Pisałam kiedyś o sąsiedzie wpakowanym wbrew jego woli, wyrokiem sądu do DPS gdzie zmarł na gangrenę po kilku tygodniach. Na moim ekranie pojawiło się nagle wiele filmików poświęconych wykorzystywaniu i oszukiwaniu osób starszych przez własne rodziny. Filmiki te operują polskimi realiami lecz wyraźnie widać, że dotyczą stosunków amerykańskich. Są zresztą bardzo niedbale tłumaczone i do tych realiów dostosowywane, prawdopodobnie przez sztuczną głupotę (tak nazywam Chat GPT ) oraz jakiś translator. Na przykład bohaterowie mieszkają w Warszawie ale mają widok na Tatry, albo słyszą szum morskich fal. Wyroki wydawane są przez ławę przysięgłych, choć takiej instytucji nie ma w polskim systemie prawnym. Przypisano komuś przestępstwo federalne gdy taki termin nie istnieje w naszym prawie. Indyk zjadany jest w Święto Zmarłych, na które prymitywnie przerobiono amerykańskie Święto Dziękczynienia. Szkoda czasu na recenzowanie tych filmików. Wszystkie, a obejrzałam kilka z nich, oparte są na tym samym optymistycznym schemacie. Starsza osoba obrażona, zlekceważona, okradziona przez rodzinę pokazuje pazury i wygrywa w ostatecznym starciu z ludźmi którzy jej nie docenili, chcieli wymazać ze swego życia, ubezwłasnowolnić aby przejęć kontrolę nad jej własnością. Wredne dzieci i krewni na ogół nie wiedzą, że poniewierana osoba ma ukryty ogromny majątek, albo wygrała miliony na loterii, a dowiadują się o tym dla siebie zbyt późno.
Z tych filmików dowiedziałam się jednego, że problem wykorzystywania osób starszych istnieje i jest żywotny również w USA oraz, że w prawie amerykańskim istnieje na to specjalny paragraf. W Polsce specjalnego paragrafu nie ma natomiast istnieje ogromna, ciemna liczba przestępstw przeciwko osobom w podeszłym wieku, przestępstw popełnianych na ogół bezkarnie przez najbliższą rodzinę. Znajoma adwokatka powiedziała mi kiedyś: „pamiętaj, że w Polsce osoba po siedemdziesiątce jest praktycznie ubezwłasnowolniona, bez wyroku sądu”. Wydawało mi się, że przesadza lecz niestety szybko przekonałam się, że ma rację. Szefowa słynnego Ruchu Obrony Życia została przez rodzone dzieci oddana wbrew jej woli do prywatnego zakładu opiekuńczego daleko od Warszawy, jej mieszkanie zostało sprzedane, a pamiątki wyrzucone na śmietnik. Ta pani błagała odwiedzających ją znajomych o pożyczenie pieniędzy na autobus ale nikt nie odważył się jej powiedzieć, że nie ma dokąd wracać. Dzieci tej pani należały do grona tak zwanych katolików postępowych (podstępowych - jak mawiał mój mąż) Nie odważyłam się o jej przypadku napisać, bo wywołałoby to skandal, a ona bardzo dbała o dobre imię swojej rodziny. Zmarła w zakładzie we frustracji i zapomnieniu. Wśród dalekich znajomych była podobna historia. Syn oddał obydwoje rodziców do taniego prywatnego domu opieki pod pretekstem, że mieli brudno w mieszkaniu. Starsi państwo doskonale sobie radzili choć gruntowne porządki nie były już na ich siły. Starszy pan, przedwojenny oficer, zaatakował salową czy pielęgniarkę laską gdy wpychała mu na siłę do ust leki, których nie chciał przyjmować. Został przywiązany pasami do łóżka i szybko zmarł z upokorzenia. Jego żona poddała się terrorowi niższego personelu medycznego więc żyła nieco dłużej. Syn przyznawał się bezceremonialnie, że podpisał za rodziców zgodę na umieszczenie ich w domu opieki, ale nikt z personelu i dyrekcji tego domu nie zamierzał się tym oszustwem przejmować. Trzeci ze znanych mi bulwersujących przypadków bezprawnego krzywdzenia osób starszych dotyczy pewnego profesora PW, który oddał swoją matkę, drobną cichą staruszkę, do domu opieki gdzie złamano jej żebra podczas przymusowej kąpieli. Nie wiem czy starsza pani zgodziła się sama na usunięcie jej z jej własnego mieszkania czy obiecano jej, że jej pobyt w domu opieki będzie tylko tymczasowy. Jej główną przewiną było, że zbierała plastikowe kubki. Znam gorsze grzechy niż starcze zbieractwo. Kolejna historia. Wraz ze znajomą ze Związku Artystów Plastyków odwiedziłyśmy pewnego jej kolegę w zakładzie prowadzonym przez siostry zakonne przy ulicy Zawrat. Starszy pan skarżył się, że umieścił go tam wbrew jego woli syn i błagał o dostarczenie mu bloku rysunkowego i kredek. Kiedy następnego dnia pojawiałyśmy się przy ulicy Zawrat po panu nie było ani śladu, nikt nie chciał z nami rozmawiać i nie zostałyśmy nawet wpuszczone do środka. Raz tylko udało się nam pomóc starszej osobie w opresji. Była to samotna kobieta mieszkająca na Żoliborzu, na której mieszkanie ostrzył sobie zęby szef wspólnoty mieszkaniowej. Pani faktycznie zbierała niepotrzebne jej rzeczy lecz czyste i porządne, nie zbierała śmieci. Biegła sądowa, psychiatra napisała, że staruszka ma wszawicę, grzybicę i świerzb co nie tylko było kłamstwem lecz wręcz kpiną ze zdrowego rozsądku. Lekarka oszustka wystawiła zaświadczenie nie wchodząc nawet do pokoiku staruszki. W sądzie prowadzącym sprawę o przymusowy pobyt starszej pani w umieralni ( trudno inaczej nazwać ośrodek gdzieś na Powiślu gdzie w wieloosobowej sali została przywiązana do łózka z cewnikiem i w pampersie), oświadczyłyśmy ze znajomą, że podejmujemy nad staruszką pełną opiekę. Pamiętam, że zapytałam przydzielonego jej adwokata z urzędu czy mogę tak bezczelnie kłamać. Odpowiedział, że nie tylko mogę lecz muszę, bo sąd jest instytucją głupią i perfidną. Jednak sędzia okazała się mądra i orzekła uwolnienie starszej pani, Wyniosłyśmy jej zbiory na śmietnik, załatwiły przynoszenie obiadów z baru mlecznego i dozorowanie stanu mieszkania przez opiekunkę społeczną. Kilka lat staruszka żyła w dobrostanie, chodziła na zajęcia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a w pewnej chwili sama zażądała żeby załatwić jej pobyt u sióstr na Zamienieckiej. Nie było to łatwe, bo to naprawdę wspaniały zakład. Siostry opiekuńcze, serdeczne, otwarte na współpracę.
Podsumowując. Starsze osoby są również w Polsce często traktowane jako problem rodzinny, jako problem społeczny, jako zasób majątkowy, który warto jak najszybciej uruchomić. Nie są traktowane jak ludzie.
Fakt. Trzeba być bardzo ostrożnym i przgotowanm na najgorsze. Jak John Rambo.
-"Śmierć czai się wszędzie. Większość stara się jej unikać, ale nie każdy potrafi przed nią uciec.
Każdego dnia prowadzimy walkę przeciwko zarazkom, toksynom, ranom, chorobom i katastrofom.
Umrzeć można z łatwością. To wręcz cud, że jeszcze żyjemy. Każdego dnia ocieramy się o Śmierć na 1000 sposobów."
Kolejny powierzchowny spis ilustracji, nic nie mówiący o realiach tzw pomocy społecznej gdzie opiekunowie osób starszych nie mają nawet napisane, co i gdzie mogą uzyskać. Każdy grzebie na własną rękę jak kura wiec jeden wygrzebie opłacany przez NFZ porządny Zakład Opiekuńczo Leczniczy, a drugi prywatną, półdarmową umieralnię za trzy tysiące miesięcznie, z krótkim terminem użycia.
Ale sensacja jest. W rolach głównych dziewięćdziesięcioletnia gwiazda kina niemego, której towarzyszy wschodzące bożyszcze lat sześćdziesiąt pięć, przed którym krytycy wieszczą świetlaną przyszłość na planie opieki.
Są wyjątki - jak "prof." Senyszyn... Kto dał jej tytuł profesora i dlaczego - nie mam pojęcia.
dakowski.pl
Poza samymi DPSami i związanymi z tym problemami - żywienie co 4 godziny, podawanie leków nasennych po kolacji o 16, zakaz odwiedzin dla osób spoza rodziny. Bywa i tak że prywatny i drogi DPS, ma bardziej zamordystyczne warunki niż gminny.
Istotnym problemem jest to, kto i dlaczego kieruje swojego rodzica do takiego miejsca tym bardziej jeżeli ma środki i warunki ku temu by rodzic żył samodzielnie albo wspólnie w domu wielopokoleniowym. Współczesne budownictwo i styl życia nie ułatwia tego, a do tego zmiana miejsca zamieszkania w wieku późno emerytalnym to naprawdę może być traumatyczne doświadczenie. Dlaczego rzekomo kochający syn czy córka podejmuje taką decyzję i finalnie nie odwiedza rodzica ani nim się nie interesuje.
To szerokie pytanie, z zaobserwowanego doświadczenia, uważam że najważniejsze są pieniądze: mieszkanie po rodzicu można sprzedać wynająć, opieka domowa - jeśli jest potrzebna - kosztuje, wygodniej oddać i zapomnieć. Tu także wchodzi dziedziczenie i prawo spadkowe, zapisywanie "za życia" czegokolwiek ze środków trwałych, jest złe. Nie tylko dlatego że rodzi pokusę "wywłaszczyć" rodzica przez dziecko za życia rodzica, dziecko może umrzeć a mąż/żona czy wnuki nie będąc związane z dziadkiem pozbędą się go. Czasem po prostu ludzie się degenerują (życie, praca towarzystwo alkohol, narkotyki) i stają się wyzuci z empatii i wyższych uczuć.
Marne to pocieszenie, i też wynikające z własnych obserwacji, gdy dzieci tak traktują rodziców w ten sposób - a nie zostali tak wychowani tylko się zdegenerowali - istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo że ich spotka to samo ze strony własnych dzieci. A te nie będą widziały niczego niewłaściwego w swoim zachowaniu, w końcu rodzic dał taki przykład.