Od kilku dni obserwuję kolejne internetowe spory o energetykę. Jedni twierdzą, że przyszłość należy do wielkich elektrowni. Inni, że wystarczy pokryć dachy panelami fotowoltaicznymi i problem zniknie. Jeszcze inni są przekonani, że rozwiązaniem jest atom, wodór, wiatraki albo magazyny energii. W tych wszystkich sporach najbardziej zadziwia mnie jedno. Prawie nikt nie zauważa, że największym problemem przyszłej energetyki nie będzie technologia. Największym problemem będzie człowiek.
Słońce każdego dnia dostarcza Ziemi tysiące razy więcej energii, niż cała ludzkość jest w stanie zużyć. Problem nie polega więc na tym, że energii brakuje. Problem polega na tym, że nie umiemy jej przechowywać wtedy, kiedy jest jej za dużo, i dostarczać wtedy, kiedy jest potrzebna. To trochę tak, jakby deszcz padał przez trzy dni w miesiącu, a przez pozostałe dwadzieścia siedem dni panowała susza. Wody byłoby pod dostatkiem. Potrzebne byłyby jedynie zbiorniki.
W energetyce jest podobnie. Dlatego od lat trwa poszukiwanie wielkiego magazynu energii przyszłości. I paradoksalnie być może już go mamy. Stoi pod naszymi domami. Na parkingach. W garażach. Nazywa się samochód elektryczny. Wyobraźmy sobie Polskę za dwadzieścia lub trzydzieści lat. Miliony domów posiadają własne instalacje fotowoltaiczne. Każdy budynek produkuje część energii samodzielnie. Na osiedlach działają lokalne magazyny energii. A przed domami stoją miliony samochodów elektrycznych. Przez większość czasu samochód przecież nie jeździ. Stoi. Przez dziewięćdziesiąt kilka procent swojego życia jest po prostu zaparkowany. A skoro stoi, to może być jednocześnie magazynem energii. W dzień ładuje się z nadwyżek energii słonecznej. Wieczorem oddaje część energii do domu lub lokalnej sieci. Brzmi pięknie i technicznie jest to możliwe już dziś.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy do równania wprowadzimy człowieka. Bo człowiek nie myśli kategoriami systemu. Człowiek myśli kategoriami własnego interesu. Jeżeli ktoś kupi samochód za dwieście tysięcy złotych i baterię wartą kilkadziesiąt tysięcy, natychmiast zada pytanie: „Dlaczego mam oddawać energię innym?” „Kto zapłaci za zużywanie mojej baterii?” „A jeśli rano będę chciał jechać do pracy?” „Dlaczego mam ponosić koszty stabilizacji całego systemu?” I będzie miał rację. Dokładnie tak samo myślą miliony ludzi. I właśnie dlatego największym problemem energetyki przyszłości nie będzie magazynowanie energii. Największym problemem będzie pogodzenie interesu jednostki z interesem wspólnoty.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej przypomina mi to politykę. W polityce każdy chce korzystać z państwa. Mało kto chce ponosić koszty jego funkcjonowania. Każdy chce lepszych dróg, ale nie chce podatków. Każdy chce bezpieczeństwa, ale nie chce wydatków na wojsko. Każdy chce dobrej służby zdrowia, ale nie chce składek. Każdy chce taniej energii, ale nie chce elektrowni pod własnym oknem. Tak samo będzie z energetyką rozproszoną. Wszyscy będą chcieli korzystać z jej zalet. Znacznie mniej ludzi będzie chciało uczestniczyć w kosztach budowy systemu.
Dlatego nie wierzę ani w całkowicie scentralizowaną energetykę, ani w całkowicie rozproszoną. Przyszłość wg mnie będzie wyglądała inaczej. Będzie przypominała internet. Internet nie składa się wyłącznie z wielkich centrów danych, ale nie składa się też wyłącznie z domowych komputerów. Istnieją wielkie serwerownie, światłowody, centra przetwarzania danych a jednocześnie miliardy urządzeń końcowych. To właśnie połączenie obu światów daje jego siłę.
Dokładnie tak samo będzie z energetyką. Będziemy mieli duże elektrownie jądrowe. Będziemy mieli elektrownie szczytowo-pompowe. Będziemy mieli wielkie sieci przesyłowe. Ale równocześnie będziemy mieli miliony małych producentów energii. Domowe magazyny. Lokalne mikrosieci. Samochody pełniące funkcję mobilnych magazynów energii. Nie będzie jednego centrum. Nie będzie też całkowitego rozproszenia. Powstanie energetyczny internet.
I być może właśnie tutaj kryje się najciekawsza lekcja dla nas wszystkich. Od lat kłócimy się o politykę dokładnie tak samo, jak dziś kłócimy się o energetykę. Jedni wierzą wyłącznie w wielkie rozwiązania. Drudzy wyłącznie w indywidualną wolność. Jedni chcą wszystkiego od państwa. Drudzy nie chcą państwa niemal wcale. Tymczasem życie niemal zawsze wybiera drogę pośrodku. Nie wygrywa skrajność. Wygrywa równowaga. Nie zwycięża centralizacja i nie zwycięża anarchia. Zwycięża współpraca. A z tym, jak pokazuje doświadczenie, mamy znacznie większy problem niż z budową elektrowni, paneli fotowoltaicznych czy magazynów energii.
Technologia rozwija się bardzo szybko. Ludzka natura znacznie wolniej. I właśnie dlatego największym wyzwaniem XXI wieku nie będzie wyprodukowanie energii. Największym wyzwaniem będzie nauczenie ludzi, że czasem warto oddać część własnej energii do wspólnej sieci. Nie tylko tej elektrycznej.
Bardzo trafnie opisujesz intuicyjny problem, ale to przecież klasyczny dylemat więźnia — i dokładnie na nim od lat żerują etatyści, by pozornie uzasadniać konieczność państwa jako arbitra dobra wspólnego. Tymczasem teoria gier i empiryczne badania (Ostrom i inni) pokazują, że gdy gra jest powtarzana, a ludzie mogą zawierać dobrowolne kontrakty, budować reputację i stosować proste strategie, stabilna współpraca powstaje bez centralnego przymusu.
W energetyce rozproszonej problem nie polega na tym, że człowiek jest zły i egoistyczny, tylko na tym, że dziś projektuje się system tak, jakby bodźce i własność nie miały znaczenia. Właściciel auta nie ma moralnego obowiązku oddawać energii systemowi, ale można mu zwyczajnie zapłacić za usługę magazynowania, dać gwarancję minimalnego stanu naładowania rano, różne modele umów i realną konkurencję ofert — wtedy konflikt jednostka-wspólnota rozwiązuje rynek, a nie kolejna ustawa.
"Energetyczny Internet" to świetna metafora, tylko warto ją dociągnąć do końca: Internet działa nie dlatego, że mamy Ministerstwo Pakietów IP, ale dlatego, że mamy wolność łączenia się, prywatną własność infrastruktury, kontrakty pomiędzy operatorami i protokoły powstałe oddolnie. Z dylematem więźnia w energetyce będzie tak samo — rozwiążą go własność, kontrakt i konkurencja, nie statolatria, socjalizm, etatyzm czy marksizm. Ucz się więcej ASE, a mniej wierz w keynesizm.
W jednym się z Tobą zgadzam Grzegorzu, że historia cywilizacji jest historią współpracy, a nie wyłącznie przymusu. Ludzie od tysięcy lat łączyli wysiłki, budowali miasta, drogi, uniwersytety, przedsiębiorstwa i całe gospodarki. Gdyby człowiek był wyłącznie egoistycznym maksymalizatorem własnej korzyści, nadal siedzielibyśmy w jaskiniach. Mam jednak wrażenie, że popełniasz ten sam błąd, który zarzucasz etatystom - próbujesz jedno uniwersalne wyjaśnienie zastosować do wszystkiego.
Piszesz, że wszystko rozwiążą własność, kontrakt i konkurencja. Czasami tak. Ale nie zawsze. Sam podałeś przykład Internetu. Tylko że Internet jest właśnie dowodem na coś bardziej złożonego. Owszem, mamy Microsoft i Billa Gatesa, który zarobił miliardy na Windowsie. Ale obok mamy Linuxa, stworzonego przez tysiące ludzi często pracujących za darmo, z pasji, prestiżu lub przekonania, że warto coś wspólnie budować. I to Linux dziś obsługuje większość serwerów świata, superkomputery, centra danych i znaczną część Internetu.
Gdzie tu jest prosty model człowieka kierującego się wyłącznie własnym interesem ekonomicznym?
Podobnie z samym Internetem. Nie powstał wyłącznie dzięki rynkowi. Powstał dzięki połączeniu badań publicznych, prywatnych inwestycji, otwartych standardów, pracy naukowców, przedsiębiorców i wolontariuszy. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż ASE i bardziej skomplikowana niż libertarianizm.
Dlatego od lat mam problem zarówno z kaleckizmem gospodarczym, który wierzy, że państwo rozwiąże wszystko, jak i z ASE, która zdaje się wierzyć, że wszystko rozwiąże rynek, bo historia pokazuje coś zupełnie innego. Największe sukcesy cywilizacyjne pojawiały się wtedy, gdy ludzie potrafili współpracować mimo różnych interesów, a nie wtedy, gdy zwyciężała jedna ideologia.
I właśnie dlatego w moim tekście nie chodziło o wyższość państwa nad rynkiem ani rynku nad państwem. Chodziło o coś znacznie prostszego. Technologia coraz częściej pozwala nam rozwiązać problemy. Natomiast człowiek wciąż pozostaje tym samym człowiekiem. I to nie magazyny energii, panele czy samochody elektryczne będą największym wyzwaniem przyszłości. Największym wyzwaniem pozostanie nauczenie się współpracy.
"Dlatego nie wierzę ani w całkowicie scentralizowaną energetykę, ani w całkowicie rozproszoną. Przyszłość wg mnie będzie wyglądała inaczej."
Polegać na wiedzy i racjonalnej argumentacji, zamiast wiary.
O przyszłości trudno mówić inaczej niż w kategoriach przewidywań. Nie użyłem słowa "wierzę" w znaczeniu religijnym, tylko potocznym: "uważam za najbardziej prawdopodobne".
Gdybym znał przyszłość z całkowitą pewnością, nie pisałbym felietonów, tylko obstawiał wyniki giełdy i loterii. Natomiast sama prognoza wynika właśnie z wiedzy i obserwacji obecnych trendów: rozwoju OZE, magazynów energii, elektromobilności oraz ograniczeń zarówno systemów całkowicie scentralizowanych, jak i całkowicie rozproszonych.
Energetyka przypominała internet na dziesięciolecia zanim powstał pierwszy komputer!
W Polsce elektryfikacja całego kraju została zakończona w latach 1960-70.