Gdy w debacie publicznej polityczna propaganda zderza się z obiektywnymi prawami ekonomii, domorośli ekonomiści zazwyczaj reagują agresją wobec każdego, kto potrafi liczyć. Doskonale widać to po atakach na Sławomira Mentzena za jego stanowisko wobec metod finansowania naszych zbrojeń. Mentzen, wykorzystując swój warsztat doktora ekonomii, robi dokładnie to, co w tej sytuacji należy: chłodno i bezlitośnie punktuje ułudy obu rzekomo cudownych recept — zarówno unijnego programu SAFE, jak i forsowanego przez NBP oraz prezydenta wariantu SAFE 0%.
Jego diagnoza jest do bólu poprawna, bo opiera się na twardych prawach rynkowych, a nie na politycznym chciejstwie czy naiwnej wierze w kreatywną księgowość. Mentzen słusznie uderza w oba te systemy, wykazując, że nie da się wykreować bogactwa z długu ani z bilansowych sztuczek, a za każdą z tych operacji ostatecznie zapłaci polski podatnik — w wyższych podatkach, inflacji lub utracie suwerenności.
Warto tę zdroworozsądkową argumentację rozwinąć i odrzeć oba mechanizmy z pijarowej nowomowy. Przyjrzyjmy się zatem bliżej, dlaczego racja leży po stronie twardej ekonomii, a nie politycznej alchemii, i jak w rzeczywistości wyglądają te projekty. Każdy z nich ma swoich entuzjastów. Każdy niesie też realne koszty i ryzyka, tylko rozłożone inaczej w czasie i inaczej ukryte. Teza, że którekolwiek z tych rozwiązań jest finansowo bezbolesne, jest ekonomicznie fałszywa.
Unijny SAFE: jawny dług, polityczny koszt zależności
Europejski wariant SAFE to mechanizm finansowania oparty na wspólnym zadłużeniu Unii Europejskiej. Jego podstawową zaletą jest przejrzystość. Koszt kapitału jest wyceniany przez rynek, harmonogram spłat znany, a zobowiązanie widoczne wprost. Podatnik widzi przynajmniej, gdzie i w jaki sposób państwo zaciąga ciężar na przyszłość.
To jednak nie oznacza, że jest to rozwiązanie neutralne.
- Po pierwsze, dla Polski jako kraju spoza strefy euro korzystanie z finansowania denominowanego w euro oznacza realne ryzyko walutowe. Spłata następować będzie z dochodów budżetowych w złotych, a kurs przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat może zmienić się istotnie. Dług może więc drożeć nie tylko przez odsetki, lecz także przez sam kurs.
- Po drugie, SAFE wzmacnia model wspólnego finansowania na poziomie unijnym. Nie chodzi tu o prostą tezę, że Polska będzie literalnie spłacać cudze długi w jakimś mechanicznym sensie. Chodzi o to, że im więcej strategicznych funkcji państwa przenosi się na poziom wspólnego długu i wspólnych instrumentów, tym większa staje się zależność państw narodowych od decyzji zapadających poza nimi. Cena nie zawsze ma postać liczbową. Często ma postać przesunięcia centrum decyzyjnego.
- Po trzecie, SAFE nie odbiera Polsce całkowicie swobody zakupowej, ale ją zawęża. W praktyce premiuje europejską i powiązaną z UE bazę przemysłową. Oznacza to, że decyzje o modernizacji sił zbrojnych nie będą podejmowane wyłącznie według kryterium wojskowej użyteczności, ceny i szybkości dostaw, lecz również według kryteriów polityczno-przemysłowych narzuconych przez konstrukcję tego instrumentu. Dla kraju frontowego to nie jest detal. To jest element realnego kosztu.
- Po czwarte, instrument unijny zawsze pozostaje osadzony w logice negocjacji politycznej. Dziś może być przedstawiany jako prosty mechanizm finansowy, jutro może zostać obudowany dodatkowymi warunkami, opóźnieniami, sporami o kwalifikowalność wydatków albo naciskami na określony kierunek zakupów. Wspólny dług ma tę zaletę, że jest jawny. Ma też tę wadę, że nigdy nie jest czysto techniczny.
Prezydencki SAFE 0%: monetyzacja ukryta pod inną nazwą
Krajowy wariant SAFE 0% opiera się na wykorzystaniu zysku rewaluacyjnego NBP na złocie. Zanim jednak zacznie się mówić o tanim albo wręcz darmowym finansowaniu, trzeba ten mechanizm opisać bez propagandowej mgły.
Konto rewaluacyjne w rachunkowości banku centralnego gromadzi niezrealizowane zyski z przeszacowania aktywów rezerwowych do bieżącej wartości rynkowej. Dopóki zysk nie zostanie zrealizowany, pozostaje kategorią bilansową, a nie pulą gotowych pieniędzy leżących w skarbcu i czekających na wydanie. W proponowanej logice trzeba by więc znaleźć sposób, by ten zysk uruchomić: poprzez operację sprzedaży i odkupu złota albo poprzez inny zabieg bilansowy prowadzący do przeniesienia nadwyżki rewaluacyjnej do wyniku finansowego. Dopiero wtedy środki mogłyby zasilić budżet, fundusz obronny lub inny kanał finansowania wydatków państwa.
To nie jest odkrycie darmowego zasobu. To jest próba zamiany bufora bilansowego banku centralnego w instrument fiskalny.
Trzeba też jasno powiedzieć, skąd bierze się sam zysk rewaluacyjny. Wynika on nie tylko ze wzrostu ceny złota w dolarze, ale również z osłabienia złotego wobec dolara. Oba czynniki mogą się sumować. Księgowy zysk nie jest więc wyłącznie owocem realnego bogacenia się państwa. W części jest również pochodną zmian kursowych i wyceny aktywa rezerwowego.
Pierwszy problem: prawo unijne
Najpoważniejsze zastrzeżenie dotyczy zakazu monetyzacji długu. Artykuł 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej zabrania krajowym bankom centralnym bezpośredniego finansowania potrzeb budżetowych państwa oraz bezpośredniego nabywania instrumentów dłużnych sektora publicznego. Zakaz ten obowiązuje wszystkie państwa członkowskie, również te spoza strefy euro.
Jeżeli SAFE 0% miałby oznaczać bezpośrednie lub pośrednie użycie bilansu NBP do finansowania wydatków obronnych państwa na warunkach nierynkowych, to natychmiast pojawia się pytanie o zgodność z art. 123 TFUE.
Obrońcy projektu mogą twierdzić, że wszystko zostanie ujęte w takiej konstrukcji prawnej, by formalnie zakazu nie naruszyć. Być może. Jednak właśnie to trzeba najpierw wykazać. Nie wystarczy powiedzieć, że pomysł jest patriotyczny, więc paragrafy powinny się dostosować. Jeśli państwo chce używać banku centralnego jako tylnego wejścia do finansowania fiskalnego, to ciężar dowodu spoczywa na autorach projektu.
Drugi problem: pieniądz jednak powstaje
Drugi problem dotyczy natury pieniądza. Kiedy zysk rewaluacyjny zostaje zrealizowany i przekazany do sektora publicznego, a następnie wydany, do obiegu trafia dodatkowy pieniądz. Wcześniej był to zapis bilansowy. Po operacji staje się środkiem płatniczym. Księgową nadwyżkę próbuje się przekształcić w realny strumień wydatków państwa.
Zwolennicy SAFE 0% słusznie zauważają, że także przy unijnym SAFE pojawia się problem monetarny. Jeśli Polska pozyskuje środki zewnętrzne w euro, a następnie wymienia je na złote i wydaje w kraju, również pojawia się kwestia wpływu na płynność, kurs i ewentualnej sterylizacji przez bank centralny. Nie wolno więc twierdzić, że tylko krajowy SAFE ma wymiar monetarny.
Różnica leży gdzie indziej. W wariancie unijnym Polska bierze na siebie jawny dług zewnętrzny. W wariancie SAFE 0% próbuje przekształcić wewnętrzny bufor bilansowy banku centralnego w narzędzie finansowania polityki fiskalnej. Jedno i drugie może wywoływać skutki monetarne. Jednak nie jest to ten sam typ operacji instytucjonalnej. W pierwszym przypadku państwo pożycza. W drugim sięga po mechanizm graniczny, który rozmywa linię między polityką pieniężną a budżetową.
Efekt inflacyjny zależałby oczywiście od skali, momentu cyklu koniunkturalnego i struktury wydatków. Gdyby znaczna część zakupów zbrojeniowych była importowana, presja na krajowe ceny mogłaby być mniejsza niż przy dużym impulsie kierowanym na rynek wewnętrzny. To jednak nie znaczy, że koszt znika. Może on po prostu przyjąć inną postać: presji na rachunek bieżący, na kurs walutowy albo na koszt sterylizacji nadmiaru płynności.
Trzeci problem: ryzyko bilansowe i precedens ustrojowy
Konto rewaluacyjne nie istnieje dla ozdoby. Pełni funkcję bufora, który ma absorbować przyszłe straty wycenowe aktywów rezerwowych. Jeśli zostanie jednorazowo skonsumowane, bank centralny staje się bardziej podatny na przyszłe korekty cen złota i zmian kursowych.
A korekty przychodzą regularnie. Historia rynku złota nie jest linią prostą rosnącą do nieba. Jeżeli po wyczerpaniu bufora nastąpi głębszy spadek cen kruszcu albo niekorzystna zmiana kursów, NBP może znaleźć się w sytuacji ujemnego kapitału własnego. Owszem, bank centralny emitujący własną walutę może technicznie funkcjonować nawet z ujemnym kapitałem. To jednak nie oznacza, że nie ma kosztu. Kosztem jest spadek wiarygodności instytucjonalnej, potencjalna potrzeba dokapitalizowania oraz osłabienie pozycji banku w momencie, gdy powinien być kotwicą stabilności, a nie zakładnikiem wcześniejszych sztuczek.
Jeszcze ważniejszy jest jednak precedens. Gdy raz uzna się, że bank centralny może być użyty do finansowania fiskalnych priorytetów państwa, nawet pod nadzwyczajnie szlachetnym hasłem obronności, otwiera się droga do kolejnych wyjątków. Dziś czołgi. Jutro energetyka. Pojutrze mieszkalnictwo, zdrowie albo dopłaty do czegokolwiek, co akurat stanie się politycznie nośne. W ten sposób niszczy się nie tylko księgowy bufor. Niszczy się granicę ustrojową.
A właśnie na tej granicy opiera się wiarygodność banku centralnego jako instytucji antyinflacyjnej.
Porównanie: jawny koszt albo koszt schowany
Oba rozwiązania mają realne koszty. Różnią się tym, gdzie te koszty są zapisane i jak łatwo je zobaczyć.
Unijny SAFE oznacza jawny, rynkowo wyceniony dług. Niesie ryzyko kursowe dla kraju spoza strefy euro, ogranicza pełną swobodę zakupową i zwiększa polityczną zależność od mechanizmów unijnych.
Krajowy SAFE 0% próbuje przesunąć koszt poza klasyczny budżet i poza język zwykłego długu. Niemniej cena nie znika. Zmienia tylko miejsce księgowania. Pojawia się jako ryzyko inflacyjne, ryzyko kursowe, ryzyko bilansowe NBP oraz ryzyko ustrojowe wynikające z wciągania banku centralnego w finansowanie celów fiskalnych.
Wybór nie dotyczy więc tego, czy Polska zapłaci. Zapłaci na pewno. Spór dotyczy tylko tego, czy zapłaci wprost — odsetką, kursem i ograniczeniem swobody decyzji — czy bokiem, przez osłabienie granicy między rządem a bankiem centralnym, przez ryzyko dla wiarygodności pieniądza i przez koszt przesunięty w przyszłość.
Nie ma darmowych obiadów. Są tylko rachunki wystawiane w różnych walutach i ukrywane w różnych szufladach państwa.
Grzegorz GPS Świderski
Kanał Blogera GPS
GPS i Przyjaciele
X.GPS65
Tagi: gps65, SAFE, Mentzen, ekonomia, obroność.
Radzę KOnfederacji by opracowała swój projekt SAFE skoro z takim znawstwem miażdży te inne i przedstawiła go w Sejmie.Przypuszczam,że pan marszałek Czarzasty nie wrzuci go do kosza jak SAFE0% i da jakąś obietnicę szybkiego rozpatrzenia.W końcu Konfederacja to nie złowroga opozycja pisowska z krwią na rękach i nie znienawidzony prezydent ale być może przyszły i wierny sojusznik.
Najbardziej oczywistym środkiem finansowania są obligacje emitowane na atrakcyjnych zasadach dla obywateli (i tak są emitowane różne obligacje) oraz akcje firm zbrojeniowych (również dla Polaków), które dostały zamówienia rządowe a nie dotacje.
To prawda, że „nie da się wykreować bogactwa z długu”, bo na koniec i tak płacą podatnicy.
Mamy jednak dwie okoliczności: wojnę i system Bretton-Woods. Pierwsza wymusza działanie a druga możliwość. Następuje załamanie systemu i elementem przetrwania jest dostosowanie się do okoliczności, a nie trwanie w okowach zasad nam narzuconych, przez UE i USA. Koszty wojny i tak będą na nas przerzucone, dlatego mając do wyboru różne formy finansowania można skorzystać i z „instrumentu” pieniądza dłużnego.
Potrzebujemy rozwiązania systemowego, a nie akcyjnego. W aktualnej sytuacji geostrategicznej proponuję wprowadzenie pewnej formy podatku obronnego na okres 10-15 lat. Skoro mamy 1,5% na organizacje pożytku publicznego, to wprowadźmy 1,5 % dobrowolnego podatku w podobnej formie na obronność oraz obowiązkowe 3% od podatku przychodowego od dużych międzynarodowych firm, które często unikają płacenia podatku w Polsce, bezpośrednio na celowy fundusz inwestycji obronnych.
defence24.pl dfg
Mamy systemowy problem, który polega na zbyt dużym udziale państwa w wydawaniu pieniędzy obywateli na ich prywatne cele. Powstał w czasie dobrej pogody politycznej. Nie da się go w warunkach wojny rozwiązać jednym, kolejnym podatkiem. Potrzebna systemową zmiana doktryny państwa i jego wydatków. Nie da się zwiększać wydatków na wojsko i zbrojenia (tak samo jak finansowania medycyny) bez zmiany systemu podatkowego. Przykład ochrony zdrowia pokazuje zresztą, że zwiększenie wydatków w starym systemie nie owocuje niczym. Jednym z powodów ETS, który czyni nieopłacalnym wszelkie przejawy życia. Zmiana systemu może nastąpić jednym ruchem: przywrócenie Konstytucji z kwietnia 1935r. póki Rosja zajęta, a Niemcy bezradne.
Na marginesie: podatek dochodowy nie jest dobry, bo oznacza odpisy kosztów. Tymczasem celem działalności jest efekt przy niskich kosztach. Korporacje zresztą wyprowadzają zyski do siedzib poza granicami Polski.
Prosty jest podatek obrotowy proponowany przez Cenrum Adama Smitha wiele lat temu.
Oczywiste jest zniesienie podatku dochodowego i zrównanie Vat.
Tak jest!
"Mentzen, wykorzystując swój warsztat doktora ekonomii, robi dokładnie to, co w tej sytuacji należy: chłodno i bezlitośnie punktuje ułudy obu rzekomo cudownych recept — zarówno unijnego programu SAFE, jak i forsowanego przez NBP oraz prezydenta wariantu SAFE 0%."
Mentzen szemrany dorobkiewicz, z szemranym doktoratem (podobnie jak u Kosiniaka), który nigdy nie błysnął publicznie i naukowo swoim ekonomicznym talentem, wyszedł przed szereg, próbując ośmieszyć, jednak profesora ekonomii, bankowca, znanego i cenionego także poza granicami Polski, samemu nie dając sensownej alternatywy lepszego rozwiązania dla tego określonego celu.
Groteską jest, że pisze o tym człowieczek, który nie ma wyuczonej wiedzy, a tym samym doświadczenia i dorobku w zakresie ekonomii, tylko bezmyślnie i stronniczo powiela jakąś opinię, która nie została przez nikogo poważnie zweryfikowana. Tacy ludzie to szkodniki.
Dlaczego genialny Mentzen nie wyszedł ze swoim projektem SAFE.To by tylko podkreśliło wartość jego,,warsztatu doktora ekonomii''.Niestety okazał się tylko małym ratlerkiem ujadającym na znanego profesora by zyskać w oczach Tuska,który chce postawić prezesa NBP pod TS i dodatkowo upokorzyć wyprowadzeniem siłowym przez swoich ludzi o byczych karczychach.
Wracam sobie spokojnie z urlopu a tu taka perełka. Naprawdę nie można nie zareagować. Nie da się.
Ten tekst to nie jest żadna „twarda ekonomia”, tylko klasyczna publicystyka udająca naukę. Autor zaczyna od taniego zabiegu: ustawia wszystkich, którzy się nie zgadzają z Sławomirem Mentzenem jako emocjonalnych idiotów, a jego jako jedynego „który potrafi liczyć”. To nie jest analiza, to jest poziom komentarzy z Internetu, tylko ubrany w długie zdania.
Potem robi jeszcze lepszy numer: bierze jedną szkołę myślenia ekonomicznego i sprzedaje ją jako „obiektywne prawa rynku”. Tyle że ekonomia to nie fizyka, nie ma tu jednego zestawu praw, tylko spór podejść. Twierdzenie, że „nie da się stworzyć bogactwa z długu”, brzmi efektownie, ale jest banalnym uproszczeniem. Gdyby to była prawda, to połowa rozwiniętych państw świata by nie istniała w obecnej formie, bo rozwój infrastruktury, armii czy przemysłu od dekad jest finansowany długiem.
Najbardziej komiczne jest jednak to, że autor udaje, iż odkrywa coś szokującego: że każde finansowanie ma koszt. No brawo, naprawdę przełom. Problem w tym, że on z tej oczywistości wyciąga fałszywy wniosek, jakoby jedno rozwiązanie było „uczciwe”, a drugie „alchemią”. W rzeczywistości oba są normalnymi narzędziami polityki gospodarczej, tylko z różnym rozkładem ryzyka.
Najciekawiej robi się przy opisie SAFE z NBP. Nagle język zmienia się z analitycznego na niemal moralny: „sztuczki”, „tylne wejście”, „alchemia”. Czyli zamiast argumentów - sugestie, że coś jest podejrzane. Tyle że banki centralne na całym świecie, od European Central Bank po Fed, od lat robią operacje, które dokładnie polegają na wpływaniu na finansowanie państwa i rynku. To nie jest żadna egzotyka, tylko standard nowoczesnej polityki pieniężnej.
Największe nadużycie to straszenie inflacją, jakby każda operacja bilansowa automatycznie ją wywoływała. Gdyby to było takie proste, to po programach luzowania ilościowego po 2008 roku mielibyśmy hiperinflację w całym świecie zachodnim a przez lata jej nie było. Inflacja zależy od wielu czynników, a nie od jednego księgowego ruchu, jak próbuje to przedstawić autor.
Do tego dochodzi straszenie bilansem banku centralnego, jakby ujemny kapitał był końcem świata. To kolejny mit. Bank centralny nie jest zwykłą firmą, może działać z ujemnym kapitałem, a jego wiarygodność zależy przede wszystkim od tego, czy kontroluje inflację, a nie od tego, czy jego księgowość wygląda ładnie w Excelu.
Na koniec autor zamyka wszystko złotą myślą o „braku darmowych obiadów”. To już w ogóle jest wisienka na torcie, zdanie tak ogólne, że pasuje do absolutnie każdej decyzji gospodarczej. Problem w tym, że ono niczego nie rozstrzyga, tylko ma sprawić wrażenie głębi.
W praktyce cały tekst sprowadza się do jednego: próby sprzedania ideologicznego stanowiska jako jedynej racjonalnej opcji. Tyle że pod warstwą „chłodnej analizy” kryje się selektywny dobór argumentów, uproszczenia i sporo publicystycznej przesady.
Gdy się zedrze ten styl „twardej ekonomii”, zostaje coś dużo mniej imponującego: opinia, która udaje fakt.
Prosimy o więcej takich "perełek".
Napisałeś długi tekst o tym, że mój tekst jest słaby, ale nie wskazałeś ani jednego błędu merytorycznego — żadnej liczby, żadnego przepisu, żadnego mechanizmu, cokolwiek, co by obalało moje tezy. To klasyczna technika obalenia tonem, a nie przez argumenty. Wstydź się. Bywało, że się bardziej starałeś. Zamiast taplania się w błocku tutejszych chamów, co cię degeneruje, spróbuj kiedyś popolemizować gdzieś indziej, to może zobaczysz, że jest inny świat, świat merytorycznych sporów.
Sam tego chciałeś "Grzegorzu D Świderski".
Po pierwsze: twierdzenie, że „nie da się stworzyć bogactwa z długu” jest empirycznie fałszywe. Dług publiczny Japonii to ok. 250% PKB, a mimo to kraj pozostaje jedną z największych gospodarek świata. Po 2008 r. kraje G7 zwiększyły dług średnio o kilkadziesiąt punktów procentowych PKB i jednocześnie finansowały wzrost oraz stabilizację systemu. Dług sam w sobie nie tworzy bogactwa, ale finansuje inwestycje, które je tworzą. To podstawowy mechanizm makroekonomii, który u Ciebie znika.
Po drugie: straszysz inflacją przy operacjach banku centralnego, ignorując skalę i doświadczenie. Bilans Europejskiego Banku Centralnego urósł z ok. 1,5 bln euro (2007) do ponad 8 bln euro (2022). I co? Inflacja w strefie euro przez lata była poniżej celu 2%. Problemem była raczej zbyt niska inflacja, nie za wysoka. To jest twardy dowód, że zwiększenie bilansu to nie automatyczna inflacja. Wszystko zależy od kontekstu makro, nie od samego faktu operacji
Po trzecie: powołujesz się na Artykuł 123 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, sugerując oczywiste naruszenie. Tyle że EBC od lat skupuje obligacje publiczne na rynku wtórnym (QE). Programy takie jak PSPP czy PEPP działają właśnie „na granicy” tego przepisu i zostały uznane za zgodne z prawem UE przez Trybunał Sprawiedliwości. Czyli sam fakt wykorzystania bilansu banku centralnego NIE oznacza automatycznie naruszenia prawa a kluczowa jest konstrukcja instrumentu, nie slogan
Po czwarte: twierdzisz, że wykorzystanie zysków rewaloryzacyjnych to „alchemia”. Mechanizm jest prosty. Bank centralny ma aktywa (np. złoto). Ich wycena rośnie, to powstaje nadwyżka księgowa. Przy odpowiedniej operacji może ona zostać zrealizowana i przekazana do sektora publicznego. To NIE jest żadna magia, to standardowa rachunkowość banku centralnego. Spór dotyczy czy to robić, a nie czy to istnieje.
Po piąte: straszysz ujemnym kapitałem banku centralnego. Fakty. Bank centralny nie jest zwykłą firmą. Może funkcjonować z ujemnym kapitałem (przykłady z różnych krajów istnieją). Jego zdolność działania wynika z monopolu emisji pieniądza, nie z poziomu kapitału własnego, więc to jest ryzyko reputacyjne, nie „systemowy koniec wiarygodności”, jak sugerujesz.
Podsumowując. Twoje główne tezy nie są „twardą ekonomią”, tylko uproszczeniami (dług = koszt), wybiórczym użyciem prawa (art. 123), i ignorowaniem danych empirycznych (QE, Japonia, bilanse banków centralnych).
To nie jest kwestia „tonu”. To kwestia tego, że Twoja argumentacja pomija połowę rzeczywistości, żeby pasowała do tezy.
I na przyszłość, jeśli chcesz rozmowy merytorycznej, to trzymaj się danych, a nie sugestii o „alchemii” i „sztuczkach”. Bo to właśnie jest publicystyka, nie ekonomia.
Twoja odpowiedź nie obala mojej tezy — ona ją omija.
Po pierwsze — nie napisałem, że dług nigdy niczemu nie służy, tylko że nie tworzy bogactwa sam z siebie i że jego koszt nie znika, tylko jest przerzucany w czasie, ukrywany albo politycznie przepakowywany. Japonia nie jest kontrprzykładem, tylko przypadkiem szczególnym: ma własną walutę, ogromny krajowy rynek długu, specyficzną strukturę oszczędności i wieloletnią stagnację, której nie warto przedstawiać jako model sukcesu eksportowego dla Polski.
Po drugie — argument z QE po 2008 roku też jest chybiony. Z faktu, że nie każda ekspansja bilansu banku centralnego natychmiast wywołuje inflację, nie wynika, że każda jest neutralna i bezkosztowa. Ja właśnie napisałem, że skutek zależy od skali, momentu cyklu i struktury wydatków, więc polemizujesz z tezą, której nie głosiłem.
Po trzecie — sam potwierdziłeś mój punkt o art. 123 TFUE. Napisałem wyraźnie, że kluczowa jest konstrukcja prawna instrumentu i że ciężar dowodu spoczywa na autorach projektu SAFE 0%, jeśli chcą wykazać zgodność z zakazem monetarnego finansowania państwa. To, że EBC prowadził skup aktywów na rynku wtórnym w ściśle opisanej formule prawnej, wcale nie dowodzi automatycznie legalności każdej krajowej próby użycia bilansu banku centralnego do finansowania wydatków rządowych na warunkach nierynkowych.
Po czwarte — nie twierdziłem, że zysk rewaloryzacyjny nie istnieje. Napisałem coś dokładnie odwrotnego: istnieje jako kategoria bilansowa, ale nie jest tym samym co wolna gotówka czekająca na wydanie. Sedno sporu brzmi nie czy to istnieje, tylko co trzeba zrobić, by taki bufor zamienić w realny strumień fiskalny, jakie to tworzy ryzyka dla bilansu NBP i czy nie rozmywa granicy między polityką pieniężną a budżetową.
Po piąte — z ujemnym kapitałem banku centralnego jest dokładnie tak, jak napisałem: technicznie może funkcjonować, ale to nie znaczy, że koszt znika. Sam sprowadzasz problem do ryzyka reputacyjnego, jakby reputacja banku centralnego była drobiazgiem, podczas gdy właśnie wiarygodność instytucjonalna jest jednym z głównych aktywów pieniądza fiducjarnego.
Twoja odpowiedź nie obala moich tez, tylko podmienia je na łatwiejsze. Ja nie twierdziłem, że każdy dług jest zły, że każda operacja bilansowa daje hiperinflację ani że bank centralny upada od razu przy ujemnym kapitale. Twierdziłem, że SAFE 0% nie jest „darmowym” finansowaniem, lecz próbą przesunięcia kosztu z jawnego długu na obszar ryzyka monetarnego, bilansowego i ustrojowego - i tego właśnie nie podważyłeś.
Jeśli chcesz iść dalej, to zostawmy Japonię, FED i ogólniki o nowoczesnej polityce pieniężnej, a odpowiedz na trzy proste pytania: jaki dokładnie mechanizm prawny miałby pozwolić NBP zasilić państwo bez wejścia w konflikt z art. 123 TFUE? Jak miałaby wyglądać sterylizacja skutków płynnościowych tej operacji? Kto bierze na siebie koszt, jeśli po skonsumowaniu bufora rewaloryzacyjnego nastąpi odwrócenie ceny złota albo kursu?
Nie omijam Twojej tezy, tylko odpowiadam na nią wprost.
1. Mechanizm prawny (art. 123 TFUE)
Da się to zrobić bez jego naruszenia, jeśli zachowa się standardowy rozdział: rząd emituje obligacje na rynku pierwotnym, kupują je inwestorzy prywatni i banki komercyjne, dopiero potem Narodowy Bank Polski może je skupować na rynku wtórnym. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który stosował Europejski Bank Centralny w QE i który został uznany za zgodny z prawem UE. Efekt: brak bezpośredniego finansowania rządu, więc to nie jest „szara strefa”, tylko dobrze znany i używany model.
2. Sterylizacja płynności
To też nie jest żadna zagadka. NBP ma standardowe narzędzia: emisja bonów pieniężnych, operacje repo/reverse repo, podnoszenie rezerwy obowiązkowej, oprocentowanie depozytów banków. NBP już to robił przy dużej nadpłynności sektora. Czyli wpływ na podaż pieniądza można kontrolować operacyjnie, nie jest to „wrzut bez hamulców”.
3. Ryzyko po stronie bilansu (złoto / kurs)
Tu masz rację co do jednego: koszt nie znika. Ale, to nie jest koszt „magiczny”, tylko alternatywny wobec długu. Zamiast płacić odsetki (np. 5–6% rocznie od 180 mld to ~9–11 mld zł rocznie), bierzesz na siebie ryzyko zmienności aktywów (złoto, kurs). Czyli to klasyczny trade-off. Dług to koszt jawny (odsetki). Operacja bilansowa to koszt warunkowy (ryzyko). Twój tekst to przedstawia jak przejście z „uczciwego” do „nieuczciwego”, a to po prostu zmiana struktury ryzyka.
4. Twoja główna teza („to nie jest darmowe”)
Z tym akurat nikt poważny nie polemizuje. Problem w tym, że przedstawiasz alternatywę, jakby tylko jedna była „ekonomią”, a druga „alchemią” a w praktyce obie są standardowymi narzędziami polityki gospodarczej
5. Moja propozycja (prostsza i czystsza)
Najbardziej przejrzysty wariant: emisja obligacji na zbrojenia (np. 180 mld zł), kupują je obywatele i instytucje, niewykupioną część biorą banki komercyjne, a następnie NBP skupuje je na rynku wtórnym.
To jest zgodne z art. 123 TFUE, było stosowane w praktyce, nie wymaga „kombinowania” z bilansem złota i zachowuje jasność: wiadomo, gdzie jest koszt.
6. Kontekst polityczny, który pomijasz a który ja przedstawiłem w ostatnim swoim wpisie.
Propozycja Karola Nawrockiego nie była tylko techniczna. Jej główny efekt był polityczny, to było pokazanie, że „pieniądze są”, tylko nie dla tego rządu. Postawiono w ten sposób Donalda Tuska pod presją i - co najważniejsze - wciągnięto w to koalicjantów, szczególnie komucha Czarzastego. I to się w pełni udało. Tusk stwierdził, że Nawrocki z Glapińskim nie proponują żadnych pieniędzy ("tam nie ma pieniędzy") a Czarzasty sam sobie te pieniądze zablokował i jeszcze jest z tego dumny. Obaj zostali ograni jak przedszkolaki. Efekt: dyskusja zeszła z poziomu „czy UE powinna finansować zbrojenia”, na poziom „dlaczego Polska sama tego nie robi”. Co w praktyce osłabiało politycznie sens unijnego SAFE.
Reasumując. Masz rację w jednym, koszt nigdy nie znika. Ale nie masz racji, gdy próbujesz z tego zrobić podział: „jawny dług, to ekonomia” a „operacje banku centralnego to alchemia”, bo oba mechanizmy są używane w realnej gospodarce, oba mają koszty a różnią się tylko tym, kiedy i gdzie te koszty się materializują
I dokładnie to, a nie „magia”, jest sednem tej dyskusji.
"Jej główny efekt był polityczny, to było pokazanie, że „pieniądze są”, tylko nie dla tego rządu."
To jest sedno pisiorskiego mylenia.
Nie interes Polski i jej sił zbrojnych tylko partyjny.
Glapiński z Nawrockim zakładają na 100 procent że tacy jak oni, łżepatrioci przejmą szybko władzę, a jak nie przejmą to co? Nie będziemy kupować i produkować broni bo pisiorom się nie opłaca?
Widzisz Zdzisek, jakiś Ty "mundry" jesteś. Jak Tusk z Czarzastym. Przecież Nawrocki z Glapińskim chcieli rządowi dać dokładnie 180 mld. złotych pieniążków i to bezotsetkowo na zbrojenia!!! Ogłosili to publicznie i na rozmowy nawet do pałacu ich zaprosili. To Tusk z Czarzastym nie chcą tych pieniędzy. Jakie tu pisowskie myślenie? Twierdzisz, że PiS im nie chce tych pieniędzy dać Zdzisek? Przecież sami ich nie chcą, chyba, że czegoś nie wiem?
szyszko ty nawet własnych wpisów nie czytasz.
Wydaje mi się, że nie rozumiesz Zdzisek, jak Nawrocki z Glapińskim fantastycznie zaorali (zrobili w ciu...a), tę śmieszną koalicję. Jak nie rozumiesz to pytaj. Akurat Tobie wszystko dokładnie wytłumaczę, bo Cię lubię Zdzisek.
W ostatnim komentarzu po cichu porzuciłeś obronę SAFE 0% jako rzekomo szczególnego, bezodsetkowego finansowania z NBP i przeszedłeś do zwykłego modelu: rząd emituje dług, rynek go kupuje, a bank centralny może ewentualnie później działać na rynku wtórnym. To już nie jest żaden cudowny patent na pieniądze z niczego, tylko klasyczny mechanizm długu publicznego z możliwym komponentem monetarnym.
Piszesz: "da się to zrobić bez naruszenia art. 123 TFUE, jeśli rząd emituje obligacje na rynku pierwotnym, a NBP kupuje je później na wtórnym". Owszem — ale właśnie tym samym przyznajesz, że kluczowe jest nie hasło "NBP da 180 mld bez odsetek", tylko bardzo precyzyjna konstrukcja prawna i operacyjna. A to oznacza, że moja teza była trafna: nie wystarczy ogłosić patriotycznego celu, trzeba jeszcze wykazać legalność, rynkowy dystans, brak obejścia zakazu finansowania monetarnego i realną odrębność od prostego drukowania pod wydatki państwa.
Twoja najbardziej przejrzysta wersja to w istocie przyznanie mi racji. Skoro proponujesz emisję obligacji, zakup przez obywateli, banki i dopiero potem ewentualny skup wtórny przez NBP, to mówisz już o rozwiązaniu, w którym koszt istnieje jawnie, instrument jest dłużny, a finansowanie nie bierze się z żadnego magicznego zysku ze złota. Innymi słowy: uciekłeś z pola SAFE 0% na pole klasycznego długu, bo tam grunt jest twardszy.
Twoje rozróżnienie "dług to koszt jawny, operacja bilansowa to koszt warunkowy" brzmi zgrabnie, ale zaciemnia sedno. Koszt warunkowy nie jest mniej realny tylko dlatego, że nie ma kuponu odsetkowego wpisanego w arkuszu emisji. Jeśli żeby uniknąć jawnych odsetek, konsumujesz bufor bilansowy, bierzesz na siebie ryzyko ceny złota, kursu, przyszłej sterylizacji i reputacji banku centralnego, to nie zlikwidowałeś kosztu — tylko przeniosłeś go z rubryki "odsetki" do rubryk mniej czytelnych politycznie.
I właśnie dlatego użyłem słowa "alchemia". Nie dlatego, że takie operacje są metafizycznie niemożliwe, lecz dlatego, że ich polityczna sprzedaż polega na wmówieniu elektoratowi, że pojawił się nowy zasób, którego wcześniej nie było. Tymczasem nie pojawia się żadne nowe bogactwo — pojawia się tylko inna struktura ryzyka, inny zapis księgowy i inny rozkład kosztów w czasie.
Co do sterylizacji — znów mieszasz poziom ogólności z poziomem konkretu. Tak, NBP ma bony pieniężne, repo, reverse repo, rezerwę obowiązkową i oprocentowanie depozytów. Jednak to jeszcze nie jest odpowiedź na pytanie, jaki byłby pełny koszt tej operacji netto: ile trzeba byłoby wysterylizować, jak długo, przy jakim oprocentowaniu i z jakim wpływem na wynik NBP? To, że da się sterylizować, nie znaczy, że sterylizacja jest darmowa i bez znaczenia.
W sprawie art. 123 TFUE też zbyt łatwo przeskakujesz z: "wtórny skup bywa legalny" do: "ten konkretny projekt byłby legalny". To są dwie różne rzeczy. EBC działał w określonych ramach traktatowych, z określonymi zabezpieczeniami, skalą, uzasadnieniem i pod nadzorem sądowym — z tego nie wynika automatycznie, że każda krajowa operacja zaprojektowana w oczywistym celu sfinansowania konkretnego wydatku budżetowego na nierynkowych warunkach przejdzie ten sam test bez problemu.
Najciekawsze jest jednak to, że sam pod koniec odsłaniasz prawdziwą naturę całej propozycji. Piszesz wprost, że główny efekt był polityczny: chodziło o pokazanie, że pieniądze są, tylko nie dla tego rządu, oraz o osłabienie politycznego sensu unijnego SAFE. Dziękuję za szczerość, bo właśnie to rozbiera z resztek ekonomicznej maski całą konstrukcję: nie chodziło przede wszystkim o najlepszy mechanizm finansowy, tylko o polityczny teatr z użyciem banku centralnego jako rekwizytu.
A to jest jeszcze poważniejszy problem niż sam koszt finansowy. Bank centralny ma być kotwicą stabilności pieniądza, a nie narzędziem partyjnej demonstracji pod hasłem "pokażmy, że kasa jest, ale nie dla nich". Gdy sam przyznajesz, że zasadniczy cel był polityczny, to potwierdzasz dokładnie to, przed czym ostrzegałem: rozmywanie granicy między polityką pieniężną, fiskalną i bieżącą grą partyjną.
Nie obaliłeś mojej tezy, tylko przesunąłeś się na pozycję bardziej defensywną i bardziej realistyczną. Gdy bronisz klasycznej emisji długu z możliwym wtórnym skupem, bronisz rozwiązania bliższego temu, co sam nazywam jawnym kosztem. Gdy bronisz konsumowania bilansu NBP i opowiadasz, że pieniądze są, wracasz do politycznej alchemii, której ekonomiczny rachunek dopiero trzeba uczciwie rozpisać.
Nie, nie „porzuciłem” żadnej tezy, tylko sprowadziłem ją do realiów, których próbujesz uniknąć. Cały Twój wywód sprowadza się do jednego truizmu, że koszt nie znika. Z tym nikt nie polemizuje. Problem w tym, że budujesz na tym fałszywą wyższość, jakbyś odkrył coś, czego inni nie widzą. Ja pokazuję coś prostszego. Państwo i tak wybiera między różnymi formami finansowania - długiem, bilansem banku centralnego albo ich kombinacją a Ty próbujesz jedną z tych form zdyskredytować słowami typu „alchemia”, zamiast uczciwie porównać koszty. To nie jest ekonomia, tylko retoryka. Twój „argument”, że skoro finalnie dochodzimy do emisji obligacji, to masz rację, jest chybiony. To po prostu pokazuje, że system działa w ramach istniejących instytucji (rynek plus bank centralny) a nie że jakaś opcja jest „nielegalna” czy „magiczna”.
Co do „politycznego teatru”, tu akurat sam sobie przeczysz. Skoro uznajesz, że propozycja miała efekt polityczny, to znaczy, że działała. Pokazała, że istnieją alternatywy wobec rozwiązań forsowanych przez Donalda Tuska i Unię Europejską. I to jest sedno, którego próbujesz uniknąć.
Spór nie dotyczy „czy koszt istnieje”, tylko kto go ponosi, kiedy i w jakiej formie Cała reszta - „alchemia”, „teatr”, „rozmywanie granic” - to już tylko publicystyka, którą sam zarzucałeś innym.