Prawica od miesięcy opowiada swoim wyborcom prostą historię. Unia Europejska to w istocie polityczne narzędzie Niemiec, Donald Tusk realizuje interes Berlina, a program SAFE ma być kolejnym etapem podporządkowywania Polski zewnętrznym interesom. Narracja jest mocna, emocjonalna i bardzo wygodna, bo tłumaczy niemal wszystko. Problem polega na tym, że jeśli potraktować ją poważnie, to prowadzi do wniosków dokładnie odwrotnych niż te, które dziś dominują w prawicowych mediach i komentarzach. Bo trzeba sobie w końcu zadać pytanie fundamentalne:
Czy Niemcy i unijne elity są rzeczywiście tak przebiegłe i skuteczne, jak twierdzi prawica, czy może są kompletnymi nieudacznikami?
Jeżeli są nieudacznikami, to prawica może spać spokojnie. Pierwsze transze SAFE będą drogie, oprocentowanie wysokie, pieniądze szerokim strumieniem popłyną do niemieckich i francuskich koncernów, a Polacy zobaczą dokładnie to, o czym dziś opowiadają prawicowi publicyści. Wtedy narracja „mówiliśmy od początku” zadziała idealnie.
Ale jeśli, zgodnie z prawicową diagnozą, po drugiej stronie siedzą ludzie cyniczni, inteligentni i grający kilka ruchów do przodu, to zrobią dokładnie odwrotnie. I właśnie tego najwyraźniej wielu komentatorów kompletnie nie rozumie. Bo co się stanie, jeśli pierwsza transza SAFE będzie oprocentowana wyjątkowo korzystnie? Jeśli będzie tańsza niż wiele komercyjnych źródeł finansowania? Jeśli ogromna część środków trafi do polskich zakładów, polskich podwykonawców, polskich regionów? Jeśli ruszą inwestycje, zamówienia i miejsca pracy? Co wtedy powie prawica? Że to pułapka? Oczywiście. Tylko że przeciętny wyborca nie analizuje geopolitycznych traktatów przy świeczce i mapie Europy z 1938 roku. Przeciętny wyborca patrzy, czy w jego mieście powstała fabryka, czy firma dostała kontrakt i czy pensja wzrosła.
I właśnie dlatego cała obecna strategia prawicy może okazać się politycznym samobójstwem.
Od tygodni nie tylko pod moimi wpisami trwa histeryczna dyskusja o wszystkim - o „reżimie”, „Norymberdze”, „niemieckich agentach”, „gwałceniu konstytucji”, „bandach”, „ukrytych planach Berlina”, a nawet o technoimprezach, pizzach z Jagodna i klubach swingersów. Emocje buzują, komentarze lecą tysiącami, ludzie nakręcają się wzajemnie coraz bardziej. Tylko że w tym całym politycznym kabarecie prawie nikt nie rozmawia o tym, co naprawdę może zdecydować o przyszłych wyborach.
O pieniądzach.
Nie o Trybunale Konstytucyjnym. Nie o sporach o prokuraturę. Nie o awanturach w telewizji. Nie o kolejnych „taśmach”, „aferach” i internetowych wojnach plemiennych. Ludzie mogą godzinami kłócić się o ideologię, ale głosują w większości portfelem. I jeśli Tusk pokaże przed wyborami konkretne inwestycje finansowane z SAFE, a prawica nadal będzie odpowiadała opowieściami o „IV Rzeszy”, to może się okazać, że ogromna część społeczeństwa po prostu wzruszy ramionami. Zwłaszcza że członkostwo Polski w UE popiera dziś około 80% ludzi. To jest polityczny fakt, którego nie zmienią nawet najbardziej dramatyczne wpisy o „niemieckim okupancie”.
A teraz najważniejsze. Moim zdaniem SAFE nie jest celem samym w sobie. Jest tylko środkiem. Prawdziwy cel może być znacznie większy. W poprzedniej kampanii Donald Tusk mówił o siłowym usunięciu prezesa NBP. Nie zrobił tego. Dlaczego? Bo nie musiał. Dużo wygodniej jest poczekać. Jeśli obecny obóz wygra kolejne wybory i utrzyma władzę wystarczająco długo, obsadzi również Narodowy Bank Polski. A wtedy domknie cały system instytucjonalny państwa:
Rząd, parlament, prokuraturę, media publiczne i bank centralny.
I właśnie dlatego obecna strategia prawicy przypomina momentami dzieci bawiące się z zawodowym szachistą. Podczas gdy komentatorzy ekscytują się kolejnym internetowym memem albo okrzykiem „Tusk to Niemiec”, druga strona może spokojnie budować społeczną akceptację dla własnego modelu władzy, poprzez pieniądze, inwestycje i poczucie stabilizacji. To jest właśnie największy paradoks tej całej sytuacji. Prawica od miesięcy przekonuje swoich wyborców, że przeciwnik jest niezwykle groźny, inteligentny i bezwzględny. A jednocześnie zachowuje się tak, jakby ten przeciwnik był idiotą, który za chwilę sam wpadnie do własnego dołu.
Polityka tak nie działa.
Jeśli naprawdę wierzy się, że po drugiej stronie siedzą ludzie cyniczni i skuteczni, to trzeba zacząć myśleć równie chłodno i strategicznie. Inaczej można obudzić się po wyborach w rzeczywistości, w której będzie już za późno nie tylko na internetowe tyrady, ale nawet na zadawanie pytań. Bo wtedy okaże się, że podczas gdy jedni walczyli o emocje i symbole, drudzy po prostu zdobyli władzę totalną i to metodą znacznie prostszą niż „zamach na demokrację”.
Przez kredyty, inwestycje i ludzkie portfele.
A historia uczy, że społeczeństwa znacznie częściej oddają władzę za poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji niż jest im ona odbierana czołgami.
Znowu odpowiadasz na tekst, którego nie napisałem Spike. Ja nie twierdziłem, że znam już warunki przyszłych transz SAFE ani że wszystko będzie dla Polski korzystne. Wprost przeciwnie, cały sens mojego tekstu polegał na czymś innym, na analizie politycznej strategii i możliwego scenariusza komunikacyjnego przed wyborami.
Jeśli prawica od miesięcy przekonuje, że Niemcy i UE są niezwykle sprytni, cyniczni i grają długofalowo, to musi brać pod uwagę również taki wariant, że pierwsze transze zostaną politycznie opakowane bardzo korzystnie dla Polski. Niskie oprocentowanie, duży udział polskich firm, inwestycje i miejsca pracy - właśnie po to, by rozbroić krytykę i wygrać politycznie.
I dokładnie o tym jest mój wpis.
Natomiast Ty sam potwierdzasz mój główny zarzut wobec obecnej dyskusji na prawicy: zamiast rozmawiać o strategicznych skutkach politycznych SAFE, większość natychmiast ucieka w poboczne spory, personalne wycieczki i emocjonalne przepychanki.
Co do NBP, to oczywiście, że Tusk próbował wywierać presję na Glapińskiego. Ale właśnie dlatego napisałem, że być może zrozumiał, iż dużo skuteczniej będzie po prostu przeczekać i zdobyć pełnię wpływu instytucjonalnego po kolejnych wyborach, zamiast ryzykować frontalną awanturę zakończoną porażką.
Nie, Spike. Właśnie problem polega na tym, że Ty cały czas odpowiadasz nie na tekst, tylko na własne wyobrażenie o nim. Ja nigdzie nie pisałem, że Niemcy kierują się altruizmem ani że działają dla Polski. Wręcz przeciwnie - cały wpis opieraa się na założeniu, że działają przede wszystkim we własnym interesie. Tylko wyciągnąłem z tego zupełnie inny wniosek niż większość komentujących. Bo jeśli Niemcy są, jak twierdzicie, cyniczni, skuteczni i myślą strategicznie, to nie zrobią z SAFE prymitywnej pułapki z wysokim oprocentowaniem i jawnym pompowaniem pieniędzy wyłącznie do siebie. Zrobią dokładnie odwrotnie.
Dadzą Polsce warunki, które politycznie rozbroją prawicę i pozwolą Tuskowi wygrać kolejne wybory.
Na tym polegał cały sens tekstu. Tymczasem większość komentarzy wygląda tak: „Niemcy są wszechpotężni, genialni i wszystkim sterują” a chwilę później: „na pewno postąpią tak głupio, że każdy od razu zobaczy przekręt”. Przecież jedno z drugim się wyklucza. I dokładnie o tym był mój wpis - że prawica coraz częściej walczy nie z realną strategią przeciwnika, tylko z własną emocjonalną narracją. A potem może się obudzić w rzeczywistości, w której przeciętny wyborca zobaczy nowe kontrakty, miejsca pracy i miliardy dla przemysłu, a wszystkie internetowe opowieści o niemieckiej pułapce uzna za histerię. Dlatego kończę już ten wątek, bo mam wrażenie, że od kilku dni krążymy w kółko wokół tych samych sloganów, zamiast rozmawiać o tym, jak naprawdę wygrywa się albo przegrywa politykę.
MJK1 = Może Jestem Kosmitą nr 1 napisał:
"A wtedy domknie cały system instytucjonalny państwa"
Na razie nie domknął. Prezydent Nawrocki jednak nie jest notariuszem rządu Tuska, ani strażnikiem żyrandoli. Prowadzi aktywną politykę. Podobnie szef NBP inwestuje jak szalony w złoto. Ma być niedługo już 700 ton złota. Jako że ceny złota ciągle idą do góry, to jest niezwykle trafiona inwestycja.
Więc co pozostaje Tuskowi? Podpisali w jego imieniu pożyczkę der SAFE K-K i chyba ten centuś z Krakowa AD. Tym sprytnym sposobem znowu Tusk przechytrzy Polacken. Ale chcącemu nie dzieje sie krzywda. Co prawda MJK1 potwierdza, że rząd Tuska nadal nie wie na jaki procent będzie ta pożyczka. Czy komukolwiek w życiu zdarzyło się podpisać umowę na pożyczkę bez znajomości oprocentowania pożyczki? W dodatku ta pożyczka nie może być wykorzystana tak jak pożyczkobiorca chce, bo jest mechanizm warunkowości, znany z KPO. KE decyduje, czy wypłacić czy nie. A odsetki do spłaty lecą :)
Ale przecież mój wpis właśnie zakładał, że „na razie” system nie jest domknięty Uboot. Dlatego użyłem przyszłego scenariusza politycznego, a nie opisu obecnego stanu. Prezydent Nawrocki i obecny prezes NBP są dziś jeszcze elementami równowagi instytucjonalnej i nikt tego nie neguje. Pytanie brzmi jednak zupełnie inaczej:
co będzie po kolejnych wyborach?
Jeśli obecny obóz utrzyma władzę i zdobędzie możliwość obsadzenia również NBP po zakończeniu kadencji Adama Glapińskiego w 2028 roku, to sytuacja zmieni się fundamentalnie. Wtedy rzeczywiście domknie się cały układ instytucjonalny państwa: rząd, parlament, prokuratura, media publiczne i bank centralny. I właśnie dlatego pisałem, że SAFE może być elementem dużo większej gry politycznej, a nie tylko zwykłą pożyczką.
Dalej też nic nie rozumiesz. Skupiasz się wyłącznie na pytaniu „czy oprocentowanie już jest znane?”, podczas gdy ja pisałem o czymś politycznie ważniejszym. Jak ta sprawa będzie wyglądała w oczach przeciętnego wyborcy za rok czy dwa. Bo jeśli pierwsze transze okażą się korzystne, pieniądze trafią do polskich zakładów i ruszą inwestycje, to większość społeczeństwa nie będzie analizowała mechanizmów warunkowości KE ani struktury prawnej instrumentu SAFE. Ludzie zobaczą miejsca pracy, kontrakty i pieniądze. I właśnie dlatego ostrzegałem, że prawica może zostać politycznie ograna, jeśli dalej będzie prowadziła dyskusję głównie w kategoriach emocjonalnych sloganów i katastroficznych wizji, zamiast przygotować się na dużo bardziej pragmatyczny scenariusz przeciwnika.
Co do złota, samo zwiększanie rezerw jest dziś racjonalną polityką banków centralnych na całym świecie. Problem nie polega na tym, czy złoto kupowano słusznie, tylko kto będzie kontrolował instytucję NBP w 2028 roku, jak skończy się kadencja Glapńskiego, bo bank centralny to nie tylko sztabki w skarbcu, ale ogromny wpływ na całe państwo i gospodarkę.
MJK1= Może Jestem Kosmitą nr 1 napisał:
"co będzie po kolejnych wyborach?"
Ktoś tam wygra. Wygra ferajna Tuska? To wygra. No i co z tego? Wszystkich nas nie powsadzają. Ludzie mogą sie wzburzyć i wyjdzie iskra, którą przewidział o.Klimuszko.
"Ludzie zobaczą miejsca pracy, kontrakty i pieniądze"
Obecnie po 3 latach nierządu ferajny Tuska jest dokładnie odwrotnie. Pracy nie ma, kontraktów nie ma. Pieniędzy nie ma. Powstaje uzasadnione podejrzenie, że der SAFE jest potrzebne do zasypania dziury budżetowej Tuska. Podobnie było za pierwszego Tuska, kiedu sztukmistrz z Londynu, z wyglądu Gargamel, przelał 150 mld z OFE na ZUS okradając Polaków z wymarzonych emerytur.
Pierwsza część Twojego komentarza Uboot jest właśnie dobrym przykładem myślenia życzeniowego zamiast politycznej analizy. „Jakoś to będzie”, „ludzie się wzburzą”, „wyjdzie iskra”, „Klimuszko przewidział”, tylko że polityka nie działa na zasadzie objawień i przepowiedni. Wybory wygrywa się emocją połączoną z interesem. Jeśli ktoś zapewni ludziom poczucie stabilności, pieniądze i względny spokój, to wygra nawet mimo afer i krytyki. Tak działa demokracja masowa od dziesięcioleci. I właśnie przed tym ostrzega mój wpis. Nie przed „końcem świata”, tylko przed bardzo realnym scenariuszem politycznym. Bo prawica coraz częściej zachowuje się tak, jakby samo moralne oburzenie miało automatycznie zapewnić zwycięstwo. Nie zapewni. Zwłaszcza gdy druga strona gra pragmatyką i pieniędzmi. A z wróżbitami, ojcem Klimuszko i politycznymi proroctwami naprawdę nie mam zamiaru konkurować.
Natomiast druga część komentarza jest dużo ciekawsza, bo ona paradoksalnie potwierdza moją tezę. Przecież właśnie Donald Tusk już raz przeprowadził operację na OFE, którą prawica przez lata przedstawiała niemal jako ekonomiczny koniec świata i „rabunek Polaków”. I co się stało? Czy społeczeństwo masowo odwróciło się od Tuska? Nie. Wygrał wybory. Dlaczego? Bo większość ludzi nie analizuje polityki przez pryzmat wielkich ideowych sporów czy konstrukcji finansowych, tylko przez codzienne poczucie bezpieczeństwa i przekaz medialny. I dokładnie to samo może wydarzyć się z SAFE. Jeżeli przeciętny wyborca zobaczy nowe kontrakty, miejsca pracy, inwestycje w zakładach, czy informacje o miliardach dla polskiego przemysłu, to nie będzie śledził sporów o konstrukcję kredytu, mechanizmy unijne czy przyszłe ryzyka fiskalne. Tym bardziej, jeśli reżimowe media pokażą to jako „historyczny sukces Polski w Europie”.
Dlatego właśnie pisałem, że prawica może wpaść we własną pułapkę. Zamiast przygotowywać argumenty na wypadek, gdyby SAFE okazał się politycznie skuteczny, część komentatorów zachowuje się tak, jakby sam okrzyk „niemiecki przekręt!” miał wystarczyć. Otóż nie wystarczy. Bo politykę wygrywa się nie tym, co jest napisane w analizach internetowych, tylko tym, co przeciętny człowiek widzi we własnym portfelu i w telewizji.
dakowski.pl
,,Prawica od miesięcy przekonuje swoich wyborców,że przeciwnik jest niezwykle groźny,inteligentny i bezwzglęny''.Czyby rzeczywiście uważa pan że ta prawica zwraca sie tylko do swoich wyborców a nie do całego społeczeństwa?Tak wysmiewane przez pana protesty nie są po to, żeby utwierdzić elektorat prawicowy,że sprawy w Polsce nie idą w dobrym kierunku.Pokazywały ogrom patologii i bezprawia władzy stojąc w zimie pod więzieniami gdzie nieludzko traktowano kobiety czy księdza oskarżonych przez reżim w zasadzie tylko dlatego,by jak się wymknęło Giertychowi chciano zmusić do składania fałszywych zeznań. To rząd i koalicja rozpętała histerię i piekło wobec prawicy,a pan się oburza,że mamy śmiałość poruszyć ten problem.Czy uważa pan że w tym piekle stworzonym przez rząd Tuska wobec opozycji jest jeszcze miejsce na nawoływanie do chłodnego i strategicznego myślenia? Czy jest to możliwe kiedy reżim traktuje nas jako podludzi,a jego działaniami patronuje UE i Niemcy? To na czym ma polegać to chłodne myślenie? Na akademickich debatach w internecie?
Ty dalej z uporem maniaka ciągle uciekasz od sedna mojego wpisu i jednocześnie sama potwierdzasz jego główną tezę Droga Sake. Tekst nie jest o tym, czy ktoś lubi Tuska, Giertycha, UE czy Niemcy. Nie jest też o tym, czy protestować wolno, bo oczywiście wolno. Problem polega na czymś zupełnie innym. Prawica od miesięcy żyje niemal wyłącznie emocją, symbolem i poczuciem oblężenia, podczas gdy przeciwnik gra interesem, pieniędzmi i przyszłymi wyborami.
Piszesz o „masowych protestach”. Jakich masowych? Wybacz, ale kilkanaście czy kilkadziesiąt osób pod więzieniem to nie jest społeczny przełom, tylko polityczna bańka utwierdzająca samą siebie. Normalny wyborca - ten, który decyduje o wyniku wyborów, nie żyje komisjami śledczymi, księdzem z Funduszu Sprawiedliwości ani debatą o „reżimie”. On żyje ratą kredytu, pracą, cenami i poczuciem bezpieczeństwa ekonomicznego. I właśnie o tym jest mój tekst. Jeśli SAFE okaże się tani, a pieniądze realnie trafią do polskich zakładów, to cała opowieść o „niemieckiej pułapce” rozsypie się w oczach przeciętnego wyborcy w tydzień. Nieważne będzie wtedy ani „bezprawie”, ani „zimowe protesty”, ani internetowe tyrady o reżimie. Ludzie powiedzą prosto:
„skoro są miejsca pracy i kontrakty, to gdzie ta katastrofa, o której PiS krzyczało miesiącami?”.
Cały czas mylisz mobilizację własnego środowiska z przekonywaniem większości społeczeństwa. To są dwie różne rzeczy. Można mieć rację moralną i jednocześnie przegrać politycznie z kretesem. Historia pełna jest takich przypadków.
I jeszcze jedno. Ciągłe używanie słów typu „reżim”, „podludzie”, „piekło”, „Niemcy sterują wszystkim” działa dokładnie odwrotnie niż Ci się wydaje. Nie mobilizuje umiarkowanych. To ich odstrasza! Dla przeciętnego człowieka brzmi to coraz bardziej jak polityczna apokalipsa nadawana 24 godziny na dobę. A ludzie nie głosują na tych, którzy każą im codziennie żyć w stanie końca świata. Głosują na tych, którzy sprawiają wrażenie spokojniejszych, bardziej przewidywalnych i skuteczniejszych. I to jest największy problem prawicy, o którym jest ten wpis. Nie Tusk. Nie TVN. Nie Niemcy. Tylko kompletna niezdolność odróżnienia emocjonalnej wojny własnej bańki od realnej walki o większość społeczeństwa.
To jak pan chce zmobilizować,uspokoić tych umiarkowanych? Przemilczaniem afer,bezprawia,złych decyzji,rozpasania rządu? To jest ta pana droga by ich nie odstraszać? Zamknąć wolne media,by umiarkowani nie pytali o nic szczęśliwi,że żyją w wolnym kraju,bogacili się i uśmiechali?Przecież wg pana to nie Tusk,nie Niemcy,nie deptanie Konstytucji zagrażają Polsce tylko prawica. To pan chce zamknąć tych umiarkowanych w bańce nieświadomości i niewiedzy. To pan niczym Orson Welles w słuchowisku ,,Wojna Światów'' z 1938 roku gdzie Marsjanie atakują Ziemię podsyca histerię i nienawiść do tej części społeczeństwa którym Polska nie jest obojętna i widzą ten reżim,to bezprawie ,afery i korupcję i nie chcą siedzieć w tej pana bańce..My nie jesteśmy tymi Marsjanami i nie prowadzimy emocjonalnej wojny. Ale też nie możemy być ślepi i głusi na zło które pan tak uparcie neguje.Pan wielbiciel poniżej pisze o konieczności podejmowania ,,pracy organicznej'' dla dobra Polski.Ale po co podejmować skoro wg was jest się w kraju dobrze rządzonym, bogatym,uznanym w świecie dzięki demokracji walczącej,gdzie wszyscy są równi a prawo jest prawem i sądy niezawisłe.Jedynym zaś wrogiem do zwalczania jest PiS i na to władza nie żałuje środków,gróźb i próśb o wsparcie ze strony Europki. Wszystko co nie jest podkadzaniem rządowi podlega pod paragraf ,a zwracanie uwagi na nieprawidłowości i patologię nazywacie g...noburzą. No cóż to już z waszej strony groźba,kto nie z nami jest przeciwko nam.
Ty chyba nigdy nic nie zrozumiesz, bo kolejny raz polemizujesz nie z tym, co napisałem, tylko z własnym wyobrażeniem o moich poglądach. Nigdzie nie napisałem, że należy przemilczać afery, zamykać wolne media ani udawać, że wszystko w państwie działa idealnie. To są tezy dopisane przez Ciebie, żeby łatwiej było walczyć z wyobrażonym przeciwnikiem.
Sedno moich tekstów jest proste jak budowa cepa. Można jednocześnie krytykować władzę i zachować zdolność strategicznego myślenia. To nie wyklucza się nawzajem. Problem polega na tym, że część prawicy od dawna funkcjonuje wyłącznie w trybie permanentnego alarmu: „reżim”, „koniec demokracji”, „Niemcy sterują wszystkim”, „wojna totalna”. I właśnie o to pytałem.
Jaki efekt polityczny przynosi to po dwóch latach?
Czy przybywa od tego wyborców? Czy raczej zostaje coraz szczelniejsza bańka ludzi wzajemnie utwierdzających się w katastroficznej wizji świata? Bo przeciętny obywatel naprawdę nie żyje przez całą dobę polityką. Nie analizuje codziennie komisji śledczych, sporów konstytucyjnych i internetowych awantur. Oceni władzę głównie po poziomie życia, bezpieczeństwie i własnym poczuciu stabilności. Można się na to oburzać, ale tak działa demokracja masowa. I właśnie dlatego pisałem o SAFE. Bo jeśli rząd pokaże ludziom konkretne pieniądze, inwestycje i miejsca pracy, to ogromna część społeczeństwa zwyczajnie nie będzie słuchała opowieści o niemieckim planie kolonizacji. Nie dlatego, że kocha Tuska czy Niemcy, tylko dlatego, że ludzie zazwyczaj wybierają spokój i własny interes ekonomiczny.
Ty ciągle interpretujesz każdą próbę chłodnej analizy jako „podkadzanie rządowi”. Tymczasem ostrzeżenie przed politycznymi błędami własnego obozu nie jest zdradą, tylko próbą ratowania go przed porażką. Bo największe klęski polityczne bardzo często zaczynają się właśnie wtedy, gdy każdą krytyczną refleksję uznaje się za herezję albo działanie dla wroga. I na tym naprawdę zakończę ten wątek, bo odnoszę wrażenie, że od dawna nie rozmawiamy już o argumentach, tylko o emocjach przypisywanych sobie nawzajem.
Orzesz na twardym kamienistym ugorze, gdzie sensem politykowania jest potrzeba udzialu w codziennej g.burzy i koniecznosc roztrząsania każdej najglupszej wypowiedzi dochodzacej z obozu przeciwników. Podczas gdy sprawy najwazniejsze z punktu widzenia kondycji państwa przelatują gdzieś obok .
Podziwiam Twoja wytrwałość. Kiedyś próbowałem robić to samo. Aż dotarło do mnie jakim wyzwaniem jest kazda proba racjonalizowania zachowań sterowanego przez wodzirejów tłumu i przywracanie mu podstawowych chociażby zasad logiki.
Tyle, że podstawowym założeniem takiej " pracy organicznej" juz na początku powinno być dotarcie z przekazem do owych " wodzirejów" przede wszystkim. Bo cala sformatowana przez nich reszta, jak komentatorzy tutaj chociażby, świeci światłem odbitym.
Rzecz teraz w tym, czy oprocz wyborczego tąpnięcia jest jakaś inna metoda aby z tym przekazem do wodzirejow dotrzeć.
Albo też w tym.... czyjego głosu wodzirejowie są zobligowani i zwykli sluchać.
To chyba pierwszy komentarz w tej dyskusji Es, który rzeczywiście dotyka sedna problemu, a nie tylko kręci się wokół emocji, symboli i wzajemnego okładania się etykietami. Bo dokładnie o to chodziło w moich tekstach. Nie o obronę Tuska, nie o atak na prawicę jako taką, tylko o próbę pokazania, że politykę przegrywa się często nie dlatego, że przeciwnik jest silniejszy, lecz dlatego, że samemu zaczyna się żyć w świecie własnych emocji i własnego przekazu. I masz całkowitą rację - komentatorzy świecą zwykle tylko światłem odbitym. Powtarzają język, emocje i sposób myślenia nadawany przez politycznych wodzirejów, medialnych liderów opinii czy partyjne bańki. Dlatego spór pod tekstem bardzo często przypomina rozmowę ludzi oglądających dwa różne światy, a nie tę samą rzeczywistość. Pytanie brzmi więc nie: „jak przekonać komentatorów?, tylko właśnie: jak dotrzeć do tych, którzy ustawiają ton całej narracji?. I tu niestety odpowiedź nie jest optymistyczna. W polityce bardzo rzadko działa argument intelektualny. Najczęściej działa dopiero polityczny interes albo strach przed porażką. Dopóki wodzireje widzą wysokie słupki we własnej bańce, pełne sale na spotkaniach i entuzjazm wiernego elektoratu, dopóty będą przekonani, że obrana strategia jest słuszna. Nawet jeśli równocześnie tracą wyborców umiarkowanych, których na co dzień po prostu nie widzą. Dlatego obawiam się, że jedynym językiem naprawdę słyszalnym dla politycznych liderów są wyniki wyborów i twarde sondaże pokazujące odpływ centrum. Historia pokazuje, że partie zmieniają ton dopiero wtedy, gdy zaczynają przegrywać nie pojedyncze internetowe dyskusje, ale realne grupy społeczne.
Wspomniałeś też o jeszcze jednej ważnej rzeczy - kto może być dziś dla prawicy autorytetem zdolnym taki sygnał przekazać. I tu, wg mnie, kluczowa może się okazać rola prezydenta. Bo prezydent, szczególnie dysponujący silnym mandatem społecznym, siłą rzeczy musi patrzeć szerzej niż najbardziej radykalna część własnego zaplecza. Musi myśleć kategoriami większości społecznej, państwa i długiego politycznego trwania. Jeżeli więc jakikolwiek sygnał ostrzegawczy miałby dziś dotrzeć do części prawicy, to być może właśnie stamtąd, od ludzi, którzy rozumieją, że nie da się wygrać nowoczesnej polityki wyłącznie mobilizacją własnego twardego elektoratu. Że potrzebni są także ludzie spokojni, umiarkowani i często politycznie bierni. Ci sami, których najłatwiej dziś odstraszyć permanentnym stanem politycznej wojny totalnej. I jak na ironię akurat teraz PIS-owska geriatria pod wodzą Kaczyńskiego podstawia prezydentowi nogę w temacie kryptowalut, co krytykuje już nie tylko środowisko Morawieckiego. Już nie tylko płakać, ale wyć się chce.