mieli wielkie sieci przesyłowe. Ale równocześnie będziemy mieli miliony małych producentów energii. Domowe magazyny. Lokalne mikrosieci. Samochody pełniące funkcję mobilnych magazynów energii. Nie będzie jednego centrum. Nie będzie też całkowitego rozproszenia. Powstanie energetyczny internet.
I być może właśnie tutaj kryje się najciekawsza lekcja dla nas wszystkich. Od lat kłócimy się o politykę dokładnie tak samo, jak dziś kłócimy się o energetykę. Jedni wierzą wyłącznie w wielkie rozwiązania. Drudzy wyłącznie w indywidualną wolność. Jedni chcą wszystkiego od państwa. Drudzy nie chcą państwa niemal wcale. Tymczasem życie niemal zawsze wybiera drogę pośrodku. Nie wygrywa skrajność. Wygrywa równowaga. Nie zwycięża centralizacja i nie zwycięża anarchia. Zwycięża współpraca. A z tym, jak pokazuje doświadczenie, mamy znacznie większy problem niż z budową elektrowni, paneli fotowoltaicznych czy magazynów energii.
Technologia rozwija się bardzo szybko. Ludzka natura znacznie wolniej. I właśnie dlatego największym wyzwaniem XXI wieku nie będzie wyprodukowanie energii. Największym wyzwaniem będzie nauczenie ludzi, że czasem warto oddać część własnej energii do wspólnej sieci. Nie tylko tej elektrycznej.
Bardzo trafnie opisujesz intuicyjny problem, ale to przecież klasyczny dylemat więźnia — i dokładnie na nim od lat żerują etatyści, by pozornie uzasadniać konieczność państwa jako arbitra dobra wspólnego. Tymczasem teoria gier i empiryczne badania (Ostrom i inni) pokazują, że gdy gra jest powtarzana, a ludzie mogą zawierać dobrowolne kontrakty, budować reputację i stosować proste strategie, stabilna współpraca powstaje bez centralnego przymusu.
W energetyce rozproszonej problem nie polega na tym, że człowiek jest zły i egoistyczny, tylko na tym, że dziś projektuje się system tak, jakby bodźce i własność nie miały znaczenia. Właściciel auta nie ma moralnego obowiązku oddawać energii systemowi, ale można mu zwyczajnie zapłacić za usługę magazynowania, dać gwarancję minimalnego stanu naładowania rano, różne modele umów i realną konkurencję ofert — wtedy konflikt jednostka-wspólnota rozwiązuje rynek, a nie kolejna ustawa.
"Energetyczny Internet" to świetna metafora, tylko warto ją dociągnąć do końca: Internet działa nie dlatego, że mamy Ministerstwo Pakietów IP, ale dlatego, że mamy wolność łączenia się, prywatną własność infrastruktury, kontrakty pomiędzy operatorami i protokoły powstałe oddolnie. Z dylematem więźnia w energetyce będzie tak samo — rozwiążą go własność, kontrakt i konkurencja, nie statolatria, socjalizm, etatyzm czy marksizm. Ucz się więcej ASE, a mniej wierz w keynesizm.
W jednym się z Tobą zgadzam Grzegorzu, że historia cywilizacji jest historią współpracy, a nie wyłącznie przymusu. Ludzie od tysięcy lat łączyli wysiłki, budowali miasta, drogi, uniwersytety, przedsiębiorstwa i całe gospodarki. Gdyby człowiek był wyłącznie egoistycznym maksymalizatorem własnej korzyści, nadal siedzielibyśmy w jaskiniach. Mam jednak wrażenie, że popełniasz ten sam błąd, który zarzucasz etatystom - próbujesz jedno uniwersalne wyjaśnienie zastosować do wszystkiego.
Piszesz, że wszystko rozwiążą własność, kontrakt i konkurencja. Czasami tak. Ale nie zawsze. Sam podałeś przykład Internetu. Tylko że Internet jest właśnie dowodem na coś bardziej złożonego. Owszem, mamy Microsoft i Billa Gatesa, który zarobił miliardy na Windowsie. Ale obok mamy Linuxa, stworzonego przez tysiące ludzi często pracujących za darmo, z pasji, prestiżu lub przekonania, że warto coś wspólnie budować. I to Linux dziś obsługuje większość serwerów świata, superkomputery, centra danych i znaczną część Internetu.
Gdzie tu jest prosty model człowieka kierującego się wyłącznie własnym interesem ekonomicznym?
Podobnie z samym Internetem. Nie powstał wyłącznie dzięki rynkowi. Powstał dzięki połączeniu badań publicznych, prywatnych inwestycji, otwartych standardów, pracy naukowców, przedsiębiorców i wolontariuszy. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż ASE i bardziej skomplikowana niż libertarianizm.
Dlatego od lat mam problem zarówno z kaleckizmem gospodarczym, który wierzy, że państwo rozwiąże wszystko, jak i z ASE, która zdaje się wierzyć, że wszystko rozwiąże rynek, bo historia pokazuje coś zupełnie innego. Największe sukcesy cywilizacyjne pojawiały się wtedy, gdy ludzie potrafili współpracować mimo różnych interesów, a nie wtedy, gdy zwyciężała jedna ideologia.
I właśnie dlatego w moim tekście nie chodziło o wyższość państwa nad rynkiem ani rynku nad państwem. Chodziło o coś znacznie prostszego. Technologia coraz częściej pozwala nam rozwiązać problemy. Natomiast człowiek wciąż pozostaje tym samym człowiekiem. I to nie magazyny energii, panele czy samochody elektryczne będą największym wyzwaniem przyszłości. Największym wyzwaniem pozostanie nauczenie się współpracy.
Piszesz, że największym wyzwaniem jest nauczenie się współpracy — i tu się zgadzamy w 100%. Właśnie dlatego dziwi mnie, że w kolejnym zdaniu implikujesz, iż do tej współpracy potrzeba czegoś więcej niż wolnego rynku. Bo czym jest wolny rynek, jeśli nie właśnie zinstytucjonalizowaną, dobrowolną współpracą na masową skalę?
Kiedy właściciel auta elektrycznego zgadza się za wynagrodzenie oddawać energię do sieci — to jest współpraca. Kiedy operator sieci oferuje mu gwarancję minimalnego naładowania baterii przed porannym wyjazdem — to jest kontrakt i zaufanie. Kiedy kilka firm konkuruje o to, który model umowy będzie dla klienta atrakcyjniejszy — to jest właśnie ta ludzka zdolność do kooperacji mimo różnych interesów, o której piszesz. Rynek to nie jest model człowieka jako zimnego egoistycznego kalkulatora. Rynek to mechanizm, który zamienia egoistyczne interesy w dobrowolną kooperację — i robi to bez przymusu.
Przykład Linuxa, który podajesz jako argument przeciwko rynkowi, jest w istocie jego potwierdzeniem. Linux powstał z pasji, prestiżu i przekonania, że warto coś razem budować — czyli z dobrowolnego działania ludzi realizujących swoje wartości. Nikt nikogo nie zmuszał. Żaden urząd nie rozdzielał zadań. Żadna ustawa nie nakazywała pisać kodu. To jest właśnie to, co ASE nazywa spontanicznym porządkiem — współpraca bez centralnego planisty.
Piszesz, że nie chodziło ci o wyższość państwa nad rynkiem. Jednak Twój tekst kończy się wezwaniem do nauczenia się oddawania energii do wspólnej sieci — i to wezwanie wisi w powietrzu bez odpowiedzi na pytanie: kto ma tego nauczyć i jakimi metodami? Bo jeśli dobrowolnie i przez bodźce ekonomiczne — to właśnie jest wolny rynek. Jeśli przez regulację i nakaz — to już nie jest współpraca, tylko terror.
Różnica między rynkiem a państwem nie jest różnicą między egoizmem a altruizmem. To jest różnica między współpracą dobrowolną a współpracą wymuszoną groźbą użycia przemocy wobec pokojowo działających ludzi. Gdy dwie strony zawierają kontrakt, obie zyskują — inaczej by go nie zawarły. Gdy państwo coś reguluje lub nakazuje, jedna strona zyskuje kosztem drugiej, a w tle stoi aparat przymusu gotowy ukarać nieposłusznych. Nie ma tu żadnej równowagi między rynkiem a państwem — jest tylko pytanie, ile dobrowolności chcemy zastąpić terrorem administracyjnym i w czyjej to leży interesie.
Internet jest na to najlepszym dowodem — nie dlatego, że ARPANET kiedyś sfinansowało wojsko, lecz dlatego, że skalę, różnorodność i siłę osiągnął dokładnie wtedy, gdy uwolniono go od kontroli państwa i oddano w ręce prywatne.
To jest kluczowe, byś zrozumiał, że opisałeś w istocie dylemat więźnia. Wiesz, co to jest? Jeśli nie, to poczytaj sobie o tym. A jak zrozumiesz, to możemy przejść dalej. Istotą problemu, który poruszyłeś, jest to jak rozwiązywać tego typu dylematy, tak by maksymalizować korzyści. Etatyści, keynesiści, socjaliści, marksiści i inna lewica twierdzą, że jedynym rozwiązaniem jest terror, czyli państwo — to zmuszenie ludzi siłą, pod groźbą kary, by postępowali niekorzystnie dla siebie, ale jakoby korzystnie dla ogółu. My, wolnościowcy, wiemy, bo to opisano solidnie w wielu traktatach ekonomicznych, że to jest błędne rozwiązanie. Rynek, dobrowolna współpraca, pokojowe podejście, brak terroru, rozwiązują też dylemat więźnia.
Drogi Grzegorzu. Mam wrażenie, że po raz kolejny sprowadzasz rzeczywistość do fałszywej alternatywy: albo wolny rynek, albo terror państwa. Tymczasem większość współczesnych społeczeństw funkcjonuje pomiędzy tymi skrajnościami. Bo kto ma pilnować wykonania kontraktu, o którym piszesz? Kto ma rozstrzygać spory? Kto ma ścigać oszustwa, zmowy cenowe, wyłudzenia, manipulacje rynkowe czy nadużycia monopoli? Sam rynek? Przecież historia pokazuje, że również na wolnym rynku występują oszustwa, kartele i koncentracja kapitału. Właśnie dlatego powstały sądy, prawo handlowe i instytucje nadzoru. To nie jest jeszcze żaden "terror". Tak samo jak policjant pilnujący ruchu drogowego nie oznacza terroru komunikacyjnego. Nie twierdzę też, że państwo powinno wszystkim zarządzać. Wręcz przeciwnie. Napisałem wyraźnie, że nie wierzę ani w pełną centralizację, ani w pełną decentralizację.
Różnimy się chyba w jednym miejscu: Ty zakładasz, że rynek sam rozwiąże niemal każdy problem. Ja uważam, że ludzie potrafią współpracować zarówno poprzez rynek, jak i poprzez instytucje, wspólnoty, organizacje czy państwo. Zresztą sam Linux, który przywołujesz, jest dobrym przykładem. Nie powstał dlatego, że ktoś kierował się wyłącznie zyskiem. Powstał dlatego, że tysiące ludzi uznało, że warto wspólnie zrobić coś użytecznego.
I właśnie ten ludzki czynnik współpracy był głównym tematem mojego wpisu.
Instytucje, wspólnoty, organizacje, pilnowanie wykonania kontraktu, rozstrzyganie sporów, ściganie oszustw, zmów cenowych, wyłudzeń, manipulacji rynkowe czy nadużyć monopoli to też jest rynek i to wszystko można robić pokojowo, współpracując i konkurując — nie potrzeba do tego terytorialnego monopolu na terror.
Ty uważasz, że można pogodzić monopol na terror ze współpracą — trochę cię poproszę, a trochę walnę w ryj, trochę pomogę, a trochę zniewolę, trochę dam, trochę zabiorę. Otóż nie da się tego pogodzić i każdy akt inicjowania przemocy zawsze zabija współpracę i pokojowe rozwiązania. Nie można pogodzić wojny z pokojem.
Tworzyć synergię, można tylko poprzez inicjowanie dobrowolnej współpracy i obronę przed przemocą. Gdy cokolwiek spróbujesz zrobić na siłę, wbrew woli drugiej strony, terroryzując ją, to zawsze zepsujesz efekt synergiczny współpracy. Zawsze, bez wyjątku. Nie ma żadnych najmniejszych korzyści społecznych z monopolu na terror. To daje korzyść tylko terrorystom.
To, że taki system terroru się na świecie wytworzył, wynika tylko z tego, że to terrorystom się opłaca i budowali to tysiące lat w takim stanie opłacalności grabieży, a nie dlatego, że to jest dobre, mądre i słuszne. Jednak to przestaje się opłacać, więc nie ma sensu planować w żaden sposób przyszłości, zakładając, że terror będzie się opłacał wiecznie. Rozwój technologii i wzrost wydajności pracy zabija opłacalność terroru.
"Dlatego nie wierzę ani w całkowicie scentralizowaną energetykę, ani w całkowicie rozproszoną. Przyszłość wg mnie będzie wyglądała inaczej."
Polegać na wiedzy i racjonalnej argumentacji, zamiast wiary.
O przyszłości trudno mówić inaczej niż w kategoriach przewidywań. Nie użyłem słowa "wierzę" w znaczeniu religijnym, tylko potocznym: "uważam za najbardziej prawdopodobne".
Gdybym znał przyszłość z całkowitą pewnością, nie pisałbym felietonów, tylko obstawiał wyniki giełdy i loterii. Natomiast sama prognoza wynika właśnie z wiedzy i obserwacji obecnych trendów: rozwoju OZE, magazynów energii, elektromobilności oraz ograniczeń zarówno systemów całkowicie scentralizowanych, jak i całkowicie rozproszonych.
Energetyka przypominała internet na dziesięciolecia zanim powstał pierwszy komputer!
W Polsce elektryfikacja całego kraju została zakończona w latach 1960-70.
Droga Alino, gdybym napisał, że energetyka może rozwijać się podobnie jak Internet, nie oznacza, że internet wynalazł prąd. Tak samo jak stwierdzenie, że mózg działa jak komputer, nie oznacza, że człowiek został skonstruowany przez firmę Microsoft. Analogia dotyczy modelu działania sieci, a nie dat w kalendarzu.
Założenie by e-samochody pełniły rolę magazynów energii jest utopią, a warunkiem jest by każdy z nas miał taki samochód, który w każdej chwili postoju, był podłączony do -sieci, no i oczywiście warunki takiej współpracy. Już obecnie ten system istnieje, sporo instalacji ma magazyn energii, ale jest nierównomiernie rozlokowany na naszym terenie, przesyłanie nadmiarów z jednego końca Polski do drugiego jest skomplikowane i drogie, nasze sieci jak i większość w Europie, nie jest do tego przygotowana, nadmiar energii nie jest stale rozłożony, są godziny szczytów, jak potem spadek do "0".
W naszej przyrodzie zostało to idealnie opracowane przez Stwórcę, energia jest przetwarzana przez roślinność, np. na drewno, które także w pewnym zakresie kontroluje ilość CO2, dając nam dodatkowe korzyści, nim energia w nim zmagazynowana zostanie wykorzystana, do tego roślinność ma cudowny wpływ na biosferę, czyste powietrze, (nie chodzi o O2, bo tego prawie nie wytwarza, a co wytworzy pochłania), ale np. wilgoć ziemi, dzięki czemu rodzi płody, ochronę przed suszą, wiatrami etc.itd.dzięki roślinności (magazynom energii) jest życie na Ziemi.
Wg mnie, sens ma tylko i wyłącznie odpowiednio przygotowana europejska sieć energetyczna, która jest w stanie kontrolować przesył energii w każdą stronę, ale i tak to może działać jak Słońce świeci, ale zyskujemy spory przedział czasowy od prawa do lewa obszarów systemu.
Już dawno temu opracowano system elektrowni słonecznych ulokowanych na orbicie Ziemi, które nie są zależne od ziemskiej pogody, problemem jest jej przesyłanie na Ziemię, są różne warianty, ale jeszcze nie osiągalne technicznie.
Przyszłością jest geotermia, wieczna i czysta energia, z tego co wiem, jest technologia umożliwiająca głębokie odwierty, ale jest "schowana", bo za mało można na niej zarobić, a jest węgiel i ropa, dające duże zyski, więc poczekamy może do następnego pokolenia, a to jest tylko pierwszy stopień rozwoju cywilizacji, wykorzystanie energii planety.
Kolejny komentarz Spika oderwany od rzeczywistości i postępu techniki. Spike nie nadąża! Otóż e-samochody można spokojnie wykorzystywać jako magazyny: Dom zasilany z SAMOCHODU! Prąd z samochodu…
Spike daj se spokój z komentowaniem techniki, o której nie masz bladego pojęcia.
Tak, tak - samochody można wykorzystywać jako magazyny energii, szczególnie gdy objawiający cuda mówi, cytuję: "wyobraźmy sobie, że mamy taką sytuację, że mamy sobie w samochodzie energię".
Wyobraź wiec sobie, Alinko, że masz taką sytuację, że masz sobie dwadzieścia pięć lat. I co teraz możesz z tym realnie zrobić?
Hehe...
Koszt instalacji PV 10kW plus magazyn to będzie sto tysięcy. Do tego samochód elektryczny oraz termoizolowany, nowy dom. Nawet bez tego domu potrzebujemy wydać trzysta tysięcy złotych, by miec "darmową energie"...
😀
Jeżeli pozwalasz sobie Trójkolorowy wciskać kit o drożyźnie instalacji fotowoltaicznych, to każda z tzw. partii politycznych wciśnie Ci dowolna bzdurę a Ty w nią uwierzysz. Dlaczego? Powód jest tylko jeden. Bo nie chce Ci się sprawdzić. Teraz konkrety. Ja mam wszystko na prąd i przy normalnym użytkowaniu zużywam ok 10 kWh dziennie. Mieszkanie na drugim piętrze jedna ściana południowa i na niej dwa panele słoneczne suntech 490s za 660 zł (2x330zł) i Mikroinwerter Hoymiles HMS-1000-2T za niecałe 500 zł. razem z kablami i wtyczkami całość nie przekracza 1300 zł. To wszystko wpięte do gniazdka w pokoju i pokrywa połowę miesięcznego zużycia. Wymaga tylko zgłodzenia.
@mjk
Właśnie dlatego piszę, bo dokładnie rzecz sprawdziłem.
Moje roczne zużycie to 3600kWh licząc maj- maj. Z tego instalacja alarmowa, monitoring zdalny, system kamer oraz spinający to wszystko router, switch, bramka Zigbee, dwa repeatery, klika paneli tuya jako węzły protokołu kratowego, to 800kWh.
Biorąc pod uwagę, że pracujemy i chodzimy do szkół, to nie ma nikogo między 7 a 17 czyli w tych dziesięciu godzinach, gdy pracować może PV, jest mozliwosc zasilenia tylko tych drobnych sprzętów. Nie zasilę w tym czasie ani zmywarki, ani suszarki, ani piekarnika z takiej instalacji, jak Twoja, co oznacza, że mogę mieć oszczędność na poziomie max 20% mego zużycia. Większą oszczędność będę miał tylko wtedy gdy podniósłbym moc paneli i dołożył magazyn.
Któryś z nas nie potrafi liczyć Trójkolorowy i to na pewno nie jestem ja. Zużywamy dokładnie tyle samo energii. 3600 kWh rocznie czyli 300 kWh miesięcznie (3600:12= 300) i 10kWh dziennie (300:30=10).
U mnie instalacja za 1300 zł, którą opisałem, pokrywa połowę dziennego zapotrzebowania. Mam tę przewagę, że jestem emerytem i pranie, gotowanie czy zmywanie mogę robić w godzinach największego nasłonecznienia, ale nie tylko. Po analizie dziennego zapotrzebowania najwięcej energii zużywał bojler na ciepłą wodę a ten już można ustawić automatycznie w godzinach największego nasłonecznienia. Przypuszczam, że pralkę i zmywarkę przy dzisiejszych gniazdkach wifi można uruchomić zdalnie ze smartfona. Warto wiec wszystko przeanalizować. Instalacja 800W zwana balkonową wymaga tylko zgłoszenia i można ją rozbudować o kolejne moduły i magazyn ( magazyny) energii o czym nie każdy wie. Nie trzeba od razu budować instalacji 10 kW. To podobnie jak w życiu, żeby się napić piwa nie trzeba od razu browaru kupować.
W poprzednim wpisie zarzuciłem Ci, że nie sprawdzasz dokładnie informacji i nie tylko Ty nie sprawdzasz. Spróbuję to udowodnić. Przy moim zużyciu płaciłem ok 450 zł miesięcznie za energię elektryczną. Wyobraź sobie, że nie inwestując ani złotówki obniżyłem swoje rachunki do 300 zł. miesięcznie. Ciekawe, czy ktokolwiek napisze, jak to zrobić?
@mjk
Niepotrzebnie rozmowę techniczną zaśmiecasz osobistymi wtrętami pod moim adresem. Wpadłeś tym we własne sidła, o których niedawno pisałeś, siebie samego wyjmując wtedy z negatywnej oceny internautów. Plus tego jest taki, że wszyscy tu jesteśmy emocjonalni i normalni, bez wyjątku. Ty też.
Co do zdalnego sterowania urządzeń, to po to właśnie zbudowałem domową sieć urządzeń oraz wykorzystałem ich fabryczne funkcje, by pracowały one jak najbardziej wydajnie. I nie tylko chodzi o zmywarkę czy bojler, ale także choćby sterowanie każdym termostatem kaloryfera (koszt ogrzewania jest znacznie eiekszy niż koszt energii elektrycznej wiec tu jest większe pole do popisu) czy "odzyskiem" wody z kompresorowych osuszaczy powietrza, których dwie sztuki stoją w przyziemiu, jako produkt uboczny osuszania dają wodę do kwiatków albo stacji parowej - tu zysk finansowy jest zerowy, ale mam wodę destylowaną i do myjki ultradźwiękowej. Bez chodzenia i kupowania.
Wracając do tematu - właśnie o to chodzi, że po zastosowaniu PV w Twojej konfiguracji, oszczędność jest na poziomie stówki czy dwóch miesięcznie, całość przedsięwzięcia uznaję za nieopłacalną. Oczywiście arytmetyczne jest to oszczędność, nie przeczę, ale nie tylko chodzi o złotówki. Przecież gdybym patrzył wyłącznie na ilość PLN, to nigdy bym nie budował np. longboardów, na których jeździmy z synem, a możemy iść pieszo, za darmo. Koszt tych desek, to prąd na kilka lat wprzód. Ale z drugiej strony - gdy syn zaczął ładować swoj motor elektryczny (30Ah, 70V) to od razu zauważyłem jego dodatkowe dwie kilowatogodziny dziennie więc mu dałem gniazdko Tuya, by sobie włączał ładowanie gdy jest w szkole, a prad kosztuje 21gr/kWh.
Sumaryczny koszt utrzymania domu, wliczając wszystkie możliwe media, podatki i polisy to 1100zl miesięcznie. Jeżeli przetnę kabel energetyczny to dalej będzie 800, ale ja będę zdychał ze zgryzoty. Tak na to patrzę.
Ja nie pisałem o darmowym prądzie tylko o oszczędnościach. Każdy sam może ocenić, czy to sią opłaca. Ja za tysiąc złotych inwestycji ( panele i inwerter kupiłem w promocji) oszczędzam ok 150 złotych miesięcznie. Tyle tylko tyle i aż tyle.
Na jedno pytanie jednak nie odpowiedziałeś i nie tylko Ty. Jak obniżyłem rachunki z 450- 500 zł. do niecałych 300 zł. Jak to zrobiłem bez żadnych inwestycji. Po założeniu paneli rachunek oscyluje w granicach 150 zł za 300 kWh, bo część energii jeszcze "ucieka" do sieci.
A skąd ja mam wiedzieć, jak obniżyłeś rachunki? Może kradniesz? Nie zgadnę... 😀
Wiem za to, jak ja obniżyłem swoje - prawie każde gniazdko dostało podtynkowy, mieszczący się w standardowej puszcze, switch wifi, który umożliwia także pomiar energii. Na tej podstawie zobaczyłem np, że wieża audio pobiera 50W gdy wszystko jest wyłączone. Ki czort? Okazało sie, ze amerykański subwoofer żre z sieci 200mA non stop, a nie ma wyłącznika. Więc teraz już ma.
W ten oto sposób dopasowałem pracę urządzeń do potrzeb domowników.
Innymi słowy chodzi o to, by nie liczyć tak, jak Alinka, ktora za koszt swej inwestycji PV uznaje również dotację, którą dostała w prezencie. Owszem, dotację dostała, wydała mniej, ale to szczególny przypadek. Ja też mogę napisać, mając żonę lekarza, że "wy" to durnie jesteście stojąc latami do specjalistów zamiast pójść nazajutrz do każdego, jaki się wymarzy... Opłaca sie "wam" takie czekanie?
No właśnie...
@TRI - sing, czyli pitolisz jak poturbowany! Alinka doskonale wie czym jest "dotacja", a Ty nie masz pojęcia.
Gdybyś miał jakiekolwiek pojęcie o PV, to nawet w takim trybie życia, jakie macie, można zamontować PV od strony wschodniej (najlepiej płd-wsch) i zachodniej (płd-zach). Ale Ty masz mądrą tylko żonę? Może ona to pojmie? Ale nie musi, bo przy obecnych zarobkach lekarzy, robienie PV to dla Ciebie faktycznie ekstrawagancja.
Tego mojego komentarza nie czytałeś, czy nie zrozumiałeś? naszeblogi.pl
Coś Ci poradzę Alino, ale nie musisz skorzystać. Największy całoroczny zysk z paneli wcale nie jest najwyższy jak są skierowane na południe pod katem 60 stopni. Największy jest, jak panele leżą płasko na dachu (całkowicie poziomo). W moim zaś przypadku, (instalacja 800W tzw. balkonowa) największy średni zysk to pionowo na południowej ścianie. Sprawdzone doświadczalnie, ale nie musisz skorzystać z porady.
Oczywiście, że nie skorzystam, bo sama DAWNO zdecydowałam, gdzie zamontować moje PV. Są na południowej ścianie, zamontowane prawie pionowo. Te zyski są właśnie z takiej ich pozycji - jak można porównać - są w maksymalnym zakresie wydajności. W dodatku rzadko kiedy bywają zaśnieżone i są świetnie wentylowane w lecie. Zacieniają ścianę, która się tak nie nagrzewa w lecie jak wcześniej.
Nie zauważyłaś przypadkiem, że ja dokładnie o tym napisałem?
Pionowe ustawienie paneli nie daje maksymalnych zysków. To wie każdy, kto ma pojęcie.